Braun: To zła historia jest matką złej polityki

To zła historia jest matką złej polityki. Niech się wam broń Boże nie wydaje, że możecie rozszerzyć waszą, piękną wolnościową idee, nie wracając do historii Czytaj więcej »

 

Stanisław Michalkiewicz: W okowach łańcucha pokarmowego

W koszmarnych początkach III Rzeczypospolitej, kiedy Józef Oleksy nie był jeszcze premierem rządu, publicznie oskarżonym przez własnego ministra spraw wewnętrznych o szpiegostwo na rzecz Rosji, tylko prostym posłem z Białej Podlaskiej („Niech żyje Czerwony Madryt i Biała Podlaska!”), państwowa telewizja prowadziła cykl programów zatytułowanych „100 pytań do…”. Polegały one na tym, że realizatorzy sadzali na fotelu jakiegoś polityka („bierze się do tego celu tęgiego, starego pryka, sadza się go na fotelu…”), a zaproszeni do studia dziennikarze zadawali mu pytania.

W tamtych, koszmarnych czasach, byłem jeszcze do telewizji zapraszany, bo „jeszcze się przed cenzorskim nie trzęsły obliczem łazienkowskie satyry”. Dzisiaj, to co innego; dzisiaj moje nazwisko znalazło się nawet w oficjalnym Raporcie amerykańskiego Biura d.s. Demokracji, Praw Człowieka i Pracy o przestrzeganiu praw człowieka w roku 2006, więc nikt, ma się rozumieć, do telewizji nie odważy się mnie zaprosić z obawy przed gwałtowną śmiercią cywilną. Tak wszyscy są sterroryzowani przez obrońców praw człowieka! Wtedy jednak światłość nie była jeszcze aż tak dokładnie oddzielona od ciemności, więc pewnego razu znalazłem się w gronie dziennikarzy zadających pytania posłowi Józefowi Oleksemu.

Najpierw jednak Józef Oleksy tokował o swoich osiągnięciach – czego to mianowicie, jako poseł, nie uczynił dla swego okręgu wyborczego. Wśród tych uspiechów znalazła się również specjalna strefa ekonomiczna, o której utworzenie Józef Oleksy ponoć nader skutecznie zabiegał. Ta strefa ekonomiczna okazała się wielkim dobrodziejstwem dla tamtejszego życia gospodarczego i dla mieszkańców. Dzisiaj Unia Europejska bardzo niechętnym okiem patrzy na takie strefy i szczerze mówiąc, nawet nie wiem, czy je jeszcze w Polsce toleruje, ale wtedy nie było jeszcze Anschlussu, więc powstawały one jak grzyby po deszczu, zwłaszcza w rejonach reprezentowanych przez obrotnych, albo przynajmniej dobrze ustosunkowanych posłów. Najważniejszą cechą takiej strefy było to, że stopień biurokratycznej ingerencji był tam znacznie mniejszy, niż na zewnątrz, podobnie jak i podatki. Nic więc dziwnego, że inwestorzy pchali się tam jeden przez drugiego, a na udzielaniu im tego radosnego przywileju wyrosło wiele starych rodzin.

Kiedy więc przyszła moja kolej na zadanie pytania, zapytałem Józefa Oleksego, czy ta strefa ekonomiczna, o której dobrodziejstwach tak pięknie nam opowiadał, jest duża, czy mała? Poseł odpowiedział, że ani duża, ani mała, ale raczej mała. – Zatem – ciągnąłem – gdyby ta strefa była większa, to również owe dobroczynne skutki gospodarcze wystąpiłyby na większym obszarze i objęły więcej ludzi? – Oczywiście – zgodził się poseł Oleksy. – A gdyby tak – nie dawałem za wygraną – ta strefa była jeszcze większa, to te skutki wystąpiłyby na jeszcze większym obszarze i objęły jeszcze więcej ludzi? – Noooo, taaak – potwierdził poseł Oleksy, ale z widocznym wahaniem, bo widocznie już przeczuwał, dokąd to zmierza. – Dlaczego zatem pańska partia, panie pośle, nie wprowadza w całym kraju zasad, które tak pięknie sprawdzają się w pańskiej strefie ekonomicznej? – Pana to zawsze takie żarty się trzymają – skwitował rozmowę poseł Józef Oleksy.

Przypomniała mi się ta rozmowa, bo właśnie przeczytałem o radykalnych remediach, jakie administracja prezydenta Busha podjęła gwoli przeciwstawienia się gospodarczemu kryzysowi. Radykalne środki polegają na udzieleniu jednorazowych ulg podatkowych w wysokości 600 dolarów dla osoby samotnej i 1200 dolarów na małżeństwo, które dodatkowo otrzyma ulgę w wysokości 300 dolarów na każde dziecko. Chodzi o to, żeby w ten sposób pobudzić konsumpcję, bo ludzie za pieniądze zaoszczędzone na ulgach, na pewno coś kupią, a skoro coś kupią, to producenci towarów i usług to sprzedadzą i zarobią, dzięki czemu też będą mogli coś sobie kupić – i tak dalej. Do tej pory wszystko jest jasne, za wyjątkiem jednego – dlaczego w takim razie ta ulga jest jednorazowa? Skoro jej promotorzy wiedzą, że obniżenie podatków przynosi wzrost konsumpcji, a ten z kolei – poprawę koniunktury w gospodarce – to dlaczego korzystają z tego cudownego instrumentu z tak widoczną niechęcią?

Muszą być po temu jakieś bardzo ważne powody, bo w przeciwnym razie nie tylko administracja prezydenta Busha, ale w ogóle – każdy rząd, który przecież niczego bardziej nie pragnie, jak naszego dobra, którego już tak niewiele nam zostało, zamiast ulg jednorazowych wprowadziłby ulgi stałe, czyli – mówiąc wprost – obniżyłby podatki do granic wytrzymałości. Jakie to mogą być powody, dla których każdy rząd, jeśli tylko nie musi, żadnych podatków nie obniża, a raczej je podwyższa, choćby wywołując zwyżki cen, od których liczy podatek VAT i akcyzę? Z taką wywołaną zwyżką cen mamy do czynienia na przykład w dziedzinie wyrobów mleczarskich; Komisja Europejska ustanowiła dla Polski takie limity produkcji mleka, że wszystkie wyroby mleczarskie podrożały o kilkanaście, a sery – nawet o 30 procent. Przypuszczam, że głównym powodem jest to, że za pieniądze uzyskane dzięki obniżce podatków, ludzi kupiliby te produkty i usługi, które rzeczywiście są im potrzebne. Tymczasem politycy i biurokraci doskonale wiedzą, że większość efektów ich pracy jest tak naprawdę nikomu nie potrzebna i każdy, gdyby miał wolny wybór, nigdy by im nie zapłacił za nie nawet złamanego grosza. No bo, powiedzmy sobie szczerze, ilu ludziom w Polsce jest naprawdę potrzebna miłość Donalda Tuska? Więc zarówno Donald Tusk, jak i większość pozostałych polityków establishmentu zdaje sobie sprawę, że nie może przywrócić ludziom władzy nad ich pieniędzmi, bo w tej samej chwili zniknęłaby żyła złota, dzięki której beztrosko sobie żyją.

Dlatego też nie wiążę żadnych nadziei z kierowaną przez posła Janusza Palikota komisją „Przyjazne Państwo”, czy jakoś tak, która odgraża się, że pousuwa nonsensy i absurdy. Wprawdzie powierzenie takiego zadania właśnie posłom wychodzi naprzeciw spostrzeżeniu Stefana Kisielewskiego, że ten powinien naprawiać zegarek, kto go zepsuł, a nie ulega najmniejszej wątpliwości, że owe „nonsensy” i „absurdy” zostały wyprodukowane przez parlamentarzystów i to w wielu przypadkach przez tych samych, którzy mają je teraz usuwać. Problem w tym, że te „nonsensy” i „absurdy” są nimi tylko z pozoru, a ściślej biorąc – z punktu widzenia przedsiębiorców i innych ludzi „pod władzą postawionych”. A dlaczego właściwie politycy mieliby kierować się tym właśnie punktem widzenia? Z ich punktu widzenia sprawa przecież wygląda całkiem inaczej; za każdym takim „nonsensem”, czy „absurdem” stoją bardzo konkretne interesy establishmentu – jakieś zakazy, albo nakazy, których przestrzegania ktoś przecież pilnuje i z tego pilnowania żyje sobie aż do śmierci, a przynajmniej – aż do emerytury. Jakiż to „nonsens”, jakiż to „absurd”? To zwyczajny łańcuch pokarmowy, co zresztą wyszło na jaw już na pierwszym posiedzeniu komisji posła Palikota, na którym opowiadał on, w jaki sposób można „absurdy” i „nonsensy” omijać i podatków nie płacić. Znaczy – wie, którędy trzeba chodzić, podobnie jak poseł Oleksy wiedział, co jest korzystne dla gospodarki i ludzi – ale „video meliora proboque deteriora sequor”. Dlaczego? A dlatego, że bąk, dzięki sztabowi prawników, przez te „nonsensy” i „absurdy” się przebije, podczas gdy muszka utknie w nich i zostanie wyssana do ostatniej kropelki przez czerwone pająki. I dopóki muszki głosują na pająki – nic się nie zmieni, również w Ameryce, która, jak widać, bardzo się upodabnia do Polski w koszmarnych początkach III Rzeczypospolitej.

Stanisław Michalkiewicz
(4 luty 2008)

(Przedruk dozwolony wyłącznie za podaniem źródła)


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *