Braun: To zła historia jest matką złej polityki

To zła historia jest matką złej polityki. Niech się wam broń Boże nie wydaje, że możecie rozszerzyć waszą, piękną wolnościową idee, nie wracając do historii Czytaj więcej »

 

Polska 2010. Raj przedsiębiorcy

Z dedykacją dla podejmujących działalność gospodarczą

Tomkowi żyło się dobrze. Dbał o niego każdego dnia rząd, sądy w mig rozstrzygały spory jego firmy, a sejmowa komisja „Przyjazne Państwo” robiła co mogła aby mu przychylić nieba. A to „jedno okienko” w pięć tygodni, a to inne małmazyje…

Tak było i tym razem. Banki dobijały się właśnie aby udzielić mu kredytu, potrzebował więc tylko pilnie przedstawić kilka niezbędnych zaświadczeń z urzędów.

Wypis z KRS był pestką. Co prawda koło sądu nie było miejsca do zaparkowania, a istniejący parking na kilkadziesiąt aut był odgrodzony od petentów, ale widocznie taka była ważna przyczyna społeczna. Zresztą – powiedział sam do siebie – skoro władze wychodzą z siebie i z kieszeni podatników aby dobrze funkcjonował „transport publiczny”, po co pchałem się samochodem? A i kondycję bym poprawił…

Wewnątrz okazało się, że nie można kupić jakichś „znaczków opłaty”, zapewne po to, by nie narażać petentów na noszenie gotówki, ale nauczony doświadczeniem zrobił wcześniej przelew na wskazany rachunek. Oświadczył więc na piśmie, że 30 zł z przelewu nie użył już nigdzie indziej, narażając tym samym państwo polskie na straty i po odsiedzeniu – luksus się przedsiębiorcy należy! – kilkunastu minut w kolejce, był już posiadaczem pierwszego dokumentu.

ZUS to prawdziwa pestka. Nie dość, że druk można sobie samemu wydrukować z internetu to jeszcze można go wysłać faksem nie pchając się w miejskie korki, a za siedem dni odebrać gotowy dokument „o niezaleganiu”. I wszystko to darmo, tj w ramach płaconych składek i podatków. Co prawda okazało się, że ZUS nie widzi ostatnich wpłat, choć minęło kilka dni od terminu ich realizacji, ale Tomek wiedział, że nic tak nie uspokaja człowieka jak dodatkowe przesłanie na podany numer faksu deklaracji zusowskiej i kopii trzech przelewów 51,52 i 53. W końcu nie po to była informatyzacja w ZUS żeby takie rzeczy biedne kobiety tam zatrudnione widziały niemal on-line. Jak nieśmiało poinformowała go miła pani, widzą je czasem i po dwóch tygodniach. To co, miał nie pomóc sobie i kobiecie gdy jeszcze w powietrzu unosił się zapach ósmego marca?

Na deser pozostała skarbówka. Okazało się, że w dziesiątym roku dwudziestego pierwszego wieku nie można, jak do ZUS, wysłać wniosku faksem. Można za to podziwiać budzącą się wiosnę jadąc przez miasto, szukając miejsca w imponującej kałuży na chodniku, pełniącym funkcję parkingu. Targany wyrzutami sumienia, że znów nie skorzystał z autobusu „komunikacji miejskiej” złożył stosowny wniosek i udokumentował roztropnie dokonaną przez internet opłatę 21 złotych za każdy z oczekiwanych egzemplarzy pisma „o niezaleganiu”. Ku swemu ukrywanemu zdziwieniu stwierdził zresztą, że beneficjentem tej kwoty okazał się urząd miasta… Co ma piernik do wiatraka? – zapytał się dyletancko w duchu. A wystarczyło być na bieżąco z tysiącami stron ustaw i  rozporządzeń stosownych ministerstw i głupich pytań by nie było. Termin siedmiu dni wydał mu się pestką.

Wracając uświadomił sobie jak wiele robi dla niego władza i jakie poczucie szczęścia funduje mu za darmo.

Po kilku dniach zadzwonił telefon. Pani ze skarbówki poinformowała, że brakuje deklaracji VAT i CIT 7, 8 i 9. Nie poznał siebie, gdy zgorszony zapytał jakim cudem, skoro pół roku wcześniej skarbówka wydała mu papier „o niezaleganiu” za ostatnie pięć lat i nie było żadnych uwag. Doprowadziło to panią do irytacji graniczącej z rozważaniem sensu prowadzenia dalszej rozmowy. Dlatego właśnie zawsze sprawdzamy pięć lat do tyłu, by wykryć takie rzeczy – odparła między innymi zdaniami…

Bo też i nie potrafił się zachować nasz bohater w tej sytuacji. W swoim małym rozumku nie potrafił zrozumieć jak instytucja, do której wpłacał rocznie dziesiątki tysięcy złotych może po pół roku od wydania poprzedniego zaświadczenia robić problemy za okres sprzed… dwóch, trzech lat. Narastało w nim to pytanie w czasie krótkiej rozmowy, więc gdy urzędniczka powiedziała o procedurach, które powodują, że mu przekazuje informacje – do kogo ma się zgłosić i wyjaśnić – nie wytrzymał po raz drugi. Skoro pracuje pani w aparacie ucisku więc oczywiście ma pani procedury. Zawsze są takie tłumaczenia. – dodał, przypominając sobie zupełnie niewspółmierne do jego drobnej sprawy, tłumaczenia narodowo-socjalistycznych oprawców przed trybunałami.

I tylko temu, że pani przeszła szkolenie jak postępować z takimi trudnymi typami zawdzięczał, że nie został na razie wtrącony za kraty za bezczelne uwagi i myślozbrodnię podszytą „mową nienawiści”.

Policzył do dziesięciu, a później do stu. Kolejnym paniom pragnął już tylko pomóc. W końcu nie tak dawno była manifa, a miał wrażenie, że na złość kobietom, w skarbówce parytet wynosił nie 50, a całe 100 procent. Czy faceci nie powinni być tam przymusowo zatrudniani aby użerać się z takimi niewdzięcznikami jak ja? – pomyślał i nie wiadomo skąd wpadł mu do głowy pomysł na plakat z hasłem wzorowanym ma kobiecej manifie. Tamten był prosty i brzmiał bez gwiazdek, co pokazały liczne media:„Mam ci**ę”. A gdyby tak mężczyźni, w swoim wrodzonym prostactwie nie wymyślając nic nowego, szli z plakatami „Mam ch**ka – żądam parytetu męskiego w szkołach, w skarbówce i wyborach miss”?  …Dziewięćdziesiąt osiem, dziewięćdziesiąt dziewięć i sto. Brrrrrrrrr! Otrząsnął się z głupich myśli. Trzeba było załatwić sprawę, skoro nie dało się jej ani przeskoczyć, ani ominąć, ani wysadzić w powietrze.

Kolejna pani nie żądała niczego nadzwyczajnego. Kopii deklaracji VAT za listopad, aby sprawdzić czy przeniesienie wynosiło tyle ile wynosiło. Czy mogę przesłać faksem czy muszę przynieść w zębach? – wypalił w recydywie. Lepiej dostarczyć – ale oddzwoni do pana koleżanka, ja nie wiem.

Pani od VAT jednak nie dzwoniła. Z kolejną panią postanowił wyzbyć się poprzednich błędów. „Dzień dobry” – zaczął zniewalającym głosem, jak przystało na męską szowinistyczną świnię, którą uczono, że z urzędniczkami nigdy nie wojuj, bądź miły, cukruj, a załatwisz prawie wszystko. Okazało się, że pani nie ma deklaracji CIT za „siedem, osiem i dziewięć, a mam za trzy, cztery, pięć, sześć”. Raz jeszcze poczuł się jak idiota… A co to znaczy sześć siedem i osiem…? – zapytał.. Tym razem pani nie kryła zdumienia: Rok 2006, siódmy i ósmy!

I wówczas zrozumiał. Widzi pani…, ja już przypuszczam co się stało… Wojewódzki Urząd Skarbowy przysłał mi pismo, że od stycznia podlegam pod państwa i jak się domyślam przesłał pismo do mnie, ale do państwa już nie… Zaznaczyłem to na wniosku, na marginesie po prawej, dwie trzecie od góry strony – wyjaśnił. Pani potwierdziła, że oni o niczym od urzędu wojewódzkiego, trzy miesiące po zdarzeniu, nie wiedzą. CIT był uratowany.

Po chwili zadzwonił telefon. Pani z VAT była wyraźnie po rozmowie z pierwszą panią, która „miała procedury”. Był pan w wojewódzkim urzędzie skarbowym i przeszedł pan do nas – zaczęła. Jednak skądś wiedziały… – pomyślał. Nigdzie nie przeszedłem tylko mnie przeniesiono – powiedział w swej bezczelnej naiwności, choć zgodnie ze stanem faktycznym. Wystarczyło odpowiedzieć TAK! – odparowała. Powiedziała, że oczekuje kopii deklaracji VAT z jesieni roku poprzedniego ponieważ pisała w lutym do wojewódzkiego US, ale jej dotąd nie odpisali. Mogę panu pokazać pismo – dodała pojednawczo i zakończyła: Sprawa może potrwać jeszcze miesiąc. Nie musiała mu udowadniać, co ma sądzić o skarbówce. Władza zapewniała go każdego dnia, że żyje na rajskiej zielonej wyspie, czemu miał nie wierzyć premierowi? 59 procent Polaków ufa jego partii! Jedzmy g***, miliony much nie mogą się mylić – jak pisał w „Statku”, bez gwiazdek cytując popularnego powieściowego polityka, pan Waldemar Łysiak.

Pozostało wynegocjować formę dostarczenia kopii deklaracji VAT. Faks właściwie nie wchodził w rachubę o ile jesienią deklaracja nie była dostarczana osobiście i jest na niej pieczątka, „chyba że dostarczy pan też dowód nadania, ale nie w książce nadawczej tylko na osobnym druku z opisem, co było wysłane, a ja sobie już tylko telefonicznie potwierdzę w tamtym urzędzie.”

Zapomniawszy o obietnicy jaką złożył sam sobie, Tomek podzielił się refleksją: „Mówi pani tak, jakbym miał panią oszukać, że składałem deklarację, a tej by nie było. A przecież i tak za chwilę by się okazało, że kłamałem więc po co miałbym to robić?”. W odpowiedzi dowiedział się o organizacji pracy w urzędzie skarbowym i w tej sytuacji pozostało mu tylko skorzystać z okazji by siedzieć cicho lub rzucić wszystko i jechać z kopią deklaracji w zębach. Dokładnie tak, jak zalecał Polsce nieodżałowany prezydent Francji Chirac, gdy ta wpadła na pomysł podejmowania samodzielnych kroków w polityce zagranicznej za obowiązywania liberalnego „Traktu Nicejskiego”, który jeszcze na to zezwalał.

Przesłał więc i czeka. By jakoś znieść tę nieznośną ciszę zadzwonił i opowiedział mi tę historię dodając: „Właśnie słyszałem Tuska mówiącego, że Polacy ufali państwu i dlatego nie protestowali. Myślałem że to trójkowa „powtórka z rozrywki”, a to chyba jakieś wiadomości były…”

Wojciech Popiela


5 Responses to Polska 2010. Raj przedsiębiorcy

  1. kazet napisał(a):

    Uśmiać się można, chociaż na dobrą sprawę, to nie ma z czego… W łeb sobie tylko strzelić w takim kraju.

  2. Tymes napisał(a):

    Skutki feminizacja zawodów deprecjonują pomysł parytetów. Wszystkie „wyroki” w sprawach NAJFELD, GOŚĆ NIEDZIELNY, Książka ZYZAKA to „dzieła” i kompromitacje pań. Nazwiska dostępne w internecie. Choć media trochę ich unikają aby nie dostrzec słonia w składzie porcelany. Zwłaszcza gdy „uzasadnienia” powalają swoją głupotą.

  3. kyeelt napisał(a):

    najgorsze w tym wszystkim ze dalej znajomosci pozwalaja na uzyskanie w 1 dzien zaswiadczenia w skarbowce lub nawet znam takiego skubanca co w tydzien (5 dni roboczych w sumie) zalatwil wpis do ksiegi wieczystej

  4. St. aspirant napisał(a):

    Najciekawsze jest, że gdy firma pyta firmę czy jej coś „wisi” to odpowiedź można dać siedząc przed komputerem w kilkanaście sekund. Na piśmie w kilka minut. A w urzędzie dni SIEDEM. Ale to nie dziwi; nawet gdyby biurwy mogły dać dwa dni to i tak powiedzą siedem. Pięć zostanie im na pogaduszki i załatwianie znajomych „w 1 dzień” w zamian za „wziątkę”.

  5. paweł napisał(a):

    Zachęcam innych prywatnych przedsiębiorców do dzielenia się na Prokapie swoimi doświadczeniami w prowadzeniu firmy (zarówno tymi dobrymi jak i złymi). I to nie tylko w formie komentarzy ale także artykułów. Z takich informacji zawsze sporo się można nauczyć i wyciągnąć wnioski na przyszłość.
    Pozdrawiam
    PSz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *