W aucie posła Wójcikowskiego uszkodzone były przewody hamulcowe

Wokół tragicznej śmierci posła Rafała Wójcikowskiego ze stycznia br. narasta coraz więcej wątpliwości Czytaj więcej »

 

Po co nam Senat?

Co prawda wybory za niecałe dwa lata, ale maraton wyborczy w 2014 roku skróci i umili nam czas oczekiwania. Maraton, czyli praktyczny sondaż wyborczy (tzw. eurowybory) oraz test siły partii w regionach (wybory samorządowe). I na pewno wcześniej czy później pojawi się szlagier ostatniego ćwierćwiecza, czyli pytanie o sens utrzymywania Senatu.



Przypomnijmy, jak jest skonstruowany system polityczno-wyborczy Rzeczypospolitej 3.0. Bezpośrednio wybieramy Prezydenta, którego realna władza sprowadza się do wygłoszenia orędzia noworocznego oraz do wetowania ustaw. Z pierwszego Pan Prezydent korzysta, choć nic z tego nie wynika, a z drugiego nie korzysta, choć mogłoby coś z tego wynikać. Realną władzę ma premier, ale jego nie wybieramy bezpośrednio, tylko za pomocą jego organizacji zwanej partią. Bowiem w wyborach parlamentarnych nie głosujemy na ludzi, ale na partie, czyli na umysł kolektywny. Potem partia głosuje tak jak chce Pan Premier (np. w sprawie OFE), a Pan Premier staje się zakładnikiem głosujących. Posłowie pomagają Panu Premierowi realizować jego pomysły, a Pan Premier jakoś się odwdzięcza. I lepiej nie wiedzieć jak. Starzy policjanci radzą: mniej wiesz, krócej biją.

I jest jeszcze Senat. Wybory w okręgach jednomandatowych, czyli głosujemy na ludzi. Przynależność partyjna bądź jej brak o niczym nie przesądza, a jest jedynie wskazówką, czy obrzucić kandydata zgniłymi pomidorami, czy dać mu jednak szansę się wypowiedzieć. Bycie kandydatem partyjnym ma nawet dodatkowy minus (poza obrzuceniem pomidorami). Ludzie mogą bowiem zapytać partyjnego kandydata, dlaczego premier to albo tamto, co partia zrobiła w sprawie takiej i owakiej, oraz jak to jest, że w zarządzie partii wciąż zasiada ten idiota … – i tu pada lista nazwisk.

Minus Senatu jest taki, że Senat może tyle, ile wywalczą senatorowie. Bo uprawnienia konstytucyjne są niewielkie, mówiąc delikatnie, a określenie „kwiatek do kożucha” to wręcz przesada. Siła Senatu to siła senatorów. A teraz proszę sobie przypomnieć ostatnią inicjatywę Senatu RP… No, ja też nie pamiętam.

Czyli co? Niepotrzebny byt?

Zła odpowiedź, bo źle postawione pytanie. A właściwie – źle zaadresowane. Bo gdyby tak Prezydent był Premierem wybieranym przez naród, a Senat miałby uprawnienia Sejmu, to można by zredukować nasze władze centralne o jeden gabinet i jedną izbę. Nie tylko bez strat, ale i z korzyścią!

A zatem – nie kasować Senatu. Skasować Sejm, a jego uprawnienia dać Senatowi. Będzie i taniej, i lepiej. A na pewno będzie łatwiej patrzeć na ręce stu osobom wybranym przez naród niż czterystu sześćdziesięciu członkom partii wybranym w zaciszu gabinetów.

Napiszcie do senatora ze swojego okręgu, co on/ona o tym myśli. Pisząc, koniecznie powołajcie się na blog stopsocjalizmowi.pl.

Paweł Budrewicz

Autor jest radcą prawnym i ekspertem Centrum im. Adama Smitha. Prowadzi bloga stopsocjalizmowi.pl


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *