Sery, de Gaulle i Anne

Najmłodsza córka de Gaulle’a, Anne, cierpiała na zespół Downa. W wyniku obrażeń porodowych nigdy nie mogła poprawnie chodzić Czytaj więcej »

 

Stuknąć ich w głowę

Po słynnych już dopiskach w ustawach słów „lub czasopisma” oraz „i inne rośliny” do klasyki polskiego ustawodawstwa doszlusowało kolejne wybitne osiągnięcie parlamentarzystów w postaci dopisku „w szczególności” w ustawie o ubezpieczeniach obowiązkowych. Radosna twórczość posłów i senatorów skutkuje jednak utrudnieniem życia wszystkim kierowcom, którzy brali udział w kolizji lub wypadku samochodowym. To jednak tylko jedna z wielu przykrych niespodzianek dla kierowców w Nowym Roku.

Nowy Rok dla kierowców zaczął się fatalnie. Można by rzec tradycyjnie jak co roku od 1 stycznia cena benzyny poszła w górę. Tym razem średnio o 12 groszy za litr co jest wynikiem prezentu od wicepremiera Marka Pola, który obiecując wybudowanie setek kilometrów autostrad znów sięgnął do naszych portfeli nazywając nowy podatek, opłatą paliwową.

Od 1 stycznia zaczęła również obowiązywać nowa ustawa o ubezpieczeniach, która wprowadziła bardzo restrykcyjne kryteria wypłat kosztów naprawy uszkodzonych w kolizjach pojazdów przez zakłady ubezpieczeń.

Ustawa wylicza w artykule 16 w jakich przypadkach o stłuczce powinna być zawiadomiona policja. Umieszczony w tym artykule zwrot „w szczególności” powoduje jednak, że policja powinna być wezwana nawet do najdrobniejszego uszkodzenia auta.

– Jeśli nie będzie policyjnej notatki o stłuczce, kierowca może zapomnieć o zwrocie kosztów naprawy, gdyż firma ubezpieczająca nie ma obowiązku wypłacenia należnych pieniędzy – tak brzmi wykładnia tego feralnego artykułu.

Co oznacza wejście w życie takiego przepisu? Po pierwsze stratę czasu oraz nerwów dla kierowców, którzy będą musieli czekać na przyjazd funkcjonariuszy. W dużych miastach w godzinach szczytu oczekiwanie na przyjazd radiowozu sięga nawet 2 godzin! Po drugie, niepotrzebną dodatkową pracę dla policji, która zamiast łapać przestępców będzie zajmowała się pisaniem notatek służbowych o np. rozbiciu prawego reflektora etc. Po trzecie wreszcie, nie wszyscy kierowcy wiedzą o tak restrykcyjnych zasadach obowiązujących od 1 stycznia br. i nie każdy będzie wzywał na miejsce zdarzenia policję. O nowym przepisie dowie się dopiero wtedy, gdy nie otrzyma z ubezpieczenia pieniędzy. Na nowym prawie zyskują więc firmy ubezpieczeniowe, które jednak bardzo głośno odcinają się od tego, że to ich pomysłem było sformułowanie takiego zapisu.

Gdy sprawa wyszła na jaw, rozpoczęły się poszukiwania winnego? No bo ktoś zawsze musi być winien za nasze utrapienia. Najpierw trop poszedł w kierunku komisji finansów, ale członkowie komisji przedstawili stenogramy z posiedzeń z których ma wynikać, że to nie oni są odpowiedzialni za zapis. Potem dziennikarskie śledztwo poszło tropem w stronę ministerstwa finansów, ale i tam nie znaleziono winnego. Wkrótce okazało się, że za dopisek odpowiedzialna jest… Komenda Główna Policji, która zaproponowała obowiązującą treść artykułu. Ale czy tak jest w rzeczywistości?

Przecież to nie KG Policji przyjęła tę ustawę decydując, że stanie się ona obowiązującym prawem. To parlament ją przegłosował, więc to posłowie i senatorowie są temu winni. Ten kto uchwala prawo ponosi za nie odpowiedzialność, a nie ci, którzy zgłaszają różne propozycje ustawowe. Niestety posłowie odetchnęli z ulgą, gdy okazało się, że zapis był propozycją KG Policji. Ale winnymi złego prawa są nie policjanci, lecz posłowie! I pośrednio prezydent, który ustawę podpisał.

Posłowie z komisji finansów zapowiedzieli, że skoro prawo jest uciążliwe i nieżyciowe, to wkrótce zgłoszą projekt poprawek do ustawy. Oczywiście tak jest najłatwiej, ale koszty zmian prawa oraz skutki jego obowiązywania ponoszą jednak zwykli śmiertelnicy.

Jakby tego było mało niedawno pojawiła się propozycja przygotowana przez posłów PiS-u, aby konfiskować samochody kierowcom, którzy zostali złapani za jazdę po spożyciu alkoholu. PiS zgłosił projekt nowelizacji ustawy kodeks karny, w którym proponuje utratę przez kierowcę samochodu, jeśli będzie miał we krwi 1,5 promila alkoholu, lub gdy spowoduje ciężki wypadek.

Z kolei prezydent Warszawy Lech Kaczyński chce powielić w stolicy rozwiązania, które wprowadzono w województwie zachodniopomorskim. Kierowcy ze Szczecina, którzy zalegają z opłatami za mandaty mogą się spodziewać, że przy kontroli drogowej dostaną następującą propozycję: albo zapłacą zaległą należność, albo samochód jest odbierany!

Ponieważ ściągalność mandatów w Warszawie sięga ledwie 25 proc. władze miasta rozważają wprowadzenie rozwiązań ze Szczecina. Do odzyskania jest blisko 30 milionów złotych, więc dla miasta jest to gra warta… naszych samochodów.

Tyle o propozycjach dotyczących kierowców jakie pojawiły się ostatnimi czasy. Jak widać, pomysłów w każdej dziedzinie jest multum, co świadczy o tym, że nasi politycy do swoich obowiązków podchodzą bardzo serio.

Na koniec jednak niemiła informacja. Pamiętam jak dziś, gdy przed referendum mówiono, że po naszym wejściu do Unii samochody stanieją! Dziś sytuacja jest odwrotna i zarówno dealerzy samochodowi, jak i eksperci rynku motoryzacyjnego mówią zgodnie, że to była jakaś pomyłka, gdyż ceny samochodów nie spadną, lecz wzrosną.

Według analityków rynku samochodowego od początku było wiadomo, że wejście do Unii i otwarcie granic będzie skutkować zrównaniem się cen nowych aut w Polsce z cenami w krajach UE. O ile więc samochody luksusowe (za takie uchodzą auta o cenie powyżej 150 tys. złotych) mogą kilka procent stanieć, o tyle cena reszty pojazdów z pewnością wywinduje do góry!!!

Nowy Rok dla kierowców zaczął się od mocnego uderzenia. Uderzenia cenowego i kolejnych bubli prawnych. A politycy i tak nie tracą rezonansu szykując kolejne pomysły. Może coś lub ktoś wreszcie ich stuknie porządnie. W głowę.

Paweł Toboła-Pertkiewicz
(26 grudnia 2004)


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *