Braun: To zła historia jest matką złej polityki

To zła historia jest matką złej polityki. Niech się wam broń Boże nie wydaje, że możecie rozszerzyć waszą, piękną wolnościową idee, nie wracając do historii Czytaj więcej »

 

Potrzeby i bezrobocie a absurdy keynesizmu

(Fragment książki „Manowce keynesizmu”)

W ekonomii klasycznej i wszystkich teoriach na niej zbudowanych siła robocza, zwana dziś raczej – zgodnie z zasadą tzw. poprawności politycznej – usługą pracy, została potraktowana jako jeden z czynników produkcji, a więc jako towar, który kupuje się na rynku. „Nośniki” tej siły roboczej czyli ludzie zatrudniający się w charakterze pracowników najemnych, potrzebują do życia różnych rzeczy, których sami na ogół nie mogą wytworzyć i dlatego muszą je kupić u innych na rynku. Ludzie ci mogą sprzedawać jedynie swoje usługi, ale nie są to – jak chcą teoretycy ekonomii politycznej – abstrakcyjne usługi pracy, lecz – jak dowodzę w eseju pt.: „Produkcja, wymiana, płaca robocza” – usługi określonego rodzaju, np. fryzjerskie, księgowe, odlewnicze, menadżerskie itp. O tym, czy usługi te zostaną sprzedane , przesądzają potrzeby innych uczestników rynku. Istnienie bezrobocia wynika zatem wyłącznie z braku zapotrzebowania na konkretne usługi oferowane przez tych, którzy są bezrobotni. Usług oferowanych przez bezrobotnych nikt nie potrzebuje, a więc praca tych ludzi nie ma sensu. Nie jest to oczywiście dla osób bezrobotnych przyjemne, ale też nie ma żadnych powodów, aby ktokolwiek poza samymi zainteresowanymi musiał mieć z tej przyczyny wyrzuty sumienia.

Gospodarka rynkowa jest takim systemem gospodarczym, który każdemu daje szanse skorzystania z efektów pracy innych ludzi, ale wyłącznie na zasadach dobrowolności i wzajemności. Jeśli więc ktoś nie ma do zaoferowania innym czegoś im potrzebnego, to on powinien czuć się źle, będąc nieużyteczny, i to on powinien robić wszystko, aby ten stan zmienić, a do tego czasu powinien zaspokajać swoje potrzeby samodzielnie. W każdym zaś razie nie ma najmniejszego sensu robić tego, czego inni nie potrzebują.

Jednakże ekonomia polityczna, a szczególnie keynesizm, widzi problem popytu i zatrudnienia zupełnie na opak. Tam wychodzi się od intuicyjnie logicznej obserwacji, że im więcej dóbr, tym więcej potrzeb można nimi zaspokoić. Następnie, korzystając z tzw. funkcji produkcji, w której praca, razem z kapitałem, stanowi czynnik wyznaczający wielkość produkcji, wyprowadza się logiczny wniosek, że im więcej pracy zostanie wykorzystane, tym – ceteris paribus – więcej powstanie dóbr, a więc tym więcej potrzeb będzie można dzięki temu zaspokoić. Kolejny krok w rozumowaniu, to przejście na wielkości zagregowane, takie jak globalna podaż, globalny popyt, łączne zatrudnienie itp., które pozwala na sformułowanie kolejnego logicznego wniosku, że każdy wzrost zatrudnienia prowadzi do wzrostu dochodu narodowego, czyli – mówiąc najbardziej ogólnie – wzrostu podaży dóbr i usług, a tym samym do wzrostu dobrobytu społecznego. Wniosek końcowy zaś musi być taki, że podstawowym celem gospodarki powinno być pełne zatrudnienie. Wtedy bowiem potencjał produkcyjny wynikający z posiadanych zasobów kapitału i pracy jest w pełni wykorzystany i dochód narodowy jest na właściwym poziomie.

Od strony czysto formalnej wnioski, jakie wynikają z funkcji czysto formalnej, w której praca jest jedną ze zmiennych objaśniających, są przy przyjętych założeniach poprawne; praca większej liczby osób, ceteris paribus, daje więcej dóbr. Rzecz jednak w tym, że człowiek nie jest maszyną, który zaczyna działać, gdy ktoś ją włączy, i działa dotąd, aż zostanie wyłączona, ale jest podmiotem, który najpierw stawia elementarne pytania: „po co?” i „czy warto?” i dopiero po udzieleniu właściwej odpowiedzi na te pytania wybiera działanie albo zaniechanie.

Jest zupełnie jasne, że pracując więcej można wyprodukować więcej dóbr. Zawsze jednak, zanim zacznie się cokolwiek robić, pojawia się zasadnicze pytanie – po co? Wielokrotnie powtarzam w różnych miejscach tego opracowania, że praca człowieka musi czemuś służyć; albo zaspokojeniu jego własnych potrzeb, albo zaspokojeniu potrzeb innych. W gospodarce rynkowej produkuje się na ogół nie to, co służy do zaspokojenia własnych potrzeb, ale to, co ma służyć innym, i dopiero uzyskane wpływy ze sprzedaży przeznacza się na zaspokojenie własnych potrzeb.

Jeśli jednak inni nie chcą korzystać z efektów pracy jakiejś osoby, to dla dobra wszystkich w koło, a zwłaszcza dla dobra jej samej, osoba ta nie powinna robić tego, czego nikt nie potrzebuje. W takim wypadku zdecydowanie lepiej jest nie robić nic, bo wtedy przynajmniej nie marnuje się swojej energii, ani dóbr używanych w swojej działalności. Lepszym oczywiście rozwiązaniem w takim wypadku byłoby zmienić ofertę, czyli jak najszybciej zacząć świadczyć takie usługi, na jakie jest na rynku popyt, albo też zająć się zaspokojeniem własnych potrzeb samodzielnie. W tym drugim wypadku trzeba zatem przestać liczyć na korzystanie z dóbr i usług oferowanych przez innych, a to, co potrzeba do życia, zdobywać samodzielnie. Tak nakazuje rozsądek i elementarna logika. Tak też postępuje większość normalnych ludzi.

Pokażmy to na prostym przykładzie kowala, który chce sprzedawać podkowy i za przychody ze sprzedaży kupować potrzebne mu produkty żywnościowe, ale ludzie w jego otoczeniu nie mają koni i nie potrzebują podków. Dla własnego dobra kowal powinien niezwłocznie zaprzestać ich produkcji i albo przestawić się na świadczenie innych usług, albo też robić osobiście to, co zapewni mu żywność, np. uprawiać rolę, hodować zwierzęta gospodarskie, łowić ryby, zbierać runo leśne itp.

Załóżmy jednak, że kowal się uparł i nadal produkuje podkowy. Jaki będzie tego skutek? W miarę wzrostu stosu niechcianych podków kowal będzie coraz bardziej głodny, a zapas stali do produkcji podków – coraz mniejszy. Bez dowodu można przyjąć, że granicę dla takiego postępowania wyznaczy moment wyczerpania albo zapasu sił kowala, albo zapasu stali na podkowy, w zależności od tego, co nastąpi wcześniej. Myślę jednak, że o wiele wcześniej zwycięży rozsądek kowala.

Warto tu jednak podkreślić, że ewentualne negatywne skutki uporu kowala obciążałyby wyłącznie jego. Można by więc powiedzieć w takim wypadku, że kowal, choć głupi, to jednak jest zupełnie nieszkodliwy dla reszty, ponieważ jego głupota może wyrządzić szkody co najwyżej jemu samemu. Nikt prawdopodobnie nie wyrażałby w takiej sytuacji współczucia z powodu jego niedostatku; co najwyżej żałowano by członków jego rodziny.

Czy sytuacja ludzi zatrudnionych w deficytowych przedsiębiorstwach utrzymywanych na siłę przez państwowe subwencje, po to tylko, aby nie zostawić ich bezrobotnymi, różni się czymś od użytego w przykładzie kowala? Myślę, że jedynie tym, iż „nasz” kowal marnuje własne środki produkcji, natomiast ludzie zatrudniani w takich okolicznościach są wyposażani w środki produkcji potrzebne im do marnowania przez państwo, które robi to oczywiście na rachunek całej reszty społeczeństwa, bo inaczej być nie może. Taka jest istota keynesistowskich recept na zapewnienie pełnego zatrudnienia.

Pełne zatrudnienie stało się dla Keynesa i jego zwolenników fetyszem, który spowodował niemal całkowitą utratę zdrowego rozsądku. Nie ma dla nich najmniejszego znaczenia, co ludzie robią i w jakim celu wykorzystywana jest ich praca. Robić cokolwiek, aby tylko ludzie mogli pracować – to jest hasło keynesizmu. Aby to podkreślić, Keynes posunął się nawet do sarkastycznego stwierdzenia, że dla pobudzenia wzrostu realnego dochodu społeczeństwa i przezwyciężenia bezrobocia, lepiej już zakopywać butelki napełnione banknotami w starych szybach węglowych, a następnie pozwolić je wykopywać prywatnym przedsiębiorcom, niż w ogóle nic nie robić (J. M. Keynes, Ogólna teoria zatrudnienia, procentu i pieniądza, PWN, W-wa 1956 str. 168). W swoim zaślepieniu zachwycił się takim prostym i wspaniałym sposobem na pełne zatrudnienie i legendarne bogactwo starożytnego Egiptu, jakim była m.in. budowa piramid, nie dostrzegając subtelnej różnicy poziomem zamożności i zapału do pracy niewolników budujących owe piramidy i bogactwem faraona i jego dworaków (tamże, str. 170).

Za postulatem pełnego zatrudnienia kryje się oczywiście szczytna troska o możliwość zarobkowania i zaspokajania potrzeb ludzi mających pracę, ale nie zmienia to faktu, że z pracy uczyniono cel, który uświęca środki. Rzecz jednak w tym, że zarówno samo hasło, jak i zaproponowane metody doprowadzenia do likwidacji bezrobocia, są zupełnie błędne, bo oparte na błędnych przesłankach. Ich stosowanie zaś prowadzi z jednej strony do tworzenia rzeczy niepotrzebnych na gigantyczną skalę, a z drugiej – do tworzenia rzeczy, które pozwalają działać przeciwko człowiekowi.

Przykładem skutków pierwszego rodzaju jest forsowanie produkcji węgla, stali, traktorów, rzepaku, tytoniu, wieprzowiny itp., aby pozostać tylko przy specyficznych polskich przykładach, nie bacząc na koszty ich produkcji i nie zważając na to, że produkcja ta „idzie na skład”, bo nikt tych towarów nie chce kupować w oferowanych ilościach. Postępuje się tak w imię powiększania lub utrzymania zatrudnienia, oczywiście na koszt wszystkich tych, którzy osiągają dochody przy produkcji dóbr i usług normalnych, potrzebnych do zaspokojenia potrzeb. Skutek jest jednak taki, że coraz więcej sił i środków, które mogłyby służyć do tworzenia rzeczy potrzebnych, jest marnowane w imię absurdalnej idei ochrony miejsc pracy. Jako uzasadnienie takiego marnotrawstwa padają argumenty, że korzyści społeczne i ekonomiczne przewyższają koszty takiego postępowania. Dowodzeniu zaś słuszności formalnej służą teoretyczne modele mnożnika i akceleratora, z których jakoby wynika, że np. 100 złotych wydane przez reprezentującego państwo ministra X na program zwalczania bezrobocia owocuje wzrostem dochodu narodowego o więcej niż 100 złotych.

Jaskrawym przykładem skutków drugiego rodzaju jest fakt, że produkcja broni, czyli narzędzi śmierci, stała się dziś jedną z ważniejszych dziedzin gospodarki zapewniających środki do życia. Doprowadzono więc do stanu, w którym nauka rzekomo uzasadnia to, że aby jedni mogli żyć, inni muszą ginąć wskutek działań tych pierwszych. Jest to zupełny absurd, który powinien skłaniać do głębszej refleksji nad stanem nauki ekonomii, jeżeli ma ona być rzeczywiście nauką, a nie tylko figowym listkiem skrywającym prawdziwe, lecz wstydliwe cele polityków.

Absurdalność takiego postępowania widać już na pokazanej wyżej prostej analogii pomiędzy kowalem i potencjalnym bezrobotnym zatrudnionym na siłę. To jednak nie przekonuje keynesistów, ponieważ – ich zdaniem – to, co jest słuszne w ujęciu mikroekonomicznym, nie musi być słuszne przy podejściu makroekonomicznym. Zręcznie skonstruowany model makroekonomiczny, w którym wykorzystuje się na przemian równości, tautologie i wyprowadzane z nich równania, stwarza pozory spójności i logiki do tego stopnia, że trzecie już pokolenie ekonomistów zajmuje się „dalszym doskonaleniem” tego modelu, przy czym każda następna jego mutacja jest bardziej zawiła i bardziej odległa od rzeczywistości niż poprzednia, a normalnie myślący ludzie patrzą z coraz większym zdziwieniem na ekonomistów głoszących swoje teorie, w których pojawiają się takie na przykład dziwolągi, jak „dobra negatywne”, czy „popyt na zaniechanie”, żeby wymienić tylko najbardziej jaskrawe kwiatki z tej łączki (Zob. np. J. Ostój: Rynek wartości negatywnych. Zjawisko nadmiaru jako przesłanka procesów alokacyjnych. Rozprawa habilitacyjna obroniona na Wydziale Ekonomii Akademii Ekonomicznej w Krakowie 17.01.2000 r. SYNABA II nr sn82435).

W pierwszym eseju w tym zbiorze dowiodłem, że keynesistowski model gospodarki jest logicznie błędny, w związku z czym wszystkie wnioski, jakie na jego podstawie są wyprowadzane, muszą być również fałszywe. Do tego podstawowego błędu dochodzą dalsze, przy czym wspólnym ich źródłem jest pomieszanie dwóch kategorii ekonomicznych, jakimi są pieniądz i dochód. Wszystkie obserwowane absurdy wynikają z tych właśnie błędnych przesłanek.

Ryszard Szewczyk
(12 grudnia 2005)

Dr Ryszard Szewczyk jest pracownikiem naukowym Akademii Ekonomicznej w Krakowie, aktualnie kierownikiem Katedry Bankowości na Wydziale Finansów. Jest również współzałożycielem i rektorem Wyższej Szkoły Ekonomicznej w Bochni.
Obecnie prowadzi bezpłatne, otwarte seminaria w WSE w Bochni (w środy o godz. 18 w sali 7 przy ul. Trudnej 1) oraz w AE w Krakowie (w piątki o godz. 13.30 w s. 304 w pawilonie F) poświęcone odkłamywaniu ekonomii.
Powyższy tekst jest fragmentem książki „Manowce keynesizmu”, która ukazała się nakładem „Business Consulting & Financing Sp. z o.o., Bochnia 2005. Publikujemy go za zgodą wydawcy


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *