Tag Archives: administracja

Urzędnicy plus – oto uboczne skutki rządowego programu 500+

W miarę rozrastania się obszarów państwa opiekuńczego, rośnie również biurokracja - rozumiana jako pajęczyna legislacyjna, jak również wzrost ilości urzędników niezbędnych do obsługi tej pajęczyny w codziennym życiu.

W Stanach Zjednoczonych nie ma już takiego kapitalizmu, jaki znamy z podręczników

- W Stanach Zjednoczonych nie ma już takiego kapitalizmu, jaki znamy z podręczników a ogromną część rynku zagarnęły wielkie korporacje - twierdzi Leszek "Nick" Sadowski - wydawca nowojorskiego "Nowego Dziennika" będącego jednym z największych i najbardziej wpływowych polskich tytułów prasowych w Stanach Zjednoczonych.

Kto się odważy zlikwidować powiaty?

Na koniec 2015 roku w Polsce funkcjonowało 314 powiatów (zwanych powiatami ziemskimi) oraz 66 miast na prawach powiatów (tzw. powiaty grodzkie). Ostatnia dyskusja wokół utworzenia nowych województw jest dobrą okazją do przeprowadzenia oceny funkcjonowania powiatów. Pogłębiona analiza aktualnego systemu nie pozostawia wątpliwości. Utworzenie powiatów było błędem, z którego warto się wycofać. Problem w tym, że taki projekt jest politycznie bardzo ryzykowny.

Urzędnicy specjalnej troski

Urzędnicy UE strajkują. Kolejny raz, tym razem związkowcy z administracji europejskiej zamierzają uderzyć uczestników szczytu UE w czwartek i piątek po korycie. I to dosłownie – kanapki zamiast obiadu. Horror! To zresztą nie pierwszy strajk urzędników instytucji unijnych – Rady UE, Komisji Europiejącej, oraz Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych. Przyczyna wciąż ta sama – żądania cięć w administracji UE postulowane przez kraje członkowskie.
Rzecz dotyczy również „zmniejszenia datków dla urzędników” - podwyższenie wieku emerytalnego z 63 do 67 lat, przywrócenie dodatkowego opodatkowania części dochodów w wysokości 6 proc., zamrożenie pensji na dwa lata oraz zwiększenie czasu pracy z 37,5 godz. do 40 godz. tygodniowo. Dodać należy, że nowo zatrudniona sekretarka w instytucjach UE zarabia 2,6 tysiąca euro, dyrektorzy generalni i ich zastępcy – 18 tysięcy euro brutto; komisarze i sędziowie Trybunału UE dostają ponad 20 tys. euro, zaś pracownicy kontraktowi (czyli na tzw. śmieciówkach) zarabiają od 1850 do 6 tysięcy euro. Przedstawiciel związku zawodowego Rady UE, Felix Geradon, tłumaczył: „Protestujemy przeciwko stanowisku państw członkowskich, które chcą pogorszenia warunków naszej pracy, m. in. jeśli chodzi o emerytury i możliwości rozwoju […] Jeśli ograniczenia zostaną przyjęte, będzie to oznaczało, że w ciągu 15 lat nasza siła nabywcza zmniejszy się o 60 proc.” a w rezultacie „niemożliwe byłoby rekrutowanie kompetentnych osób, a zatrudniani byli tylko ci, którzy nie mogą znaleźć innej pracy". Z tą troską o emerytury to raczej przesada – zawszeć można przeprowadzić cypryjską kontrybucję depozytów na „ratowanie strefy euro”, co od 2016 r. ma być rozwiązaniem modelowym. Normalnie nasuwa się pytanie o problemy ze wzrokiem, gdyż najwyraźniej biurokratom UE trudno jest dostrzec powiązania pomiędzy własną działalnością, a obecną sytuacją gospodarczą wymuszającą cięcia w administracji. Jednak kluczem do zrozumienia jest tu troska o dalszy „rozwój”, co zresztą potwierdzają sami zainteresowani – skoro to tacy kompetentni ludzie, to raczej nie powinni się martwić o pracę i emerytury – kompetentny człowiek zawsze znajdzie sobie jakieś dochodowe zajęcie. Chyba, że się jeszcze w pełni nie rozwinął. Gorzej z tymi, którzy do żadnej normalnej pracy się nie nadają z tytułu, hm... problemów rozwojowych. A że Polacy nie gęsi i swą biurokrację mają, więc u nas wesoło. Hanna Gronkiewicz – Waltz w związku ze zbieraniem podpisów pod wnioskiem o referendum w sprawie jej odwołania postanowiła poprawić sobie notowania. I wybrała się do Wilanowa. Tam obejrzała wystawę „Primus inter pares”, na którą miała wejściówkę, a potem bez biletu usiłowała wejść do ogrodu powołując się na nieprzysługujące jej urzędowi uprawnienia. Zrobiła się afera, biuro prasowe tłumaczy się więcej niż nieudolnie: „Pani prezydent interweniowała z powodu złej organizacji przy zwiedzaniu”. Bo była kolejka, więc trzeba się było wpychać bez biletu poza kolejką. Tak czy siak interesujące jest coś innego – otóż Hanna Gronkiewicz – Waltz niezaprzeczalnie odniosła korzyść majątkową (5 złotych). Pytanie więc, którą z kolei korzyść podczas drugiej kadencji i czy ujmuje takie „drobne korzyści” w rozliczeniu podatkowym i czy – zgodnie z obowiązującym prawem – odprowadza od nich obowiązkowy podatek? Skoro kioskarkę można było ukarać grzywną za niepołożenie paragonu na 20 groszy za ksero, to w tym przypadku tym bardziej wydaje się konieczna kontrola organów skarbowych. W końcu tyle się mówi o równości, równym traktowaniu etc. Michał Nawrocki

Kolejne premie w administracji

O tym, jak łatwo obejść każdy przepis udowodnili nam znów urzędnicy zatrudnieni w państwowej administracji. Okazuje się bowiem, jak podaje „Dziennik Gazeta Prawna”, że ich zarobki wzrosły średnio o 800 zł i to w czasie, gdy pensje są zamrożone! Łebscy urzędnicy obmyślili, że wcale nie potrzebują zwiększać sobie etatowych zarobków, gdyż zdecydowanie lepiej otrzymać premię!
Powstaje teraz pytanie uzależnione od sytuacji we wszystkich miastach i wsiach w kraju, czy doprawdy byt społeczny ulega systematycznej poprawie? Czy urzędnicy konstruują nowe doskonałe pomysły dla przedsiębiorców i pracowników? Czy wprowadzają jakieś innowacje powodujące wzrost gospodarczy i powszechny dobrobyt? Powątpiewam w to! Skąd więc kolejne premie i nagrody dla osób w administracji? Zakładam, że chodzi o podatki, których wciąż każe płacić się więcej i więcej. Przykład idzie z góry i żeby napchać wszystkie żołądki (ostatnio każdy o nich mówi) trzeba zabrać zapracowanym, a dać tym, którzy przewalają misternie kolejne tony nikomu niepotrzebnej dokumentacji, dodajmy przy kawce i papierosku. Zapracowany i tak nie zauważy, więc bierzmy ile się da! Smutne to wszystko, ale biorąc pod uwagę, że biorą polityczne elity, to kwestią czasu pozostawała hojna danina dla niższych szczebli. Wszak nikt nie może być pominięty w państwowych łupach. Zabierając starającym się coś stworzyć, dostarczmy tym, którzy  dokonują IV rozbioru Polski! Ciekawostką jest również to, że z każdej strony wciąż mówi się o kryzysie, za który musimy płacić, lecz obraz z premiowaniem urzędniczej bylejakości dobitnie uświadamia nam o czymś zupełnie innym, a mianowicie o sprytnie wypracowanych metodach dorabiania się kosztem pozostałych. Chyba nie o to chodziło tym, którzy przed transformacją walczyli z ustrojem, a teraz walczą w większości o przetrwanie. Zresztą pomijając całokształt, czy minister finansów Rostowski kiedykolwiek musiał o coś walczyć, czy wszystko miał podane na tacy? Obstawiam to drugie, gdyż jakby musiał coś zrobić własnymi rączkami i dojść do czegoś własnym umysłem, to wiedziałby coś o pracy… Dlatego nie dziwmy się na przyszłość, jak usłyszymy o premiach dla administracji, obojętnie jakiego szczebla, bo wszystko spływa jak po piramidzie! Może nie?! Norbert Gałązka

Biurokracji wykluczenie nie grozi

Blisko 5 milionów złotych. Tyle pochłonie kampania pod hasłem "Równe traktowanie standardem dobrego rządzenia" organizowana przez urząd pełnomocnika do spraw równego traktowania, na czele którego stoi Elżbieta Radziszewska. Akcja skierowana jest bynajmniej nie do "wykluczonych", ale do 85 urzędów administracji rządowej i Państwowej Inspekcji Pracy. "Wsparci" grubymi milionami urzędnicy będą zaliczać konferencję za konferencją, dywagując o dyskryminacji i wykluczeniu. Kampania "Równe traktowanie standardem dobrego rządzenia" ma się zakończyć w grudniu 2012 roku. Jak czytamy w założeniach projektu, "(...) wsparciem objętych będzie: 386 urzędników administracji rządowej i Państwowej Inspekcji Pracy uczestniczących w szkoleniach dotyczących dyskryminacji (w tym 45 wybranych Koordynatorów Równego Traktowania); 680 uczestników 16 seminariów regionalnych; 200 uczestników konferencji tematycznych; 170 uczestników 2 konferencji (inauguracyjnej i zamykającej); 85 instytucji administracji publicznej, których przedstawiciele uczestniczyć będą w szkoleniach, oraz 18 instytucji rządowych objętych badaniem Gender Index". Projekt zakłada również, a jakże, osiągnięcie określonych rezultatów. Należą do nich: "objęcie wsparciem 85 instytucji administracji rządowej; przebadanie 18 instytucji administracji rządowej wskaźnikiem Gender Index, ok. 680 uczestników 16 seminariów regionalnych; ok. 200 uczestników konferencji tematycznych; ok. 170 uczestników konferencji inauguracyjnej i zamykającej; stworzenie Strategicznych Rekomendacji na rzecz Równego Traktowania jako bazy do opracowania Krajowego Programu Działań na rzecz Równego Traktowania; diagnoza zjawiska dyskryminacji w określonych grupach społecznych; wydanie ok. 386 certyfikatów dla pracowników administracji rządowej; przeprowadzenie ok. 1862 godzin szkoleń; utworzenie jednego modelu szkoleniowego dla administracji rządowej w zakresie równego traktowania do wykorzystania dla Oceny Skutków Regulacji i służby przygotowawczej; raport ewaluacyjny; nabycie przez uczestników projektu wiedzy z zakresu równego traktowania i przeciwdziałania dyskryminacji" (źródło: www.efs.kprm.gov.pl). Gdy czyta się powyższe wytyczne, rodzi się zasadnicze pytanie: a gdzie się podziali ci dyskryminowani, nierówno traktowani i wykluczeni?! Przecież to wszystko rzekomo dla nich! Rzekomo. Okazuje się bowiem, że biurokracja wdraża program, który służyć ma tak naprawdę jej samej. Prawie 5 mln zł z pieniędzy podatników (tzw. pieniądze unijne to także nasze pieniądze pochodzące ze składki, jaką Polska musi każdego roku odprowadzać do wspólnego unijnego budżetu) rozpłynie się na - jak słusznie napisano w projekcie - "wsparcie" urzędników oraz tych, którzy zaliczać będą konferencję za konferencją, dywagując o dyskryminacji i wykluczeniu. Czy to jest właściwa droga, by pomagać bliźnim, którym się nie powiodło? Radziszewska to za mało Niedawno w związku z głośnym przejściem z Sojuszu Lewicy Demokratycznej do Platformy Obywatelskiej posła Bartosza Arłukowicza dowiedzieliśmy się, że będziemy mieć kolejnego pełnomocnika premiera, tym razem "do spraw przeciwdziałania wykluczeniu społecznemu". Tę funkcję pełnić ma właśnie Arłukowicz, awansowany do rangi sekretarza stanu. Mogłoby się wydawać, że urząd pełnomocnika do spraw równego traktowania zagospodarowuje obszar walki z wykluczeniem społecznym. Już sama nazwa urzędu wskazywałaby, że pełnomocnik powinien zajmować się m.in. pomaganiem ludziom, którzy z różnych powodów znaleźli się na marginesie życia społecznego i którzy mogą uważać, że są traktowani gorzej niż inni obywatele, że są dyskryminowani. Widocznie premier uznał jednak (zresztą zgodnie z duchem panującym w Unii Europejskiej), iż pani Radziszewska to zbyt mało, by wykluczonym przychylić nieba, i że potrzebny jest jeszcze jeden urząd, z posłem Arłukowiczem na czele. Trudno oprzeć się wrażeniu, że tak naprawdę chodzi tu głównie o to, by stworzyć kolejną biurokratyczną strukturę z tabunem nowych urzędników i wyposażyć się w dodatkowe narzędzie do spłacania różnych wyborczych długów. Jakie są zadania nowego pełnomocnika? Bartosz Arłukowicz ma między innymi wzmacniać koordynację działań instytucji rządowych, samorządowych i organizacji pozarządowych zajmujących się szeroko rozumianą polityką społeczną, ma wspomagać organizacje pozarządowe zajmujące się wykluczonymi, dokonać przeglądu działań prowadzonych na rzecz przeciwdziałania wykluczeniu, stworzyć zespół składający się z przedstawicieli instytucji rządowych, samorządowych i pozarządowych, który będzie koordynował działania, rozwiązywał bariery we współpracy tych instytucji oraz podsuwał nowe rozwiązania, by ta współpraca lepiej się układała, ma również reprezentować Polskę na różnych zlotach i konferencjach międzynarodowych podczas trwania polskiej prezydencji w Unii Europejskiej. Pytanie tylko, czy "wykluczonym" zrobi się od tego wszystkiego lepiej? Czy ich los się poprawi? Czy istotnie, by pomagać ludziom zagubionym, których życie z różnych - mniejsza w tym momencie, z jakich - przyczyn uległo pogmatwaniu, trzeba tworzyć kolejny urząd? Czy konsekwencją wdrażania kolejnych programów i kampanii społecznych, współfinansowanych przez Unię Europejską, naprawdę będzie poprawa losu tych, którym rzekomo mają one służyć? Władza społeczna a władza państwa Albert Nock, amerykański publicysta i filozof, rozróżnił kiedyś dwa rodzaje władzy: władzę społeczeństwa i władzę państwa. W wydanej po raz pierwszy w 1935 roku książce "Państwo - nasz wróg" stwierdził, że państwo ma tyle władzy, ile zdoła jej wyrwać społeczeństwu. "Wszelka posiadana przez państwo władza składa się z tych uprawnień, jakie dało mu społeczeństwo, oraz z tych, jakie od czasu do czasu samo konfiskuje społeczeństwu pod takim czy innym pretekstem" - pisał Nock. Podając przykład Stanów Zjednoczonych, Nock zauważa, że zagrabianie władzy społeczeństwa przez państwo na skalę dotąd w USA niespotykaną rozpoczęło się za czasów rządów prezydenta Franklina D. Roosevelta. To wówczas państwo przyjęło na siebie funkcję opiekuńczą "(...) publicznie ogłaszając doktrynę, że jest ono winne swym obywatelom utrzymanie". Oznacza to, że wcześniej, jeśli w jakiejś społeczności znajdowała się osoba niepotrafiąca poradzić sobie w życiu (dziś powiedzielibyśmy, używając współczesnej nowomowy - była wykluczona społecznie), najbliższe otoczenie dobrowolnie, w geście oddolnej solidarności, mobilizowało własne środki i uruchamiało własne możliwości, by takiej osobie pomóc. Pomoc ta mogła być przyjęta lub odrzucona, nic nie było przymusowe. Można się z rozróżnieniem Nocka na władzę społeczeństwa i władzę państwa zgodzić lub nie, gdybyśmy jednak mogli przenieść się w czasie o - powiedzmy - wiek i zakomunikować żyjącym wtedy ludziom, jak wielkie kompetencje współczesne państwo przydzieliło urzędnikom, dając im szereg uprawnień do ingerowania np. w życie rodziny, to pewnie złapaliby się z niedowierzaniem za głowy. Polakom, którzy przeżyli kilkadziesiąt lat w komunizmie, a obecnie żyją w systemie bardziej przypominającym skorumpowaną republikę bananową aniżeli normalny kraj, oparty na wolnej gospodarce i na rządach prawa, takie rozróżnienie może pachnieć wręcz herezją. "Jakże to tak, jakaś władza społeczeństwa? Przecież odkąd pamiętam, tu zawsze wszystkim zajmowało się państwo"! Tak może myśleć wielu Polaków, którzy nawet nie dostrzegają tego, jak bardzo z dnia na dzień kurczy się ich władza. Ba, pewnie nawet nie uświadamiają sobie, że taką władzę w ogóle mogliby posiadać. Drogo i nieefektywnie Zawłaszczanie coraz to nowych obszarów władzy społeczeństwa przez państwo nie jest procesem bezbolesnym. Odbywa się ono m.in. kosztem zasobności naszych portfeli. To bowiem z pieniędzy podatników finansuje się nowe urzędy, opłaca się kolejnych rządowych pełnomocników, tworzy się przeróżne zespoły, podzespoły, powołuje koordynatorów i komisje do zajmowania się sprawami, które kiedyś stanowiły domenę osób prywatnych, organizujących się w stowarzyszenia dobroczynne czy fundacje charytatywne. Czy mnożenie urzędów, pełnomocników, koordynatorów, wielomilionowe szkolenia to jest właściwa droga, by pomagać bliźnim, którym się nie powiodło? Teraz wyraźniej widzimy znaczenie rozróżnienia, jakiego przed laty dokonał Albert Nock. Kiedyś społeczeństwo samo zajmowało się pomaganiem słabszym, chorym, starszym, posiadało tę władzę, której współczesne państwo niemalże go pozbawiło, a czego najlepszym dowodem jest często padające z ust wielu ludzi stwierdzenie odnoszące się do ubogich: "Niech zajmą się nimi urzędnicy, od tego przecież są". Doświadczenie zarówno europejskie, jak i Stanów Zjednoczonych dowodzi jednak, że pomoc państwa w sferze tzw. polityki społecznej jest o wiele mniej skuteczna niż pomoc osób i organizacji prywatnych. I jest o wiele bardziej kosztowna dla podatników, z których wielu zubaża, spychając ich niejednokrotnie do roli przyszłych beneficjentów państwowej pomocy. To jest również jedna z przyczyn kłopotów gospodarczych, z jakimi borykają się dziś poszczególne kraje Europy. Po prostu zaczynają one zjadać własne ogony. Niestety, dominujące trendy ideowe panujące obecnie w Unii Europejskiej, a znajdujące bezpośrednie odbicie również w naszym prawodawstwie, nie napawają optymizmem. Polityka wysokich podatków, reglamentacja rynku, interwencjonizm państwowy - w sferze gospodarczej, oraz promocja antywartości (dyktatura relatywizmu) - w sferze społecznej i obyczajowej, mogą przyczynić się raczej do pojawiania się nowych problemów, bez rozwiązania tych dotychczasowych. Ale od czego jest współczesne dzielne państwo etatystyczne, z tabunami swoich urzędników, jeśli nie od walki z problemami, które - poprzez postępujące ubezwłasnowolnianie społeczeństwa - samo wygenerowało? Paweł Sztąberek Artykuł ukazał się w "Naszym Dzienniku" z 2 czerwca 2011 roku.

Drugi koniec kija czyli kogo obciążą wyroki za pozwy zbiorowe?

Dziś rano włączając rano radio usłyszałem, że mieszkańcy zalanych terenów w okolicach, Tarnobrzega i Gorzowa zlecili kancelarii adwokackiej opracowanie pozwu zbiorowego przeciwko Skarbowi  Państwa o odszkodowanie za starty poniesione w wyniku powodzi. Pozew  wskazuje na świadome zaniedbania urzędników państwowych, którzy nie zrobili nic by zapobiec powtarzającym się od lat przerwaniom wałów przeciwpowodziowych. Kwota poniesionych strat jest rzędu kilku miliardów i ewentualna wygrana poszkodowanych w kolejnych procesach - stając się wskazówką dla innych rejonów kraju - może zniwelować nieśmiało wprowadzane przez rząd oszczędności. Relacjonując tę informację, dziennikarka z rozpędu postawiła pytanie: „zapewne roszczenia są uzasadnione tylko dlaczego koszt odszkodowań ma obciążać podatników?” W odpowiedzi prowadzący redaktor zgasił wątek rzucając filozoficznie „w ostatecznym rachunku i tak my za wszystko płacimy?”. Po tym dziennikarka zorientowała się, że jest na polu minowym i zgrabnie przeskoczyła na inny temat lokalny. Natomiast ja, po tym komunikacie, ujrzałem mnożące się  grupy poszkodowanych inicjujących pozwy zbiorowe przeciwko Skarbowi Państwa. Dotychczas przypadki wypłacania odszkodowań za błędy urzędników, były jednostkowe i przyznawane przez sądy z pewnym ociąganiem (trwanie w procesach odwoławczych wymagało nie tylko cierpliwości ale i znacznych pieniędzy). Przystąpienie do UE otworzyło kanał na który władza nie ma już żadnego wpływu. Sparaliżowana, perspektywą procesów przed Europejskim Trybunałem Sprawiedliwości, przyznaje odszkodowania a to więźniom, za zbyt mały komfort odsiadki, a to nie wyskrobanym pannom za szkody na zdrowiu, nie poskąpi też uczestnikom afery gruntowej za to, że nie byli traktowani z należytymi honorami. Wygląda na to, że u nas pieniądze faktycznie leżę na ulicy, trzeba tylko wiedzieć jak się po nie schylić. Ale dopiero instytucja pozwów zbiorowych otwiera nieograniczone możliwości przed bystrymi prawnikami (powodzianie, pacjenci, ofiary wypadków drogowych itp.). Wcześniej paru filutów przekonało władzę, że jedynym batem na rozpasanych monopolistów chronionych przez tę władzę koncesjami, jest wprowadzenie pozwów zbiorowych. Władza, do której docierają mnożące się skargi na nieuczciwe praktyki wielkich graczy rynkowych, zdaje sobie sprawę, że pojedynczy konsument nie ma szans w starciu z finansowym kolosem, a żaden szanujący się prawnik nie będzie łaził po sądach za kilka tysięcy złotych. Optymalną strategią na rynku koncesjonowanym jest jego podział i powstrzymanie się od konkurowania ceną. Pozostaje więc „konkurowanie” technikami oskubywania delikwentów tak, by nie opłacało im się dochodzić rekompensaty na drodze sądowej. Techniki te, wykorzystujące efekt skali, polegają na tym, że oszukany na kilka złotych klient, nawet jeśli to zauważy, to zareaguje co najwyżej emocjonalnie, natomiast ilość transakcji przemnożona przez te kwoty przekłada się na dodatkowe miliony dochodu. Dlatego część cen na półkach w supermarketach różni się od tych nabijanych na kasie. Ostatnio stwierdziłem, że co jakiś czas pojawia się w telefonie komórkowym informacja o koszcie ostatniej rozmowy, przy czym ilość rozmów jest mniejsza od ilość dokonanych potrąceń. Jestem pewien, że działa oprogramowanie, które losowo pobiera niewielkie kwoty z konta. Koszt dochodzenia w stosunku do poniesionej straty jest tak duży, że gwarantuje sprawcy bezkarność. Podobnie zachowują się banki, mnożąc drobne opłaty za różne operacje i usługi, o których gdzieś tam drobnym maczkiem w umowie wspomniano. Ustawa o pozwach zbiorowych ma zniwelować omówioną przewagę, sumując pokrzywdzonych z drobnymi kwotami w jeden duży pozew, który chętnie sfinansują adwokaci pewni ogromnych zysków. Tu jednak urzędnicy wpadli w pułapkę, okazało się, że najbardziej dochodowymi dla prawników sprawami są pozwy przeciw Skarbowi Państwa, bo one odwracają efekt skali, bowiem każde nawet wielomilionowe odszkodowanie rozłożone na kilkanaście milionów płacących podatki daje tylko groszowe obciążenie, więc brak wystarczającej determinacji po stronie podatników, by o te grosze walczyć. Miało być lepiej, a wyszło jak zwykle. Wystarczy porównać konstytucje, by stało się oczywiste, że nie istnieje analogia miedzy sytuacją u nas i w Stanach Zjednoczonych, a i efekty wygranych tam pozwów zbiorowych powinny stać się ostrzeżeniem dla władz. Mnożenie uzasadnień dla nadmiernych podatków poprzez  rozszerzanie deklaracji co do świadczonych przez państwo usług, może stać się przyczyną jego bankructwa, gdy obywatele odkryją sposób na egzekwowanie odpowiedzialności za ich rzeczywisty brak. Co może w tej sytuacji, zrobić rząd? Po pierwsze może zmienić przepisy. Ale jak zauważył  Alexis de Tocqueville rewolucje wybuchają nie tam, gdzie terror jest największy, lecz tam gdzie dano ludziom nadzieję na zmiany. A powodzianie uwierzyli w winę państwa oraz w słuszność formułowanych roszczeń. Toteż w konsekwencji musiano by sięgnąć po środki represji, by zażegnać przejawy otwartego buntu. Drugim pociągnięciem będzie wprowadzenie osobistej odpowiedzialności urzędników. Ale nie da się pociągnąć do odpowiedzialności urzędnika, który trzyma się kurczowo nawet najgłupszych przepisów, a wywołany w ten sposób permanentny strajk włoski może doprowadzić do paraliżu państwa. Ostatecznym i radykalnym rozwiązaniem, byłoby wyzbywanie się kompetencji decyzyjnych państwa na rzecz samorządów. Pozycja arbitra w nieuchronnych sporach pomiędzy grupami społecznymi a administracją lokalną zdejmuje odpowiedzialność, ale pozbawia też uzasadnienia dla kontrybucji podatkowych. Czy władza centralna zdolna jest do takich wyrzeczeń?. Przecież urok rządzenie polega głównie na dysponowaniu efektami pracy innych. Jak tu - zgodnie ze starożytną dewizą -  dzielić i rządzić, gdy nie ma czym? Szwajcarzy jakoś uporali się z tym dylematem, pozostaje więc tylko skopiować ich rozwiązania. Przestrzegam przed próbami doskonalenia, dostosowywania, adaptowania itp. Potworków prawnych mamy już dość, a gwarancją jakości proponowanych rozwiązań ustrojowych jest wielowiekowy test, który zdały pomyślnie, bez potrzeby wprowadzania większych poprawek. Poluzowanie centralnego gorsetu państwowej administracji jest warunkiem wstępnym dla nawet najskromniejszych prób powrotu do normalnych praktyk wolnorynkowych. Czyżby więc w zbiorowych pozwach należało lokować nadzieję na zmiany? Być może, zamiast żądać ograniczenia  kompetencji rządu, należy powołać się na jego odpowiedzialność i obowiązek czynienia, ulubionej przez demokratów, sprawiedliwości.  Bo jak słusznie zauważył M. N. Rothbard, państwo bez sprawiedliwości niczym nie różni się od bandy złodziei. Wojciech Czarniecki