Sery, de Gaulle i Anne

Najmłodsza córka de Gaulle’a, Anne, cierpiała na zespół Downa. W wyniku obrażeń porodowych nigdy nie mogła poprawnie chodzić Czytaj więcej »

 

Po co komu prawo jazdy?

Pozornie odpowiedź jest prosta – żeby jeździć samochodem. Bzdura. Do jeżdżenia samochodem potrzebne są umiejętności kierowcy i jego dobry stan psychofizyczny. Zasrany papierek, nawet w formie plastikowego kartoniku, nie jest potrzebny do jeżdżenia samochodem. No dobra, ktoś powie, ale przecież ten papierek stwierdza właśnie posiadanie umiejętności. To już we wstępie mamy problem, bo to oznacza, że papierek dotyczy tylko 50% wymogów – co ze stanem psychofizycznym?



Ale to też nie tak. Papierek „prawo jazdy” w ogóle nic nie stwierdza. Sięgnijmy do raportu Najwyższej Izby Kontroli z 2011r. Po przebadaniu danych dotyczących zagrożeń w ruchu drogowym za lata 2000-2010 NIK stwierdził m.in., że 30% wypadków powodują ludzie świeżo po otrzymaniu prawa jazdy. To oni w końcu umieją jeździć czy nie?

Po co nam w takim razie prawo jazdy?

Niedawno znajomy zapytał mnie, co bym zrobił, gdyby odebrano mi prawo jazdy „za punkty”. Jak chyba nietrudno się domyślić, odpowiedziałem, że jeździłbym dalej, tyle że bez prawa jazdy. Przecież umiejętności nie stracę, a większości przepisów i tak nie przestrzegam. Inna sprawa, że ich po prostu nie znam. A zresztą, ręka do góry – kto zna? Jadąc samochodem, wystarczy pamiętać o kierunku jazdy, przestrzegać pierwszeństwa przejazdu oraz dostosować prędkość do warunków na drodze. Reszta to biurokracja, czyli zawracanie dupy.

Gdybym nie miał prawa jazdy, jeździłbym pewnie ostrożniej, bo już przy pierwszej kontroli policjant zabroniłby mi dalszej jazdy. A nie zawsze można sobie pozwolić na komfort przesiadki w inny środek lokomocji.

W ogóle nie do końca rozumiem sens posiadania prawa jazdy. Jeśli, zgodnie z nazwą, jest to przejaw aktu władzy, która pozwala mi prowadzić samochód, to przestańmy się oszukiwać, że chodzi o bezpieczeństwo i powiedzmy to sobie wprost – rząd reglamentuje jeżdżenie samochodem. Czemu tak robi? Widocznie lubi kontrolować nawet tak proste kwestie jak poruszanie się automobilem. Co przemawia za tą wersją? Po pierwsze, to rząd wydaje dokument. Po drugie – rząd może go odebrać. Po trzecie – nawet jazda bez dokumentu jest wykroczeniem. Obywatel zatem musi być zawsze gotowy udowodnić, że ma prawo kierować samochodem. Nawet jeśli nie popełnia żadnego wykroczenia, nie powoduje zagrożenia dla innych uczestników ruchu drogowego, musi się okazać dokumentem. To nie ma nic wspólnego z bezpieczeństwem – tu chodzi o kontrolę.

Ostatnie zmiany przepisów jednoznacznie tego dowodzą. Prawo jazdy stanie się towarem jeszcze bardziej reglamentowanym. Trzeba będzie co kilkanaście lat udowodnić lekarzowi, że jest się człowiekiem zdolnym do prowadzenia pojazdów. Oczywiście, zdolność ta będzie sprawdzana w oparciu o kryteria ustalone przez rząd, niekoniecznie w powiązaniu z rzeczywistymi potrzebami w tym zakresie. Jak wyglądają kryteria rządowe, pokazują statystyki wypadków powodowanych przez młodych stażem kierowców. Jeśli dodać do tego, że wprowadzenie lekarza w błąd co do stanu zdrowia będzie przestępstwem, to już mamy obraz totalitarnego rządu, który chce kontrolować wszystko.

Skoro aż 30% jest powodowanych przez kierowców młodych stażem, to znaczy, że dokument prawa jazdy nie stwierdza posiadania umiejętności. Czyli nie jest tak, że ten, kto otrzyma prawo jazdy, będzie jeździł bezpiecznie. Zresztą, śmiem twierdzić, że 99% wypadków spowodowali ludzie, którzy prawo jazdy posiadali. Czy przyczyną wypadku była nadmierna wiara we własne umiejętności, niedostosowanie prędkości do warunków jazdy, czy po prostu błąd, dokument nie ochronił. Prawo jazdy nie zadziałało jak magiczny talizman odwracający złe moce. A dla ofiary wypadku jest to chyba obojętne, czy została potrącona przez osobę bez prawa jazdy, która popełniła błąd, czy przez osobę posiadającą prawo jazdy, która popełniła błąd.

A co by było, gdyby w ogóle zrezygnować z prawa jazdy? Umiesz jeździć? Jedź.

Pozornie byłaby to rewolucja. No jak to? Każdy mógłby wsiąść do samochodu i jechać? A teraz jak jest? Stoi policjant przy każdym pojeździe i sprawdza dokumenty? Jak często zdarzają się kontrole wyrywkowe, niezwiązane z przekroczeniem prędkości czy innym wykroczeniem albo wręcz wypadkiem? Czyli można wsiąść w samochód i jechać, nawet bez prawa jazdy.

Ale zaraz ktoś powie, że przecież kluczową kwestią są umiejętności – po to jest prawo jazdy, aby oddzielić tych, co nie umieją, od tych, co umieją. Piękna teoria. Ciekawe, ilu ludzi wsiada codziennie do samochodu z przekonaniem, że umieją jeździć. Ilu z nich nie umie i powoduje wypadek? W przypadku świeżo upieczonych kierowców – 30%. Sporo, prawda?

Śmiem twierdzić, że gdyby w ogóle zrezygnować z obowiązku posiadania prawa jazdy, liczba wypadków znacznie by spadła. Jeśli nie zakładamy, że większość obywateli to maniakalni psychopatyczni mordercy, to chyba możemy przyjąć, że 95% wypadków było skutkiem błędu, a zaledwie 5% efektem szeroko rozumianych zaburzeń. Skoro tak, to chyba możemy przyjąć, że przeciętny kierowca nie siada za kierownicą po to, żeby zabić siebie albo kogo innego. A cóż, jeśli chce zabić, to chyba brak prawa jazdy nie powstrzyma go przed realizacją tego morderczego zamiaru.

Gdyby nie było prawa jazdy, to znaczna część osób nie miałaby tego bardzo zwodniczego poczucia, że posiadanie dokumentu załatwia temat. Mam prawko – umiem jeździć! Przecież każdy człowiek, który kiedykolwiek w życiu prowadził samochód, doskonale wie, że techniki jazdy nabywa się latami – podobnie jak taktyki jeżdżenia samochodem. A pewna pokora i dystans wobec własnych umiejętności są kluczowe dla bezpiecznej jazdy. Gdyby nie było tego aktu władzy wydania prawa jazdy, większość osób przez długi czas nie czułaby się wystarczająco pewnie za kierownicą, a część pewnie w ogóle by za kierownicą nie usiadła.

Obowiązek posiadania prawa jazdy to wyłącznie akt władzy, który nie ma nic wspólnego z bezpieczeństwem. Gdyby było inaczej, najmniej wypadków popełnialiby ludzie świeżo po otrzymaniu tego drogocennego dokumentu.

Paweł Budrewicz

Autor jest radcą prawnym i ekspertem Centrum im. Adama Smitha. Prowadzi bloga stopsocjalizmowi.pl

Foto.: nauka-jazdy-warszawa.info.pl


17 Responses to Po co komu prawo jazdy?

  1. prawda napisał(a):

    Podobno kiedyś w jakimś kraju nie trzeba było mieć prawa jazdy, ale jak zawsze jest ALE….ale jak kierujący pojazdem złamał przepisy i spowodował wypadek z ofiarami rannymi lub zabitymi, to dostawał ciężki wyrok więzienia, olbrzymią kwotę odszkodowania do zapłaty na rzecz pokszywdzonych wraz z wypłacaniem im wysokich rent. Skutkowało to tym, że wypadków było bardzo mało, a jak były to nie tak ciężkie jak przy wzmożonych obecnych kontrolach policji, radarach i tych całych biurokratycznych prawach jazdy. Dobry art napisał p.Paweł Budrewicz. Czy ten pan jest rodziną z p.Olgierdem Budrewiczem????

  2. belzebub napisał(a):

    dla mnie autor się zagalopował w swoich libertariańskich poglądach, bo trudno sobie wyobrazić iż obok jedzie ktoś bez prawa jazdy i tym samym szkolenia.

  3. Liberat napisał(a):

    belzebub, Ty bezlebubie!

  4. Marko napisał(a):

    Samo pr. jazdy jako dokument nie jest problemem. Zawsze mozna je sobie kupic na bazarze. Problem to szkolenie podstawowe, ktore kazdy musi przejsc i posiadanie dokumentu go do tego zmusza. Pan Budrewicz jednak sprytnie odwrocil kota ogonem w innej kwestii. O tym jak ktos prowadzi auto nie decyduje pr. jazdy czy nawet kurs tylko charakter. Gdyby wprowadzic przymusowe badania kandydatow na kierowcow pod tym katem okazaloby sie, ze 50 % nigdy nie powinna siadac za kierownica. To po prostu szalency, debile i pozbawieni wyobrazni mordercy. Tylko ze to sie kloci z „wolnoscia”, wolnym rynkiem i kapitalizmem, w ktorym najwazniejsze jest to zeby komus cos sprzedac i zarobic (auto, benzyna, kurs nauki jazdy itd), a co sie po tym akcie stanie – a ch…mnie to obchodzi. Kasa sie zgadza i to jest najwazniejsze.

  5. nutaharion napisał(a):

    @belzebub – a dzisiaj jaką masz pewność, że ten ktoś obok Ciebie ma prawo jazdy? Żadną. Jeździć powinien uczyć ojciec lub matka biorąc dzieciaka na początek wieczorem na parking a następnie w lekki ruch i w taki sposób przygotowywać je do życia. Po kilku takich jazdach przeciągnąć dzieciaka przez ruchliwe miasto i wąskie uliczki a nauczy się jeździć lepiej niż w szkole jazdy, które jeżdżą tylko trasami egzaminacyjnymi.

  6. argothiel napisał(a):

    Warto dodać, że na poruszanie się po drogach jako pieszy – dokument nie jest wydawany. Działa to tak, jak napisał/a nutaharion. Dzieci są uczone przez rodziców i ostrożności, i podstawowych zasad poruszania się.

  7. Marko napisał(a):

    A co z tymi, ktorych rodzice auta nie maja albo sami jezdzic nie potrafia i nie znaja dobrze przepisow czy w ogole techniki poruszania sie po drogach autem? Tych pewnie uczyl bedzie sasiad, ktory moze tez nie ma o tym wiele pojecia. Dzieci sa uczone gl. w przedszkolach i szkolach a rodzice – w wiekszosci – maja to w d…. W USA rodzice „ucza” swoje dzieci jezdzic, z efektem, ze jest tam wiecej wypadkow niz gdzie indziej, a ze strachu wprowadzono na hajwejach w US-manii ograniczenie predkosci do 90 km/h. Kto mial okazje sie po nich przejchac w towarzystwie miejscowych pseudokierowcow po „kursach taty i mamy”, ten nie pojmuje dlaczego wolno tam jezdzic „az” 90 km/h. Najbardziej ciekawe techniki jazdy prezentuja nacje meksykanskie (6 x 4 m limuzyna dla wlasnego bezpieczenstwa, noca bez swiatel, na czerwonym przejezdza kazde skrzyzowanie, na autostradzie mija z lewa i prawa, nie wlaczajac kierunkowskazow) i potomkowe niewolnikow afrykanskich (odgiety na metr od auta zderzak, radio na 1000 decybeli, taniec na siedzeniu, rece nie na kierownicy i pare innych mrozacych w zylach krew zachowan). Nie ma to jak absurdalne pojecie wolnosci. Ciekawe dlaczego stado baranow pilnuje pastuch i kilka psow? A dwunogich nalezy pozostawic samych sobie?

  8. StG44 napisał(a):

    @Marko: jesteś żywym przykładem, że potrzebuje biurokracji, żeby jeździć. Czymkolwiek. Nawet na wrotkach potrzebujesz urzędowego potwierdzenia. Lecz się trollu komunistyczny.

  9. Paweł Budrewicz napisał(a):

    @prawda
    Tak, „ten pan” jest daleką rodziną ze śp. Olgierdem Budrewiczem – po ojcu 🙂

  10. lll napisał(a):

    A nie prosciej byłoby robić test na inteligencje?

  11. prawda napisał(a):

    Dziękuję za info p.P.Budrewicz. Kilka książek p.Olgierda przeczytałem i mam w posiadaniu. Bardzo dobre i napisane piękną polszczyzną. Po ojcu czyli po mieczu, rozumiem, że dziadkowie byli stryjecznymi braćmi. Życzę sukcesów.

  12. MaG napisał(a):

    @Marko: Bzdura, w USA jest zdecydowanie mniej wypadków niż w Europie.

  13. Marko napisał(a):

    W USA kolego MaG nie zglasza sie bardzo wielu wypadkow z kilku podstawowych powodow: wielu jezdzi na haju, wielu nie ma prawo jazdy lub ubezpieczenia, do wielu wypadkow policja w ogole nie chce jezdzic (za duzo ich?), zainteresowani rezygnuja sami ze zgloszenia(powody rozne). Ty mi tu nie opowiadaj wiec bajek, znam tamten kraj z autopsji i wiem jak dziala. Kolejny znawca, ktory cos przeczytal w wybiorczej albo zobaczyl w TVN-ie i sie wypowiada.

  14. Andrzej Stypuła napisał(a):

    Ponieważ nie znam zasad obowiązujących w Polsce mogę tylko o USA: po pierwsze nie ma prawa jazdy – jest licencja na jazdę. Czym to się rózni – otóż zamiast mandatu otrzymujesz wezwanie do sądu, gdzie możesz sędziemu wytłumaczyć ze skręciłeś np. w prawo na zakazie, bo gdybyś tego nie zrobił, to spowodowałbyś wypadek (to akurat jest z mojego doświadczenia sądowego) i możesz zostać uniewinniony. Po drugie naukę jazdy zaczyna delikwent od 16-go roku życia. Przepisów uczy się w szkole gdzie zdaje egzamin, a następnie przechodzi kurs jazdy z instruktorem. Aby jednak otrzymać licencje jazdy musi przejechać z rodzicem (lub dorosłym) 40 godzin w tym 10 na drodze szybkiego ruchu i 5, lub 10 (w zależności od stanu) w nocy. Dokument ten z podpisami dorosłych, lub krewnych jest potrzebny do końcowego egzaminu. Pierwszą licencje otrzymuje na 1 rok. Jeśli w tym czasie przekroczy przepisy i otrzyma mandat to zaczyna karierę kierowcy od początku. Dodatkowo do czasu osiągnięcia pełnoletności nie wolno mu w samochodzie mieć pasażera rówieśnika z wyjątkiem rodzeństwa w trasie do szkoły.
    Nie wierzcie tym wypisującym bzdury – jazda na haju to koszty od $5000 do $10000 samego adwokata i podwójne koszty ubezpieczenia. Delikwent taki nie dostanie zatrudnienia w przewozie samochodowym przez 10 lat jeśli wogóle. Policja nie interweniuje w przypadku drobnych stłuczek bez obrażeń cielesnych – te zgłasza się bezpośrednio do ubezpieczyciela. Do wypadku z uszkodzeniami cielesnymi, lub dziećmi przyjeżdża policja, straż pożarna i ambulans – czy trzeba, czy też nie.

  15. Paweł Budrewicz napisał(a):

    I co – mają mniej wypadków w przeliczeniu na mieszkańca?

  16. Andrzej Stypuła napisał(a):

    Nie wiem, gdyż nie zajmuję się statystyką dla statystyki – wiem natomiast, że jeśli wpółczynnik wypadków w mojej firmie przekroczy 0.5 na milion mil (po polsku jeden wypadek na 3,218,688 km) to odbiorą mi koncesję, a jeszcze wcześniej stracę możliwość się ubezpieczenia, dlatego że ja mam obowiązek mieć ubezpieczenie, a ubezpieczyciel wcale mnie ubezpieczać nie musi.

  17. Witold napisał(a):

    Nie zagalopujmy się może w tych wnioskach – fakt, że państwo wydaje prawo jazdy nie czyni go totalitarnym, a zlikwidowanie całkowicie prawa jazdy w jakiejkolwiek formie to głupota.

    Przepisów jest trochę, niektóre są niepotrzebne i upierdliwe, inne potrzebne i jak najbardziej sensowne. Egzaminy? Wiadomo – każdemu zdarza się popełniać pomyłki, inni kierowcy też są trochę wyrozumiali, więc egzamin wyciąga pieniądze od ludzi. Ale nie zgodzę się, że prawo jazdy powinno całkowicie zniknąć.

    Bo to oznacza, że nie mam żadnego poczucia bezpieczeństwa na drodze. Nikt nie musiałby zostać nauczony jak jeździć – wystarczyłoby po prostu mieć samochód. Już wystarczająco dużo jest osób, które nie mają wyobraźni – taki egzamin chociaż trochę ich odsieje, a jednocześnie doedukuje.
    Oczywiście nie bezpośrednio. Nauki jazdy mają instruktorów, którzy jakieś szkolenia przechodzą – więc coś tam jednak potrafią przekazać – a dzięki specjalnym samochodom instruktor może reagować w groźnych sytuacjach.

    Po prostu założenie, że każdy umie jeździć(lub w końcu się nauczy) jest błędne. Oczywiście – prawo jazdy nie stwierdza, że jeździć umiesz. Ale stwierdza, że kiedyś się tego uczyłeś – i zdałeś egzamin, więc tak beznadziejnie nie mogłeś jeździć. A to, jak jeździsz potem, to inna bajka. Osoby, które pierwszy raz idą na prawko mają różne reakcje – jedni od początku sobie dobrze radzą, inni gorzej, ale jest też sporo takich, którzy nawet po kilkunastu godzinach w tej nauce nie czują się zbyt pewnie, nie jeżdżą za dobrze. Nie chciałbym chodzić po ulicy ze świadmością, że może sobie jechać ktoś, kto dopiero „się uczy” jeździć, i może zwyczajnie w świecie nie pomyśleć, że przy przejściu dla pieszych musi uważać. Poza tym, jeśli uczy się z rodzicem, to rodzic i tak nie zaregauje.

    I jedno pytanie – a co z ludźmi, którzy nie są nastolatkami? W tym artykule autor zakłada, że prawo jazdy dostaje tylko dziecko, nastolatek, który zapisał się na kurs. Że zamiast tego powinni uczyć go rodzice. Co, jeśli rodziców nie było stać na auto? Kto go nauczy? Sam ma próbować? To samo dotyczy osób, które są w bardziej podeszłym wieku. Wcześniej nie zdawali na prawko, teraz mogą jeździć jak chcą – i kto ich teraz nauczy?

    Nie mówiąc o tym, że skoro tyle osób jeździ teraz naprawdę słabo, a prawo ma, to pewnie znajdzie się ogromna ilość osób, która jeździć nie będzie umiała w ogóle, ale stwierdzi, że jest kompetentna i wsiądzie sobie za kółko. I do tragedii tylko krok.

    Nie uważam, że prawo jazdy to świetny wynalazek. Ale nie mam pomysłu na lepszą alternatywę. Prawo jazdy gwarantuje nam, że osoba przeszła kurs na prawo jazdy, i zaliczyła egzamin. Brak prawa jazdy może nam jedynie zagwarantować, że musimy liczyć na odpowiedzialność i wyobraźnię innych kierowców. A o to czasami bardzo ciężko.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *