Wenezuela – socjalizm albo śmierć?

Socjalizm w Wenezueli jest inny. Wenezuela posiada ogromne zasoby ropy naftowej. Za czasów Hugo Cháveza ceny na ropę naftową były wysokie Czytaj więcej »

 

Przypudrowany protekcjonizm Morawieckiego

Plan Morawieckiego i nowa ekonomia strukturalna opierają się na starym jak świat państwowym interwencjonizmie, który pozwala urzędnikom i politykom na wybieranie poszczególnych branż i miejsc interwencji.


Etatyzm, neoliberalizm, socjalizm, wolny rynek. Pomimo że w debacie publicznej te slogany pojawiają się wyjątkowo często, ułatwiając umieszczenie dyskutanta na bipolarnej osi „prawak/lewak”, to już dawno nie wystarczają do rozmowy na temat polityki gospodarczej. Trudno w prostych słowach omówić najnowsze i najważniejsze dla polskiej gospodarki wydarzenie, jakim było przyjęcie 14 lutego przez rząd „Strategii na rzecz odpowiedzialnego rozwoju” zwanej potocznie „Planem Morawieckiego”. Strategia ta budzi sprzeczne odczucia: niektórzy komentatorzy mówią o powrocie sanacji i chęci budowy nowego COP-u, inni widzą w Mateuszu Morawieckim polskiego Konrada Adenauera. Warto więc spojrzeć na jej konkretne elementy przez pryzmat teoretycznych założeń, które ewidentnie miały wpływ na poglądy naszego wicepremiera.

Ideowy guru Morawieckiego

„Praktycy przekonani, że nie podlegają żadnym wpływom intelektualnym, są zazwyczaj niewolnikami idei jakiegoś dawno zmarłego ekonomisty. (…) Prędzej czy później właśnie idee, a nie interesy i przywileje, stają się groźnym orężem dobrej lub złej sławy”. Słowa te napisał prawie sto lat temu John Maynard Keynes uznawany za protoplastę interwencjonizmu. Idea krąży i ewoluuje, często wpływając na programy partii czy poglądy polityków. Jednak w przypadku Mateusza Morawieckiego sprawa jest dużo ciekawsza – jego ideowym guru nie jest pradawny ekonomista, którego nazwisko patronuje setkom wydziałów ekonomicznych, ale osoba, która pod względem wieku spokojnie mogłaby uchodzić za jego starszego brata.

Justin Yifu Lin, bo o nim mowa, urodził się w 1952 roku w prowincji Yilian na Tajwanie. Zaczął karierę jako wojskowy, jednak pod koniec lat 70. zdezerterował i uciekł do Chin. Stamtąd udał się do Stanów Zjednoczonych, gdzie w 1986 roku obronił doktorat z ekonomii na Uniwersytecie w Chicago. Od 2008 roku pełnił funkcje głównego ekonomisty Banku Światowego, zasiadając przy okazji w fotelu wiceprezesa.

 To właśnie jego Mateusz Morawiecki wskazał w wywiadzie dla Polska The Times jako jednego ze swoich idoli ekonomicznych. Jak wiemy, panowie spotkali się w Davos, gdzie mieli okazje porozmawiać o słuszności założeń „Planu Morawieckiego”. „Rozmawiałem w Davos z wicepremierem Morawieckim. Widać, że ma pomysł, jak rozwijać Polskę” – mówił Justin Lin w wywiadzie z Agatonem Koźmińskim. Jaka jest więc idea, do której tak często odnosi się Mateusz Morawiecki?

Wybrać innowatorów

Nowa ekonomia strukturalna, bo o niej mowa, jest bardzo młodą szkołą ekonomiczną. Jej źródło można datować na początek drugiej dekady XX wieku, kiedy w 2012 roku Justin Lin wydał pod egidą Banku Światowego opracowanie pt. „New Structural Economics. A Framework for Rethinking Development and Policy”. Odcina się on od tradycyjnej ekonomii strukturalnej, którą uznaje za zbyt uproszczoną. Według niego przedstawia ona zakłamaną, bipolarną wizję świata, dzieląc go na bogate centrum i biedne peryferia. Justin Lin stwierdza, że nie można uogólniać sytuacji gospodarczej, gdyż pomiędzy krajami rozwijającymi się istnieje bardzo dużo różnic, szczególnie dotyczących potencjału gospodarczego. Kolejną mocną wadą „starej szkoły” są zdaniem Lina jej instrumenty, opierające się głównie na twardym protekcjonizmie, takim jak cła importowe, kontyngenty czy sztywny kurs walutowy. Nowa droga ma opierać się na „miękkim protekcjonizmie” i nieingerowaniu zasadniczo w mechanizm rynkowy. Rząd powinien wpływać na środowisko przemysłowe, modernizując np. infrastrukturę oraz wspierając branże innowacyjne poprzez na przykład instrumenty wspierania eksportu. Jednak należy wskazać główną różnicę: stare podejście sugerowało industrializację całej gospodarki i chronienie jej solidnymi barierami protekcjonistycznymi, natomiast NES zakłada wspieranie tylko i wyłącznie konkurencyjnych i innowacyjnych firm, których potencjał wzrostu sięga rynków międzynarodowych.

 Clou założeń nowej ekonomii strukturalnej Lin opisał w opublikowanym w 2010 roku artykule pt. „Six Steps for Strategic Government Intervention”. Stwierdza tam, że każdy rząd musi zidentyfikować branże najbardziej konkurencyjne, opierając się na danych historycznych (takie branże, w których kraje o podobnej strukturze gospodarczej odniosły sukces w przeciągu 20 lat). Lin proponuje nawet wzór, który wskaże nam takie branże! Subsydiowanie wybranych branż ma pomóc w budowaniu przewag komparatywnych w handlu międzynarodowym i wpływać pozytywnie na konkurencyjność gospodarki.

Inspirację założeniami nowej ekonomii strukturalnej u Mateusza Morawieckiego widać gołym okiem. Wyjątkowo często wspomina on o „polskich championach” i konieczności reindustrializacji innowacyjnych obszarów gospodarki. Ministerstwo Rozwoju przedstawiło przykładowe plany rozwojowe, takie jak „Batory”, który za zadanie będzie miał zbudowanie polskiego promu morskiego czy „Polski Kombajn Górniczy”, który ma podbić światowe rynki maszyn górniczych. Każdy słyszał o narodowym projekcie rozwoju elektromobilności, dzięki któremu w 2026 roku po polskich drogach będzie jeździło milion samochodów elektrycznych. Polska ma stać innowacyjnością, a dziesiątki polskich firm mają osiągnąć sukces międzynarodowy, taki jak CD Projekt RED ze swoim Wiedźminem.

Bolączki nowej ekonomii strukturalnej

Jednak czy na pewno tędy droga? Czy możemy z góry wpłynąć na innowacyjność, stymulując poszczególne branże? Weźmy na przykład program rozwoju polskiej kolei, nazwany na cześć przedwojennego taboru „Luxtorpeda 2.0.”. Zakłada on wspieranie rodzimych producentów taboru szynowego w celu wyprodukowania polskiego środka komunikacji szynowej dla dużych aglomeracji miejskich. Klaster, który w ten sposób powstanie, ma zrzeszać takie firmy jak PESA, Solaris czy Modtrans, natomiast transport kolejowy ma być specjalizacją województwa kujawsko-pomorskiego i Wielkopolski (co już rodzi problemy, bo jeden z największych producentów taboru szynowego w Polsce, firma Newag, pochodzi z Małopolski). Poprzez wydatkowanie środków pochodzących z Unii Europejskiej oraz poprzez tworzenie pooli taborowych przy użyciu państwowych funduszy chcemy zbudować innowacyjny przemysł kolejowy potrafiący konkurować z gigantami takimi jak Alstom czy Bombardier. Brzmi pięknie, ale krytycy już wskazują, że poprzez stymulowanie rynku wewnętrznego i zamówienia niskoseryjne nie osiągniemy niezawodności, z jakiej znani są zagraniczni giganci (widać to po dostępności pojazdów szynowych w PKP Intercity – niektóre modele polskich producentów przez większość roku stały w bazach z powodu awarii). Same zamówienia dokonywane przez polskie spółki nie sprawią, że nagle konstrukcje rodzimej spółki PESA będą konkurowały ze stadlerowskimi Flirtami, a Darty zastąpią Pendolino. Za zachodnimi producentami stoją lata praktyki – Pendolino produkowane jest od ponad 40 lat na potrzeby wielkich wysokoseryjnych zamówień.

I właśnie tutaj objawia się największa bolączka zarówno całej nowej ekonomii strukturalnej, jak i planu Morawieckiego. Korzystając z aktualnej sytuacji rynkowej i politycznej, ministerstwo zidentyfikowało branże, w których osiągniemy przewagę konkurencyjną. Trzeba sobie jednak zdać sprawę, że to nie jest tak naprawdę możliwe, gdyż większość założeń opiera się albo na rynku krajowym, który ma bardzo ograniczą chłonność, albo na środkach unijnych, które w perspektywie najbliżej dekady prawdopodobnie się skończą. Nie mamy żadnej pewności, że aut elektrycznych, których już za 9 lat (minął rok od ambitnego wystąpienie ministra Tchórzewskiego) ma być milion, nie wyprą samochody zasilane ogniwami wodorowymi, a modne teraz drony nie zostaną wyparte przez rozwiązanie opierające się na przemyśle satelitarnym. Istotą innowacji jest jej innowacyjność. Brzmi to oczywiście jak tautologia, jednak zawiera w sobie clue problemu – nie możemy przewidzieć, jakie branże w najbliższym czasie będą innowacyjne oraz która innowacja zostanie pozytywnie zweryfikowana przez rynek. Bill Gates, gdy na początku nowego millenium pokazywał światu protoplastę tabletu, musiał odpuścić, gdyż jego produkt nie został ciepło przyjęty przez konsumentów. Dopiero Steve Jobs, wprowadzając 10 lat później Ipada, stworzył nową niszę rynkową, która pozwoliła na sprzedaż milionów takich urządzeń. Operując na danych historycznych, tak jak postuluje Justin Lin, nie jesteśmy w stanie przewidzieć, w których branżach innowacja powstanie, a tym bardziej, w których się przyjmie.

Protekcjonizm w make-upie

Dlatego zarówno Plan Morawieckiego, jak i nowa ekonomia strukturalna to nic innego jak protekcjonizm w make-upie. Przypudrowany i atrakcyjny, ale wciąż protekcjonizm. Opiera się na starym jak świat państwowym interwencjonizmie, który pozwala urzędnikom i politykom na wybranie poszczególnych branż i miejsc interwencji, bez kierowania się w 100 proc. rachunkiem ekonomicznym. Działając jako organizacja biurokratyczna, państwo nie opiera się na bodźcach rynkowych, takich jak popyt na produkt. W tak szybko zmieniającym się świecie najważniejsze jest sprawne zarządzanie informacją oraz adaptowanie się do zmieniającej się sytuacji wokół przedsiębiorstwa. W momencie, w którym firmy są uzależnione od finansowania centralnego czy też innych miękkich narzędzi gospodarczych, jest bardzo utrudnione.

 Czy taka reindustrializacja pozwoli nam wyhodować polskich championów? W ograniczonym stopniu na pewno tak. Firmy wspierane państwowymi funduszami i korzystające z ciągle rozwijanej infrastruktury powoli będą stawać się lokalnymi liderami. Nie ma jednak pewności, czy na pewno dzięki takiej polityce uda nam się stworzyć produkty innowacyjne, będące w stanie konkurować z produktami światowych firm, które wydają wielokrotnie więcej na badania i rozwój niż polscy przedsiębiorcy.

Powinniśmy skupić się raczej na redukcji regulacji, które wydłużają drogę produktu na rynek oraz na poprawie dyfuzji wiedzy i innowacji pomiędzy środowiskami akademickimi a przedsiębiorcami, która jest niezbędna dla wdrażania w życie badań naukowych jako produktów. Dla lepszej komercjalizacji nauki powinniśmy wspierać sektor MSP, który potrafi szybciej niż duże koncerny zaadaptować się do zmiennej sytuacji rynkowej.

Plan Morawieckiego ma swoje znaczące zalety, takie jak na przykład postulat cyfryzacji administracji publicznej. Jednak założenia „Strategii” dotyczące reindustrializacji niosą za sobą wspomniane wyżej zagrożenia, które mogą sprawić, że zamiast innowacyjnych przedsiębiorstw będziemy mieli wspierane przez państwo leniwe molochy.

Piotr Celiński

Artykuł ukazał się w magazynie "Nowa Konfederacja". Przedruk za zgodą redakcji.


2 Responses to Przypudrowany protekcjonizm Morawieckiego

  1. Rafał napisał(a):

    Świetny wpis. Czekam na kolejne z niecierpliwością.

  2. Nieważne kto napisał(a):

    „poprawie dyfuzji wiedzy i innowacji pomiędzy środowiskami akademickimi a przedsiębiorcami” ….

    Czy dyfuzja wiedzy i innowacji wymagałaby poprawiania, gdyby środowiska akademickie po prostu sprywatyzowano ?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *