Michalkiewicz o przebierańcach w średniowiecznych łachach – czyli wymiar sprawiedliwości III RP

To kupa gówna - tak wymiar sprawiedliwości określa znany publicysta Stanisław Michalkiewicz Czytaj więcej »

 

Socjalizm zagraża stabilności

Postkomuniści są mniej groźni dla Polski niż Platforma Obywatelska – przekonywał mnie Jarosław Kaczyński pod koniec czerwca 2007 roku. Ówczesny premier otwarcie deklarował, że najważniejsze jest dla niego wspieranie „lewej nogi”, tj. SLD, po to, aby osłabić Platformę Obywatelską. Gdy parę tygodni później naradzałem się z kolegami, czy umożliwić rządowi Kaczyńskiego przetrwanie (po słynnej aferze gruntowej), ta rozmowa stała się jednym z najważniejszych powodów zerwania koalicji Ligi Polskich Rodzin z PiS. Dla mnie komunizm czy socjalizm były i są nie do zaakceptowania.

Minęły dwa lata i Jarosław Kaczyński, już w opozycji, wprowadził swój plan w życie. SLD i PiS jawnie współpracują, m.in. w sprawie mediów publicznych czy finansowania partii politycznych. A sojusz ten cementują bliskie relacje prezydenta Lecha Kaczyńskiego z jego poprzednikiem Aleksandrem Kwaśniewskim. Doszło do tego, że w ostatnich tygodniach jeden z dawnych posłów Samoobrony namawiał mnie, abym przekonał środowisko LPR do wspólnej koalicji medialnej z PiS i SLD. Twierdził, że ten plan uzyskał osobistą gwarancję prezydenta, a weto do ustawy medialnej (podtrzymane przez SLD w Sejmie) będzie jednym z elementów tego planu. Poseł ten oświadczył mi, że PiS i SLD porozumiały się co do pełnej współpracy w przejęciu władzy. Sojusz, który powstaje na naszych oczach, jest ogromnym zagrożeniem dla Polski.

Jeżeli ktoś miałby wątpliwości, czy braci Kaczyńskich stać na tak kontrowersyjny sojusz, to niech wspomni, jak politycy PiS wyrażali się o Samoobronie przed wyborami w 2005 r. Nic nie wydawało się odleglejsze niż PiS od Samoobrony. A jednak Jarosław Kaczyński zawarł z Andrzejem Lepperem koalicję rządową. Nie mam wątpliwości, że gdy ceną za powrót PiS do władzy będzie sojusz z SLD, to Jarosław Kaczyński tę cenę zapłaci. Ta koalicja może powstać w nieodległej przyszłości, gdyby kryzys w Polsce się nasilał i doprowadził do społecznych rozruchów. Przejęcie władzy przez te partie w takiej sytuacji będzie oznaczało powrót do koncepcji wykańczania klasy średniej, bo przecież w sytuacji zubożenia społeczeństwa trzeba będzie wskazać winnych. A któż się lepiej nadaje na winnego niż polski kułak przebrany za rzekomego inteligenta czy przedsiębiorcę? Dla panów Kaczyńskiego i Napieralskiego będzie to droga do dokończenia rewolucji i powrót do polityki Janosika, czyli zabierania bogatym, aby oddawać biednym. Socjalistyczny rodowód braci Kaczyńskich, sięgający korzeniami Polskiej Partii Socjalistycznej, stanowi doskonałą płaszczyznę porozumienia ze spadkobiercami PPS i Polskiej Partii Robotniczej, za których uważają się politycy SLD. Zagrożenie rządami populistów o autorytarnych zapędach – oddalone w roku 2007 – nie minęło. Zbliżający się wielkimi krokami kryzys społeczny, który będzie następstwem kryzysu ekonomicznego, może ożywić stare upiory.

Na razie kryzys w Polsce przebiega łagodnie. Wśród krajów UE mamy najlepsze wyniki gospodarcze. Przyczyn tego stanu rzeczy jest wiele. Polska jako jeden z nielicznych krajów Europy de facto jest niezależna energetycznie i żywnościowo. Te dwa czynniki odgrywają fundamentalne znaczenie.

Dobre i zdrowe rolnictwo powoduje, że ceny żywności utrzymują się na przyzwoitym poziomie, a rosnący eksport żywności z naddatkiem wyrównuje import innych towarów. Także energetycznie jesteśmy samowystarczalni, gdyż zdecydowana większość energii elektrycznej (ponad 90 proc.) jest produkowana na bazie polskiego węgla. Kolejnym atutem jest stosunkowo niewielkie zadłużenie naszego społeczeństwa. Brak pętli kredytowej jest w czasie kryzysu znaczącym elementem stabilności gospodarczej. Pomogło również to, że Polska nie weszła do strefy euro. Spadek wartości złotówki zaobserwowany pół roku temu zadziałał jak „poduszka” dla polskiej gospodarki.

Natychmiast poprawił się nasz bilans handlowy (bo eksport stał się konkurencyjny). Po raz pierwszy od wielu, wielu lat zanotowaliśmy dodatni bilans w handlu zagranicznym. Last but not least, polski rząd w przeciwieństwie do rządów zachodnich nie wydał ani złotówki na pomoc bankom, a nasze w miarę młode społeczeństwo jest pełne optymizmu i bardzo przedsiębiorcze.

Sytuacja byłaby dobra, gdyby nie kłopoty krajów Europy Zachodniej, które są w najgorszej sytuacji ekonomicznej od dziesięcioleci. Załamanie gospodarcze tych krajów to kryzys strukturalny spowodowany przez szereg czynników. Pierwszym jest załamanie demograficzne, które w Europie Zachodniej wystąpiło o pokolenie wcześniej niż w Europie Wschodniej (w Polsce, niestety, bardzo silnie dziś już jest odczuwane). Drugim jest tzw. konsumpcyjny styl życia, który doprowadził do powszechnego w Europie życia na kredyt.

Olbrzymia pętla kredytowa zaciskająca się na szyjach Europejczyków już w niedługim czasie doprowadzi do kompletnego załamania się gospodarek tych krajów. Trzecim elementem jest stan morale społeczeństwa, które dawno odeszło od ideałów rzetelnej pracy. Konsumpcja połączona z postawą roszczeniową młodych pokoleń (co akurat nie dziwi, biorąc pod uwagę wzorce) przyspiesza zbliżające się bankructwo. Do tych elementów z przeszłości dochodzi absurdalna polityka obecnych rządów, które ratunku w kryzysie szukają w drukowaniu pustego pieniądza.

Taktyka zachęcająca, bo kolejne rządy USA przez trzy dekady utrzymywały dobrobyt, eksportując zielone banknoty, których jedyną wartością było zaufanie innych krajów do gospodarki amerykańskiej. Niestety, poziom zaufania do walut krajów Europy Zachodniej jest mizerny, a w miarę pogłębiania się kryzysu będzie jeszcze spadał. Oczywiście, euro powiązane z gospodarką niemiecką będzie się długo broniło, ale i ono prędzej czy później zaliczy spektakularny spadek.

Generalnie, większość krajów Europy Zachodniej, z wyjątkiem Szwajcarii, zbliża się wielkimi krokami do sytuacji Islandii, a większość krajów Europy Wschodniej, z wyjątkiem Polski i Czech, do sytuacji Łotwy czy Ukrainy. Niekontrolowana podaż pieniądza (druk pustej waluty) może ustabilizować sytuację na krótki okres, ale później kryzys wraca ze zdwojoną siłą. Dlatego w trakcie trwania kryzysu będą okresy względnej stabilizacji, lecz nie sądzę, aby były dłuższe niż kilka, maksimum kilkanaście miesięcy.

Nie ma co liczyć, że pomogą nam USA, bo gospodarka tego kraju stacza się po równi pochyłej. Nikt już nie wierzy, że miliardy dodrukowanych dolarów zmienią rzeczywistość. Prędzej czy później dojdzie do spektakularnego załamania się waluty amerykańskiej, związanego z gigantycznym deficytem budżetowym. USA posiadają jednak argument, który jest w polityce, również w polityce gospodarczej, zawsze argumentem ostatecznym – najsilniejszą na świecie armię. Dlatego nie wykluczałbym scenariusza dewaluacji dolara lub nawet powstania nowej waluty amerykańskiej. Roszczenia państw takich jak Chiny nie wyszłyby poza deklaracje słowne, gdyż jakiegokolwiek innego rodzaju pretensje Amerykanie mogą zwyczajnie zlekceważyć. Po rozwiązaniu problemu deficytu USA mają szanse szybko powrócić na ścieżkę rozwoju.

Pozycja wyjściowa Polski jest niezła. Obecność w UE sprzyja możliwościom naszego eksportu. W żadnym razie nie jest w naszym interesie ani wychodzenie z UE, ani jej zmiana w federalne państwo. Jednocześnie znajdujemy się na „uskoku tektonicznym” związanym z upadkiem gospodarczym wschodu (Rosji, Ukrainy, Białorusi, Litwy, Łotwy), dlatego należy samodzielnie zrealizować plan przetrwania obecnej katastrofy.

Jego pierwszym elementem, który po części realizuje rząd, powinien być maksymalny plan oszczędzania. Wszystko, co nie jest wojskiem i inwestycjami, powinno ulec radykalnemu cięciu. Jeżeli chodzi o wojsko, to oczywistym jest, że w niestabilnych czasach oszczędzanie na armii to skrajna głupota. Dlatego też wydatków na wojsko nie wolno obcinać (i tu źle robi rząd Tuska), a nawet należy je zwiększać. Nie wolno także oszczędzać na inwestycjach infrastrukturalnych. Do tego służą pieniądze, które można uzyskać z UE, a ponadto jest to czynnik napędzający wzrost gospodarczy. Reszta wydatków powinna być znacząco ograniczona. Na przykład można ograniczyć wydatki na aparat urzędniczy. Obywatele będą mogli odetchnąć, a oszczędności pozwolą uniknąć katastrofy finansów publicznych.

Po drugie, należy zapomnieć o szkodliwych pomysłach wchodzenia do strefy euro, gdyż własna waluta jest najważniejszym narzędziem obrony gospodarki.

Po trzecie, należy wykorzystać rosnące zaufanie do złotówki i w miarę wzrostu tego zaufania sprzedawać złotówkę za granicę. Form sprzedaży może być wiele, m.in. obligacje rządowe i inne instrumenty finansowe, ale również możliwa jest sprzedaż złotówki jako korzystnej formy przetrzymywania oszczędności przez obywateli innych państw i przez fundusze inwestycyjne.

Po czwarte, należy wzmocnić polskie banki PKO BP i BGK, gdyż one jedyne stanowią skuteczny instrument w rękach rządu do utrzymania płynności systemu finansowego.

Największym zagrożeniem dla funkcjonowania państwa w dobie kryzysu jest postkomunistyczna opozycja rodem z SLD i postsocjalistyczno-populistyczna rodem z PiS (który szafuje hasłami narodowymi, ale ich nie realizuje). Obydwie te formacje pokazały w przeszłości, że są gotowe używać absolutnie wszystkich środków do zdobywania i utrzymywania władzy. Marginalizacja tych ugrupowań jest warunkiem przetrwania Polski. Podczas reformy monetarnej premiera Grabskiego PPS oraz komuniści o mało nie doprowadzili do obalenia rządu i przewrócenia reformy, wykorzystując niezadowolenie społeczne, które zawsze w takich sytuacjach daje znać o sobie. Dzisiejszy sojusz PiS z SLD jest trochę podobny do sojuszu PPS z komunistami.

Zbliżający się kryzys będzie stanowił pożywkę dla wszelkich radykalnych ugrupowań. W miarę racjonalna polityka rządu oraz powstanie opozycji, która będzie siłą konstruktywną, a nie antypaństwową, jest warunkiem skutecznego przetrwania niepokojów społecznych. Obecna struktura naszego państwa nie jest przygotowana na pokonywanie trudności związanych z masowymi rozruchami społecznymi. Niestety, co widać na przykładzie Islandii, Łotwy i innych krajów, podobne niepokoje mogą wystąpić w Polsce. Tolerowanie siły ugrupowań radykalno-socjalistycznych jest absolutnym zagrożeniem dla demokracji i stabilności państwa. W tym kontekście w sposób oczywisty istnieje konieczność zniesienia finansowania partii politycznych i umożliwienie biznesowi wspierania ugrupowań politycznych. Zagrożenia korupcyjne można przecież zawsze powstrzymać poprzez ograniczenia kwoty wpłat oraz transparentność.

Trzeba, aby ktoś jasno i otwarcie powiedział, że reforma Dorna wprowadzająca finansowanie partii politycznych z budżetu obróciła się przeciwko społeczeństwu, gdyż złamała równowagę w myśleniu polityków. Poprzednio równowaga ta wyrażała się przede wszystkim w tym, że liderzy partii z jednej strony musieli zabiegać o głosy wyborców (czyli przede wszystkim ubogich warstw), a z drugiej – musieli liczyć się z głosem biznesu, od którego zależał stan ich kont partyjnych. Obecna sytuacja wyzwoliła polityków z myślenia o drobnym biznesie, który w każdym normalnym kraju stanowi trzon gospodarki. Populizm ma więc otwarte wrota.

W 2007 r. byliśmy o włos od całkowitego przejęcia władzy przez PiS, który opierał swój program na świadomej destrukcji klasy średniej: biznesu, lekarzy, prawników etc., i przeciwstawiał tę klasę ubogim warstwom społecznym. Po dwóch latach mam wrażenie, że ci, którzy pamiętają słynny pucz w roku 2006, gdy groziło niekonstytucyjne rozwiązanie Sejmu uratowane przez konsolidację całej opozycji, oraz ci, którzy mieli świadomość, w jakim kierunku zmierzały siły policyjno-prokuratorskie w 2007, zapominają, że władza nigdy nie jest na zawsze. Brak rozliczenia roku 2006 i 2007 w kontekście działań bezprawnych jest kardynalnym błędem. Obecne nieudolne próby komisji ds. nacisków wyjaśnienia niektórych zagadnień żenują swoją płytkością i brakiem profesjonalizmu. Gdyby tak działała komisja ds. afery Rywina lub komisja ds. Orlenu, to Miller byłby nadal premierem, a Cimoszewicz lub Kwaśniewska prezydentem RP. Również działania rozliczające czasy rządów SLD (chociażby spraw tzw. więzień CIA) nie mogą przebić się do konkretnych realizacji procesowych.

Uważam, że ten, kto przeżyje w dobrej formie falę światowego tsunami gospodarczego, za 10 lat będzie rozdawał karty w Europie. Ale warunkiem przetrwania kryzysu w niezłej kondycji jest wykorzystanie ostatnich miesięcy spokoju na rozstrzygnięcia polityczne, które uniemożliwią powrót do władzy PiS z nowym sojusznikiem – SLD. Koalicja brunatno-czerwona może być bowiem tym czynnikiem, który przesądzi o ekonomicznej katastrofie Polski, gdyż rządy ludzi żywiących obsesję władzy zawsze powodują katastrofę.

Roman Giertych
Źródło: „Polska The Times”


3 Responses to Socjalizm zagraża stabilności

  1. franzf napisał(a):

    Chciałoby się powiedzieć „bez komentarza”.
    Jak to czytam to mam wrażenie,że to jest jakiś wykład polityczny z początku XX w. a momentami political fiction.

  2. franzf napisał(a):

    Streszczenie jakie pozostało mi w pamięci po przeczytaniu tych wypocin:

    1. Trzeba wyplenić brunatno-czerwonych faszystów
    2. Pomysł na kryzys: rozbudowujmy armię!
    3. kartofle potęgą naszego eksportu
    4. Trzeba się liczyć ze zdaniem biznesu, ale zabiegać o głosy biednych rodaków
    5. Kryzys zmiecie rozpasany Zachód.

  3. paweł napisał(a):

    Bardziej zastanawia mnie, że p. Giertych jakoś niepostrzeżenie prześlizgnął się przez temat traktatu lizbońskiego, w ogóle go nie poruszając. Pisze jedynie, że z UE nie powinniśmy występować.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *