Dlaczego potrzebujemy nowej ustawy zasadniczej?

Przedstawiam swój głos w sprawie zmiany konstytucji i w sprawie referendum konstytucyjnego. Nie będą to żadne prawdy objawione prawnika-konstytucjonalisty tylko zdanie przedsiębiorcy Czytaj więcej »

 

Putin, jabłka i lekcja historii

Gdy kilka dni temu codziennym zwyczajem przeglądałem sieć, rozbawił mnie nagłówek pewnego artykułu na bankier.pl. Nie to, żeby było w nim coś faktycznie śmiesznego - jakiś ukryty dowcip, bądź sprytna gra słów. Sam "bankier" jest zresztą dość rzetelnym źródłem informacji i pstrokatych tytułów jest tam raczej jak na lekarstwo.


Wspomniany nagłówek brzmiał ni miej, ni więcej jak: "Rosja chce zakazać wszystkiego co zagraniczne". Ot, zwyczajne zdanie oznajmujące, z pozoru nic komicznego. Przypomniał mi on jednak, jak małą mądrością rządzony jest ten świat - co słusznie zauważył już jakieś czterysta lat temu hrabia Oxenstierna (Czyż nie wiesz, mój synu, jak mało trzeba rozumu do rządzenia światem!?). Jak widać durnie zasiadają nie tylko w polskim parlamencie - również w Rosji ich nie brakuje!

Zaskakujące jest jednocześnie, jak rzadko "elity" - co zawsze polecam brać w cudzysłów, choćby na wszelki wypadek - są skłonne korzystać z  gotowych lekcji, które cierpliwie wykłada nam historia. A przecież znane porzekadło mówi, że kto nie zna historii będzie musiał ją, prędzej czy później, powtarzać - co, gdyby się nad tym dłużej zastanowić, może nawet tłumaczyć inne powiedzenie, mówiące, że historia kołem się toczy. No bo jakże może być inaczej, skoro nawet rosyjscy politycy co to ogrywają Zachód nie znają - bądź mają ją w poważaniu - podstawowej historii świata? Zresztą gdzie tam historii świata! Gdyby nawet podstawy historii Azji - historii Japonii - znali, to by żadnych dyrdymałów o "zakazie wszystkiego co zagraniczne" nie wygłaszali.

Bo przecież te wszystkie pomysły naszych możnowładców były już na przestrzeni dziejów przerabiane wte i wewte. I tak choćby we wspomnianej Japonii wpadli na ten pomysł - zakazu wszystkiego co obce - wieki temu, a że naród to pracowity, toteż za sprawę wzięli się na poważnie. Więc gdy Iyeasu Tokugawa zjednoczył targany od stuleci wojną domową kraj, postanowił przy okazji ukrócić wpływy licznym przybyszom z Europy, którzy nie tylko coraz śmielej zaczynali krzewić obcą religię, ale co istotniejsze - pośredniczyli w handlu, pogłębiając swoje wpływy w regionie. Szczyt izolacjonizmu Wysp Japońskich przypadł na pierwszą połowę siedemnastego wieku (za szogunatu Iemitsu Tokugawy), kiedy kraj samurajów został całkowicie zamknięty na świat: opuszczenie Japonii, jak i przybycie do niej, było karane śmiercią; handel natomiast odbywał się wyłącznie poprzez cztery ściśle kontrolowane porty. Efekt był taki, że po dwóch wiekach sakoku, kiedy w połowie XIX wieku do brzegu Japonii przybił komodor Perry, by wymusić nawiązanie kontaktów dyplomatycznych, szpiedzy donieśli Szogunowi, że na wybrzeżu płoną statki (sic!)… nie mieli bowiem pojęcia o istnieniu parowców!! Takim oto sposobem ten potężny niegdyś naród skapitulował bez walki, drżąc na widok salw wystrzeliwanych przez amerykańskie okręty. Takim również sposobem ten kwitnący ongiś kraj - gdy cała Europa tonęła jeszcze w końskim łajnie! - dał się wyprzedzić praktycznie w każdej dziedzinie ludzkiej działalności.

Izolacjonizm Japonii jest zresztą znakomitą ilustracją mechanizmu napędzającego wszelki rozwój. Swobodny przepływ ludzi i kapitału; swobodna wymiana towarów - niby to takie oczywiste, niby tak niewiele... a jednocześnie jest to tak dużo! Bo z jednej strony każdy rozumie, każdy popiera, lecz żaden rząd nawet nie zająknie się na temat likwidacji barier celnych - nie mówiąc już o całkowitym otwarciu granic. Dziś jako wielki sukces Unii Europejskiej przedstawia się układ z Schengen na mocy którego można bez większych przeszkód podróżować wewnątrz Wspólnoty; unia celna wydaje się być natomiast szczytowym osiągnięciem politycznym Starego Kontynentu. Mało kto jest jednak świadom - bo oczywiście mało kto wyciąga wnioski z przeszłości - że podobne twory na kartach historii nie są niczym nowym, i że już wcześniej funkcjonowały - a funkcjonowały znakomicie! I tak na przykład do sierpnia 1914 roku - o czym pisze A.J.P. Taylor w "Historii Anglii", a co słusznie przytacza w swych rozprawkach Witold Kwaśnicki - rozsądny, przestrzegający prawa Anglik mógł przejść przez życie i prawie nie zauważyć istnienia państwa poza urzędem pocztowym i policjantem. Mógł żyć, gdzie chciał. Nie miał urzędowego numeru czy karty identyfikacyjnej. Mógł podróżować za granicę albo opuścić swój kraj na zawsze bez paszportu czy jakiegokolwiek urzędowego zezwolenia. Mógł wymienić pieniądze na każdą obcą walutę bez ograniczeń i limitów. Mógł nabywać dobra z każdego kraju na świecie na takich samych warunkach, na jakich kupował je w domu. Skoro o tym mowa – cudzoziemiec mógł spędzić życie w tym kraju bez zezwolenia i bez informowania o tym policji. No, ale któż by sobie dziś zawracał głowę jakąś historią Anglii.

Wracając jednak do samej izolacji - zdaje się, że Federacja Rosyjska pierwszego sierpnia rozpoczęła sakoku od polskich jabłek i innych owoców oraz warzyw. I tradycyjnie, jak przy każdej podobnej sytuacji, w mediach głównego nurtu drżącym głosem mówi się o biednym sadowniku, który nie będzie miał teraz sposobności wysłania jabłek za granicę, przez co zmuszony będzie sprzedać je w kraju - o zgrozo, taniej! Ciekawe, że ani słowem nie wspomina się o polskim konsumencie, który wspomnianych jabłek będzie mógł kupić więcej... i o konsumencie Rosyjskim, który za jabłka będzie teraz płacić drożej. Należy bowiem pamiętać, że gdy minister Sawicki mówi, iż w wyniku rosyjskiego embarga polscy sadownicy mogą stracić nawet 160 milionów euro - w skutek spadku cen owoców - mówi jednocześnie, że polscy konsumenci w wyniku tegoż embarga mogą sporą część z owych 160 milionów euro zaoszczędzić i wydać - na więcej jabłek, bądź na cokolwiek innego! Nie wolno bowiem traktować sektora sadowniczego jak osobnego ogniwa gospodarki, bo ta jest systemem naczyń połączonych: zwiększenie konsumpcji w jednym miejscu będzie w wielu przypadkach wiązać się z jej spadkiem miejscu innym. No ale na to dziś nikt nie zwraca uwagi... w czasach, w których zdarzają się już nawet "klęski urodzaju" - również nagłówek z jakiejś szanowanej strony internetowej - pozostaje chyba do takiego stanu rzeczy przywyknąć. Bo kto by tam myślał o jakimś konsumencie, kiedy liczy się tylko producent - sadownik.

Tak więc produkujmy, niech nam jabłka rosną. Niedługo nie będzie ich nawet trzeba zbierać - wszak w niektórych regionach sadownicy już teraz grożą zaniechaniem zbiorów - Unia przyzna dotację w ramach rekompensaty za rosyjskie embargo i znów będzie pięknie i wesoło. A to, że wspomniana dotacja będzie pochodzić z pieniędzy podatników? - co tam! Kto by się jakimiś podatnikami przejmował... podobnie zresztą jak konsumentami.

Jakub Bijan


One Response to Putin, jabłka i lekcja historii

  1. Paul Janui napisał(a):

    Izolacja tylko pogłębi zacofanie gospodarcze Rosji, kraju, który pomimo największej ilości surowców nie potrafi zapewnić swym obywatelom dobrobytu.

    Mówią że Rosja jest jeszcze potężna, dla mnie to agresywny czołg na plastikowych gąsienicach. Rezerwy rosyjskie pozwolą opóźniać skutki spowolnienia, a pewnie i niedługo już recesji przez dwa lata. Albo Putin ma asa w rękawie (wojna jest dobrym rozwiązaniem do napędzania gospodarki), albo jest głupcem i buduje drugą Koreę Północną.

    Ciekawe jak to się skończy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *