Braun: To zła historia jest matką złej polityki

To zła historia jest matką złej polityki. Niech się wam broń Boże nie wydaje, że możecie rozszerzyć waszą, piękną wolnościową idee, nie wracając do historii Czytaj więcej »

 

Podatek na wakacje

Wielce zawiodą się ci wszyscy, którzy myśleli, że w tym roku rząd Leszka Millera nie będzie już nakładał na nas kolejnych obciążeń fiskalnych. Od lipca odczujemy na własnej skórze wprowadzenie akcyzy od używanego przez nas prądu.

Sam pomysł wprowadzenia tego rodzaju podatku pojawił się jeszcze w zeszłym roku, gdy szukano sposobów na załatanie słynnej dziury budżetowej. Wówczas to, wraz z nowelizacją ustawy o podatku VAT i akcyzie wprowadzono zapis o opodatkowaniu prądu. Początkowo jednak przeciwko wprowadzeniu opowiedziała się Sejmowa Komisja Finansów Publicznych, która większością trzech głosów, wniosła poprawkę znoszącą wprowadzenie akcyzy. Na forum sejmu głosami koalicji rządowej poprawkę jednak odrzucono.

Projekt budżetu przewidywał dochody skarbu państwa z tego tytułu w wysokości 2,5-3 miliardów złotych, ale Jacek Piechota, minister gospodarki od razu zastrzegł, że akcyza, która wyniesie 2gr od każdej kilowatogodziny nie obciąży społeczeństwa, lecz firmy handlujące bezpośrednio prądem, czyli Zakłady Energetyczne, ewentualnie zaś elektrownie produkujące prąd. W podobnym duchu wypowiadali się również dyżurni ekonomiści kraju. Twierdzenie, że podatek uderza w producenta, a nie konsumenta jest, przyznają to chyba Państwo, tezą dość śmiałą. W pełni też spełnia kryteria, które uprawniałyby nas do tego, by uznać ją wręcz za nonsensowną.

Faktem jest jednak, że przez ponad trzy miesiące nie płaciliśmy nowego podatku. Ale jak mówi przysłowie co się odwlecze, to nie uciecze i teraz przyjdzie nam zapłacić za ten okres z nawiązką. Powodem tego, że dotychczas nie płaciliśmy akcyzy, która zaczęła być naliczana 26 marca br. jest jedynie efektem tego, iż w Polsce nie można mówić o jakiejkolwiek formie rynku elektroenergetycznego. Ceny są bowiem ustalane nie bezpośrednio przez sprzedawców energii, ale przez specjalną komórkę utworzoną w tym celu, mianowicie Urząd Regulacji Energetyki.

Tylko i wyłącznie za zgodą tej instytucji zakłady energetyczne mogą zmieniać swe ceny. Podobnie rzecz ma się także z surowcem, z którego produkuje się energię, czyli węglem oraz dystrybucją i przesyłaniem energii – ich ceny również podlegają odgórnej regulacji.

URE ustalił, że zmiany cen taryf dokonywane będą tylko raz w roku i odbywać się to będzie na przełomie czerwca i lipca. I właśnie dlatego teraz zakłady energetyczne, które ponosiły dotychczas dodatkowe koszty, odbiją to sobie na użytkownikach prądu.

Jak już zapowiedziano, w tym roku cena wzrośnie średnio o około 9-11 proc. Dotychczas za 1 kilowatogodzinę w mieszkaniu w bloku w Warszawie płaciliśmy 35gr. Po podwyżce cena wzrośnie prawdopodobnie o 2-3 grosze. Może nie jest to dużo, ale zważywszy na fakt, ile przeciętna rodzina zużywa prądu rocznie, wzrost ceny spowodowany podatkiem obciąży nasz domowy budżet o dodatkowe 40zł w skali całego roku.

Leszek Juchniewicz, który jest prezesem URE stwierdził na początku roku, że zakłady energetyczne będą dążyć do jak najmniejszej podwyżki, gdyż już dziś mają spore trudności ze ściągnięciem należnych kwot. Według danych długi użytkowników wobec zakładów energetycznych wzrosły w zeszłym roku o ponad 30 proc. w porównaniu z rokiem 2000. Kolejna podwyżka spowoduje zapewne, że jeszcze większa część odbiorców będzie miała trudności z uregulowaniem należnych kwot. Widać jednak, że takie argumenty nie trafiły do posłów, którzy podatek uchwalili, ani do rządu, który był jego pomysłodawcą. Być może jednak doczekamy się wkrótce także specjalnych urzędników, którzy będą kontrolować nasze mieszkania, czy przypadkiem nie oszukujemy zakładów i nie ciągniemy prądu z jakiegoś obejścia, które jest w stanie zrobić każdy w miarę zdolny i bystry elektryk.

Skoro jednak już jesteśmy przy temacie energii, warto przyjrzeć się co czeka nas w najbliższej przyszłości. Istniejąca Agencja Rynku Energii planuje wprawdzie przygotowanie liberalizacji rynku energetycznego (którego tak naprawdę w ogóle nie ma), ale powinniśmy do tych zamiarów podejść raczej z dystansem. Wiemy przecież na czym polegają liberalizacje dokonywane przez państwowe agencje. Poza tym na dzień dzisiejszy 65 proc. usług elektroenergetycznym jest w rękach Polskich Sieci Energetycznych, które nie tylko handlują z elektrowniami prądem, ale również przesyłają energię oraz pośredniczą w transakcjach pomiędzy elektrowniami i zakładami energetycznymi. Pozycja monopolistyczna PSE, które – podobnie jak w przypadku usług telekomunikacyjnych TP S.A. – kontrolują niemal całą branżę, spowoduje, że wejście innych dostarczycieli energii nie spowoduje raczej znaczących obniżek cen.

W całym tym podatku ciekawe wydają się być dwie kwestie. Pierwsza to czas, gdy dokonywane są zmiany cen. Lipiec to miesiąc, gdy większość z nas jest na urlopach i ma inne, ciekawsze zajęcia niż oglądanie rządowych wiadomości lub śledzenie bieżących wydarzeń w kraju. Mało kto więc zorientuje się, że po powrocie z wakacji będzie korzystał z droższego o kilka groszy prądu.

Druga sprawa dotyczy tego, iż wzrost opłat energii pociągnie za sobą prawdopodobnie również wzrost cen niemal wszystkich towarów, gdyż niemal każda firma, fabryka produkująca jakiekolwiek towary odczuje akcyzę na własnej skórze. Może właśnie dlatego prezes URE powiedział, że będzie podchodził bardzo rygorystycznie co do zatwierdzenia ewentualnych podwyżek cen.

– Gdyby zakłady zaczęły oszczędności od siebie, np. poprzez likwidację tzw. taryfy pracowniczej, ( w zeszłym roku ulgi pracowników zakładów energetycznych wyniosły ponad 130 mln zł ) wówczas podwyżka cen mogłaby być mniejsza – stwierdził Juchniewicz.

Zapewne ma rację. Ale gdyby nie wprowadzano podatku akcyzowego, ani nie panowała totalna regulacja cen przez państwo w tym sektorze gospodarki, a w zamian istniała swobodna konkurencja, wówczas na rynku byłyby jedynie obniżki cen. Ale wtedy rząd nie miałby dodatkowych 2 groszy od każdej rodziny i nie mógłby ich wydać chociażby na kolejne agencje zajmujące się przygotowywaniem programu dostosowującego nasze prawo do prawa Europejskiego. Choć akurat akcyza na prąd nie istnieje w żadnym kraju należącym do Unii Europejskiej.

Paweł Toboła-Pertkiewicz


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *