Sexed – przepis na deprawację

Ta kampania, wbrew niegroźnym pozorom, jest bardzo dobrze przemyślana, nastawiona na całkowite zdeprawowanie młodych ludzi Czytaj więcej »

 

Prawica po wyborach – zjednoczeniowe mity

Niedawno na portalu konserwatyzm.pl mieliśmy okazję przeczytać artykuł Adama Wielomskiego pt. „Prawica po wyborach prezydenckich”*, w którym Autor zastanawia się, czy Janusz Korwin-Mikke wykorzysta swój wynik wyborczy, by budować szeroki blok prawicowy.

Zgadzam się z Autorem, że JKM stanął przed szansą objęcia przywództwa po prawej stronie sceny politycznej i budowy szerokiego porozumienia prawicowego, w którym po raz pierwszy w najnowszej historii Polski akcent padłby na potrzebę głębokich reform strukturalnych państwa.

Pozostaję jednak sceptyczny co do możliwości powstania i realnej efektywności takiego porozumienia. I to bynajmniej nie brak chęci, ani sama osoba JKM jest tu przeszkodą.

Nie mogę oczywiście wypowiadać się za pana Janusza, nie znam wszystkich jego planów politycznych. Mogę jednak wykazać pewne słabości rozważań Adama Wielomskiego.

Adam Wielomski pisze o dwóch hipotetycznych scenariuszach. Pierwszy miałby polegać na konsolidacji i odbudowie podzielonego dziś obozu konserwatywno-liberalnego, drugi na budowie właśnie szerszego obozu prawicowego. I tu dwie uwagi wstępne: po pierwsze możliwych scenariuszy jest więcej, choćby podłączenie się i próba budowy „frakcji prawicowych” wewnątrz PiS lub PO (nie twierdzę, że to sensowne i właściwe, ani że w ogóle rozważane – ale czysto hipotetycznie możliwe); po drugie przedstawione przez Adama Wielomskiego scenariusze wcale się nie wykluczają. „Umocnienie hegemonii” w obozie konserwatywno-liberalnym może być wstępem (lub przebiegać równolegle) z budowaniem szerokiego obozu prawicowego.

Po pierwsze – z kim?

W Polsce za prawicowe uchodzą (lub też same się tak określają) również środowiska o poglądach lewicowych, a czasem wręcz skrajnie lewicowych. Przykładem może być choćby Kornel Morawiecki, człowiek mający piękną kartę z czasów walki z komuną i osobiście uczciwy. Przy okazji wyborów prezydenckich ujawnił on nieco swoje poglądy i okazało się, że zarówno w sferze gospodarczej, jak i społeczno-światopoglądowej są one mocno lewicowe. Spośród wszystkich kandydatów w ostatnich wyborach prezydenckich najbliżej mu do tow.Ziętka.

„Prawica” to też część pierwotnej LPR o rodowodzie socjalno-związkowym i poglądach narodowo-bolszewickich, jak związkowy watażka Zygmunt Wrzodak czy orędownik złupienia Polaków monopolem cukrowym Gabriel Janowski. Nie kwestionuję broń Boże dobrych chęci tych panów, ich osobistej uczciwości ani też możliwości, że w pojedynczych sprawach mogą nawet mieć czasem słuszność. Nie potrafię sobie jednak wyobrazić konstruktywnej współpracy ze środowiskami tak bardzo odległymi programowo.

Nie kwestionuję też zasług J.R.Nowaka w demaskowaniu kłamstw Grossa, ale polityka to walka o konkretne rozwiązania ustrojowe, a nie dywagacje o przekłamaniach historii. Jaki jest sens budowy wspólnej formacji politycznej z ludźmi, z którymi praktycznie w każdej sprawie mamy zdanie nawet nie tyle różne, co wręcz przeciwstawne? Śmiesznie musiałaby wyglądać kampania wyborcza, w której kandydaci jednego bloku udzielaliby skrajnie odmiennych odpowiedzi na te same pytania. Jeszcze śmieszniej byłoby w przyszłym Sejmie, kiedy posłowie tej samej listy głosowaliby zupełnie odwrotnie w przypadku każdej ustawy.

Nie da się ustalić wspólnego mianownika między WiP/UPR i panami Janowskim, Wrzodakiem, Nowakiem czy Morawieckim, nie da się ustalić żadnego programu-minimum. Możemy oczywiście przyjąć wspólne hasło typu „żeby Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej”, ale nie ma absolutnie żadnej szansy, by wspólnie ten slogan wypełnić jakąkolwiek treścią.

Osobiście uważam, że porozumienie UPR z częścią środowisk prawicowych ma sens ideowy. W szczególności środowisko stanowiące trzon dawnej LPR, być może PR Marka Jurka, część mitycznej „frakcji konserwatywnej” w PiS, a także niektórzy dawni członkowie UPR, obecnie w PO, zapewne dogadaliby się z nami (czyli WiP/UPR) w sprawach programowych. W końcu niektórzy posłowie „frakcji konserwatywnej” PiS to dawni członkowie UPR, podobnie jak część działaczy Ligi. Również sam Roman Giertych w 1993 startował z list UPR do Sejmu.

Sam znam i cenię sporo działaczy LPR, a współpracę z nimi w wyborach 2007 wspominam pozytywnie. Poza tym, raz już udało się nam porozumieć, właśnie przed wyborami 2007. Zwracam też uwagę, że wówczas to LPR było podmiotem dominującym, z konieczności więc to my musieliśmy wykazać się większą elastycznością programową.

Kłopot w tym, że potencjalni partnerzy też musieliby wyrazić taką wolę współpracy. Tymczasem dawni UPR-owcy w PiS i PO mają się najwyraźniej nieźle (w przeciwieństwie do idei, do których przywiązanie deklarują). Obóz Marka Jurka już złożył hołd lenny Kaczyńskiemu. LPR zaś będący najwyraźniej w stanie zupełnego rozkładu (o czym świadczy chociażby brak jakiejkolwiek aktywności w wyborach prezydenckich) sprawia wrażenie, jakby dążył do jakiegoś cichego porozumienia z PO (o czym może świadczyć chociażby przejście krakowskich radnych tej partii do klubu PO).

Po drugie – po co?

No dobrze, abstrahując od absurdu sojuszów ugrupowań programowo antagonistycznych, skupmy się na kwestiach taktycznych. Teoretycznie możliwe jest oczywiście stworzenie bloku wyborczego ugrupowań zupełnie różnych tylko i wyłącznie w celu osiągnięcia sukcesu wyborczego. Potem każdy idzie swoją drogą, nie próbujemy tworzyć wspólnego klubu w parlamencie (bo i po co?).

Pomińmy śmieszność ewentualnej kampanii wyborczej w takiej sytuacji. Tak się jednak składa, że wspomniany antagonizm programowy wymienionych środowisk pozostaje w ścisłej korelacji z antagonizmem poglądów ich zwolenników. Zwykło się czasem uważać, że elektoraty ugrupowań działających w koalicji sumują się, a cały blok dostaje jeszcze „premię za zjednoczenie”. Niestety, wybory 2007 roku udowodniły, że często jest odwrotnie – przeciwstawne elektoraty, nawet relatywnie bliskich programowo partii, nie tylko się nie uzupełniają, ale wręcz wykluczają.

Dla sporej części zwolenników UPR (a nawet części działaczy partii) nasz koalicyjny partner w wyborach 2007 to zbieranina „pobożnych socjalistów” i to wbrew oczywistym faktom mówiącym, że to LPR była w poprzedniej kadencji parlamentu najbardziej wolnorynkową formacją. Z kolei dla sporej części elektoratu LPR nasza strona to „liberalne” zło. Nie potrafiliśmy przekonać wyborców, że do siebie pasujemy. Wspólna lista otrzymała o wiele mniej głosów, niż każda z partii mogła oczekiwać samodzielnie. Dotychczasowi wyborcy LPR w większości przerzucili swoje poparcie na PiS, a większość zwolenników UPR została w domach. Projekt poniósł całkowitą klęskę.

Doświadczenia zatem nie są zachęcające i nie sądzę, żeby sytuacja radykalnie się zmieniła. Nie wróżę sukcesu ewentualnej powtórce…

Po trzecie – kiedy ?

Przed nami wybory samorządowe i to na nich właśnie należy się obecnie skupić. W gminie, zwłaszcza małej, łatwiej jest zawierać koalicje ponad podziałami politycznymi. Tu nie liczy się stosunek do EU, aborcji, VAT – tymi sprawami samorząd się zwyczajnie nie zajmuje. Liczy się za to prywatyzacja mienia komunalnego, racjonalizacja finansowania oświaty, stan dróg miejskich itp.

Teoretycznie zwolennik głębokiej integracji europejskiej i Traktatu Lizbońskiego, który jest naszym wrogiem w ogólnopolskiej polityce, może być naszym partnerem w gminie, jeżeli będzie zarazem zwolennikiem bonu oświatowego. I odwrotnie – ktoś, kto marnotrawi gminne pieniądze na budowę nikomu niepotrzebnych stadionów, może teoretycznie być naszym sojusznikiem w Sejmie w sprawach sprzeciwu wobec dyktatu EU. Chcę przez to powiedzieć, że w wyborach samorządowych sprawy lokalne mają zdecydowanie większe znaczenie, niż podziały polityczne na poziomie ogólnokrajowym. Wobec tego też kryteria doboru sojuszników są zupełnie inne, niż zwykły podział na „prawicę” i „lewicę”.

Moim zdaniem to właśnie miasta i gminy są miejscem, gdzie nasz obóz mógłby poszukać szansy na dokonanie zmian w polskiej rzeczywistości. Wbrew pozorom w samorządzie można dużo zrobić. Jasno pokazuje to przykład Stefana Oleszczuka, legendarnego już upeerowskiego burmistrza Kamienia Pomorskiego, który całkowicie zmienił oblicze swojej gminy**. Do tego potrzeba jednak efektywnej koalicji. Stefan Oleszczuk nie został burmistrzem dlatego, że UPR wygrała w Kamieniu wybory, lecz dzięki porozumieniu z różnymi siłami.

Chcąc zaistnieć w gminnej polityce potrzebne są koalicje efektywne, zapewniające udział w podziale mandatów radnych. W praktyce potrzeba do tego znacznie więcej głosów niż pozwalające teoretycznie pokonać próg wyborczy 5%. W Krakowie czy Warszawie jest to co najmniej 8-10 %. Nie widzę szansy na budowę jeszcze przed tymi wyborami ogólnopolskiego efektywnego prawicowego bloku, który miałby odnieść sukces. Oczywiście, nie wyklucza to takiego porozumienia w niektórych samorządach.

Zasadniczo celem w wyborach do rad gmin i miast ma być otrzymanie mandatów, a środkiem zawarcie skutecznej koalicji. Możliwe, że w każdym samorządzie innej, ale generalnie w zdecydowanej większości przypadków nie widzę innego wyjścia, niż porozumienie z większymi partiami (PiS albo PO). Samodzielna lista do sejmików wojewódzkich ma sens, dając szansę na ogólnopolski czas antenowy, pokazanie się wyborcom, wypromowanie lokalnych liderów itp. Ale „szeroki blok samorządowy” prawicy w gminach, składający się z samego planktonu, który zdobędzie 2% głosów, to zwyczajne marnowanie sił i środków. Z pewnością nie stanowi to sensownej alternatywy dla porozumień samorządowych z dużymi partiami.

Podsumowując – próby budowania szerokiego, trwałego, ogólnokrajowego porozumienia politycznego prawicy uważam w tej chwili za mało racjonalne i skazane na porażkę. Być może po wyborach samorządowych i po uporządkowanie sytuacji w łonie samego obozu konserwatywno-liberalnego będzie można wrócić do tematu. Nie znaczy to oczywiście, że odepchniemy bliskie nam programowo osoby i organizacje, które będą szukały porozumienia, ale nie liczyłbym na jakieś kompleksowe inicjatywy.

Powyższym tekstem nie roszczę sobie pretensji do wypowiadania się w imieniu Janusza Korwin-Mikke, ani tym bardziej całego naszego środowiska, jego celem jest jedynie zwrócenie uwagi na słabości hurraoptymistycznych dążeń jednoczących „prawicę” z udziałem obozu konserwatywno-liberalnego.

Tomasz Dalecki


One Response to Prawica po wyborach – zjednoczeniowe mity

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *