Tag Archives: Adolf Hitler

Demokracja po niemiecku – czyli zgwałć mnie!

Zarówno Merkel, jak i wcześniej Hitler doszli do władzy legalnie, zdobywając odpowiednią ilość głosów w Bundestagu. Później już parlament nie był im do niczego potrzebny. Hitler nikogo nie musiał prosić o zgodę na wywołanie wojny. Merkel też nie pytała o zgodę parlamentu, czy zapraszać hordę islamistów. Najwyraźniej Niemcy tak już mają, że nie kwestionują posunięć wodzów, niezależnie od tego jaką głupotę by im oni wciskali.

Duchowa choroba ludzkości

„Skąd u człowieka mogła się wziąć tak skrajna pogarda dla drugiego człowieka? – pytał 23 marca 2000 roku, papież Jan Paweł II w Yad Vashem i odpowiadał – Ponieważ doszedł on do momentu pogardy dla Boga. Jedynie bezbożna ideologia mogła zaplanować i przeprowadzić eksterminację całego narodu”.

Dziesięć lat w UE – bilans członkostwa, którego nie znajdziecie w mediach

Dobra książka odtrutką na kłamliwą propagandę? Jak najbardziej. I z odsieczą znów przychodzi Wydawnictwo WEKTORY. Tym razem daje odpór kłamstwom eurokołchoźników, którzy od kilkunastu lat, swoimi nieustającymi pierdnięciami zatruwają wokół nas świeże powietrze.

Wierni uczniowie Adolfa Hitlera i Josepha Goebbelsa

Kto? Środowiska antykatolickie (nie wchodzę już w szczegóły, ale np. mendia głównego ścieku, bo tak należy je nazwać). Od razu przechodzę do rzeczy.

R. Hess broni Unii Europejskiej

71 lat temu porażka III Rzeszy w II wojnie światowej była już tylko kwestią czasu. 6 czerwca 1944 roku alianci rozpoczęli lądowanie w Normandii, Związek Radziecki przygotowywał się do powolnego miażdżenia kruchej już potęgi Hitlera, mieszkańcy Warszawy czekali na swoją kolej, by 1 sierpnia wyjść na ulice i pokazać światu swoją siłę. 70 lat temu III Rzesza nie istniała, wysocy rangą członkowie państwa byli sądzeni, wlk adm. Karl Dönitz ogłosił rozwiązanie NSDAP.

Dlaczego nazizm był socjalizmem oraz dlaczego socjalizm jest totalitaryzmem

Celem tego wystąpienia są dwie rzeczy. Po pierwsze, chcę pokazać, dlaczego nazistowskie Niemcy były państwem socjalistycznym, a nie kapitalistycznym. Po drugie, chcę pokazać, dlaczego socjalizm — rozumiany jako system gospodarczy opierający się na państwowej własności środków produkcji — pociąga za sobą dyktaturę totalitarną.
Opisanie nazistowskich Niemiec jako państwa socjalistycznego było jednym z wielkich dokonań Ludwiga von Misesa. Kiedy przypomnimy, że słowo „nazi” jest skrótem od „Nationalsozialistische Deutsche Arbeiterpartei” (w tłumaczeniu – Narodowo-Socjalistyczna Niemiecka Partia Robotnicza), uwagi Misesa mogą nie wydać się niczym szczególnym. Jaki system gospodarczy ma być bowiem w państwie, rządzonym przez partię ze słowem „socjalistyczna” w nazwie, jeśli nie socjalizm? Jednakże, prócz Misesa i jego czytelników, praktycznie nikt nie uważa nazistowskich Niemiec za państwo socjalistyczne. Dalece bardziej powszechnym jest mniemanie — tak uważali komuniści i inni marksiści — że reprezentuje ono pewną formę kapitalizmu. Podstawą tezy, że nazistowskie Niemcy były państwem kapitalistycznym, był fakt, iż większość przemysłu pozostawała tam rzekomo w rękach prywatnych. Mises wykazał, że prywatna własność środków produkcji istniała jedynie z nazwy pod rządami nazistów. Rzeczywistym właścicielem środków produkcji był niemiecki rząd. Dlatego też to rząd, a nie nominalni właściciele, decydował o tym, co będzie wytwarzane, w jakiej ilości, w jaki sposób i komu będzie sprzedawane. Podobnie też ustalane były ceny oraz zarobki, a także wysokości dywidend, jakie mieli otrzymywać nominalni właściciele. Jak pokazał Mises, pozycja rzekomych właścicieli prywatnych była w zasadzie zredukowana do bycia rządowymi zarządcami. De facto państwowa własność środków produkcji — jak określał ją Mises — logicznie wynika z fundamentalnej zasady kolektywizmu przejętej przez nazistów. Stanowi ona, że dobro wspólne ma prymat nad dobrem prywatnym, zaś jednostka jest środkiem do osiągania celów państwa. Jeśli więc jednostka jest środkiem do osiągania celów państwa, to oczywiste jest, że jej własność także. Tak jak jednostka jest własnością państwa, tak to, co ona posiada, jest nią również. Jednak tym, co de facto ustanowiło w nazistowskich Niemczech socjalizm, było wprowadzenie kontroli cen i zarobków w 1936 r. Stanowiło to odpowiedź na inflację pieniądza, która pojawiła się wraz z początkiem reżymu w 1933 r. Reżym nazistowski wywołał inflację, aby sfinansować ogromne wydatki rządu związane z programami robót publicznych, subsydiami i zbrojeniami. Kontrola cen i zarobków została wprowadzona w odpowiedzi na wzrost cen, który był wynikiem inflacji. Skutkiem połączenia inflacji z kontrolą cen i zarobków są niedobory. Są to sytuacje, w których ilość dóbr, jaką ludzie chcą nabyć, przewyższa ilość dostępną w sprzedaży. Niedobory z kolei wywołują gospodarczy chaos. Nie chodzi tylko o to, że klienci, którzy pojawiają się w sklepie wcześnie rano, mogą wykupić całe zapasy towaru i zostawić tych, którzy przybędą później, z niczym. To sytuacja, na którą rząd zwykle odpowiada wprowadzeniem reglamentacji. Niedobory skutkują chaosem w systemie gospodarczym. Wprowadzają przypadkowość do dystrybucji zaopatrzenia pomiędzy różne regiony geograficzne, do rozdziału czynnika produkcji pomiędzy różne towary, do alokacji pracy i kapitału pomiędzy różne gałęzie systemu gospodarczego. Wynikające z połączenia niedoborów z kontrolą cen i zarobków zjawisko spadku podaży dóbr nie powoduje — jak ma to miejsce na wolnym rynku — wzrostu ich cen i wzrostu opłacalności ich produkcji. W ten sposób dalszy spadek podaży uległby zahamowaniu. Kontrola cen zapobiega ich wzrostowi i tym samym wzrostowi opłacalności produkcji. W tym samym czasie niedobory spowodowane kontrolą cen zapobiegają wzrostowi podaży przez odgórne ograniczenie wysokości cen i rentowności. Kiedy dochodzi do niedoboru, zjawisko wzrostu podaży jedynie łagodzi dolegliwości związane z brakiem towarów. Tylko wtedy, gdy niedobór jest całkowicie zlikwidowany, wzrost podaży wywołuje spadek cen i prowadzi do spadku opłacalności produkcji. W rezultacie połączenie kontroli cen z niedoborami powoduje przypadkowe zmiany w podaży bez żadnego efektu dla poziomu cen i opłacalności. W takiej sytuacji produkcja najbardziej trywialnych i nieistotnych dóbr, jak na przykład kamieni-zwierzątek, jest rozwijana kosztem produkcji najpilniej potrzebnych i ważnych towarów, jak leki. Nie ma to przy tym wpływu na cenę lub opłacalność produkcji żadnego z tych towarów. Kontrola cen zapobiega wzrostowi opłacalności produkcji leków w sytuacji spadku ich podaży oraz powstrzymuje spadek opłacalności produkcji kamieni-zwierzątek w sytuacji wzrostu ich podaży. Jak wykazał Mises, aby poradzić sobie z tymi niezamierzonymi skutkami kontroli cen, rząd musi albo ją znieść, albo sięgnąć po dalsze interwencje. Mianowicie może wprowadzić kontrolę nad tym, co jest produkowane, w jakiej ilości, jakimi metodami i do kogo ma być dystrybuowane, na co wskazałem już wcześniej. Połączenie kontroli cen ze zbiorem tych dalszych regulacji skutkuje de facto socjalizacją systemu gospodarczego. Oznacza to, iż rząd wykonuje wszystkie prawa wynikające z własności. Taki był socjalizm zaprowadzony przez nazistów. Mises nazywał go socjalizmem na niemiecką lub nazistowską modłę. Odróżniał się on od bardziej oczywistego socjalizmu Sowietów, który Mises zwał socjalizmem na wzór rosyjski lub bolszewicki. Oczywiście, socjalizm nie kończy chaosu spowodowanego zniszczeniem systemu cen. On go podtrzymuje. Jeśli jest wprowadzony bez wcześniej istniejącej kontroli cen, jego efektem jest początek wielkiego chaosu. Jest tak, ponieważ socjalizm właściwie nie jest żadnym alternatywnym systemem gospodarczym. Jest zaledwie zaprzeczeniem kapitalizmu i jego systemu cen. Natura socjalizmu jako taka jest jedna i ta sama co w przypadku chaosu gospodarczego, wynikającego ze zniszczenia systemu cen przez kontrolę cen i zarobków. (Chciałbym zaznaczyć, że narzucony przez bolszewicki model socjalizmu system kwot produkcji, z wszędobylskimi zachętami do przekraczania tych kwot, jest pewnym przepisem na powszechne niedobory — tak jak zresztą panowanie kontroli cen i zarobków). W najlepszym razie socjalizm zmienia zaledwie kierunek chaosu. Kontrola rządu nad produkcją może umożliwiać większą produkcję pewnych dóbr — szczególnie tych ważnych dla samego rządu. Rząd osiąga to jednak kosztem wywołania zamieszania w obrębie reszty systemu gospodarczego. Wynika to z tego, że rząd nie ma żadnej wiedzy na temat skutków, jakie niesie zabezpieczenie produkcji dóbr, którym przypisuje szczególną wartość, dla reszty systemu gospodarczego. Wymogi wprowadzenia systemu kontroli cen i zarobków rzucają światło na totalitarną naturę socjalizmu —zarówno na nazistowski, jak i na sowiecki wariant. Możemy zacząć od faktu, że w finansowym interesie sprzedawcy, działającego w ramach kontroli cen, jest unikanie tejże kontroli oraz podnoszenie cen swoich towarów. Z drugiej strony kupujący, którzy nie mogą nabywać dóbr, są skłonni płacić wyższą cenę, aby zapewnić sobie to, czego pragną. Co w takich okolicznościach może powstrzymać wzrost cen i rozwój czarnego rynku? Odpowiedzią jest połączenie surowych kar z dużym prawdopodobieństwem schwytania i poniesienia tych kar. Zwyczajne grzywny nie zwiększają zbytnio efektu odstraszania. Stanowią one jedynie dodatkowy koszt biznesowy. Jeśli rząd poważnie traktuje kontrolę cen, niezbędne jest wprowadzenie kar porównywalnych do tych za ciężkie przestępstwa. Lecz zwyczajne obowiązywanie takich kar nie wystarczy. Rząd musi uczynić je rzeczywiście dolegliwymi, by ograniczyć prowadzenie czarnorynkowych transakcji. Musi przestraszyć ludzi, że prowadzenie takich transakcji może zostać odkryte przez policję i rzeczywiście zakończyć się uwięzieniem. Aby wytworzyć taki strach, rząd musi rozwinąć armię szpiegów i tajnych informatorów. Dla przykładu, rząd musi nastraszyć sklepikarza i jego klienta, że jeśli zaangażują w transakcję na czarnym rynku, jakiś inny klient tego sklepu doniesie o tym. Z uwagi na prywatność i tajność transakcji czarnorynkowych rząd musi także przestraszyć każdego, kto planuje handel na czarnym rynku, że druga strona może okazać się agentem policji, próbującym go ująć. Rząd musi zniechęcić ludzi nawet do wieloletnich współpracowników, nawet do ich przyjaciół i krewnych, ponieważ i oni mogą okazać się informatorami. Wreszcie, aby wydawać wyroki skazujące, rząd musi przekazać uprawnienia do decydowania o niewinności lub winie w sprawie handlu na czarnym rynku na ręce trybunału administracyjnego lub jego policyjnych agentów na miejscu. Nie może ona zależeć od ławy przysięgłych. Mało który sędzia bowiem orzekłby o winie człowieka sprzedającego kilka kilogramów mięsa lub parę butów po cenie wyższej niż obowiązująca, skazując go na kilka lat więzienia. Dlatego też, podsumowując, postulaty wprowadzenia kontroli cen oznaczają akceptację dla kluczowych elementów państwa totalitarnego. Chodzi tu mianowicie o ustanowienie kategorii „przestępstw gospodarczych”, które bezkonfliktową pogoń za własnym interesem traktują jako czyn przestępczy, i ustanowienie totalitarnego aparatu policji pełnego szpiegów i informatorów oraz władzy arbitralnego aresztowania i uwięzienia. Jak widać, wprowadzenie kontroli cen wymaga władzy podobnej do tej w Niemczech Hitlera czy Rosji Stalina. W takim modelu praktycznie każdy może okazać się szpiegiem aparatu państwa. Działa także tajna policja, która może aresztować i więzić ludzi. Jeśli rząd jest nieskory, by iść tak daleko, wtedy kontrola cen okazuje się do pewnego stopnia niewykonalna i po prostu załamuje się. Wtedy czarny rynek rozrasta się. (Nawiasem mówiąc, nic z tego, o czym powiedzieliśmy, nie sugeruje, by kontrola cen była przyczyną władzy terroru ustanowionej przez nazistów. Tego rodzaju rządy naziści zaprowadzili długo zanim ustanowili kontrolę cen. W rezultacie ustanowili ją w okolicznościach już do tego przygotowanych). Aktywność na czarnym rynku pociąga za sobą popełnianie szeregu przestępstw. W systemie de facto socjalistycznym produkcja i sprzedaż dóbr na czarnym rynku oznacza pór wobec rządowych regulacji, dotyczących produkcji i dystrybucji, a także opór wobec kontroli cen. Dla przykładu, dobra sprzedawane na czarnym rynku przeznaczane są przez rząd do dystrybucji zgodnej z jego planem, nie zaś za czarnym rynku. Podobnie też środki produkcji, użyte do wytworzenia tych dóbr, przeznaczone są przez rząd do użycia zgodnego z jego planem, nie zaś do zaopatrzenia czarnego rynku. W systemie de iure socjalistycznym, takim jak w Związku Sowieckim, gdzie prawo państwowe otwarcie i wprost czyni rząd właścicielem środków produkcji, cała aktywność na czarnym rynku z konieczności pociąga za sobą przywłaszczenie lub kradzież własności państwowej. Dla przykładu robotnicy fabryczni czy kierownicy w Związku Sowieckim, którzy produkowali towary sprzedawane potem przez nich na czarnym rynku, byli uważani za złodziei materiałów dostarczanych przez państwo. Co więcej, w jakimkolwiek rodzaju państwa socjalistycznego — nazistowskim czy komunistycznym — plan gospodarczy rządu jest najwyższym prawem w kraju. Dobrze wiemy, jak chaotyczny jest tzw. proces planowania w socjalizmie. Jego dalsze zakłócania przez pracowników i kierowników, wyprowadzających materiały i zapasy do produkowania na czarnym rynku, jest czymś, co socjalistyczne państwo logicznie upoważnia do traktowania jako akt sabotowania swojego planu gospodarczego. Prawo państwa socjalistycznego traktuje to właśnie jako sabotaż. To powoduje, że działalność na czarnym rynku w kraju socjalistycznym często pociąga za sobą karę śmierci. Uważam, że fundamentalną przyczyną wyjaśniającą powszechne rządy terroru w socjalizmie jest niewiarygodny problem, dotyczący tego, w jakiej relacji państwo socjalistyczne powinno znajdować się wobec swoich obywateli. Z jednej strony, zakłada ono pełną odpowiedzialność za pomyślność ekonomiczną jednostek. Rosyjski czy też bolszewicki model socjalizmu otwarcie zaświadcza o tej odpowiedzialności — jest to główne źródło jego atrakcyjności wśród ludu. Z drugiej strony, państwo socjalistyczne w każdy sposób, w jaki można to sobie wyobrazić, partaczy tę robotę Czyni życie jednostek koszmarem. Obywatel państwa socjalistycznego każdego dnia swojego życia musi marnować czas w niekończących się kolejkach. Problemy, jakich doświadczali Amerykanie w latach 70. XX w. w związku z niedoborem paliw, są dla niego normalne. Tylko, że nie doświadcza on ich w stosunku do paliw, ponieważ nie posiada samochodu ani nadziei na jego kupno. Jego problemy wiążą się z brakiem odzieży, warzyw czy nawet chleba. Często jest on zmuszony do pracy, której sobie nie wybierał i której przez to nienawidzi. (Na skutek niedoborów rząd decyduje się na przydział pracy dokładnie w taki sposób, jak czyni to z przydziałem materialnych środków produkcji). Żyje w warunkach niesamowitego przeludnienia, niemal bez szans na prywatność. (W obliczu niedoboru domów, lokatorzy przypisani są do mieszkań, a rodziny zmuszone są dzielić je z innymi. Aby ograniczyć uciążliwość tego niedoboru, wprowadzony jest system paszportów wewnętrznych i wiz w najbardziej atrakcyjnych obszarach kraju. Mówiąc delikatnie, osoba zmuszona do życia w takich warunkach musi kipieć z oburzenia i złości). Wobec kogo, logicznie rzecz biorąc, obywatele państwa socjalistycznego powinni kierować swoje oburzenie i złość, jeśli nie wobec samego państwa socjalistycznego? To samo państwo, które ogłasza odpowiedzialność za ich życie i obiecuje im żywot w szczęśliwości, w rzeczywistości ponosi odpowiedzialność za urządzenie im z tego życia piekła. Istotnie, przywódcy państwa socjalistycznego przeżywają dylemat. Każdego dnia zachęcają ludzi do wiary, że socjalizm jest systemem doskonałym, którego złego skutki mogą być jedynie efektem działania złych ludzi. Jeśli to prawda, kim więc mogą być ci źli ludzie, jeżeli nie samymi rządzącymi, którzy nie tylko czynią życie innych piekłem, lecz wypaczają rzekomo doskonały system do takiej postaci? Skutkuje to tym, że przywódcy państwa socjalistycznego muszą żyć w obawie przed innymi ludźmi. Zgodnie z logiką ich działania i ich nauczaniem, kipiące oburzenie ludzi winno wzbierać i zdławić ich w orgii krwawej zemsty. Rządzący to przeczuwają, nawet jeśli nie przyznają się do tego otwarcie. Dlatego też ich największą troską jest trzymanie  obywateli pod butem. W rezultacie twierdzeniem prawdziwym, choć niewystarczającym, jest to, że socjalizm oznacza brak wolności prasy i wolności wypowiedzi. Z pewnością w socjalizmie brakuje tych swobód. Jeśli rząd jest właścicielem wszystkich gazet i domów wydawniczych, jeśli decyduje, do jakich celów może być wykorzystywany papier gazetowy, wtedy oczywiście nie można wydać niczego, na co rząd się nie zgadza. Jeśli jest on właścicielem wszystkich sal zebrań, wtedy nie może odbyć się żadne publiczne spotkanie czy wykład, na który rząd nie wyraża zgody. Jednak socjalizm sięga dużo dalej niż zaledwie brak wolności prasy i wypowiedzi. Rząd socjalistyczny całkowicie unicestwia tego rodzaju swobody. Obraca on prasę i każde forum publiczne w środek histerycznej propagandy na własny użytek. Ponadto bezwzględnie prześladuje każdego, kto przynajmniej minimalnie odchyli się od oficjalnej linii partii. Powodem tego jest strach socjalistycznych przywódców przed ludźmi. By chronić siebie, muszą oni utrzymywać ministerstwo propagandy oraz tajną policję, pracujące non stop. Ta pierwsza instytucja niezbędna jest, by odwracać uwagę ludzi od odpowiedzialności socjalizmu i jego przywódców za ludzką nędzę. Druga potrzebna jest do uciszania tych, którzy mogą sugerować odpowiedzialność socjalizmu lub jego przywódców, oraz do unieszkodliwiania każdego, kto zacznie przejawiać oznaki samodzielnego myślenia. Przyczyną tego jest strach przywódców i ich desperacka potrzeba wskazywania kozła ofiarnego za porażki socjalizmu. Dlatego też prasa w kraju socjalistycznym pełna jest doniesień o zagranicznych spiskach i sabotażach, o niegospodarności części urzędników. Czasami niezbędne okazuje się odkrycie wewnętrznego spisku na dużą skalę, by poświęcić wysokich funkcjonariuszy, a nawet całą frakcję w gigantycznej czystce. To z powodu swojego strachu i desperackiej potrzeby dławienia każdego przejawu nawet potencjalnej opozycji socjalistyczni przywódcy nie zezwalają na żadną czysto kulturalną działalność, która nie jest kontrolowana przez władze. Jeśli ludzie licznie zgromadzą się na pokazie sztuki czy odczycie poezji niekontrolowanym przez rządzących, przywódcy mogą obawiać się rozpowszechniania niebezpiecznych idei. Każda niedozwolona idea jest ideą niebezpieczną. Może ona sprawić, że ludzie zaczną myśleć samodzielnie i zastanawiać się nad istotą socjalizmu oraz nad jego przywódcami. Przywódcy boją się spontanicznych zgromadzeń nawet kilku ludzi w pokoju. Muszą zatem sięgać po tajną policję i aparat szpiegów i informatorów, a także terror, aby nie dopuścić do takich spotkań lub upewnić się, że poruszane na nich tematy są całkowicie nieszkodliwe z punktu widzenia państwa. Socjalizm nie może na dłuższą metę panować bez terroru. Gdy tylko terror się rozluźnia, oburzenie i wrogość zwracają się przeciwko rządzącym. Okres ten przynosi zatem rewolucję lub wojnę domową. W rzeczywistości, socjalizm pozbawiony terroru lub, ściślej rzecz biorąc, odpowiedniego jego poziomu, opisany może być jako niekończąca się seria rewolucji i wojen domowych. Każda kolejna grupa nowych przywódców okazuje się niezdolna do uczynienia socjalizmu dobrze funkcjonującym, podobnie jak ich poprzednicy. Nieuniknionym wnioskiem, jaki się nasuwa, jest to, że terror rzeczywiście doświadczany w państwach socjalistycznych nie był po prostu robotą złego człowieka, takiego jak Stalin. Wynikał on z natury systemu socjalistycznego. Stalin wysunął się na czoło, ponieważ jego niezwykła determinacja i przebiegłość w stosowaniu terroru stanowiły właściwości najbardziej pożądane na stanowisku przywódcy socjalistycznego, by móc utrzymać się u władzy. Dotarł do szczytu na skutek naturalnej selekcji w socjalizmie: selekcji najgorszych. Muszę uprzedzić możliwe nieporozumienie dotyczące mojej tezy, że socjalizm jest totalitarny ze swej natury. Dotyczy to rzekomo socjalistycznych państw rządzonych przez socjaldemokratów, takich jak Szwecja czy inne kraje skandynawskie, które oczywiście nie są totalitarnymi dyktaturami. W takich przypadkach niezbędnym jest zdać sobie sprawę z tego, że tak jak państwa te nie są totalitarne, tak też nie są socjalistyczne. Partie tam rządzące mogą przyjmować socjalizm jako swoją filozofię czy jako swój ostateczny cel, ale system gospodarczy, jaki wdrażają, socjalizmem nie jest. Ich rzeczywistym modelem gospodarczym jest skrępowana gospodarka rynkowa, jak to określił Mises. Choć bardziej skrępowany od naszego (chodzi o USA — przyp. red.), ich system gospodarczy jest zasadniczo podobny do tego u nas w tym sensie, że główną siłą napędową produkcji i aktywności ekonomicznej jest nie dekret rządu, lecz inicjatywa prywatnych właścicieli, motywowanych wizją prywatnego zysku. Powodem, dla którego socjaldemokraci nie wprowadzają socjalizmu po dojściu do władzy, jest to, że nie są w stanie zrobić tego, co byłoby wymagane. Wprowadzenie socjalizmu jako systemu gospodarczego wymaga masowego aktu kradzieży — środki produkcji muszą zostać przejęte od ich właścicieli i przyznane państwu. Przejęcie takie z pewnością wywołałoby opór ze strony części właścicieli — opór, który mógłby zostać przełamany tylko dzięki zastosowaniu szeroko zakrojonego przymusu. Komuniści próbowali i próbują nadal zastosować taką siłę, jakiej użyto w Związku Sowieckim. Komuniści byli niczym uzbrojeni rabusie gotowi zabić, jeśli będzie to niezbędne dla dokonania kradzieży. W przeciwieństwie do nich socjaldemokraci są bardziej jak kieszonkowcy, którzy marzą o wyciągnięciu dużych pieniędzy pewnego dnia, lecz w rzeczywistości nie są w stanie zabić, jeśli to konieczne i poddają się przy najmniejszych oznakach poważniejszego oporu. Co do nazistów, generalnie nie musieli oni zabijać, by przejąć własność Niemców, nie licząc Żydów. Było tak, ponieważ, jak widzieliśmy, wprowadzili socjalizm poprzez kradzież, kontrolę cen, która służyła utrzymaniu zewnętrznych pozorów prywatnej własności. Prywatni właściciele byli w ten sposób pozbawieni swojej własności bez wiedzy o tym i dlatego nie czuli potrzeby obrony jej siłą. Myślę, że pokazałem, iż socjalizm — prawdziwy socjalizm — jest totalitarny ze swej natury. Współcześnie w Stanach Zjednoczonych nie mamy socjalizmu w jakiejkolwiek formie. Nie mamy też do czynienia z dyktaturą, nie mówiąc już o dyktaturze totalitarnej. Nie mamy jeszcze także faszyzmu, choć się do niego zbliżamy. Wśród kluczowych elementów, których wciąż brakuje, jest brak rządów jednej partii oraz cenzury. Wciąż cieszymy się wolnością wypowiedzi i prasy, a także wolnymi wyborami, choć swobody te są podkopywane, a ich dalsze funkcjonowanie nie jest zagwarantowane. Mamy za to skrępowaną gospodarkę rynkową, która staje się coraz bardziej skrępowana przez coraz większe interwencje rządu. Wiąże się to z rosnącym zanikiem indywidualnej wolności. Wzrost ekonomicznej interwencji rządu jest równoznaczny z zanikiem indywidualnej wolności, ponieważ oznacza rosnące inicjowanie użycia siły fizycznej, by zmusić ludzi do robienia tego, czego nie wybraliby z własnej woli, lub odwieść ich od zrobienia tego, co z własnej woli by wybrali. Jednostka sama wie najlepiej, co leży w jej interesie oraz zazwyczaj czyni to, co leży w jej zakresie, a także unika robienia tego, co w niego godzi. Wynika z tego, że im większy zakres ingerencji rządu, w tym większym stopniu jednostki nie mogą czynić tego, co daje im korzyści, i zamiast tego są zmuszone czynić to, co powoduje u nich straty. Obecnie wydatki rządowe w USA — federalne, stanowe i lokalne — urosły do poziomu niemal połowy dochodów pieniężnych tych, którzy są zatrudnieni poza sektorem rządowym. Piętnaście departamentów federalnych i dużo większa liczba federalnych agencji regulacyjnych — w większości przypadków wraz ze swoimi odpowiednikami na poziomie stanowym i lokalnym — razem stale przeszkadza w praktycznie każdej sferze życia pojedynczego obywatela. Na niezliczone sposoby jest on obkładany podatkami, nakazami i zakazami. Efektem takiej masowej ingerencji rządu jest bezrobocie, rosnące ceny, spadające realne płace, potrzeba pracowania dłużej i ciężej oraz rosnący brak bezpieczeństwa ekonomicznego. Długofalowym efektem jest rosnąca złość i oburzenie. Choć interwencjonistyczna polityka rządu celem powinna być naturalnym obiektem ich ataków, złość i oburzenie, które odczuwają ludzie, zwykle skierowane są wobec przedsiębiorców i bogatych. To nieporozumienie w dużej mierze napędzane jest przez niedouczoną i zawistną elitę intelektualną oraz media. W zgodzie z tą postawą od czasu pęknięcia bańki na giełdzie (która w rzeczywistości stworzona została przez politykę Rezerwy Federalnej rozdawania kredytów i przekłuta tymczasowym odejściem od tej polityki) rządowi oskarżyciele rozpoczęli szczególnie mściwą politykę przeciwko dyrektorom winnym finansowej nieuczciwości, tak jakby ich działania były odpowiedzialne za rozprzestrzenienie się strat wynikających z pęknięcia bańki. W ten sposób były szef ważnej kompanii telekomunikacyjnej został ostatnio skazany na 25 lat więzienia. Inni wysocy dyrektorzy zostali potraktowani podobnie. Co bardziej niepokojące, władza rządu do stawiania w stan oskarżenia staje się równoznaczna z władzą niszczenia firm, czego dowodem przypadek spółki Arthur Andersen, dużej korporacji audytorskiej i doradczej. Zagrożenie użycia tej władzy było dostatecznym powodem do zmuszenia głównych pośredników ubezpieczeniowych w Stanach Zjednoczonych do zmiany swoich zarządów, aby zadowolić prokuratora generalnego stanu Nowy Jork. Nie da się tego opisać inaczej jak skazanie i kara bez rozprawy sądowej i jak wymuszenie ze strony rządu. To znamienne kroki na bardzo niebezpiecznej ścieżce. Na szczęście wciąż mamy dostatecznie szeroką wolność w Stanach Zjednoczonych, aby naprawić wszelkie szkody, jakie poczyniono. Przede wszystkim mamy wolność publicznego nazywania rzeczy po imieniu i donoszenia o szkodliwych działaniach rządu. Co ważniejsze, mamy wolność analizowania i obalania idei, które leżą u podstaw destrukcyjnych polityk, jakie zostały lub mogą zostać wdrożone. Bowiem fundamentalnym czynnikiem, leżącym u podstaw interwencjonizmu i, rzecz jasna, socjalizmu — czy to nazistowskiego, czy komunistycznego — jest nic innego jak błędne idee, przede wszystkim te ekonomiczne i filozoficzne. Istnieje rozległy i rosnący zbiór literatury, prezentującej zdrowe idee z zakresu tych dwóch żywotnych dziedzin. Według mnie dwoje najważniejszych autorów w tym zakresie to Ludwig von Mises i Ayn Rand. Rozległa wiedza na temat ich twórczości jest warunkiem niezbędnym, by odnieść sukces w obronie indywidualnej wolności i wolnego rynku. George Reisman Tłumaczenie: Grzegorz Dmitruk Treść wystąpienia przedstawionego na „The Economics of Fascism” — Supporters Summit zorganizowanym przez Ludwig von Mises Institute w 2005 r. Polskie tłumaczenie ukazało się na mises.pl

Ekonomia Hitlera

Dla dzisiejszego pokolenia Hitler jest najbardziej znienawidzonym człowiekiem w historii, a jego reżym archetypem politycznego zła. Jednakże ten pogląd nie rozciąga się na jego politykę gospodarczą. Jest zupełnie inaczej. Taką politykę przyjmują rządy na całym świecie.
The Glenview State Bank of Chicago niedawno chwalił na przykład ekonomię Hitlera w swoim miesięcznym biuletynie. Robiąc to, bank odkrył ryzyko związane z wychwalaniem keynesowskiej polityki. Wydanie tego biuletynu (lipiec 2003) nie jest dostępne online, ale z treścią można zapoznać się poprzez list protestacyjny z Ligii Antydefamacyjnej (ADL). „Niezależnie od argumentów ekonomicznych, polityki gospodarczej Hitlera nie można oddzielić od jego polityki napastliwego antysemityzmu, rasizmu i ludobójstwa (…). Analizowanie tych działań przez jakikolwiek inny pryzmat oznacza niezrozumienie tematu”. To samo można powiedzieć o wszystkich formach centralnego planowania. Błędem jest badanie polityki gospodarczej jakiegokolwiek państwa-lewiatana bez odniesienia do przemocy politycznej, która charakteryzuje wszelkie centralne planowanie — czy to w Niemczech, Związku Radzieckim, czy w Stanach Zjednoczonych. Ta sytuacja naświetla fakt, iż związek między przemocą i centralnym planowaniem nie jest nadal rozumiany ― nawet przez ADL. Przykładem na to jest skłonność ekonomistów do podziwiania programu gospodarczego Hitlera. W późnych latach 30. XX wieku Hitler był powszechnie postrzegany jako jeszcze jeden centralny planista, który dostrzegł domniemaną porażkę wolnego rynku oraz potrzebę rozwoju gospodarczego kierowanego w skali narodu. Joan Robinson — protokeynesowska ekonomistka socjalistyczna — napisała, że „Hitler znalazł lekarstwo na bezrobocie, zanim Keynes skończył je wyjaśniać”. Jaka była ta polityka gospodarcza? Hitler zawiesił standard złota, rozpoczął ogromne prace publiczne, takie jak budowa autostrad, ochraniał przemysł przed konkurencją z zagranicy, rozszerzył akcję kredytową, wprowadził programy pracy, terroryzował sektor prywatny w kwestiach cen i decyzji produkcyjnych, ogromnie rozbudował armię, wymusił kontrole kapitału, wprowadził planowanie rodziny, karał za palenie, doprowadził do powstania państwowej służby zdrowia i ubezpieczenia od bezrobocia, wprowadził standardy edukacyjne i prowadził politykę ogromnych deficytów. Nazistowski program interwencjonistyczny był kluczowy w odrzuceniu przez reżym gospodarki rynkowej i przyjęcia doktryny socjalizmu w jednym kraju. Takie programy są dzisiaj nadal powszechnie chwalone ― nawet pomimo ich porażek. Są elementami wszystkich „kapitalistycznych” demokracji. Sam Keynes podziwiał nazistowski program gospodarczy, pisząc w przedmowie do niemieckiego wydania Ogólnej teorii: „teorię produkcji jako całości, którą ta książka ma dostarczyć, znacznie łatwiej zastosować w warunkach państwa totalitarnego niż w warunkach wolnej konkurencji i leseferyzmu”. Komentarz Keynesa, który wielu może zszokować, nie pojawił się znikąd. Ekonomiści Hitlera odrzucali leseferyzm i podziwiali Keynesa, a nawet na wiele sposobów zapowiadali nadejście jego epoki. Podobnie keynesiści podziwiali Hitlera (zob. George Garvy, Keynes and the Economic Activists of Pre-Hitler Germany, „The Journal of Political Economy”, t. 83, nr 2, kwiecień 1975, s. 391–405). Jeszcze w 1962 r. w raporcie napisanym dla prezydenta Kennedy’ego Paul Samuelson zawarł ukrytą pochwałę Hitlera: „Historia przypomina nam, że nawet w najgorszym okresie wielkiego kryzysu nie brakowało ekspertów przestrzegających nas przed wszystkimi uzdrawiającymi akcjami (…). Gdyby tych porad posłuchano u nas, jak stało się to w przedhitlerowskich Niemczech, istnienie naszego systemu rządów byłoby zagrożone. Żaden współczesny rząd nie popełni już tego błędu”. Pod pewnym względem to nie dziwi. Hitler wprowadził w Niemczech Nowy Ład, tylko szczegółami różniący się od Nowego Ładu Roosevelta i Mussoliniego. Wszystko działało dobrze tylko na papierze ― w tym sensie, że dane o PKB z tego okresu pokazują trend wzrostowy. Bezrobocie pozostawało niskie, ponieważ Hitler — pomimo interweniowania na rynku pracy — nigdy nie usiłował podnosić płac powyżej ich poziomu rynkowego. Jednakże pod tym wszystkim miały miejsce poważne odkształcenia, tak jak zdarzają się one zawsze w gospodarkach nierynkowych. Mogą zwiększyć PKB krótkoterminowo (proszę zobaczyć, w jaki sposób wydatki rządowe w USA zwiększyły stopę wzrostu PKB w drugim kwartale 2003 r. z 0,7 do 2,4 proc.), ale nie działają długookresowo. „Pisać o Hitlerze, nie uwzględniając kontekstu milionów niewinnych osób brutalnie wymordowanych i dziesiątek milionów tych, którzy polegli, walcząc z nim, jest obrazą pamięci o nich” ― napisała ADL w proteście przeciwko analizie opublikowanej przez Glenview State Bank. Rzeczywiście — jest obrazą. Jednakże bycie bezceremonialnym w stosunku do moralnych implikacji polityki gospodarczej jest częścią tego zawodu. Gdy ekonomiści nawołują do zwiększenia „zagregowanego popytu”, nie wyjaśniają, co to rzeczywiście znaczy. Oznacza to dokonane siłą zlekceważenie dobrowolnych decyzji konsumentów i oszczędzających, naruszenie ich praw własności oraz wolności zrzeszania się w celu zrealizowania gospodarczych ambicji rządu narodowego. Nawet jeśli takie programy działają prawidłowo w jakimś technicznym sensie ekonomicznym, powinny być odrzucone na gruncie niezgodności z wolnością. Tak samo jest z protekcjonizmem. Główną ambicją programu gospodarczego Hitlera było poszerzenie granic Niemiec, aby autarkia stała się możliwa, co oznaczało budowę ogromnych barier protekcjonistycznych dla importu. Celem było zrobienie z Niemiec samowystarczalnego producenta, dzięki czemu nie musiałyby ulegać obcym wpływom i nie wiązały losów swojej gospodarki z wydarzeniami w innych krajach. Był to klasyczny przypadek ksenofobii osłabiającej gospodarkę. Jednak nawet w dzisiejszych Stanach Zjednoczonych polityka protekcjonistyczna przeżywa swój tragiczny powrót. Tylko w czasie kadencji Busha ogromna gama produktów od drewna do mikrochipów została objęta ochroną przed tanią konkurencją z zagranicy. Ta polityka jest połączona z próbami stymulowania podaży i popytu poprzez wielkoskalowe wydatki zbrojeniowe, awanturnictwo w polityce zagranicznej, pomoc społeczną, deficyty i promowanie nacjonalistycznego ferworu. Takie polityki mogą wykreować iluzję rosnącego dobrobytu, ale w rzeczywistości odciągają rzadkie zasoby od produktywnego użycia. Być może najgorszą stroną tych działań jest to, że nie da się ich prowadzić bez państwa-lewiatana ― dokładnie tak, jak powiedział Keynes. Rząd na tyle duży i silny, aby manipulować zagregowanym popytem, jest na tyle duży i silny, aby naruszać wolności obywatelskie ludzi i atakować ich prawa w każdy możliwy sposób. Keynesowskie (czy hitlerowskie) polityki sprawiają, że miecz państwa wisi nad całą populacją. Planowanie centralne — nawet w najsłabszej formie — oraz wolność nie dają się ze sobą połączyć. Od 11 września 2001 r. i od autorytarnej, militarystycznej odpowiedzi, lewica polityczna ostrzegała, że Bush jest nowym Hitlerem, natomiast prawica określała tego typu retorykę jako nieodpowiedzialną hiperbolę. Rzeczywistość jest taka, że lewica, wysuwając takie twierdzenia, jest bliższa prawdzie (i to bardziej niż sama przypuszcza). Hitler — tak jak Franklin Delano Roosevelt — odcisnął swoje piętno na Niemczech i świecie, niszcząc tabu centralnego planowania i tworząc z dużego rządu stałą cechę gospodarek Zachodu. David Raub — autor artykułu dla Glenview — był naiwny, myśląc, że mógł patrzeć na fakty w sposób, w jaki robi to główny nurt, i wyjść z czymś, co uznał za konwencjonalną odpowiedź. ADL ma rację w tym przypadku: centralne planowanie nie powinno nigdy być chwalone. Musimy zawsze brać pod uwagę jego kontekst historyczny i nieuniknione rezultaty polityczne. Llewellyn H. Rockwell Jr. Tłumaczenie: Paweł Kot Polskie tłumaczenie tekstu ukazało się na stronie Instytutu Misesa.

Manipulacje wokół faszyzmu

PO w walce z przeciwnikami politycznymi sięga po wypróbowany i w ścisłym rozumieniu stalinowski sposób walki z przeciwnikami politycznymi. Chodzi tu o walkę z „mową nienawiści” i „faszyzmem”. No cóż, indolencja polskiego społeczeństwa w zakresie historii jest olbrzymia. Kto wie, że faszyzm to istniał we Włoszech i miał niewiele wspólnego z nazizmem (hitleryzmem). Dla Mussoliniego Hitler był „przestępcą i pederastą”.
Faszyzm włoski w gruncie rzeczy nie był totalitaryzmem, lecz raczej bardzo radykalnym autorytaryzmem. A tu tworzy się zbitkę słowną wrzucającą totalitaryzm hitlerowski, jeszcze gorszy jeśli chodzi o liczbę ofiar bolszewicko – stalinowski z faszyzmem włoskim. Kto wie, że na początku lat pięćdziesiątych socjalfaszystami stalinowscy komuniści nazywali nie kogo innego…., tylko socjalistów i socjaldemokratów zachodnich. Dzisiaj w Polsce zaś „faszystą” nazywa się każdego, kto jest na prawo od Palikota (z prawdziwym obrzydzeniem, a może odruchem wymiotnym piszę o tym kimś), SLD, PO, lub PSL. Cóż, praktyka obecnego rządu chociażby w zakresie przestrzegania wolności mediów (sprawa TV Trwam, Radia Maryja) oraz grasujący „seryjny samobójca” oraz kneblowanie wolności (ustawa o zgromadzeniach) dowodzą pełzającego powrotu stalinizmu (nie komunizmu, tylko właśnie stalinizmu!) w najczystszej formie. O tym trzeba krzyczeć i dokumentować wszelkie antywolnościowe posunięcia obecnego rządu (dla mnie raczej totalitarnego reżimu). Wybitny przywódca socjalistyczny, Adolf Hitler również stopniowo ograniczał prawa obywatelskie w Niemczech. A cóż sądzić w kontekście tego, co napisałem powyżej o postępowaniu redaktora pewnej gazety , który niszczy przeciwników procesami sądowymi, zastraszaniu ojca Rydzyka przez Dworaka? Najdoskonalszym przykładem manipulacji „faszyzmem” jest sprawa prześladowania rewizjonistów Holocaustu i przylepianie im etykietki faszystów? Zamykanie ich do więzienia zamiast rzeczowej krytyki lub polemiki. Czy wspaniały naukowiec narodowości żydowskiej (sic!) – prof. Norman Filkenstein, autor książki „Przedsiębiorstwo Holocaust” jest zdaniem głoszących takie brednie o „faszyzmie” „faszystą”? Ile wspólnego to przyszywanie łatki „faszysty” rewizjonistom Holocaustu ma wspólnego z prawdą informuje dokładnie „Stańczyk” z 1997 r. Spektrum ludzi o całkowicie różnych poglądach. W Niemczech rzeczywiście rewizjoniści to … narodowo – konserwatywna prawica (ale nie faszyści). W tym wypadku jednak zgodnie z polskim interesem narodowym jestem bardzo ostrożny i sceptyczny wobec ich stwierdzeń. We Francji rewizjoniści Holocaustu lokują się na …. lewicy i to często …. anarchistycznej. I co ciekawe czasem występują w tym w imię …. świeckości państwa podważając oficjalnie obowiązującą świecką religię Holocaustu. W USA z kolei większość rewizjonistów Holocaustu to libertarianie (opowiadający się za jak najmniejszą ingerencją państwa w życie obywateli). I to mają być naziści (będący za ścisłą kontrolą życia obywateli przez państwo? Wolne żarty! A morderstwo dr Ratajczaka, a więzienie Staruchowicza po sfingowanym procesie sądowym, prowokacje policyjne podczas Marszu Niepodległości – to jakie, a raczej czyje metody przypomina? Epatowanie problemem „faszyzmu” przez będące na smyczy reżimu mendia ma odwrócić uwagę od realnych problemów, chociażby gospodarczych. Spuentuję to stwierdzeniem niezrównanego Stanisława Michalkiewicza ” Faszyzm jest dobry na wszystko”. Jacek Łukasik

Leszek Miller a spuścizna Adolfa Hitlera

Lewica podrzuciła Hitlera prawicy. Przy każdej nadarzającej się okazji używa go jako straszaka. Tak też i było w przypadku ostatniego projektu ustawy zaostrzającej przepisy dotyczące aborcji. Leszek Miller wypowiadając się na temat projektu, stwierdził:  "Najważniejsze dla III Rzeszy było rodzenie dzieci – niezależnie w jakich warunkach itd. Solidarna Polska, wprowadzając ten projekt do Sejmu, czerpie natchnienie ze spuścizny Adolfa Hitlera".

Niemiecka pułapka

Publikujemy ocenę książki red. Piotra Zychowicza "Pakt Robbentrop - Beck" autorstwa Magdaleny Ziętek. Zachęcamy do polemiki innych Autorów oraz Czytelników. Czy autor książki rzeczywiście działa, świadomie lub nie, na zamówienie bieżącej niemieckiej polityki historycznej? Od kilkunastu dni w księgarniach dostępna jest książka Piotra Zychowicza "Pakt Ribbentrop-Beck czyli jak Polacy mogli u boku III Rzeszy pokonać Związek Sowiecki". Autor stara się w niej udowodnić, że  w 1939 Polska powinna była pójść na "bolesne prestiżowe ustępstwa" i zawrzeć przejściowy sojusz z Niemcami.
Zdaniem Zychowicza można było w ten sposób uniknąć brutalnej niemieckiej okupacji, jak również i sowieckiej. Teza nie jest oryginalna, bo prezentowana była m.in. przez Pawła Wieczorkiewicza, który pisał o wspólnej paradzie zwycięstwa na placu Czerwonym w Moskwie, przyjmowanej przez Hitlera i Rydza-Śmigłego. Wieczorkiewicz był zdania, że w takim wypadku nie doszłoby do zagłady Żydów, którzy byliby wysiedleni z Europy, a nie wymordowani. Po śmierci Hitlera system natomiast złagodniałby. Także Andrzej Piskozub uważa, że Polska powinna była stanąć u boku Hitlera. Piskozub, podobnie jak Piotr Zychowicz, widzi siebie jako kontynuatora linii politycznej reprezentowanej przez Władysława Studnickiego, który był politycznym germanofilem. Niedawno ukazał się również artykuł Krzysztofa Kłopotowskiego pt. "Człowiek stulecia i jego cień" (Rzeczpospolita, w PlusMinus z 11 - 12 sierpnia 2012, pełna elektroniczna wersja tekstu: http://wpolityce.pl/artykuly/34184-czlowiek-stulecia-i-jego-cien-ciagle-malo-wiemy-do-czego-zdolny-byl-churchill), którego autor idzie jeszcze dalej, gdyż czyni Polskę i Anglię współodpowiedzialnymi za wybuch II Wojny Światowej. Kłopotowski powołuje się na książkę Patricka Buchanana „Churchill, Hitler and the Unnecessary War”, której autor twierdzi, że to Churchill wydał Hitlerowi „niepotrzebną wojnę”.  Kłopotowski tak przedstawia stanowisko Patricka Buchanana: "Czy należało inaczej rozegrać konflikt europejski w 1939 roku? Tak sądzi Patrick Buchanan. Wprawdzie nie jest on uczonym historykiem, ale za to praktykiem polityki, doradcą trzech prezydentów, trzykrotnie ubiegał się o nominację w wyborach do Białego Domu. Nad jego tezami warto się zastanowić i dopiero potem - przyjąć lub odrzucić. Czy Gdańsk był wart wojny? – pyta Buchanan. – I czy była jej warta Polska, skoro kraju nie można było ocalić? Gdyby Wielka Brytania nie dała Polsce gwarancji bezpieczeństwa i nie wypowiedziała wojny III Rzeszy, to Zachodnia Europa mogłaby całkiem walk uniknąć, gdyż Hitler uważał za wroga ZSRR, zaś Anglię za naturalnego sojusznika. (…) Premier Chamberlain także sądził, że w pokojowy sposób Gdańsk powinien wrócić do Rzeszy, gdyż tego chciała ogromna większość mieszkańców. Jednak 5 maja szef polskiego MSZ Józef Beck odrzucił w Sejmie te żądania ponieważ „honor” nie pozwolił ulec. (…)  W ostatniej godzinie przed katastrofą, Polacy odrzucili 30 sierpnia ultimatum III Rzeszy wierząc w honor Anglików. Jednak „gdyby nie było gwarancji wojennych, to Polska izolowana i bez przyjaciół musiałaby ustąpić w sprawie Gdańska i uniknąć sześć milionów zabitych” pisze Buchanan. (…) Gdyby Polska przyjęła żądania niemieckie w 1939 roku, to Armia Czerwona, wyniszczona przez czystkę wyższych oficerów, mogłaby załamać się pod uderzeniem Wermachtu, który ruszyłby na ZSRR a nie na Francję. Komunizm mógłby zniknąć w 1940 roku zamiast żyć jeszcze 50 lat mordując dziesiątki milionów ludzi więcej w Rosji, Chinach, Korei, Wietnamie i na Kubie. Wojna Hitlera i Stalina mogła być jedyną w Europie wojną lat 1940-tych. I - także zdaniem Buchanana - Polska powinna wziąć udział w wyprawie na ZSRR u boku III Rzeszy". Książka Zychowicza rzekomo ma być obiektywną analizą geopolityczną, która ma rozprawić się z mitami, które zagnieździły się w umysłach Polaków.  Jego zdaniem, "Spokojna, pozbawiona emocji analiza naszej sytuacji geopolitycznej w końcu lat 30. prowadzi do wniosków bardzo nieprzyjemnych dla naszej wrażliwości historycznej" (link do tekstu poniżej). Podobnie Piskozub stawia sobie za cel „wyprostowanie polskiej historii z pierwszej połowy XX wieku, poprzez oczyszczenie jej z mitów, zakłamań i tendencyjnych przemilczeń” (piszę na ten temat w tekście „Białe plamy w historiografii polskiej”). Także Kłopotowski uważa, że negatywny stosunek społeczeństwa do idei sojuszu polsko-hitlerowskiego jest wyłącznie dziełem propagandy: "Dominująca część obecnej elity kraju została osadzona bezpośrednio przez Armię Czerwoną a pośrednio wychowana przez taką propagandę". Czy rzeczywiście jednak autorzy Ci wyłącznie „walczą z propagandą”, nie ulegając przy tym żadnym mitom? Mam co do tego poważne wątpliwości. Przyjrzyjmy się bliżej tezom prezentowanym przez Zychowicza w wywiadzie na temat jego książki, przeprowadzonym przez Michała Karnowskiego dla portalu www.wpolityce.pl (25.08.2012, http://wpolityce.pl/wydarzenia/34789-czy-polska-powinna-byla-w-1939-roku-isc-z-hitlerem-michal-karnowski-rozmawia-z-piotrem-zychowiczem-autorem-glosnej-ksiazki-pakt-ribbentrop-beck).  Główna teza Zychowicza jest taka, że w pierwszej fazie wojny Polska powinna była bić bolszewików z Niemcami, a następnie, gdy Związek Sowiecki już się załamał, dokonać odwrócenia sojuszy i bić Niemców razem z demokracjami zachodnimi. Zychowicz, podobnie jak Buchanan, przyjmuje za pewnik zwycięstwo demokracji zachodnich nad Hitlerem.  Ale czy rzeczywiście zwycięstwo aliantów nad Hitlerem było takie pewne? Zacznijmy od początku. Zychowicz stwierdza, że sam Hitler miał plan pokonania Związku Radzieckiego przy pomocy Polaków: "Fakty przeczą bowiem temu, co od lat wbija nam się do głowy. Jakkolwiek by to fatalnie nie zabrzmiało Hitler w latach 1933 — 1939 darzył Polaków olbrzymim szacunkiem. „Dajcie mi polską piechotę, a zdobędę cały świat! ” — powtarzał. Uważał nas za naród antykomunistów i dzielnych żołnierzy. Jego idolem był Józef Piłsudski. Stosunek Hitlera do Polski zmienił się w kwietniu 1939 roku, gdy Beck ostatecznie odrzucił jego awanse i zawarł pakt z Anglią. Wtedy Hitler wpadł w szał. Krzyczał, że „uwarzy nam diabelski koktajl”. Polaków, którzy pokrzyżowali mu jego misterne plany, znienawidził wówczas całą duszą (Oczywiście jeżeli ten człowiek miał duszę). Straszliwa brutalność i bezwzględność niemieckiej okupacji Polski była więc efektem... zawiedzionej miłości. Wracając do pańskiego pytania: wszystkie zachowane niemieckie dokumenty i relacje z epoki, świadczą, że oferta składana Polsce była poważna i szczera. Nie była to żadna pułapka. Hitler naprawdę chciał mieć Polskę u swojego boku podczas II wojny światowej". Z cytowanego fragmentu jasno wynika, że zdaniem Zychowicza Polacy poprzez swoją niechęć do Hitlera pokrzyżowali mu szlachetne plany. Zychowicz mówi dalej: "Właśnie zdając sobie sprawę ze słabego potencjału surowcowego Niemiec, Heinz Guderian opracował strategię Blitzkriegu. Czyli błyskawicznego uderzenia, które od razu powalało przeciwnika. Wbrew powszechnej opinii Niemcy nie przegrały wojny z Sowietami pod Stalingradem w lutym 1943 roku. Oni ją przegrali późną jesienią 1941 roku, gdy nie udało się „z marszu” zająć Moskwy. To była decydująca bitwa tej wojny. Nie ma większych wątpliwości — szczegóły w mojej książce — że udział 40 polskich dywizji w operacji „Barbarossa” doprowadziłby do zdobycia sowieckiej stolicy już w roku 1941. To byłby koniec Sowietów i koniec komunizmu". Ze słów Zychowicza wynika więc, że to my ponosimy główną odpowiedzialność za to, że Związek Radziecki nie upadł. Można jednak postawić sobie pytanie, co by się stało, gdyby upadł. Prawdopodobnie pozycja Hitlera umocniłaby się tak bardzo, że zachodnie demokracje nie byłyby w stanie go pokonać, jak to przyjmują Zychowicz i Buchanan. Hitler bynajmniej nie ruszył na wojnę ze Stalinem z powodów ideologicznych, tylko dlatego, że po pierwsze chciał sobie zapewnić dostęp do rosyjskich surowców, a po drugie chciał stworzyć blok kontynentalny pod swoim przywództwem. Jak pisze np. Rainer Zietelmann w biografii Hitlera "Adolf Hitler. Eine politische Biographie" (Musterschmidt, Göttingen 1989), blok ten miał być przeciwwagą dla USA. Poprzez dostęp do rosyjskich surowców nie tylko Niemcy ale i cała Europa miały uniezależnić się od Stanów Zjednoczonych i innych państw trzecich. Ideałem Hitlera był stworzenie europejskiej autarkii (od Lizbony po Władywostok). Gdyby więc  Polska stanęła u boku Hitlera, jak chcą tego Zychowicz, Buchanan i inni, Hitler być może mógłby zrealizować swój plan. Czy po zdobyciu Moskwy przez Hitlera, Europejczycy stanęliby do walki przeciwko Niemcom? Przypomnijmy, że ideologia Hitlera cieszyła się dużą sympatią wśród europejskich konserwatystów, i to nie tylko ze względu na jego antykomunizm, ale także antyliberalizm i antydemokratyzm. Niewykluczone, że Hitler w celu umocnienia swojego reżimu posłużyłby się żywym w Europie antyamerykanizmem. Tym bardziej, że jak  słusznie stwierdza Zychowicz: "Przed wybuchem II wojny światowej ofiary Hitlera liczono bowiem dopiero na setki. W roku 1939, gdy proponował nam przymierze, Hitler był jeszcze normalnym europejskim politykiem, przyjmowanym na salonach i traktowanym przez inne państwa jak partner". Idea stworzenia wspólnego bloku kontynentalnego w opozycji do USA i amerykańskiego "dekadentyzmu" mogłaby znaleźć wśród europejskich elit wielu zwolenników. Tym bardziej, że większość członków europejskiego ruchu oporu rekrutowała się ze środowisk komunistyczno-socjalistycznych. Prawdopodobnie po upadku Związku Radzieckiego antyfaszystowski ruch oporu po prostu by się załamał. Jednym słowem, szanse na to, że projekt ustanowienia  "tysiącletniej III Rzeszy" zostałby wdrożony w życie, są całkiem spore. A Polska prawdopodobnie odegrałaby kluczową rolę we wznoszeniu imperium Hitlera. Nie dziwi więc, że Hitler tak bardzo na nas się zdenerwował... Nie sądzę jednak, że wynikało to z "zawiedzionej miłości",  jak tego chce Zychowicz. Diabelski plan się nie powiódł, a Hitler wpadł w furię, jak każdy socjopata, który nie dostał tego, czego chce. Należy sobie zadać pytanie, jak wyglądałby reżim Hitlera, a przede wszystkim, jakie miejsce zajęłaby w nim Polska. Wydaje się, że mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że Hitler rozpoczął swój podbój Europy z pobudek … altruistycznych (w jego przekonaniu oczywiście). Hitler miał przed oczami wizję Nowej Europy, w której chciał zaprowadzić prawdziwy porządek. Narodowego socjalizmu nie da się w żaden sposób zrozumieć bez niemieckiej koncepcji europejskiego Neuordnung (czyli "uporządkowania" Europy na nowo). Centralną kwestią dla Hitlera była sprawa stworzenia nowego europejskiego porządku gospodarczego. Przypomnijmy, Europa miała stać się przeciwwagą dla USA, a to wymagało stworzenia nowej europejskiej przestrzeni gospodarczej. I tak, już we wrześniu 1939 powstało w Dreźnie Stowarzyszenie Europejskiego Planowania oraz Gospodarki Wielkoprzestrzennej (Gesellschaft für europäische Wirtschaftsplanung und Großraumwirtschaft e.V.). Celem stowarzyszenia było prowadzenie badań mających na celu stworzenie nowego systemu gospodarczego w Europie (warto wspomnieć, że w radzie naukowej instytutu zasiadał sam Carl Schmitt). Nie wchodząc w szczegóły, publikacje wydane przez instytut przedstawiały pomysły na europejską integrację gospodarczą. Także inne instytucje zajmowały się kwestią utworzenia europejskiej przestrzeni gospodarczej. Na początku 1942 r. w Berlinie została wygłoszona seria referatów, których przedmiotem był projekt utworzenia Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej. Odczyty zostały opublikowane w tym samym roku w książce pt. "Europäische Wirtschaftsgemeinschaft" (Europejska Wspólnota Gospodarcza). Jak czytamy na samym początku wprowadzenia do książki, napisanego przez prof. Heinricha Hunke, wysoko postawionego urzędnika NSDAP: "Na przełomie lat 1939-40 większa część Europy znajdowała się świadomie albo nieświadomie w niewoli angielskiego pojmowania ekonomii. W przeciągu ostatnich lat, zostało ono jednak politycznie, militarnie oraz gospodarczo wymiecione z państw kontynentalnej Europy". Hunke dalej stwierdzał, że to właśnie dzięki dojściu NSDAP do władzy Europa przebudziła się i zaczęła zajmować się kwestią "europejskiego pytania". Hunke wskazał na Kongres Europejski, który odbył się w listopadzie 1932 r. w Rzymie, podczas którego Alfred Rosenberg przedstawił "imponujący pokaz myśli", czyli swój referat pod znamiennym tytułem "Kryzys i odrodzenie Europy". Hunke przedstawił, jakie są najbardziej palące problemy związane ze stworzeniem nowego europejskiego porządku gospodarczego. Pod koniec wprowadzenia padają znamienne słowa: "Tak więc od 1940 r. znajdujemy się w fazie bezprzykładnego przewrotu gospodarczo-politycznego. Problemy, przed którymi stoimy, są trudne, ale do rozwiązania. Rozwiązanie ich przyniesie Europie pokój, a przez to wielką epokę wspólnego budowania, a co opłaca się walczyć". Wśród referentów znajdował się prominent NSDAP Walther Funk, pełniący funkcję Ministra Gospodarki oraz Prezydenta Banku Rzeszy. Tytuł jego przemówienia brzmiał następująco: "Das wirtschaftliche Gesicht des neuen Europas" (Gospodarcza twarz nowej Europy). Wystąpienie Funka było swego rodzaju manifestem zapowiadającym stworzenie nowego europejskiego systemu gospodarczego, dzięki któremu w Europie wreszcie zapanuje prawdzie "socjalny porządek życia" (soziale Lebensordnung). Funk podkreślał,  że europejczycy potrzebują woli do "europejskiej pracy wspólnotowej": "To oznacza nieustanne staranie się o to, by rozumieć wielkie cele i nadchodzące zadania, jak również, by się odpowiednio na nie nastawić. To oznacza także konieczność odpowiedniego podporządkowania swoich interesów europejskiej wspólnocie; to jest najwyższy cel, którego wymagamy od państw europejskich, i który chcemy zrealizować. W poszczególnych przypadkach może powstać konieczność poniesienia ofiary, w ogólnym rozrachunku wszystkiego narody odniosą z tego korzyść". Czy naziści byliby w stanie w latach czterdziestych ubiegłego wieku dokonać integracji europejskiej pod swoimi auspicjami? Po upadku Związku Radzieckiego prawdopodobnie tak. Jak natomiast wyglądał plan zagospodarowania Europy Wschodniej? Po przegranej I Wojnie Światowej  wielu niemieckich naukowców w ramach tak zwanego "Ostforschung" (Ost-wschód, Forschung-badania, nauka) postanowiło udowodnić, że Europa Wschodnia to tereny o germańskich korzeniach, które należą się Niemcom. Część naukowców próbowała wykazać, że języki słowiańskie wywodzą się z germańskich, inni, że Słowianie nie stworzyli w ogóle żadnej kultury, tylko wszystko co mają, zawdzięczają Germanom. Ostforschung zyskało politycznie na znaczeniu po dojściu NSDAP do władzy. Po rozpoczęciu wojny, plan germanizacji Europy Wschodniej mógł już zostać wprowadzony w życie. Jak wynika z pracy pod redakcją Isabel Heinemann i Patricka Wagnera "Nauka – Planowanie – Wypędzenie. Koncepcje tworzenia nowego porządku oraz polityka przesiedleń w 20. wieku" (Wissenschaft – Planung – Vertreibung. Neuordnungskonzepte und Umsiedlungspolitik im 20. Jahrhundert, Stuttgart 2006), już na początku wojny Konrad Meyer, autor późniejszego Generalnego Planu Wschód, przystąpił do opracowywania planu "przestrzennego zagospodarowania" podbitych terytoriów. W 1940 opublikował artykuł, w którym twierdził, że narodowy socjalizm przyniósł ze sobą zwycięstwo "nowego myślenia w kategoriach porządku" (neues Ordnungsdenken). Meyer miał przy tym na myśli, że rządy narodowego socjalizmu przyniosą możliwość stworzenia nowego porządku agrarnego i demograficznego w Europie. W szczególności zajmowała go kwestia "uporządkowania" Europy Wschodniej, co konkretnie miało oznaczać germanizację tych terenów. Nie wchodząc w szczegóły, Konrad Meyer przewidywał likwidację albo zniewolenie wielu milionów Słowian. Przełożony Meyera, Heinrich Himmler, po zapoznaniu się z "Generalnym Planem Wschód" polecił mu opracowanie kolejnego "planu zagospodarowania przestrzennego", tym razem dla całej Europy.  Warto dodać, że Meyer został przed Trybunałem Norymberskim oskarżony m.in. o morderstwa, porywanie dzieci, przymusowe aborcje i kradzież mienia. Został jednak wybroniony przez swojego adwokata, który twierdził, że plany Meyera nigdy nie zostały wdrożone w życie, a gdyby nawet zostały, to przyniosłyby znaczące podwyższenie standardu życia mieszkańców dotkniętych wojną terenów… Po wojnie Meyer kontynuował swoją pracę naukową, w szczególności interesowana go kwestia ochrony środowiska, zrównoważonego rozwoju oraz … europejskiej polityki regionalnej. Warto wspomnieć, że Generalny Plan Wschód przewidywał obniżanie płodności Polaków poprzez wprowadzenie aborcji, ograniczenie dostępu do służby zdrowia,  ucisk gospodarczy, planowe wysyłanie żonatych Polaków i zamężnych Polek do pracy przymusowej do Niemiec, sterylizację. Warto też przypomnieć, że na terenie Polski po raz pierwszy wprowadzono pełną dopuszczalność aborcji 9 marca 1943 r., kiedy to hitlerowski okupant wydał rozporządzenie zezwalające Polkom na nieograniczone żadnymi sankcjami zabijanie nienarodzonych dzieci. Czytając wywiad z Piotrem Zychowiczem można by odnieść wrażenie, że niemieckiego rasizmu nigdy nie było! Przecież Hitler rzekomo nas szanował.  Nawet bardzo. Oczywiście, można zadać pytanie, czy gdyby Polska stanęła o boku Hitlera, Generalny Plan Wschód rzeczywiście by nie powstał? Obawiam się, że Polska po wypełnieniu swojego zadania, jakim było dostarczenie mięsa armatniego do wojny z ZSRR, stała by się przedmiotem tak samo brutalnej polityki, jak to miało miejsce pod niemiecką okupacją. Moi zdaniem Zychowicz popełnia poważne nadużycie, twierdząc, że zbrodnie popełnione na Polakach były wynikiem wyłącznie "zawiedzionej miłości". Trudno o większą nadinterpretację kokietowania Polaków przez Hitlera, które miało miejsce w latach 30. Każdy, kto choć raz poważniej zajmował się sprawą Ostforschung, doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jakie zamiary Niemcy miały wobec Europy Wschodniej. Podsumowując tę część rozważań, należy stwierdzić, że w przypadku, gdyby Hitler pokonał Związek Radziecki, walka z nim stałaby się sprawą niezwykle trudną. Hitler dysponował bowiem świetnie zorganizowaną organizacją państwową, zdyscyplinowaną armią, wsparciem ze strony niemieckich naukowców, inżynierów, przedsiębiorców, bankierów.  Jego państwo było dużo lepiej zorganizowane niż większość, jeśli nie wszystkie ówczesne państwa. Zwycięstwo nad Związkiem Radzieckim sprawiłoby, że przywiązanie Niemców do swojego Führera zostałoby przypieczętowane na amen. A Hitler przystąpiłby do porządkowania Europy zgodnie ze swoją wizją europejskiego Neuordnung.  Czy jego plany spotkałyby się z większym oporem ze strony innych państw? Obawiam się, że nie. Przyjmijmy jednak, że po pokonaniu Związku Radzieckiego przez Niemcy i Polskę, zawiązałaby się koalicja zachodnich demokracji przeciwko Hitlerowi. Polska przystąpiłaby do niej, przez co stałaby się "koniem trojańskim Ameryki". Czy rzeczywiście można przypuszczać, że Hitler by do tego dopuścił? Czyż nie wydaje się, że bardziej prawdopodobnym scenariuszem byłby taki, że w przypadku objawów  jakiegokolwiek nieposłuszeństwa Hitler z Polską zrobiłby to, co zrobił z Warszawą po powstaniu warszawskim? Przecież po pokonaniu Związku Radzieckiego Polska znalazłaby się w środku imperium, a więc radykalne spacyfikowanie jej nie byłoby dla Hitlera żadnym problemem. Można się także zastanowić, czy polscy żołnierze – ci którzy przeżyliby wojnę ze Związkiem Radzieckim – byliby w stanie wydostać się z hitlerowskiego imperium, żeby wesprzeć aliantów. Czy też, zdaniem Zychowicza, mieliby rozpocząć wojnę partyzancką przeciwko Niemcom? Nie na tyłach wroga, ale w samym środku jego imperium. Szczerze powiedziawszy, pomysł zdrady Hitlera w przypadku Polski, która położona jest dokładnie między Niemcami i Rosją, a nie na peryferiach Europy, uważam za wyjątkowo nieodpowiedzialny. Bo taka "zdrada" ściągnęłaby na nas jeszcze większą furię Hitlera niż to, co faktycznie miało miejsce. Warto jeszcze krótko wspomnieć o kwestii żydowskiej. Zdaniem Zychowicza: "W Polsce zginęło tylu Żydów dlatego, że znaleźliśmy się pod całkowitą okupacją i Niemcy mogli u nas robić co tylko chcieli". Czytając te słowa, odnoszę wrażenie, iż Zychowicz chyba zapomniał, że w Polsce mieszkała największa ilość Żydów i właśnie przez to sytuacja Polski znacząco różniła się od innych państw europejskich. Możemy oczywiście spekulować, czy po upadku Związku Radzieckiego Żydzi zostaliby przetransportowani w głąb Rosji, czy też Niemcy zdecydowaliby się jednak na Endlösung. Obawiam się, że po wypełnieniu swojego zadania Polacy i Żydzi (którzy w wizji Zychowicza walczyliby w polskiej armii przy boku Hitlera) mimo wszystko staliby się ofiarami brutalnych represji. Natomiast twierdzenie, że Polacy, gdyby stanęli po stronie Hitlera, uratowaliby Żydów, jest najwyższym szczytem przewrotności. Przewrotności godnej samego Lucyfera! Powyższe rozważania miały na celu przybliżenie nas do problemu kluczowego dla stanowiska prezentowanego przez Zychowicza, Piskozuba i innych. Zychowicz słusznie twierdzi, że: "Słynny historyk Golo Mann pisał, że z obserwacji trzech ostatnich stuleci można wyciągnąć wniosek, iż w geopolityce Europy Środkowej występują tylko trzy powtarzające się scenariusze: Polska z Rosją przeciwko Niemcom, Niemcy z Polską przeciwko Rosji albo Niemcy i Rosja przeciwko Polsce. Przykro mi, ale innej możliwości nie ma". Te trzy konstelacje znajdują odbicie w trzech polskich koncepcjach geopolitycznych: Piłsudskiego (z Niemcami przeciwko Rosji), Dmowskiego (z Rosją przeciwko Niemcom) oraz "prozachodniej" (z USA albo Wielką Brytanią przeciwko Niemcom i Rosji). Zychowicz nie ma żadnych wątpliwości co do tego, która koncepcja jest słuszna: "Już w 1914 roku Józef Piłsudski mówił, że najlepiej dla Polski byłoby gdyby „zwycięstwo poszło ze Wschodu na Zachód”. Czyli gdyby najpierw Niemcy pokonali Rosję, a potem sami przegrali z aliantami zachodnimi. Komendant w latach 1914 - 1918 starał się prowadzić działania zmierzającą do realizacji właśnie tego scenariusza. Teza mojej książki jest więc prosta: Józef Beck podczas II wojny światowej powinien był powtórzyć politykę swojego mistrza z czasu I wojny światowej". Jednym słowem, zdaniem Zychowicza Józef Beck: "Sprzeniewierzył się tym samym przestrogom Józefa Piłsudskiego. „My na dwa fronty wojny prowadzić nie możemy — powtarzał Marszałek swoim generałom. — Więc ja was wojny na dwa fronty uczyć nie będę. Wojna na dwa fronty to znaczy ginąć tu na Placu Saskim z szablami w dłoni w obronie honoru narodowego”. Na sprawę można popatrzyć także inaczej: Beck sprzeniewierzył się także przestrogom Dmowskiego. Do tego wątku jeszcze powrócę. Na razie pozostańmy przy koncepcji Piłsudskiego, którego Zychowicz nazywa "mistrzem".  "Mistrz Piłsudski" był wieloletnim współpracownikiem austriackiej i niemieckiej agentury, o czym pisze Ryszard Świątek w książce "Lodowa ściana". Piłsudski grał dokładnie w tej samej drużynie co Lenin i inni rewolucjoniści, gdyż ich wspólnym celem było zniszczenie carskiej Rosji poprzez prowadzenie działalności dywersyjnej. Ostatecznie to Lenin okazał się dla Niemców ważniejszym współpracownikiem, co zostało dokładnie opisane przez  Elisabeth Heresch w książce  pt. "Sprzedana Rewolucja. Jak Niemcy Finansowały Lenina". Zdaniem autorki, Niemcy wspierali bolszewików do samego końca, bez tego wsparcia rewolucja nie miała szans powodzenia. Także Piłsudski został do samego końca wierny swojej antyrosyjskiej strategii. W 1919 r. nie udzielił pomocy generałowi Antonowi Denikinowi, dowódcy głównej części armii "białej" Rosji, przez co prawdopodobnie także przyczynił się do zwycięstwa bolszewików. Piłsudski nie wszedł wtedy w "egzotyczny sojusz" z Anglikami i nie pomógł białej armii, o co apelowała angielska dyplomacja. Czy Piłsudski mógł obronić Europę i świat przed komunizmem? Nie będę spekulować na ten temat, chciałabym tylko zwrócić uwagę na pewien ciekawy dokument. Chodzi o telegram z 2 kwietnia 1935r. wysłany przez ambasadora Wielkiej Brytanii w Polsce, sir Howarda Kennarda, do Londynu. W telegramie tym Kennerd informuje swoich przełożonych o przebiegu rozmowy, którą odbył z Marszałkiem. Między innymi pisze, że nawiązanie kontaktu z Piłsudskim było utrudnione, gdyż często wypowiadał się w niezrozumiały sposób, a słysząc  pytania dotyczące bieżącej sytuacji politycznej, kierował rozmowę na inne tory. Oto fragment depeszy: "Main political theme, so far as it could be disentangled, was that he had his pact with Germany & Russia, that latter country's policy was always very difficult to fathom, that other nations often misunderstood it & that Mr. Lloyd George in particular was a crowning example of these errors of judgment. As an instance of this, he referred to Mr. L-G s support of Denikin. The Marshal had always known that Denikin never had a chance but Mr. L-G. had sadly miscalculated the situation. The Marshal appeared to wish that Britain should occupy herself  with her colonies & not follow L-G's bad example. What, for instance, he asked, was the political situation in Jamaica? I retorted that if Europe were only as little important as Jamaica we should not have to worry. (…) I told him for our part we wished for nothing better than to leave Europe to her own troubles, but that our experience was that those troubles had an unhappy knack of involving our own country. The Marshal did not dissent". Czytając te słowa, można odnieść wrażenie, że Piłsudski sam przed sobą próbował usprawiedliwić swoją ówczesną decyzję. Jak było naprawdę, tego się nigdy nie dowiemy… (telegram przypadkowo znalazłam na neonazistowskiej stronie http://reichsarchiv.com. Zgodnie z informacją umieszczoną na stronie, dokument wszedł w posiadanie Niemców po zajęciu przez nich Warszawy. Link do dokumentu: http://reichsarchiv.com/Buecher/01_Bis_1945/A/Auswaertiges-Amt-Weissbuch-3.php). Podsumowując powyższe rozważania, można by stwierdzić, że polsko-niemiecka współpraca przeciwko Rosji przyniosła światu komunizm. W tym miejscu powtórzę swoją wcześniejszą tezę, że polsko-niemiecka współpraca przeciwko Związkowi Radzieckiemu przyniosłaby światu panowanie hitleryzmu. Z obu tych stwierdzeń wynika też jasne przesłanie na przyszłość, o czym piszę na końcu tekstu. A na razie podejmijmy wspomniany już wątek koncepcji Dmowskiego. Czy Polska powinna była wtedy wejść w sojusz ze Związkiem Radzieckim przeciwko Hitlerowi? Pozwolę sobie na pewną psychologiczną dywagację. Domyślam się, że pytanie to wywołało u wielu Czytelników uczucie awersji. Hitlera jeszcze można by jakoś przełknąć, ale Stalina?!  W tekście "W tym szaleństwie jest metoda" Bohdan Piętka pisze, że w 1939 roku był w Polsce człowiek, który całkiem poważnie rozważał możliwość sojuszu z ZSRR przeciw Niemcom. "Tym człowiekiem nie była bynajmniej Wanda Wasilewska, ale podpułkownik dyplomowany Stefan Mossor. (…)W marcu 1939 roku ppłk S. Mossor złożył szefowi Sztabu Głównego „raport o położeniu strategicznym”, w którym uważał za konieczne „przygotowanie baz dla lotnictwa radzieckiego w rejonie Brześcia i przewidzenie przemarszu sił radzieckich przede wszystkim przez północną Polskę do uderzenia na Prusy Wschodnie”. Jedynym rezultatem tego raportu było usunięcie ppłk. S. Mossora z Generalnego Inspektoratu Sił Zbrojnych" (http://konserwatyzm.pl/artykul/5145/pietka-w-tym-szalenstwie-jest-metoda). O tym, że taki sojusz był nie tylko możliwy, ale także leżał w naszym interesie pisze Konrad Rękas w tekście "Nierealizm magiczny" (http://konserwatyzm.pl/artykul/5158/nierealizm-magiczny). Przeciwnicy takiej opcji chętnie podkreślają, że Stalin zamierzał podbić całą Europę i dlatego nie należało wspierać go w realizowaniu jego wizji (tak jak by Hitler nie zamierzał podbić całej Europy…).  A czyż nie należało po pokonaniu Hitlera u boku Stalina wejść w sojusz z zachodnimi demokracjami i wspólnie pokonać Stalina? Czyż nie jest przypadkiem tak, że zarówno zachodnie demokracje, jak i Hitler najbardziej bały się takiego właśnie scenariusza? Dla Zachodu oznaczałoby to bowiem, że Związek Radziecki znalazłby się w Zachodniej Europie, i to właśnie tam toczone byłyby najcięższe walki. Przede wszystkim w tym wypadku Niemcy znalazłyby się w oku cyklonu, a nie Polska, jak to się faktycznie stało. Główny front wszelkich zmagań wojennych przechodziłby właśnie przez Niemcy, gdyż na terenie tego kraju miałaby miejsce konfrontacja sowiecko-hitlerowska, a następnie wyzwalanie Niemiec spod sowieckiej okupacji. Piekło, które zostało zgotowane nam, zostałoby zgotowane Niemcom. Komu zależało na tym, żeby Niemcom coś takiego właśnie zostało oszczędzone? Mimo że w gruncie rzeczy na to zasłużyli. Bo bez ich Realpolitik nie byłoby Związku Radzieckiego, a bez ich naiwności nie byłoby Hitlera (to, że Zachód został oszczędzony przed takim rozwojem wypadków, może wynikało z tego, że nie zdobyłby się na prawdziwe bohaterstwo i nie przystąpiłby do walki na śmierć i życie. A to rzeczywiście mogłoby mieć tragiczne skutki. Może więc rację ma Jan Engelgard, który twierdzi, że musimy bronić Józefa Becka? http://sol.myslpolska.pl/2012/09/musimy-bronic-jozefa-becka/) Koncepcja współpracy ze Związkiem Radzieckim może u wielu czytelników wywoływać opór ze względu na moralny aspekt takiej polityki. Przyjrzyjmy się bliżej tej kwestii. Sam Zychowicz nie widzi żadnego problemu w zawieraniu sojuszy ze zbrodniczymi reżimami: "Niestety wielu Polaków uważa, że wojny są jakimś zbiorowym patriotycznym całopaleniem, w ramach którego co kilka pokoleń należy się dać wymordować. Że bez męczeństwa i masowych rzezi Polacy przestaną istnieć jako naród. Że wojny są jakimiś narodowymi rewolucjami. Dla mnie jako osoby o konserwatywnym światopoglądzie, takie podejście jest nie do przyjęcia. Wojnę — według mnie — prowadzi się po to aby ją wygrać. Prowadzi się ją po to aby zdobywać terytoria, a nie je tracić. Aby chronić swoich obywateli przed cierpieniami, a nie aby ich na cierpienia narażać. Innymi słowy: wojnę toczy się nie dla honoru, jak to mówił Józef Beck, ale po to aby realizować własny interes narodowy." Oraz: "W takich sytuacjach duchową tradycję należy odłożyć na półkę. Trzeba prowadzić Realpolitik". Zychowicz odwołuje się tutaj do formuły "realizmu politycznego",  która ostatnio cieszy się sporą popularnością wśród wielu polskich konserwatystów. Czy jest to jedyna formuła realizmu politycznego? Czy Polska rzeczywiście musiała i musi wybierać między moralnością pozbawioną skuteczności a amoralną skutecznością? Idea pruskiej Realpolitik wywodzi się z luterańsko-machiavellistycznej koncepcji polityki, która każe politykom "duchową tradycję odłożyć na półkę". Koncepcja ta jest jak najbardziej do przyjęcia dla pruskiego konserwatysty, ale nie katolika. Niestety, w Polsce pokutuje inna tradycja, która także jest na bakier z katolicką koncepcją rozumu praktycznego. Chodzi o przekonanie, że każde działania musi być "moralnie czyste", co oznacza, że należy odrzucić wszelką formę współpracy z "nieczystymi" moralnie politykami. Koncepcja ta jest na bakier z katolicyzmem, gdyż – w przeciwieństwie do katolicyzmu – jej podstawą jest przekonanie o dobrej naturze człowieka. Np. jakobini wierzyli w możliwość ustanowienia moralnie czystej polityki poprzez zmianę systemu politycznego i fizyczną likwidację ludzi "popsutych" przez stary system. Podobne założenia przyjmował Marks. Natomiast z zgodnie z wiarą katolicką człowiek jest obarczony grzechem pierworodnym i nie jest istotą "czystą". Etyka katolicka nakłada na swoich wiernych obowiązek doskonalenia się moralnego. Katolik jednak żyje w świecie, który nie jest "moralnie czysty" i musi współpracować z różnymi ludźmi. Żeby lepiej wyjaśnić ten problem, wystarczy przywołać postać prymasa Wyszyńskiego. Wyszyński "układał się" z komunistycznym reżimem, przez co ochronił polski Kościół przed zagładą. Jednakże nigdy nie podejmował działań moralnie złych, czyli takich, które są sprzeczne z Dekalogiem.  Warto wspomnieć, żę prymas Wyszyński nigdy nie reprezentował ideologii radykalnego antykomunizmu; on zabiegał o uratowanie tego, co w tamtej sytuacji można było uratować. Konserwatyzm ma więc wiele twarzy, Realpolitik natomiast tylko jedną. Formuła konserwatyzmu, której zwolennikiem jest Zychowicz, prowadzi do dechrystianizacji polityki. Myślę, że fascynacja pruską Realpolitik, która daje się zaobserwować w "obozie germanofilskim", wynika z pewnego oszołomienia skutecznością niemieckiej polityki. Polscy germanofile też by chcieli prowadzić taką politykę. Jeśli nie samodzielnie, to przynajmniej u boku Niemców… Wracając do kwestii ewentualnego sojuszu ze Związkiem Radzieckim. Nie uważam, że taki sojusz sam przez się musiał być moralnie zły. Jeśli w jego ramach  Polska zachowałaby swoją ideologiczną niezależność  i nie musiała uprawiać apologetyki reżimu Stalina, nie uważam, aby taki układ był moralnie zły. Tak jak nie uważam, aby polityka, którą prowadził prymas Wyszyński, była moralnie zła. Na zakończenie należy stwierdzić, że interpretacja historii forsowana przez Zychowicza, Piskozuba i Kłopotowskiego służy konkretnemu politycznemu celowi. Najdobitniej wyraził to Kłopotowski, który tak odpowiada na postawione przez siebie pytanie, co robić z Niemcami?: "Minister Radosław Sikorski uchylił się na półpublicznym spotkaniu od odpowiedzi, jak postąpiłby na miejscu Becka w 1939 roku: czy wierzyłby w gwarancje brytyjskie, czy może przyjął żądania niemieckie i poprowadził Polskę z Hitlerem na Moskwę? Dziś polityk nie może publicznie przyznać, że lepiej popełnić zbrodnię na cudzym narodzie, niż na własnym. Ale musi grać między Niemcami a Rosją. W przemówieniu berlińskim Sikorski wezwał więc Niemcy do przywództwa w Europie. Nauczony skutkami „niepotrzebnej wojny”, przerażony Smoleńskiem, chyba doszedł z premierem Donaldem Tuskiem do wniosku, że od „honoru” ważniejsza jest ochrona materialnej substancji narodu. Patriotyczna prawica nie zostawiła na nich za to suchej nitki, choć słychać tu było całkiem patriotyczny podtekst „ratujcie nas przed Moskwą!” Niemcy są dominującym narodem kontynentu i trzeba się z tym pogodzić". Nic dodać nic ująć, program jest jasny, a przyszłość zdeterminowana. Tak jak chcieli tego nazistowscy darwiniści społeczni, Niemcy są "skazane na zwycięstwo". Z Rosją przeciwko Niemcom i budowanej przez nich Unii Europejskiej? A fuj.. W celu utwierdzania  Polaków  w przekonaniu o słuszności proniemieckiego kursu celowo podtrzymywana jest legenda "mistrza Piłsudskiego" (z przemilczeniem jego agenturalnej przeszłości i sprawy Denikina oczywiście), dezawuowanie Dmowskiego i endecji,  straszenie Rosją, podtrzymywanie ideologii antykomunizmu i mitu "Solidarności". A konflikt między Niemcami i Rosją na tle ideologicznym staje się coraz bardziej realny. Niemcy wpadły w pułapkę swojej własnej polityki, uprawianej pod sztandarami niesienia ludzkości demokracji i praw człowieka. Po odstawieniu show z Julią Tymoszenką w roli głównej, niemieckim politykom nie wypada dłużej milczeć  w kwestii "standardów demokratycznych" w Rosji. Zapoczątkowana przez Franka-Waltere Steinmeiera polityka "Zbliżenia się poprzez powiązanie" ("Annäherung durch Verflechtung") okazała się być jednym wielkim niewypałem. Putin chętnie "zbliża" się z Niemcami w kwestii współpracy gospodarczej i wojskowej, ale na tym jego fascynacja Niemcami się kończy. Wspólne orędzie polskiego Kościoła katolickiego i Cerkwi jest więc krokiem w dobrym kierunku. Polska powinna wydostać się z niemieckiej strefy wpływów, gdyż to Niemcy i budowana przez nie Unia Europejska stały się głównym nośnikiem rewolucji społeczno-obyczajowej. Patrząc na ostatnie dwadzieścia lat miłościwie panującej nam demokracji, można stwierdzić, że uczyniła ona większe spustoszenie niż hitleryzm i komunizm razem wzięte. Owszem, mamy markety z pełnymi półkami, nowoczesne domki jednorodzinne i odremontowane fasady (za unijne pieniądze). Tyle, że zadłużenie kraju i jego mieszkańców rośnie w zastraszającym tempie, co oznacza postępującą utratę suwerenności. Państwo polskie staje się zwykłą atrapą, a społeczeństwo zmienia się w amorficzną masę, w której "wybić" może się tylko to, co niskie, podłe i prymitywne.  I dokładnie przed tym ostrzegali Polaków zwolennicy endenckiej tradycji, którzy nie ulegli ideologii antykomunizmu, przez co przez "polskich patriotów" i antykomunistów odżegnywani są od wszelkiej czci. Sojusz z Rosją wydaje się więc lepszym rozwiązaniem niż z Niemcami, czy też USA. Należy oczywiście zachować pełną świadomość CYWILIZACYJNEJ ODMIENNOŚCI POLSKI I ROSJI. W Rosji panuje system, który jest swoistą mieszanką cywilizacji bizantyńskiej i turańskiej w nowym, mafijnym wydaniu. Także między Kościołem katolickim a prawosławiem istnieje wiele różnic, o których nie można zapomnieć. Należy jednak powiedzieć, że Niemcy i kontrolowana przez nie UE już prawie zupełnie odcięły się od chrześcijańskich korzeni, czego polska prawica zupełnie nie dostrzega! (wizja uczestniczenia w niemieckim dobrobycie dla wielu polskich katolików jest bardziej interesująca niż panująca w tym kraju ideologia). A symbolem ideologicznych podstaw polsko-niemieckiej współpracy może być otwarcie tegorocznego Przystanku Woodstock przez prezydentów Polski i Niemiec… Jednym słowem, obóz proniemiecki robi wszystko, by w najbliższym starciu Polska stanęła po stronie Niemiec (ewentualnie także USA) i wyznawanej przez nie ideologii demokracji i praw człowieka. Katastrofa smoleńska odgrywa tutaj ważną rolę. Pomszczenie ofiar Smoleńska będzie dla wielu "patriotów" usprawiedliwieniem tego, że staną w jednym rzędzie z niemieckimi organizacjami lewackimi i ruszą na krucjatę przeciwko Rosji. Jak niegdyś Piłsudski z Leninem. To dlatego zarówno niemieckie, jak i amerykańskie fundacje krzewiły i nadal krzewią w Polsce ideologię antykomunizmu: dla wielu Polaków antykomunizm stał się synonimem prawicowości. A antykomunizm to właśnie demokracja i prawa człowieka… Niestety, książka Zychowicza przyczyni się do utrwalenia tej właśnie propagandy. P.S. Życzę sobie, aby nastały czasy, kiedy Polacy i Niemcy będą wspólnie budować Nową Europę. Warunkiem tego jednak jest odwrócenie się Niemców od ich chorobliwej antyłacińskości. Polska może być wielka tylko w cywilizacji łacińskiej. A ta jest przez Niemców sukcesywnie niszczona. Magdalena Ziętek

Zakazane życiorysy dwóch znanych Włochów

W 1921 roku pracownicy zdobyli zakłady Fiat i wywieszono czerwony sztandar komunizmu nad nimi... Giovanni Agnelli (1866-1945) opuścił firmę i powrócił do życia prywatnego, jednak równocześnie zajął się najmem pików z zewnątrz i próbował uruchomić Fiata w krótkim czasie. 3000 z tych pracowników paradowało wkrótce pod jego gabinetem i prosiło aby powrócił do steru, a on się zgodził.
Za poparciem  Benito Mussoliniego, został wybrany do Senatu  w 1923 roku. Agnelli wspierał również piłkę nożną  i rozwój przemysłu we Włoszech. Był głównym mobilizującym włoskiego przemysłu wojennego przed i podczas II wojny światowej.  Duce który zaczynał swoją karierę polityczną jako socjalista i, aby wytłumaczyć swój nacjonalizm, operował pojęciem „narodu proletariackiego” – wedle Mussoliniego,  w Wersalu Włochy zostały potraktowane przez Francję, USA i Wielką Brytanię tak, jak proletariusz jest traktowany przez kapitalistę, czyli za swój trud wojenny dostały nędzne resztki. Włosi są narodem „proletariackim”, który musi zrobić rewolucję przeciwko zachodnim „kapitalistom”. W ten sposób syndykalista Mussolini staje się nacjonalistą – oto „italianizacja marksizmu”. Faszyzm jako taki, mimo całego swojego nacjonalizmu jest niczym innym, jak tylko narodowym bolszewizmem. W dobie faszyzmu FIAT stał się ważną częścią machiny wojennej Mussoliniego. [caption id="attachment_14463" align="alignleft" width="220" caption="Duce ze swoim uczniem Adolfem Hitlerem"][/caption] Giovanni Agnelli,  podczas wizyty dyktatora  w Mirafiori, oprowadzał duce po zakładach i wraz z robotnikami podnosił rękę w faszystowskim pozdrowieniu. Spędziłem wiele godzin poszukując w internecie danych odnośnie poziomu dostaw broni i sprzętu z włoskiego Fiata dla armii Hitlera i Mussoliniego. Dane te są bardzo sprytnie ukrywane, a przecież jednym z filarów bogactwa rodziny Agnellich były dochody osiągnięte w okresie dziesięciolecia panowania Mussoliniego i dostawy wojenne zarówno dla duce jak i dla Hitlera. Na oficjalnych stronach portali FIAT’a , gazety „La Stampa” trudno znaleźć wzmiankę o wizycie „duce” we Fiat, ale jednak znalazłem.... w archiwum Fiat’a! W polskim organie turyńskiego potentata  pt. „Fiat wokół nas” w żadnym egzemplarzu nie ma wzmianki o wizytach Mussoliniego w zakładach Fiat i poparciu duce dla budowy zakładów Mirafiori, ani o poparciu Giovanniego Agnellego dla faszystowskich rządów, wyrażonego w 1936 roku. [caption id="attachment_14464" align="alignright" width="376" caption="Benito Mussolini na czele pracowników Fiata Lingotto, Turyn, 1932 (Archiwum historycznego centrum Fiat, Archiwum ikonografii)."][/caption] O jego wnuku Gianim pisze się, że był antyfaszystą, zupełnie pomijając fakt, że zanim poparł aliantów, to nosił faszystowski mundur zarówno na froncie wschodnim jak i w Afryce Północnej, gdzie strzelał nie tylko do Anglików, ale nie jest wykluczone, że również do Polaków broniących Tobruka. Głównymi przeciwnikami polskiej Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich broniącej Tobruka, były dywizje włoskie: Brescia, Pavia, Trento i Bologna oraz niemiecka 15 Dywizja Pancerna. Głównodowodzącym był tu Włoch marszałek Ettore Bastico. Warto również wiedzieć jak wcześniej  wiwatowali na cześć Benito Mussoliniego pracownicy Fiata w 1939 roku, czyli w tym tragicznym roku, gdy sojusznik duce Adolf Hitler kazał zbombardować Warszawę i inne miasta Polski. Fiat nieźle zarabiał na dostawach broni dla duce i dla Hitlera. W pierwszej połowie lat 30. podstawowym ckm-em armii włoskiej był Fiat-Revelli M1914. Ponieważ nie była to zbyt udana konstrukcja postanowiono zastąpić go nowym typem karabinu maszynowego. Ostatecznie wybrano propozycję koncernu Fiat, który zaproponował modernizację starych cekaemów M1914. Karabiny maszynowe przebudowywane do nowego standardu miały być pozbawiane lufy, chłodnicy wodnej, pompki oliwiącej naboje i skomplikowanego stałego magazynka. W ich miejsce miała być instalowana nowa ciężka lufa kalibru 8 mm i mechanizmy umożliwiające zasilanie przy pomocy taśmy amunicyjnej. Ponieważ przebudowa starych karabinów maszynowych była tańsza niż zakup nowej broni armia wybrała propozycję Fiata i przyjęła zmodernizowany karabin do uzbrojenia jako Mitragliatrice Fiat Mod.35 (używano też nazwy M14/35). Przebudowę starych M1914 zakończono w 1940 roku. W początkowym okresie II wojny światowej Fiat-Revelli M1935 był podstawowym typem ciężkiej broni maszynowej włoskiej armii. [caption id="attachment_14465" align="aligncenter" width="560" caption="Pracownicy Fiata dla okazania poparcia Benito Mussoliniemu w 1939 roku, przerwali montaż aut"][/caption] Z kolei bronią strzelecką faszystów był pistolet maszynowy -Villar Perosa. Z włoskich karabinów strzelali nie tylko żołnierze Mussoliniego, ale również hitlerowcy do Polaków zarówno we wrześniu 1939 roku jak w czasie Powstania Warszawskiego w 1944 roku. [caption id="attachment_14466" align="aligncenter" width="425" caption="Giovanni Agnelli ( 1866 - 1945)"][/caption] Po wojnie komitet ds. defaszyzacji odsunął Giovanniego Agnellego od kierowania koncernem FIAT. Jego miejsce aż do 1966 r. zajmował dyrektor generalny Vittorio Valetta. To on przekształcił FIAT-a w nowoczesną wytwórnię samochodów, prawdziwy motor "włoskiego cudu gospodarczego" z przełomu lat 50. i 60. Jego zasługą jest wypuszczenie na rynek tanich modeli 500 i 600, które zmotoryzowały ubogą dotychczas Italię. Ciekawe, że rząd Włoch w przeciwieństwie do Niemiec nigdy nie przeprosił Polski ani Polaków za współudział w rozpętaniu II. Wojny Światowej. Fiat wydał w języku polskim historię swojego koncernu, ale z pominięciem „wkładu Fiata” w budowę ....”narodowego bolszewizmu” Benito Mussoliniego. Ciąg dalszy tej historii postaram się przedstawić w styczniu 2012 roku... Rajmund Pollak Artykuł ten został wydrukowany w nr16 tygodnika "Śląska gazeta z 16-22 września 2011r. Tytuł pochodzi od redakcji Prokapitalizm.pl

W oczekiwaniu na wielkiego sukinsyna

Media szokują zbrodniami dokonywanymi przez psychopatów, są odrażające i robią wrażenie na przeciętnych odbiorcach tych informacji, bo nie dają się racjonalnie wytłumaczyć. Ta grupa przestępców istnieje w każdym społeczeństwie jedynie jej liczebność jest redukowana lub pomnażana przez oddziaływania prewencyjne. Ale totalne zło, które zwykli jesteśmy nazywać ludobójstwem, nie wynika z jakiś wyjątkowych, chorobliwych cech umysłowości ich uczestników, ono bierze swój początek w samoświadomości, w wyzwoleniu się z ograniczeń wyznaczanych przez instynkt. Jak to zwięźle uchwycił Erich From: człowieczeństwo człowieka czyni go nieludzkim. To świadomość wolnej woli, a co za tym idzie zdolności przekraczania wszelkich ograniczeń, kształtowała systemy etyczne, które były przestrzegane przez wszystkich członków wspólnoty (uporczywe ich łamanie groziło wykluczeniem). Ustanawiane normy nie tylko umożliwiały szybką identyfikację wzajemną członków tej samej społeczności ( ubiór, język, wierzenia, zwyczaje) ale wyznaczały granice niepewności w relacjach między nimi - kodyfikowały zachowania poprawne, przypisując im pewne znaczenia i stopień ważności oraz zachowania zakazane. Ten kod kulturowy zastępując procedury instynktowne, usprawniał współpracę minimalizując równocześnie konflikty wynikające z nieporozumień, była to więc wiedza nieodróżnialna od wiedzy o sposobach radzenie sobie z materią-wewnętrznie niesprzeczna i spójna. Chroniczny niedobór zasobów, od początku wyznaczał podział na „naszych” i „onych”  ograniczających nam dostęp do dóbr natury. Konieczność zabezpieczenia się przed rabunkiem sprzyjała tendencji do łączenia się w grupy, z drugiej strony tendencji tej przeciwstawiała się konieczność ograniczenia ilości osób dopuszczanych do korzystania z zawłaszczonych zasobów. Zmienna równowaga tych tendencji wyznacza wielkość społeczności, podporządkowanych  jednorodnej kulturze. Od grup myśliwych, poprzez pasterzy, aż do trudniących się rolnictwem, następuje powolne przeniesienie akcentu z własności wspólnej na własność indywidualną. Identyfikacja plemienna ewoluuje w narodową, a ta w  państwową, tracąc stopniowo na znaczeniu w konfrontacji z  własnością indywidualną. Za tym idą zmiany w kodyfikacji kulturowej. Postęp technologiczny, specjalizacja i wymiana, prowadzą do coraz większego różnicowania się struktury społecznej w ramach zastanych kręgów kulturowych, a nadto do swoistej rywalizacji wzorców postępowania przenikających wraz z rosnącym zakresem wymiany. Udział wiedzy zdobywanej w samodzielnym doświadczeniu, radykalnie spada, spada też zdolność rozumienia, którą zastępują wyuczone procedury „obsługi”. Warunkiem sprawnego działania będzie odruchowe wykonywanie trenowanych reakcji (kierowcy, lotnicy, obsługa maszyn, opanowanie języków, kontakt z urzędami, orzekanie wyroków, testy egzaminacyjne) a nie myślenie. Proponuję zastanowić się czy z aplikowanych nam „instrukcji obsługi” da się wywieść sens egzystencji?. Myślenie, tak jak emocje, zaburza wyuczone działanie. Dlatego do pierwszego uprawnione będzie coraz węższe grono wybrańców, zwanych specjalistami, zaś emocje podporządkuje się modzie i reklamie. Poczynając od wojska, poprzez przedsiębiorstwa, administrację i nauczanie, „góra” ustala jedynie słuszne procedury (treści) a „dół” je wykonuje bez prawa dyskusji. Nie ma tu już miejsca dla etycznych refleksji, jakiś własnych przemyśleń, ogłasza się więc względność wszelkich wartości łącznie z prawdą. Pewnym punktem odniesienia pozostaje, tzw. wola większości, wyrażana przez przedstawicieli, wyłanianych w rzekomo wolnych i nieskrępowanych wyborach. Wola ta płynie razem z rzeką aktów prawnych i ktokolwiek uroni z niej cokolwiek, musi się liczyć z sankcją karną. W takim klimacie jednostka czuje się bezradna i zagubiona w chaotycznej powodzi danych i cierpliwie czeka, aż specjaliści orzekną co robić i dokąd dążyć. Rezultat graniczy z schizofrenią: z jednej strony, mamy sceptycyzm i cynizm wobec wszystkiego, co zostało powiedziane lub wydrukowane, z drugiej - dziecinną wiarę we wszystko, co orzekają autorytety. Fakty nie znajdują już jakościowego wsparcia w spójnym obrazie świata osadzonym w kulturze. Pozbawione wymiaru jednostkowego fenomenu, mają wyłącznie znaczenie funkcjonalno-ilościowe, oderwane od bieżącego kontekstu, w którym istniejemy jako jednostka. Tragedie, nieszczęścia innych powszednieją, mieszają się ze obrazami z oglądanych filmów i gier komputerowych, zaciera się różnica między światem realnym a fikcją. Ten brak oparcia w indywidualnym, spontanicznym doświadczeniu, prowadzi do utraty własnego „ja”. Wzmaga potrzebę dostosowania się do obowiązujących wzorców, gdy rośnie zwątpienie we własną tożsamość. Chcę być inny, więc próbuję sięgać po rzeczy inne, wyjątkowe, a które w masowej konsumpcji nie istnieją. Gram rolę, stręczoną mi przez modę, mającą niewiele wspólnego z emocjami które próbują się przebić do świadomości. W końcu jestem gotowy zgodzić się na każdą ideologię i każdego wodza, który przyrzeka rozrywkę i proponuje strukturę polityczną, mającą rzekomo wnieść ład i znaczenie w życie jednostki. W ten sposób kształtują się osobowości gotowe wykonać każde zadanie, typ człowieka, o którym Jerzy Lec mawiał : „miał sumienie czyste - nie używane”. Wielkie zbrodnie, są niemożliwe bez masowego udziału tej kategorii ludzi, zwyczajnych,  przestrzegających skrupulatnie prawo, oddanych pracy i rodzinie. Polska była jedynym większym krajem w Europie gdzie faszyzm nie znalazł liczącego się poparcia, bo całe pokolenia nauczyły się żyć w opozycji do narzuconej władzy, kierując się pieczołowicie kultywowaną tradycją. Nawet za „pierwszej komuny” mawiano, że jesteśmy najweselszym barakiem w obozie komunistycznym, gdyż większość traktowała władzę tak jak na to zasłużyła. Niestety ostatnio, śledząc to co dzieje się wokół komisji śledczych, ujrzałem forpocztę. Gwardię gotową wykonać każde zadanie byle by jego wykonanie nie kolidowało z prawem. Przypomniałem sobie, że większość skazanych w Norymberdze, otoczenie w którym dorastali, oceniało jako pozytywnie wyróżniających się na tle rówieśników. Do końca też powtarzali, że są niewinni bo działali zgodnie z prawem wykonując jedynie polecenia. Jeśli uznamy, że nic oprócz prawa nie powinno nas ograniczać, to faktycznie mieli rację. Co więcej, amerykański psycholog J. Miligram, chcąc odkryć dlaczego obywatele Niemiec uczestniczyli w zagładzie milionów niewinnych ludzi, starał się w eksperymentach wykazać, gdzie leży granica, poza którą nie wykonamy poleceń autorytetu. Ku swemu przerażeniu stwierdził, że przeciętny porządny Amerykanin wykona każde, nawet zbrodnicze, polecenie wydane przez uznany autorytet. Jego siła jest tym większa im większy mamy za sobą trening automatycznego wykonywania procedur. Receptą na ludobójstwo, jest połączenie idei, której wyznaczono rolę dominującą, podporządkowując jej prawa jednostki, z sukinsynem zaczadzonym wzniosłością aktów materializujących cele wyznaczone przez tę ideę (Robespierre, Hitler, Stalin, Mao, Pol-Pot). Każdy przywódca głoszący, w porywających słowach, potrzebę ograniczenia praw jednostki w imię jakiegoś dobra wspólnego, potrzebę poświęcenia jej na ołtarzu wzniosłej idei, jest kandydatem na wielkiego sukinsyna. Czy istnieje w tej chwili idea, której oddziaływanie na masy byłaby równie mocne jak hasła: równości, braterstwa, sprawiedliwości, tworzenie nowego człowieka ?. W moim przekonaniu tak - jest nią „zagrożenie matki ziemi przez człowieka” . Nie wiem kiedy i gdzie pojawi się nawiedzony sukinsyn, ale wiem kto mu będzie wiernie służył, użyźniając glebę nawozem historii (Lenin). Wojciech Czarniecki