Nadzieja i krytycyzm

Z wielką nadzieją sięgnąłem po książkę Grzegorza Malinowskiego >>Nierówności i wzrost gospodarczy<<, jako że tytuł wielce obiecujący, a tematyka bliska moim zainteresowaniom Czytaj więcej »

 

Środkowoeuropejskie znaki zapytania

Wraz z rozwiązaniem Układu Warszawskiego w 1991 roku NATO uznało, że w Europie nie ma zagrożenia dla bezpieczeństwa Sojuszu i zaniechano opracowywania tzw. planów ewentualnościowych niezbędnych przy odpieraniu agresji. Federacja Rosyjska, prawny spadkobierca ZSRR, była traktowana jako partner, nieomal sojusznik NATO.



Rosja znalazła się w gronie państw objętych programem Partnerstwo dla Pokoju określającym szczególny rodzaj stosunków łączących państwa NATO z krajami aspirującymi do tego statusu, a także mechanizm współpracy tychże państw w zapewnieniu ładu, bezpieczeństwa oraz stabilizacji w Europie. Stworzono nawet specjalną płaszczyznę współpracy Radę NATO – Rosja dla konsultacji w kwestiach związanych z bezpieczeństwem i współpracą pomiędzy Sojuszem a Federacją Rosyjską. Stosunkowo dobre relacje NATO z Rosją zaczęły się pogarszać od objęcia władzy przez Władimira Putina (pierwszy raz na prezydenta został wybrany w 2000 roku).

Niedźwiedź ostrzy pazury

W kwietniu 2000 roku prezydent Putin zatwierdził nową doktrynę wojenną. Zabrakło w niej zapisanego w poprzedniej doktrynie stwierdzenia, że Rosja nie postrzega żadnego państwa jako wroga i nie zamierza wykorzystywać środków militarnych w relacjach z innymi państwami.

W październiku 2003 roku ministerstwo obrony Rosji ogłosiło nową strategię rozwoju sił zbrojnych wskazując jako priorytet rozwój broni jądrowej z jednoczesnym przekształceniem sił konwencjonalnych w mobilną armię ekspedycyjną. Otwarcie poinformowano, że Rosja będzie w stanie użyć tej armii przeciwko sąsiadom. Osłonę działaniom własnych sił konwencjonalnych w strategicznym wymiarze miałaby wówczas zapewnić broń jądrowa.

W 2006 roku w Rosji ustanowiono państwowy program zakupów uzbrojenia, w ramach którego zaplanowano wydanie do 2015 roku ogromnej kwoty 182 mld dolarów. Ten program mimo ujawniającego się w 2009 roku kryzysu w gospodarce jest realizowany, a produkcja uzbrojenia ustawicznie rośnie. W 2010 roku w eksporcie uzbrojenia Rosja zajęła drugie miejsce w świecie – po USA, przed Niemcami.

W 2007 roku Rosja zawiesiła wykonywanie Traktatu o konwencjonalnych siłach w Europie (np. nie zaprasza przedstawicieli obcych armii na przeprowadzane ćwiczenia wojskowe).

W sierpniu 2008 roku wybuchła wojna gruzińsko-rosyjska. Okazało się, że władze Rosji są w stanie użyć wojska do napaści na kraj będący w bardzo dobrych relacjach z USA i aspirujący do członkostwa w NATO. Politycy na Kremlu twierdzili, że interweniowali zbrojnie ponieważ obywatele gruzińskiej Osetii mają rosyjskie paszporty.

W maju 2009 roku ówczesny prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew zaakceptował nową strategię bezpieczeństwa narodowego Federacji Rosyjskiej do 2020 roku. Wśród zagrożeń dla bezpieczeństwa Rosji na pierwszym miejscu wymieniono Sojuszu Północnoatlantycki.

W lutym 2010 roku Miedwiediew podpisał nową doktrynę wojenną, która przewiduje prawo do użycia broni jądrowej przez Rosję w odpowiedzi na atak nuklearny na jej terytorium lub terytorium jej sojuszników, a także w przypadku wykorzystania broni konwencjonalnej w sposób „zagrażający istnieniu państwa”. Wraz z doktryną Miedwiediew podpisał „Podstawy polityki państwowej w sferze odstraszania nuklearnego do 2020 roku”. Jest to dokument precyzujący zasady użycia broni nuklearnej, ale niestety – niejawny

We wrześniu 2012 roku minister obrony Rosji zapowiedział uruchomienie nowego programu zbrojeń opiewającego wydanie do 2020 r. nie mniej niż 710 mld dolarów. Porównując parytet siły nabywczej należy stwierdzić, że kwota ta odpowiada ponad 2 bilionom dolarów wydanych na Zachodzie. Planowane nakłady mają zagwarantować armii rosyjskiej drugą – po amerykańskiej – pozycję w świecie. Takie ambicje militarne wykazuje mocarstwo zajmujące w świecie pod względem wielkości PKB dopiero 10 pozycję.

Zgodnie z zaleceniami prezydenta Putina  w ciągu najbliższych dziesięciu lat armia rosyjska ma otrzymać 400 rakiet międzykontynentalnych i 8 strategicznych okrętów podwodnych z rakietami dalekiego zasięgu. Siły konwencjonalne będą zasilone czołgami (2,3 tys.) i  działami samobieżnymi (około 2 tys.). Lotnictwo otrzyma ponad 600 samolotów i 1000 śmigłowców, a flota 50 okrętów uderzeniowych i 20 wielozadaniowych okrętów podwodnych. Na uzbrojenie armii wejdą nowe systemy obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej oraz różnorodne środki transportu. W wojskach lądowych ma być 85 w pełni skompletowanych brygad zdolnych do prowadzenia ofensywnych akcji bojowych poza granicami Rosji.

Według Sztokholmskiego Międzynarodowego Instytutu Badań nad Pokojem (SIPRI) pod względem wydatków na wojsko Rosja z 61 mld USD w 2009 roku plasowała się na czwartym miejscu w świecie, za USA, Chinami, Wielką Brytanią i Francją. Rosja wydawała 3,5 proc PKB; gdy Chińczycy, Anglicy i Francuzi po 2 proc. PKB (Polska – 1,95 proc. PKB Uwaga: Rosja wydaje więcej od Polski na wojsko nie tylko kwotowo, ale także procentowo!).

Kryzys w gospodarce światowej sprawia, że państwa poszukują oszczędności i zmniejszają wydatki na obronność. W dziesiątce państw wydających najwięcej na wojsko  zmniejszone budżety obronne wykazują USA, Wielka Brytania, Francja, natomiast tendencje odwrotną – wzrostową ujawnia Rosja, awansująca dzięki temu ostatnio w zbrojeniowym rankingu na trzecie miejsce w świecie.

Udawana słabość?

Mimo forsownych zbrojeń i głębokiej reformy armii co pewien czas na łamy gazet, do przekazu medialnego trafiają opinie o słabości rosyjskiej armii. „Rosji nie stać na silną armię” – uspokajała Polaków „Gazeta Wyborcza”. „Rosyjska armia nie pokonałaby nawet Polski” – no proszę, nawet Polski nie pokonałaby – to znowu GW. To nie są opinie polskie. Wygłaszają je na potrzeby polskich mediów rosyjscy „niezależni” podobno eksperci wojskowi. Nikogo przy tym nie dziwi, że w państwie będącym na bakier z demokracją, w którym rządzą byli oficerowie, z płk KGB Putinem na czele, a resorty siłowe są poza wszelką krytyką rosyjscy eksperci mogą do woli ganić kierownictwo resortu obrony i bez żadnych konsekwencji ujawniać katastrofalny rzekomo stan rosyjskiej armii.

Żyjący około V wieku p.n.e. chiński  myśliciel i dowódca wojskowy  Sun Tzu napisał zwięzły traktat „Sztuka wojny”. Pisał w nim: „Sprawiam, że przeciwnik postrzega moją silę jako słabość, a moją słabość traktuje jako potencjał mojej siły. Ja zaś powoduję, że jego siła przechodzi w słabość i oczekuję na odpowiedni moment do ataku.” Rosyjscy politycy i wojskowi znają pracę Sun Tzu. Czy rozsiewane opinie o słabości rosyjskiej armii to działanie celowe? Ma ono przekonać Europę i Polskę, że Rosji nie powinno się bać?

Znawca rosyjskiej armii Andrzej Wilk ocenia: „W latach 2009–2010 pod szyldem nowego oblicza armii rosyjskiej nastąpiła kardynalna przebudowa struktur organizacyjnych Sił Zbrojnych FR. Rosja zrezygnowała z sowieckiego modelu armii, adaptując rozwiązania przyjęte po zakończeniu zimnej wojny w państwach zachodnich. Od początku priorytetowo traktowane były przez Moskwę zmiany w europejskiej części FR, w pierwszym rzędzie na zachodnim – z rosyjskiego punktu widzenia – kierunku strategicznym. Zachodni Okręg Wojskowy nie stanowi prostej sumy jednostek, które weszły w jego skład po likwidacji Leningradzkiego i Moskiewskiego okręgów wojskowych. Zmiany strukturalno-organizacyjne w połączeniu z postępami modernizacji technicznej sprawiły, że jego potencjał znacząco się zwiększył. Szczególnemu wzmocnieniu pod względem ilościowym i jakościowym uległy flankowe rejony północno-zachodniej części FR, graniczące z państwami UE. Potwierdza to, że Rosja dąży do zniwelowania przewagi ilościowej i technologicznej państw NATO na zachodnim kierunku strategicznym, a także do utrzymania militarnej dominacji w Europie Wschodniej.”

Co na to NATO?

W październiku 2008 r. wywiadzie dla agencji Reuters dowódca sił NATO w Europie gen. John Craddock mówił: „Przez lata zakładaliśmy, że żaden kraj – członek sojuszu czy Partnerstwa dla Pokoju – nie ma powodu do obaw o suwerenność własnego terytorium. Myślę, że w obliczu wydarzeń sierpniowych nastąpiła tu zmiana.” Przypomniał, że Sojusz nie ma planów ewentualnościowych, a po rosyjskiej inwazji na Gruzję należy rozważyć przygotowanie planów postępowania w razie ataku na kraje bałtyckie lub Polskę.

Kiedy w grudniu 2010 r. portal internetowy Wikileaks ujawnił informację o przygotowanych przez NATO planach obrony Polski, Litwy, Łotwy i Estonii przedstawiciel Rosji w NATO Dymitryj Rogozin domagał się, aby plan ten został anulowany bowiem jest wyraźnie wymierzony przeciwko jego krajowi i dodawał: „Przeciwko komu innemu taka obrona miałaby być wymierzona? Przeciwko Szwecji, Finlandii, Grenlandii, Islandii, przeciwko niedźwiedziom polarnym, czy przeciwko rosyjskiemu niedźwiedziowi?” Rosjanin protestował w związku z porozumieniem zawartym podczas szczytu NATO w Lizbonie w 2010 r., gdzie państwa członkowskie formalnie zaakceptowały opracowane plany ewentualnej obrony w razie agresji na członka NATO.

W 2011 roku prasa informowała, że natowski plan obrony Europy Środkowej ma wykonać dziewięć dywizji, w tym cztery polskie oraz brytyjskie, niemieckie i amerykańskie.  Port w Świnoujściu przebudowany zgodnie z natowskim standardami miałyby przyjmować duże jednostki desantowe z wojskiem i transportowce przypływające z zaopatrzeniem dla natowskiej armii. Oczywiście jeśli rosyjska rura gazowa Nordstrim położona na podejściu do polskiego portu wojennego nie zablokowałaby dostępu wielkim okrętom transportowym. Tak czy inaczej wydawało się, że można odetchnąć – NATO będzie Polski bronić.

Żywot tej informacji okazał się bardzo krótki. Dziś bowiem trudno byłoby znaleźć w w Europie potrzebne dziewięć natowskich dywizji. MON dokładnie 1 września 2011 r. rozformował znajdującą się w Legionowie pod Warszawą 1. dywizję. Pozostałe trzy też czeka podobny los. Nie wydaje się, aby przy obecnym stanie uzbrojenia i rezerw udało się stworzyć z obecnej armii „zawodowej” pełnowartościowy ekwiwalent bojowy czterech dywizji. Trudno też będzie uzyskać wsparcie ze strony niemieckiej; Bundeswehra ma być zredukowana do 185 tys. żołnierzy, z czego w wojskach lądowych będzie około 60 tys. żołnierzy więc trudno liczyć na wsparcie kilku niemieckich dywizji. Brytyjczycy mają dwie dywizje i kilka samodzielnych brygad więc mogą nałożone zadanie wykonać, ale Amerykanie w razie potrzeby musieliby swoje dywizje sprowadzać zza oceanu. Zapewne dlatego George Friedman ostrzega, że Polska chcąc liczyć na pomoc Amerykanów będzie musiała samotnie wytrwać w obronie przez 3 miesiące.

Bezsilni sąsiedzi

Fatalnie przedstawia się stan sił zbrojnych sąsiadów Polski, którzy wraz z Polakami powinni uczestniczyć w obronie regionu. W ramach grupy wyszehradzkiej Polska współpracuje z Czechami, Słowacją i Węgrami. Wszystkie te kraje dysponują małymi potencjałami obronnymi, a ich siły zbrojne są zdolne tylko przy wsparciu sojuszników do krótkotrwałej obrony swoich krajów – armia słowacka nie ma nawet takiej zdolności. Armie wspomnianych państw dysponują uzbrojeniem pochodzącym z lat 80. ubiegłego wieku (wyjątek stanowi wypożyczone w Szwecji przez Czechów i Węgrów 28 samolotów JAS39 Gripen).  Do tego sprzęt jest w fatalnym stanie, np. Węgrzy mają zaledwie 14 czołgów T-72, a Słowacy tylko cztery sprawne Migi 29. Poważna modernizacja uzbrojenia jest niemożliwa bowiem państwa te przeznaczają zaledwie po jednym procencie PKB na obronę, z czego ponad 80 proc. środków pochłaniają wydatki bieżące. Żołnierze nie odbywają szkoleń, a piloci ćwiczą na trenażerach na ziemi. We wszystkich tych państwach, podobnie jak w Polsce, zrezygnowano z poboru i utworzono armie zawodowe. Szef sztabu generalnego armii austriackiej sprzeciwił się planom utworzenia zawodowej armii podkreślając, że rozwiązanie to doprowadzi do znacznego ograniczenia jej liczebności, ale także obniży jakość wojska. Generał powoływał się na przykłady z Węgier i Słowacji. Zapewne dlatego w przeprowadzonym w końcu stycznia 2013 r. referendum, w sprawie przekształcenia austriackich sił zbrojnych w wojsko zawodowe wygrali zwolennicy utrzymania zasadniczej służby wojskowej. Stanowili prawie 60 proc. głosujących.

Nie lepiej wygląda północne skrzydło potencjalnej obrony. Nie tylko dlatego, że państwa nadbałtyckie są dużo słabsze od południowych sąsiadów Polski. Litwa na obronę wydaje około 0,8 proc PKB (350 mln dolarów w 2011 r.). Posiada malutką armię zawodową bez zdolności mobilizowania większych sił. Wojsko jest słabo wyposażone. Trzon wojsk lądowych stanowi jedna brygada piechoty. Siły zbrojne Litwy nie mają możliwości samodzielnej obrony kraju. Potrzebne będzie wsparcie sojusznicze, zdaje się Polski. Litwa ma natomiast formacje ochotnicze przygotowane do działań partyzanckich w razie okupowania kraju przez najeźdźcę. Podobnie wyglądają siły zbrojne Łotwy. Wojsko zawodowe słabo wyposażone i budżet obronny wynoszący 1 proc. PKB. Trzonem armii jest jedna brygada piechoty bez ciężkiego uzbrojenia. Także na Łotwie istnieją siły zdolne do prowadzenia działań partyzanckich w obronie kraju. Litwa, Łotwa i Estonia nie mają lotnictwa bojowego. Mimo to na tle Litwy i Łotwy Estonia wyróżnia się korzystnie. Estończycy wydają więcej na obronę – 1,8 proc. PKB. Mimo przekształcenia armii w wojsko zawodowe zachowali pobór i dbają o szkolenie rezerw, co zapewnia stosunkowo duże możliwości mobilizacyjne. Położono nacisk na przygotowanie terytorium kraju do obrony i zaplanowano uzbrojenie armii, także w sprzęt ciężki (czołgi) z możliwością wystawienia w razie wojny czterech brygad piechoty. Rozwijane są formacje ochotnicze przeznaczone do działań partyzanckich. Estonia poza członkostwem w NATO podpisała też sojusz wojskowy ze Szwecją. Jednak Estonia jest w gronie trzech państw nadbałtyckich najmniejsza (1,3 mln ludności, PKB 22,2 mld USD) więc nie może zrównoważyć niedomagań obronnych Litwy i Łotwy.

Będzie „Pribałtyka”?

Położenie geostrategiczne Litwy, Łotwy i Estonii wskazuje, że mają one nikłe szanse skutecznego przeciwstawienia się ewentualnym naciskom militarnym Rosji. Prezydent Putin przedstawiając plany modernizacji sił zbrojnych odniósł się do państw nadbałtyckich właśnie. Powiedział: „Będziemy bardzo stanowczo dążyć do tego, aby władze Łotwy i Estonii zrealizowały liczne zalecenia prestiżowych organizacji międzynarodowych dotyczące przestrzegania powszechnie uznanych praw przysługujących mniejszościom narodowym”.  Stanowisko Rosji wyłożył otwarcie ściśle związany z Kremlem ideolog rosyjskiego neoimperializmu i profesor Moskiewskiego Uniwersytetu Aleksander Dugin w wywiadzie dla litewskiego – nomen omen  – portalu (listopad 2010 r.). Dugin wyjaśniał: „Rosja uważa je (Łotwę, Estonie – RSz.) za swoich wrogów, nie czyniąc między nimi znaczącej różnicy. Jest to ogólne podejście establishmentu rządzącego, nawet liberalnego… Rosja już czeka na globalne zmiany w układzie geopolitycznym. Na przykład jeśli coś stanie się z USA, to ponownie będziemy okupować te kraje. W ten czy inny sposób, łagodniejszy czy bardziej surowy… A instrument do wywołania jakiejś poważnej sytuacji w Łotwie czy Estonii mamy, zresztą już kilka razy stosowany”.

Portal „Głos Rosji” w końcu grudnia 2012 roku cytowała premiera Miedwiediewa: „Rosja nie zamierza z nikim walczyć mimo wzrostu wydatków na wojsko. Wzrosły one w związku z koniecznością zapewnienia krajowi bezpieczeństwa, a nie dlatego, że kraj przygotowuje się do wojny.” Przy tym przyznał, że skala wydatków na wojsko może być porównywana tylko z tą, jaka miała miejsce w trakcie II wojny światowej.

Uważa się, że jedną z oznak przygotowań do wojny jest skokowy wzrost wydatków na zbrojenia. Agencja RIA Nowosti ostatnio informowała, że w latach 2013-2015 budżet resortu obrony Federacji Rosyjskiej wzrośnie o 60 procent!

Romuald Szeremietiew


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *