Media, czyli o oddzielaniu ziarna od plew

Oddziaływanie ideologiczne i propagandowe przynosi znacznie lepsze i trwalsze rezultaty, bez konieczności utrzymywania licznych sił policyjnych Czytaj więcej »

 

Rządowy „rynek” pracy

Bardzo często słyszy się o roli rządu w tworzeniu miejsc pracy. Określenie „interwencja” wydaje się kluczowym pojęciem, zbiorczo obejmującym instrumenty, dzięki którym rząd wreszcie robi coś dobrego – daje pracę…



Stop! Jak to – rząd daje pracę!? Gdyby tak było, najprościej byłoby w ogóle zlikwidować własność prywatną i przedsiębiorczość, a całość zatrudnienia powierzyć rządowi, skoro tak świetnie się zna na gospodarce. Brzmi znajomo? Tak – przewodnia siła narodu już nam kiedyś zafundowała taki raj na ziemi. Raj, bo wiadomo – w sklepach były kolejki, ale wczasy były za darmo 🙂

Jaka jest zatem rola rządu na rynku pracy? Jeśli powiem, że destrukcyjna, nie będzie specjalnego zaskoczenia – pozostaje to tylko wykazać. Nie ma problemu.

Zacznę od definicji, a raczej od anty-definicji, czyli wyeliminowania pewnego pojęcia. Nie mam ambicji, aby ruszać z posad bryłę świata, więc nie oczekuję globalnego odzewu. Powiedzmy, że wystarczy mi zmiana na potrzeby tego posta.

Chodzi o pracodawcę. Z semantycznego punktu widzenia pracodawca to ktoś, kto daje pracę, czyli… No właśnie, czyli co? Czy można w ogóle „dać” pracę? Jeśli zgodzić się, że praca to aktywność człowieka, czyli wartość niematerialna (tak, niematerialna, bo tylko efekty pracy mogą mieć wartość materialną, a dokładnie – wymienną), to nie sposób tego dać. Coś jednak pracodawca daje. Tym czymś jest zatrudnienie. Niejedna osoba się żachnie, że to przecież to samo. Otóż nie, to nie to samo – jest różnica, i to olbrzymia.

Praca to aktywność. Nie wchodząc w szczegółowy opis, czym charakteryzuje się praca, dość powiedzieć, że jej zwieńczeniem jest z założenia jakiś efekt (finis coronat opus), który może mieć bardzo konkretną wartość dla innej osoby. Przykładowo – jeszcze dziesięć lat temu reklama internetowa (tzn. nie zamieszczona w Internecie, ale wykorzystująca właściwości Internetu, a więc chodzi o pozycjonowanie, linki sponsorowane, media społecznościowe) nie miała wartości z uwagi na stan rozwoju Internetu. A dwadzieścia-trzydzieści lat temu mielibyśmy bardzo poważny problem, aby w ogóle komukolwiek wytłumaczyć, czym taka reklama jest. Tymczasem obecnie efekty pracy osób zajmujących się taką reklamą mają wartość dla każdego, kto chce wypromować w Internecie własną działalność (niekoniecznie nawet komercyjną). Ktoś może chcieć zatrudnić taką osobę – na umowę o pracę, zlecenie itd., zależnie od potrzeb. Zatrudnić, czyli kupić efekty jej pracy. I to jest ta różnica – praca i jej efekty to po prostu aktywność, zatrudnienie zaś to prawno-ekonomiczny stosunek do pracy wynikający z potrzeby korzystania z jej efektów.

Jak widać z powyższego, słowo „potrzeba” jest pojęciem kluczowym, które uruchamia cały mechanizm zatrudnienia. Dlatego zamiast pracodawca będę pisał… „potrzebujący”. Kojarzy się z socjal-bredniami? Owszem, ale z zastrzeżeniem, że socjaliści zawłaszczyli to pojęcie, oczywiście tradycyjnie nadając mu nowe, bełkotliwe znaczenie.

Otóż potrzebujący ma jakieś cele w życiu – np. chce sprzedawać opony, wdrażać systemy informatyczne, zjeść pizzę, kupić buty, pojechać z psem do weterynarza itd. Jak widać, cel tej potrzeby jest kompletnie obojętny – istotne jest tylko to, czy zrealizuje ją sam, czy skorzysta z pomocy kogo innego. Tak długo, jak długo potrzebujący zaspokaja sam własne potrzeby, możemy nie interesować się nim z punktu widzenia rynku pracy. Niech sobie sam przetworzy kauczuk, wytworzy gumę, uformuje oponę i idzie z nią w świat. Albo niech wyhoduje krowę, wygarbuje jej skórę i uszyje sobie buty.

Jeżeli jednak potrzebujący niekoniecznie ma ochotę czy umiejętności, aby oddawać się tego rodzaju aktywności, nie ma innego wyjścia jak zatrudnić fachowca. Mechanizm jest bardzo prosty, wręcz tak prosty jak budowa łopaty. Potrzebujący wie, czego potrzebuje i ile ma na to pieniędzy. Fachowiec, którego chce zatrudnić, ma odpowiednie umiejętności lub zasoby (sprzedawanie opon z zyskiem, robienie pizzy albo butów itp.) oraz cenę, potocznie zwaną wynagrodzeniem. Jeśli się dogadają, potrzebujący zatrudni fachowca. Jeśli nie, bo fachowiec nie ma odpowiednich kwalifikacji albo potrzebujący nie ma wystarczającej ilości pieniędzy na zapłatę ceny – do zatrudnienia nie dochodzi. Jak łatwo zauważyć, potrzebujący to niekoniecznie pracodawca w potocznym rozumieniu. Konsument kupujący buty też zatrudnia całkiem sporą liczbę osób – zaczynając od sprzedawcy w sklepie, a kończąc na hodowcy paszy dla bydła przeznaczonego na skórę.

I to by było tyle na temat mechanizmu rynkowego.

Okay, co ma z tym wszystkim wspólnego rząd? Otóż, właśnie nic 🙂 Rząd, jak sama nazwa wskazuje, służy do rządzenia. Nie do pobudzania, inspirowania, wspierania, promowania itd. Rząd jest od rządzenia, czyli bieżącej administracji państwem oraz prowadzenia polityki z innymi państwami. Cała reszta w wykonaniu rządu jest marnowaniem tzw. pieniędzy publicznych, czyli marnowaniem pracy obywateli wyrażonej w podatkach. Rząd nie zatrudnia dlatego, że istnieje potrzeba korzystania z usług danej osoby, ale dlatego iż uważa, że tak będzie lepiej. Zatrudnienie przez rząd to akt działania ideologicznego, a w żadnym przypadku nie jest to odpowiedź na realną potrzebę.

Najlepiej przećwiczyć to na przykładzie zatrudnienia policjanta i zatrudnienia nauczyciela w szkole państwowej. Za zatrudnieniem obu przemawia polityka i ideologia rządu. Ale różnica tkwi w wolnościach obywateli. Zatrudnienie policjanta można uznać za realizację celu publicznego (ogólnego). Policjant zapewnia ochronę porządku, a odbiorcą jego usługi jest każdy obywatel – zarówno ten, który ma potrzebę porządku, jak i ten, który porządku nie przestrzega. Jeśli ktoś narusza moje bezpieczeństwo, chcę, aby przestał albo żeby ktoś go powstrzymał. Stąd potrzeba zatrudnienia policjanta albo sądu. Dla odmiany szkoła nie realizuje celu publicznego, lecz wyłącznie indywidualny cel uczniów (i ich rodziców). Prosty test – jakie znaczenie ma dla mnie fakt czyjegoś analfabetyzmu? Czy potrzebuję ochrony przed analfabetą? I po co? O ile zatem zatrudnienie policjanta służy odbiorcy uniwersalnemu, o tyle zatrudnienie państwowego nauczyciela – wyłącznie indywidualnemu.

Z tych względów zatrudnienie przez rząd nie jest zatrudnieniem opartym na potrzebie rynkowej, a wyłącznie na potrzebie realizacji założeń polityczno-ideologicznych. Z tego względu zatrudnienie w strukturach rządowych nie stanowi części rynku pracy! Nie decyduje bowiem rynek – nie działa mechanizm łączący potrzebę (czego chce zatrudniający) i budżet (ile może zapłacić) z ofertą (co umie fachowiec) i ceną (ile chce zarobić). Jedyny mechanizm jest taki, że rząd zatrudnia, bo uważa, że tak będzie lepiej. I jeśli rządu nie stać na zapłatę ceny, to podniesie podatki – zapłaci obywatel.

Jak widać, powyższe rozróżnienie jest też ściśle związane z finansami. Nie chodzi mi jednak o ten najprostszy wymiar podatków, czyli pobór. Chodzi o cel podatków, a w tym przypadku – o jedną z największych zbrodni przeciwko ludzkości, czyli redystrybucję.

Rząd działa w ten sposób, że zabiera z rynku np. 1000zł tylko po to, aby świadczyć usługę o mniejszej wartości (obojętnie – 10% czy 90%). Skąd wiadomo, że mniejszej? Logika! Przecież koszt poboru podatku oraz koszt zorganizowania „darmowej” usługi są finansowane właśnie z tego podatku. Zabieramy wszystkim 1000zł po to tylko, aby nielicznym świadczyć usługę wartości 300zł. W podobny sposób rząd interweniuje na rynku pracy. Możemy tylko napluć na grób H.C. Hoovera albo J.M. Keynesa, że nas tak urządzili – przede wszystkim tymi nieszczęsnymi pracami interwencyjnymi, czyli redystrybucją pieniędzy na zakup niepotrzebnej pracy.

Dlaczego niepotrzebnej? Bo o zatrudnieniu przesądza ideologia rządu („tym ludziom trzeba pomóc”), a nie – potrzeba jakiegokolwiek obywatela. Gdyby praca tych ludzi naprawdę była potrzebna, potrzebujący znaleźliby na nią pieniądze, nawet kosztem innych wydatków albo kosztem zadłużenia. Kto musiał kiedyś zapłacić za operację ratującą życie, ten wie, że potrzeba jest nie tylko matką wynalazków, ale i bliską krewną hierarchii wartości. Zresztą – po co szukać tak górnolotnych przykładów? Ludzie biorą kredyt na zakup telewizora – bo tak bardzo go potrzebują, że pomimo braku pieniędzy, są gotowi zapłacić więcej niż wynosi jego cena (więcej, bo dochodzi cena kredytu).

Jak redystrybucja wygląda w praktyce? Jeśli potrzebujący ma 1000zł na produkt (czyli efekt pracy), a fachowiec chce 1100zł, to albo fachowiec obniży cenę, albo potrzebujący weźmie kredyt. Inaczej nici z transakcji. Jeśli rząd z powodów czysto ideologicznych uzna, że ta grupa fachowców wymaga wsparcia, bo wielu z nich nie udaje się sprzedać efektów pracy (a są to np. bezrobotni absolwenci zarządzania czy pedagogiki), to gotów jest zabrać pieniądze wszystkim potrzebującym tylko po to, aby dopłacić tym nielicznym, którzy tych fachowców chcą zatrudnić. I tu „niespodzianka” – bezrobocie zamiast spadać, rośnie! Ale jak może być inaczej? Jeśli dziś firma ma 1000zł na pracownika i to jest za mało, bo pracownik chce 1500zł, to jeśli zabrać tej firmie te 1000zł, żeby zwrócić jej 500zł w formie dopłaty do stanowiska pracy (bo resztę pochłonie sama redystrybucja), to jak łatwo zauważyć, firma może uzyskać 50% tego, co miała wcześniej na zatrudnienie. A skoro mając 1000zł, nie stać jej było na zatrudnienie, to jaki chory proces myślowy może prowadzić do wniosku, że firma zatrudni, nie mając tego 1000zł, a jedynie mglistą obietnicę(!) 500zł?

W efekcie zatem rząd zmniejsza rynek pracy, bo odbiera potrzebującym pieniądze na zakup pracy innych osób. Z tych pieniędzy rząd finansuje politykę i promocję zatrudnienia, zachęcając do zakupu pracy niepotrzebnej, przy okazji wymuszając obniżkę cen (wynagrodzeń). Obniżkę, bo przecież rządowe wsparcie ma siłą rzeczy wartość mniejszą niż kwota zabrana w formie podatku – jeśli firma teraz zatrudni, to już za 500zł, a nie za 1000zł, bo tylko tyle ma, a pracownik weźmie cokolwiek, bo zmusi go do tego bezrobocie. I to jest właśnie owa destrukcyjna rola rządu na rynku pracy. Quod erat demonstrandum.

Paweł Budrewicz

Autor jest radcą prawnym i ekspertem Centrum im. Adama Smitha. Prowadzi bloga stopsocjalizmowi.pl


2 Responses to Rządowy „rynek” pracy

  1. Andrzej Stypuła napisał(a):

    Brawo. Ekonomia 101. Ktoś kto nie rozumie, niech czyta wolniej, aż do skutku… Nie tak dawno oglądałem lament w dzienniku TVP na temat braku możliwości zatrudnień dla świeżych absolwentów uczelni i nowej świetlanej propozycji wszechwiedzącej Unii – trzeba będzie dać gwarancję zatrudnienia absolwentom albo możliwość dalszego szkolenia, bo takie bezrobocie jest nie do przyjęcia. Następny rządowy program tworzący „rynek” pracy. Skutki zaś będą dokładnie takie jak pisze autor.

  2. pawel napisał(a):

    Odnośnie powyższego komentarza polecam poniższy tekst…
    http://prokapitalizm.pl/noc-polarna-nad-czy-zmierzch-ue.html

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *