Michalkiewicz o przebierańcach w średniowiecznych łachach – czyli wymiar sprawiedliwości III RP

To kupa gówna - tak wymiar sprawiedliwości określa znany publicysta Stanisław Michalkiewicz Czytaj więcej »

 

Suweren na folwarku

W słusznym oburzeniu wywołanym publikacją taśm „WPROST” politycy jak i dziennikarze niczym dyabeł święconej wody unikają sedna sprawy. To, że urzędnicy państwowi traktują Polskę i instytucje publiczne jak prywatny folwark tylko w części wynika z przymiotów ich osobowości.

Ważne jest co innego – bo tak mamy skonstruowane prawo i póki to się nie zmieni nadal będą pojawiać się sędziowie na telefon, „taśmy prawdy” wojewódzkich struktur partii rządzącej; dlatego chociażby KRRiT mogła „uwalić” wniosek TV Trwam o przyznanie miejsca podając wydumane przyczyny itd. I choć pamiętne słowa Elżbiety Jakubiak rzucającej dziennikarzowi „W sumie to ja panu pozwalam pracować” stały się obiektem drwin, to bynajmniej nie były wcale odległe od prawdy.

Weźmy ustawę „Prawo o zamówieniach publicznych” - wszystko klarownie wyłożone, zasady, warunki, kto, co, gdzie, jak i kiedy. I tylko co chwila natykamy się na podpunkt, który na własny użytek nazwałem „chyba – żeby”, pozwalający na dość mglistych podstawach odstąpić od przepisów. Inny przykład – Kodeks Karny bardzo skrupulatnie wylicza zasady aresztu tymczasowego, jak długo może trwać, kiedy, w jakich warunkach i na ile może zostać przedłużony itd. A po tym wszystkim pojawia się podpunkt dający możliwość trzymania w areszcie praktycznie bez końca, o czym przekonał się chociażby Krzysztof Stańko ze Stowarzyszenia „Niepokonani 2012”. No i mój ulubiony przykład – Urzędy Skarbowe mają prawo do indywidualnej interpretacji przepisów. Teoretycznie, żeby skrócić procedury. Skutki praktyczne – dramatyczne. Na marginesie – od przeszło dwu lat obowiązuje prawo o odpowiedzialności finansowej urzędników. Czy ktoś zna przypadek pociągnięcia do odpowiedzialności kogokolwiek z tego tytułu?

Albo weźmy system wyborczy. Poza wyborami prezydentów, senatorów, wójtów i burmistrzów jak w PRL–u głosujemy na tych, których na listy wyborcze wpisał wszechwładny szef partii, a w zasadzie na partię, o czym pisał niedawno Robert Gwiazdowski. Teoretycznie możliwe jest zarejestrowanie Komitetu Wyborczego Wyborców. W praktyce jednak to partie polityczne są premiowane przez system. Mało tego – kampania wyborcza to koszty. Parlamentarne partie polityczne co roku decydują ile kasy z naszych kieszeni zostanie przeznaczone na ich działalność, a gdy przekroczą próg wyborczy dostają dodatkowo „zwrot kosztów kampanii”. Dodać trzeba, że parlamentarzyści do biedoty się nie zaliczają, więc gdzie tu tak kochana przez polityków „równość”?

Inna sprawa – odwoływanie urzędników. Wybory jak wiadomo są ważne niezależnie od frekwencji. Jeżeli jednak chcemy odwołać obieralnego urzędnika, to już przepisy ściśle określają frekwencję niezbędną do uznania wyniku za ważny. Przy okazji hucznych obchodów ćwierćwiecza odzyskania „wolności” Jacek Sierpiński przypomniał, jak to onegdaj wraz ze znajomymi usiłował odwołać ze stanowiska senatora RP. Podstawą był artykuł 2 ust. 2 Konstytucji PRL, który głosił, że „przedstawiciele ludu są odpowiedzialni przed swymi wyborcami i mogą być przez nich odwołani”. Żeby było jasne – aktualna Konstytucja RP przewiduje odwołanie w drodze referendum „pochodzącego z wyborów bezpośrednich organu samorządu terytorialnego” (art. 170). Nie ma jednak zapisu pozwalającego na odwołanie posła lub senatora RP!

A przecież art. 4 ust. 1 stwierdza wprost, że: „Władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu”, który może sprawować ją przez swych przedstawicieli lub bezpośrednio. Aby jednak Narodowi się we łbach nie przewróciło i nie próbował sprawować władzy „bezpośrednio” wprowadzone zostały stosowne regulacje. Ot, chociażby dotyczące obywatelskiej inicjatywy ustawodawczej. Przykładem ostatni postulat referendum oświatowego czy, tak swego czasu popierana przez PO, inicjatywa „4 x Tak”, mająca na celu m. in. wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych. A na wszelki wypadek mamy jeszcze art. 104 ust.1 Konstytucji RP stwierdzający „Posłowie są przedstawicielami Narodu. Nie wiążą ich instrukcje wyborców”. Taa..., instrukcje wyborców, do których należy „władza zwierzchnia” nie są wiążące. Instrukcje partyjnych bonzów, określane eufemistycznie mianem „dyscypliny partyjnej” już są wiążące. To kto tu u najjaśniejszej cholery jest suwerenem?

Obserwując spektakl pt. afera taśmowa „WPROST” mam mieszane uczucia. Śmieszy mnie „oburzenie” opozycji i mediów na burdel, który owe taśmy ukazują w pełnej krasie. Gdzieście to byli przez ostatnie 25 lat? Powiedzcie, misiaczki, chętnie się przeprowadzę. Z drugiej strony w sercu tli się nieśmiała nadzieja, że tym razem zbytnio przegięli pałę, a dziennikarze podsycając emocje zbyt głęboko wsadzili kij w mrowisko, i tym razem jest nadzieja, że uda się ten system rozpieprzyć i zaorać, by na jego gruzach powstało wreszcie państwo stojące na straży życia, wolności i własności obywateli, a nie kolejny folwark zezwierzęcający. Polacy w przeszłości nie raz udowodnili, że nie ma takiego bagna, z którego by się nie potrafili wydostać. Niestety, udowodnili też, że nie ma takiego bagna, w które by ochoczo nie wskoczyli na główkę klaskając piętami przy okazji.

Michał Nawrocki

Fot.: Jan Bodakowski


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *