Postęp czy podstęp?

Mężu, otworzysz wino, czy mam poprosić mężczyznę? - spytała ciocia nauczona życiowym doświadczeniem, że do wszystkiego trzeba fachowca Czytaj więcej »

 

„Quo Vadis Trzecie tysiąclecie” – wywiad z autorem książki

Z Martinem Abramem, autorem książki „Quo Vadis Trzecie tysiąclecie” rozmawia Rafał Łączny. Książkę wydało Wydawnictwo polwen.pl



Po przeczytaniu ostatnich stron Pana powieści „Quo Vadis Trzecie tysiąclecie” przyznam, że zacząłem się zastanawiać czy jest Pan aż tak wielkim pesymistą, czy może jednak tak doskonałym obserwatorem tego, co dzieje się wokół nas?

Martin Abram: Dlaczego pesymistą? Końcowe strony może rzeczywiście są tragiczne, ale wizja w finale książki budzi otuchę. Po latach prześladowań chrześcijaństwo jednak odradza się. Sama historia ma ostrzec przed światem, który się zbliża, a właściwie już jest. Książka, jak chyba większość publikacji futurystycznych, opisuje rzeczywistość i tylko pewne rzeczy wyolbrzymia. Nie ma w niej niczego, czego bym nie zaobserwował w otaczającym mnie świecie, gdy dwanaście lat temu powstawała. Nieustannie pojawiają się pomysły, podobne do tych, które opisałem. Chrześcijaństwo próbuje się ograniczyć do niewielkiej enklawy, a świat zbudować na jakiejś nowej ideologii. Jednak wydźwięk książki jest optymistyczny. Wydaje mi się, że te próby – mam taką nadzieję – nigdy ostatecznie nie zwyciężą.

Nakreślmy w kilku zdaniach fabułę. Zasadniczy szkielet powieści oparł Pan o tekst „Quo Vadis” Henryka Sienkiewicza. Przenosi Pan jednak czytelnika w XXII wiek. Oto maluje się przed nami świat niemal idealny. Istnieje tylko jeden kraj – Stany Zjednoczone Świata. Jego obywatele to sami szczęśliwi konsumenci. Istnieje też – co prawda nieliczna – ale rozsiana po całym globie grupa może nie tylko kontestatorów, co tych, którzy chcą żyć inaczej. To właśnie chrześcijanie. Dlaczego skorzystał Pan ze szkieletu zaproponowanego już przez Sienkiewicza?

Pomysł książki narodził się w 1999 roku, kiedy świat opanowało „milenijne szaleństwo”. Nieustannie mówiono o jakiś pluskwach milenijnych, które miały się pojawić wraz z nadejściem XXI wieku i innych milenijnych bzdurach, na których robiono wielki biznes. Wydawało mi się to nielogiczne, bo przecież XX wiek nie kończył się wraz z rokiem 1999, a z 2000. To, że tylu ludzie uwierzyło w „milenijne szaleństwo” było dla mnie znakiem, jak ogromna jest siła komercji. Moja myśl powędrowała wtedy do początków naszej ery. Dlaczego mówimy o wieku XX? Od kiedy liczy się ten czas? Pomyślałem o narodzinach Chrystusa, chrześcijaństwie… i tak pojawiło się skojarzenie z „Quo Vadis” Sienkiewicza, które o początkach chrześcijaństwa opowiada. Pomyślałem sobie, że jeśli tę w gruncie rzeczy dość archaiczną fabułę o miłości, ale i o prawdach wiary, którą napisał Sienkiewicz, da się przenieść w XXII wiek i jeśli taki zabieg się obroni, i opowiadana historia będzie wciągająca dla czytelnika, to będzie to tym samym oznaczać, że broni się samo chrześcijaństwo; że chrześcijaństwo z tą prostą historią było prawdziwe zarówno dwadzieścia wieków temu, jest teraz, jak i będzie w przyszłości. Mam nadzieję, że to się udało. Głosy czytelników mówią, że tak. Moja idea, która legła u podstaw książki, sprawdziła się. Chrześcijańskie prawdy są wieczne i niezmienne. W tym tkwi ich siła. Niezależnie od czasów chrześcijanie są wyzwaniem dla otaczającego ich świata i tym wyzwaniem pozostaną.

Uzupełnijmy tę fabułę o kilka dodatkowych szczegółów. Słysząc o książce futurologicznej można się spodziewać UFO-ludków, latających pojazdów, czy robotów na usługach ludzi. Jednak nic takiego nie znajdziemy w Pańskiej książce. Ten świat przyszłości wydaje się łatwiejszy dla człowieka, wygodniejszy, co nie znaczy, że prostszy, pozbawiony trosk codzienności. Czy zatem łatwo jest „projektować przyszłość”?

Przyznam, że nie specjalnie się na tym koncentrowałem. Jeśli opisywałem jakiś gadżet to starałem się to robić na tyle ogólnikowo, żeby czytelnik sam mógł sobie wyobrazić jak taki przedmiot wygląda. Tak jest choćby z pojawiającą się w powieści pomnażarką pieniędzy. Założyłem też na przykład, że będą istniały jakieś pojazdy, którymi ludzie będą się poruszali. Uznałem, że mimo wszystko będzie to coś w rodzaju samochodu, ale nie opisywałem dokładnie jego wyglądu i zasady działania. Czytelnik może tu wstawić własne wyobrażenie na ten temat, że np. jest to rodzaj poduszkowca. Generalnie jednak, nie budowałem tego świata w oparciu o gadżety, które mogą ów świat przyszłości wypełniać. Nie chciałem popaść w jakieś błędne przewidywania. Interesowały mnie przede wszystkim mechanizmy, które tym światem rządzą. Ale i w tym wypadku potęgowałem tylko to, co już dzieje się na naszych oczach.

Wspomina Pan o mechanizmach, które wyolbrzymione stały się elementem świata w Pana powieści. Czy zatem Pana zdaniem założenia, reguły, które dzisiaj rządzą współczesnym światem mogą nas doprowadzić do takich sytuacji, jakie opisuje Pan w książce? Pozwolę sobie podać przykład. Pojawia się u Pana „Rada Dwunastu”, która w przyszłości de facto rządzi światem. Do owych dwunastu osób należy 80 proc. globalnego kapitału. Tymczasem już dzisiaj 46 proc. światowego bogactwa znajduje się w rękach 1 proc. populacji. Smutna konkluzja jest taka, że te dysproporcje wciąż będą narastać.

To co Pan mówi tylko potwierdza to, o czym pisałem. Koncentracja kapitału to w pewnym sensie proces naturalny, jeśli założymy, że zysk jest głównym motorem działania w gospodarce. Już dzisiaj wielkie koncerny, które operują na całym świecie, nie są przedsiębiorstwami narodowymi. Mają co prawda swoją siedzibę w jakimś konkretnym kraju, ale tak naprawdę ich wpływy obejmują cały świat. Weźmy za przykład firmę, która produkuje środki chemiczne i pieluszki. To dziś przeogromna potęga, która jest w stanie dyktować pewne rozwiązania nawet rządom, np. wymuszając ulgi podatkowe. W ciągu zaledwie kilku lat temu koncernowi udało się zalać Chiny swoimi jednorazowymi pieluszkami. To zmierza w tym kierunku.
Ostatnio czytałem wywiad z laureatem Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii Muhammadem Yunusem. Mówi w nim, że zysk nie może być jedynym wyznacznikiem działalności firmy. Jego zdaniem, aby świat funkcjonował w miarę dobrze, a ludzie czuli się szczęśliwi, trzeba brać pod uwagę także inne czynniki oprócz zysku, w tym choćby względy społeczne: to jak ktoś czuje się w danej firmie, ile ma wolnego czasu, by poświęcić się rodzinie. Moja książka jest więc także apelem, żeby jeśli nie da się odwrócić procesu konsolidacji, to przynajmniej, by ten świat ekonomii, wielkich megakarteli trochę uczłowieczyć, dać mu ludzką miarę.

Jak rozumiem nie należy Pan do opisywanej w swoje książce Ligi Rzeczy Niereklamowanych?

To w gruncie rzeczy pomysł wzięty z życia. Liga Rzeczy Niereklamowanych narodziła się w głowie jednego z bohaterów powieści, Tobiego, gdy kupował nożyki do golenia. Okazuje się, że nie mógł kupić tych nieco starszej generacji. To jest po prostu moja historia. Chodziłem przez kilka dni po wszystkich możliwych sklepach w Warszawie, próbując kupić nożyki, które pasowałyby do starej maszynki do golenia. Nawet podczas różnych wyjazdów zaglądałem w tym celu do sklepów w innych miastach. Niestety bez efektu. W powieści zwielokrotniłem absurd tej sytuacji pisząc o jakiś fotokomórkach, czujnikach, które znajdują się w tych nowoczesnych nożykach, ale to po prostu mi się przydarzyło.
Oczywiście, gdy już na potrzeby książki wymyśliłem Ligę Rzeczy Niereklamowanych z ciekawości, czy się uda, kupowałem rzeczy, o których nigdy wcześniej nie słyszałem. Okazało się to jednak trudne. Istnieje, opisany przez psychologów mechanizm, że nawet jeśli nie aprobujesz danego przekazu reklamowego, albo starasz się go ignorować, to jednak zapamiętując tylko nazwę jakiegoś produktu, podczas zakupów wydaje ci się on bardziej przyjazny i go kupujesz. Także ulegam tym mechanizmom. To, że zdaję sobie z nich sprawę to już wiele. Pozwala mi to czasami sięgać po coś, co jest „obok”, ale pewnie ten produkt też kiedyś będzie reklamowany, albo już był, tylko ja akurat na tę reklamę nie trafiłem.

W „Quo Vadis Trzecie tysiąclecie” chrześcijanie zostają zepchnięci do podziemi, a Kościół katolicki zdelegalizowany. W jednej ze scen bohaterka o imieniu Angel trafia do aresztu za odmówienie w miejscu publicznym modlitwy przed jedzeniem. Czytając ten fragment przypomniała mi się sprawa jednej z brytyjskich pielęgniarek, która straciła pracę za noszenie krzyżyka w widocznym miejscu. Dzisiaj coraz częściej mówi się o tym, że religia powinna być obecna jedynie w sferze prywatnej. Pana zdaniem ten proces będzie się jeszcze pogłębiał?

W tej kwestii ma Pan z pewnością lepszy obraz niż ja, bo nie jestem publicystą i nie śledzę tych spraw na bieżąco, ale przypadki, których użyłem w powieści nie są zmyślone. Słyszałem o zakazie noszenia krzyżyka i po prostu to opisałem. Moglibyśmy mnożyć podobne przykłady. W jakimś angielskim mieście w witrynie sklepowej pojawiła się świąteczna dekoracja z elementami chrześcijańskimi. Rada miejska nakazała właścicielowi sklepu usunięcie tej dekoracji. Inny przykład, sprzed kilku lat, już po napisaniu mojej książki: chrześcijańskie organizacje adopcyjne w Wielkiej Brytanii nie mogą odmówić, gdy o adoptowanie dziecka zwracają się do nich pary homoseksualne. Dla mnie jest to ewidentne łamanie sumienia. Jeśli homoseksualiści mają tam prawo do adopcji to przecież nie muszą przychodzić do chrześcijańskich ośrodków. Ta sytuacja to absurd i muszę przyznać, że jestem nią bardzo zbulwersowany.
Próby spychania chrześcijaństwa poza społeczny nawias są więc wciąż podejmowane, ale mam nadzieję, że mimo wszystko zdrowy rozsądek, ale także prawda, który za tym zdrowym rozsądkiem się kryje, zwycięży i nie dojdzie do takiej sytuacji, że chrześcijaństwo zejdzie do podziemi.

Traktuje Pan tę książkę, którą niektórzy określają mianem fikcji teologicznej, jako przestrogę dla nas współczesnych, by się obudzić, pomyśleć, zreflektować, by nie doprowadzić do sytuacji, które Pan opisuje?

Jest to rzeczywiście apel o refleksję, o zastanowienie się nad sobą, o dokonywanie właściwych wyborów w życiu, dawanie świadectwa, bo to ważne, by w różnych sytuacjach po prostu przyznawać się do tego, że jesteśmy katolikami, czy ogólnie chrześcijanami, począwszy od noszenia krzyżyka, poprzez przeżegnanie się w miejscu publicznym, po zabieranie głosu w debacie politycznej. Nic w tym złego, to nas określa i nie powinniśmy się tego wstydzić. Powieść jest również, apelem – być może naiwnym – o budowanie świata prawdziwej tolerancji, także dla ludzi wierzących.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Rafał Łączny

 


2 Responses to „Quo Vadis Trzecie tysiąclecie” – wywiad z autorem książki

  1. Vinci napisał(a):

    Książka jest super, ale nurtuje mnie pytanie, kim jest jej autor – Martin Abram?

  2. M.A.Rjan napisał(a):

    A może prawdziwe są słowa Apokalipsy: „…temu ja dołożę plag.”?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *