Tag Archives: Albert Nock

Polityka i inne fetysze

Banałem jest stwierdzenie, że utrzymywanie się jakiejś instytucji spowodowane jest wyłącznie przez dominujące nastawienie do niej, przez zestaw kategorii, w jakich ludzie zwyczajowo o niej myślą. Tak długo – i tylko tak długo – jak kategorie te są korzystne, instytucja żyje i zachowuje swą siłę.

Władza społeczeństwa a władza państwa

Jeżeli zajrzymy pod powierzchnię naszych spraw publicznych, możemy dostrzec jeden podstawowy fakt, a mianowicie daleko posuniętą redystrybucję władzy między społeczeństwem i państwem. I ten właśnie fakt stanowi prawdziwy obiekt zainteresowania badacza cywilizacji.

Biurokracji wykluczenie nie grozi

Blisko 5 milionów złotych. Tyle pochłonie kampania pod hasłem "Równe traktowanie standardem dobrego rządzenia" organizowana przez urząd pełnomocnika do spraw równego traktowania, na czele którego stoi Elżbieta Radziszewska. Akcja skierowana jest bynajmniej nie do "wykluczonych", ale do 85 urzędów administracji rządowej i Państwowej Inspekcji Pracy. "Wsparci" grubymi milionami urzędnicy będą zaliczać konferencję za konferencją, dywagując o dyskryminacji i wykluczeniu. Kampania "Równe traktowanie standardem dobrego rządzenia" ma się zakończyć w grudniu 2012 roku. Jak czytamy w założeniach projektu, "(...) wsparciem objętych będzie: 386 urzędników administracji rządowej i Państwowej Inspekcji Pracy uczestniczących w szkoleniach dotyczących dyskryminacji (w tym 45 wybranych Koordynatorów Równego Traktowania); 680 uczestników 16 seminariów regionalnych; 200 uczestników konferencji tematycznych; 170 uczestników 2 konferencji (inauguracyjnej i zamykającej); 85 instytucji administracji publicznej, których przedstawiciele uczestniczyć będą w szkoleniach, oraz 18 instytucji rządowych objętych badaniem Gender Index". Projekt zakłada również, a jakże, osiągnięcie określonych rezultatów. Należą do nich: "objęcie wsparciem 85 instytucji administracji rządowej; przebadanie 18 instytucji administracji rządowej wskaźnikiem Gender Index, ok. 680 uczestników 16 seminariów regionalnych; ok. 200 uczestników konferencji tematycznych; ok. 170 uczestników konferencji inauguracyjnej i zamykającej; stworzenie Strategicznych Rekomendacji na rzecz Równego Traktowania jako bazy do opracowania Krajowego Programu Działań na rzecz Równego Traktowania; diagnoza zjawiska dyskryminacji w określonych grupach społecznych; wydanie ok. 386 certyfikatów dla pracowników administracji rządowej; przeprowadzenie ok. 1862 godzin szkoleń; utworzenie jednego modelu szkoleniowego dla administracji rządowej w zakresie równego traktowania do wykorzystania dla Oceny Skutków Regulacji i służby przygotowawczej; raport ewaluacyjny; nabycie przez uczestników projektu wiedzy z zakresu równego traktowania i przeciwdziałania dyskryminacji" (źródło: www.efs.kprm.gov.pl). Gdy czyta się powyższe wytyczne, rodzi się zasadnicze pytanie: a gdzie się podziali ci dyskryminowani, nierówno traktowani i wykluczeni?! Przecież to wszystko rzekomo dla nich! Rzekomo. Okazuje się bowiem, że biurokracja wdraża program, który służyć ma tak naprawdę jej samej. Prawie 5 mln zł z pieniędzy podatników (tzw. pieniądze unijne to także nasze pieniądze pochodzące ze składki, jaką Polska musi każdego roku odprowadzać do wspólnego unijnego budżetu) rozpłynie się na - jak słusznie napisano w projekcie - "wsparcie" urzędników oraz tych, którzy zaliczać będą konferencję za konferencją, dywagując o dyskryminacji i wykluczeniu. Czy to jest właściwa droga, by pomagać bliźnim, którym się nie powiodło? Radziszewska to za mało Niedawno w związku z głośnym przejściem z Sojuszu Lewicy Demokratycznej do Platformy Obywatelskiej posła Bartosza Arłukowicza dowiedzieliśmy się, że będziemy mieć kolejnego pełnomocnika premiera, tym razem "do spraw przeciwdziałania wykluczeniu społecznemu". Tę funkcję pełnić ma właśnie Arłukowicz, awansowany do rangi sekretarza stanu. Mogłoby się wydawać, że urząd pełnomocnika do spraw równego traktowania zagospodarowuje obszar walki z wykluczeniem społecznym. Już sama nazwa urzędu wskazywałaby, że pełnomocnik powinien zajmować się m.in. pomaganiem ludziom, którzy z różnych powodów znaleźli się na marginesie życia społecznego i którzy mogą uważać, że są traktowani gorzej niż inni obywatele, że są dyskryminowani. Widocznie premier uznał jednak (zresztą zgodnie z duchem panującym w Unii Europejskiej), iż pani Radziszewska to zbyt mało, by wykluczonym przychylić nieba, i że potrzebny jest jeszcze jeden urząd, z posłem Arłukowiczem na czele. Trudno oprzeć się wrażeniu, że tak naprawdę chodzi tu głównie o to, by stworzyć kolejną biurokratyczną strukturę z tabunem nowych urzędników i wyposażyć się w dodatkowe narzędzie do spłacania różnych wyborczych długów. Jakie są zadania nowego pełnomocnika? Bartosz Arłukowicz ma między innymi wzmacniać koordynację działań instytucji rządowych, samorządowych i organizacji pozarządowych zajmujących się szeroko rozumianą polityką społeczną, ma wspomagać organizacje pozarządowe zajmujące się wykluczonymi, dokonać przeglądu działań prowadzonych na rzecz przeciwdziałania wykluczeniu, stworzyć zespół składający się z przedstawicieli instytucji rządowych, samorządowych i pozarządowych, który będzie koordynował działania, rozwiązywał bariery we współpracy tych instytucji oraz podsuwał nowe rozwiązania, by ta współpraca lepiej się układała, ma również reprezentować Polskę na różnych zlotach i konferencjach międzynarodowych podczas trwania polskiej prezydencji w Unii Europejskiej. Pytanie tylko, czy "wykluczonym" zrobi się od tego wszystkiego lepiej? Czy ich los się poprawi? Czy istotnie, by pomagać ludziom zagubionym, których życie z różnych - mniejsza w tym momencie, z jakich - przyczyn uległo pogmatwaniu, trzeba tworzyć kolejny urząd? Czy konsekwencją wdrażania kolejnych programów i kampanii społecznych, współfinansowanych przez Unię Europejską, naprawdę będzie poprawa losu tych, którym rzekomo mają one służyć? Władza społeczna a władza państwa Albert Nock, amerykański publicysta i filozof, rozróżnił kiedyś dwa rodzaje władzy: władzę społeczeństwa i władzę państwa. W wydanej po raz pierwszy w 1935 roku książce "Państwo - nasz wróg" stwierdził, że państwo ma tyle władzy, ile zdoła jej wyrwać społeczeństwu. "Wszelka posiadana przez państwo władza składa się z tych uprawnień, jakie dało mu społeczeństwo, oraz z tych, jakie od czasu do czasu samo konfiskuje społeczeństwu pod takim czy innym pretekstem" - pisał Nock. Podając przykład Stanów Zjednoczonych, Nock zauważa, że zagrabianie władzy społeczeństwa przez państwo na skalę dotąd w USA niespotykaną rozpoczęło się za czasów rządów prezydenta Franklina D. Roosevelta. To wówczas państwo przyjęło na siebie funkcję opiekuńczą "(...) publicznie ogłaszając doktrynę, że jest ono winne swym obywatelom utrzymanie". Oznacza to, że wcześniej, jeśli w jakiejś społeczności znajdowała się osoba niepotrafiąca poradzić sobie w życiu (dziś powiedzielibyśmy, używając współczesnej nowomowy - była wykluczona społecznie), najbliższe otoczenie dobrowolnie, w geście oddolnej solidarności, mobilizowało własne środki i uruchamiało własne możliwości, by takiej osobie pomóc. Pomoc ta mogła być przyjęta lub odrzucona, nic nie było przymusowe. Można się z rozróżnieniem Nocka na władzę społeczeństwa i władzę państwa zgodzić lub nie, gdybyśmy jednak mogli przenieść się w czasie o - powiedzmy - wiek i zakomunikować żyjącym wtedy ludziom, jak wielkie kompetencje współczesne państwo przydzieliło urzędnikom, dając im szereg uprawnień do ingerowania np. w życie rodziny, to pewnie złapaliby się z niedowierzaniem za głowy. Polakom, którzy przeżyli kilkadziesiąt lat w komunizmie, a obecnie żyją w systemie bardziej przypominającym skorumpowaną republikę bananową aniżeli normalny kraj, oparty na wolnej gospodarce i na rządach prawa, takie rozróżnienie może pachnieć wręcz herezją. "Jakże to tak, jakaś władza społeczeństwa? Przecież odkąd pamiętam, tu zawsze wszystkim zajmowało się państwo"! Tak może myśleć wielu Polaków, którzy nawet nie dostrzegają tego, jak bardzo z dnia na dzień kurczy się ich władza. Ba, pewnie nawet nie uświadamiają sobie, że taką władzę w ogóle mogliby posiadać. Drogo i nieefektywnie Zawłaszczanie coraz to nowych obszarów władzy społeczeństwa przez państwo nie jest procesem bezbolesnym. Odbywa się ono m.in. kosztem zasobności naszych portfeli. To bowiem z pieniędzy podatników finansuje się nowe urzędy, opłaca się kolejnych rządowych pełnomocników, tworzy się przeróżne zespoły, podzespoły, powołuje koordynatorów i komisje do zajmowania się sprawami, które kiedyś stanowiły domenę osób prywatnych, organizujących się w stowarzyszenia dobroczynne czy fundacje charytatywne. Czy mnożenie urzędów, pełnomocników, koordynatorów, wielomilionowe szkolenia to jest właściwa droga, by pomagać bliźnim, którym się nie powiodło? Teraz wyraźniej widzimy znaczenie rozróżnienia, jakiego przed laty dokonał Albert Nock. Kiedyś społeczeństwo samo zajmowało się pomaganiem słabszym, chorym, starszym, posiadało tę władzę, której współczesne państwo niemalże go pozbawiło, a czego najlepszym dowodem jest często padające z ust wielu ludzi stwierdzenie odnoszące się do ubogich: "Niech zajmą się nimi urzędnicy, od tego przecież są". Doświadczenie zarówno europejskie, jak i Stanów Zjednoczonych dowodzi jednak, że pomoc państwa w sferze tzw. polityki społecznej jest o wiele mniej skuteczna niż pomoc osób i organizacji prywatnych. I jest o wiele bardziej kosztowna dla podatników, z których wielu zubaża, spychając ich niejednokrotnie do roli przyszłych beneficjentów państwowej pomocy. To jest również jedna z przyczyn kłopotów gospodarczych, z jakimi borykają się dziś poszczególne kraje Europy. Po prostu zaczynają one zjadać własne ogony. Niestety, dominujące trendy ideowe panujące obecnie w Unii Europejskiej, a znajdujące bezpośrednie odbicie również w naszym prawodawstwie, nie napawają optymizmem. Polityka wysokich podatków, reglamentacja rynku, interwencjonizm państwowy - w sferze gospodarczej, oraz promocja antywartości (dyktatura relatywizmu) - w sferze społecznej i obyczajowej, mogą przyczynić się raczej do pojawiania się nowych problemów, bez rozwiązania tych dotychczasowych. Ale od czego jest współczesne dzielne państwo etatystyczne, z tabunami swoich urzędników, jeśli nie od walki z problemami, które - poprzez postępujące ubezwłasnowolnianie społeczeństwa - samo wygenerowało? Paweł Sztąberek Artykuł ukazał się w "Naszym Dzienniku" z 2 czerwca 2011 roku.

Od Locka do Nocka

Kilka tygodni temu mogliśmy przeczytać krótką notkę autorstwa Witolda Świrskiego, który pod hasłem manifestu anarchistycznego zaproponował nam wprowadzenie w życie pełnej wolnorynkowej ideologii, w której nie ma miejsca dla chociażby skrawka państwa. Jakby to powiedzieć i odpowiednio nastraszyć Czytelnika... Witold Świrski chce nam odebrać wszystko, co dzisiaj mamy. Lekarze bez dyplomów? Co drugi dentysta będzie nam na złość wyrywał zęby, jeśli nie będzie wymagana od niego licencja. Likwidacja podatków? A z czego utrzyma się dobra publiczne, których rynek nie jest w stanie zaspokoić? Prywatyzacja kultury? Po to, żeby wszystko zostało skomercjalizowane? Rezygnacja z ochrony środowiska? Żeby nas dymy zadusiły? Czy Witold Świrski nie widzi, że najczystsze środowisko jest w krajach postkomunistycznych - ten owoc zawdzięczamy opiece państwa, a nie jakiejś tam niewidzialnej burżuazyjnej ręce. Każdy ma móc nosić broń? Po to, żeby nas zmienić w dziki zachód, gdzie każdy tylko czyha na to, aby kogoś odstrzelić? A kto ustanawiałby prawo? Co z policja i sądami, które się tak nami opiekują? Przecież w momencie likwidacji państwa każdy będzie mógł wejść do mojego domu, bezkarnie mnie okraść, zrabować, zabić. Tak przynajmniej jest zawsze gotowa do działań policja. Są niezawiśli sędziowie, którzy chronią biednych poszkodowanych obywateli przed przestępcami. Wolność obrotu narkotykami? A co z uzależnionymi? Mamy pozwolić im umrzeć? A co z tymi, co "po prochach" dopuszczają się przestępstw? Kto za to będzie odpowiadał? Przecież rząd USA zrobił tak wiele walcząc z mafią. Jak rozwiążemy problem pornografii? Co z aborcją i prawami zwierząt? Zlikwidować budżet i Bank Centralny? A co z prowadzeniem rozsądnej polityki gospodarczej? A co z rozwojem? Przecież do rozwoju potrzebna jest stabilność, kontrola, centralizacja, sterowanie rynkiem pieniężnym oraz prowadzona przez wykwalifikowanych do tego makroekonomistów polityka fiskalna. Złoto ma znowu być pieniądzem? Mamy się cofnąć do średniowiecza i pozwolić na to, żeby jakiś barbarzyński relikt rządził naszym światem? A prawa autorskie? Poglądy Witolda Świrskiego należą do rzadkości nawet wśród środowisk wolnorynkowych. Stanowią one prawdziwe wyzwanie dla tzw. "zwolenników państwa minimum". Ci ostatni stają zawsze w zakłopotaniu, kiedy pyta się ich o wprowadzenie konsekwentnego anarcho-kapitalizmu. Standardowy argument wolnościowca to powiedzenie "podatki to kradzież". Zgadza się - jeśli wyjdziemy od Locka, tego, do którego odwołuje się każdy wolnościowiec, to dojdziemy do takiej konkluzji. Zasady samoposiadania (wolność) oraz pierwotnego zawłaszczenia (własność) organizują ład społeczny i zapewniają spontaniczny rozwój. Jaki zwolennik państwa minimum uznając takie założenia, może opowiedzieć się za tzw. "państwem minimum"? I czym ono tak naprawdę jest? Nikt nie jest w stanie podać satysfakcjonującej definicji, która wyznacza konkretną granicę interwencji państwa. Ale nawet jeśli, to przecież nadal każdy podatek to kradzież. Nie wolno nikomu konfiskować czyjejś własności, do czasu aż ta osoba nie wyrządzi komuś krzywdy (sankcja). W związku z tym tworzenie armii finansowanej z obowiązkowego podatku pogłównego logicznie rzecz biorąc jest kradzieżą (prewencja). Każdy powinien mieć prawo odstąpienia od uczestnictwa w takim państwie, a jego prawa nie mogą zostać naruszone do momentu, gdy sam spowoduje czyjąś krzywdę. Twierdzenie, że państwo minimum powołuje się do ochrony własności jest zaprzeczeniem prawa własności jako prawa naturalnego. Jeśli najpierw jest państwo, to nie ma prawa naturalnego, ponieważ to jest stawiane poniżej instytucji państwa, ze wskazaniem wręcz, że to państwo daje nam własność - niedawno czytałem takie dziwaczne dywagacje jednego z autorów w "Bez dogmatu". Ciekawe, czy pisałby to samo, gdyby jakiś urzędnik skonfiskował jego mieszkanie. Sam Lock był niekonsekwentny i opowiadał się za państwem minimum, które ma się tą własnością i wolnością opiekować. Jednakże pojawiło się w historii myśli kilku takich szaleńców, którzy wysuwali tezy tak śmiałe jak Witold Świrski. Był Edmund Burke, nazywany przez niektórych ojcem konserwatyzmu, chociaż z pewnej perspektywy był on pierwszym anarcho-kapitalistą. Był Henry Thoreau, który zawsze był gotów demonstrować swoje obywatelskie nieposłuszeństwo. Były ofiary, Lysaland Spooner, który wypowiedział wojnę monopolowi pocztowemu w USA, Karl Hess, założyciel Partii Libertariańskiej w USA, który uznał, że podatków płacić nie będzie, przez co stracił swój cały majątek. Był wreszcie wymieniany przeze mnie w tytule Albert Nock, należący do ruchu paleokonserwatywnego. No i największy w całej historii wolnościowiec Murray Rothbard, który stworzył najbardziej spójny ideologicznie system. Chciałem zwrócić uwagę na Nocka. Nie jest to anarchista, podobnie jak Witold Świrski nie jest sensu stricte anarchistą. Anarchia to brak władzy. Anarchia to nieład i bałagan. An Arche. Witold Świrski zaś opowiada się za władzą, ale nie władzą państwową, lecz władzą społeczną - muszę przyznać, że ciągle jestem pod wrażeniem rozróżnienia przez Nocka dwóch typów władz. Zwolennicy państwa minimum zamieniają się w etatystów, kiedy stają przed problemem: konsekwencja czy nie? Zaczynają bronić się argumentami emocjonalnymi, czy etatystycznymi. W sam problem wpadł nawet Robert Nozick, którego dzisiaj krytykują libertarianie za usprawiedliwianie państwa. Problem jest jasny - zwolennicy państwa minimum nie są tak naprawdę jego zwolennikami. Oni przyjmują tę koncepcję a'priori - ona nie podlega dyskusji. Z nią się nie polemizuje - państwo ma chronić własność i wolność. Koniec kropka. Ale jak to pogodzić z prawami naturalnymi? Kolejny problem przed jakim stają zwolennicy państwa minimum to kwestia rozrostu. Pomińmy etyczne uzasadnienie takiego państwa (które siłą rzeczy musi się minąć z czystymi koncepcjami Locka), dajmy sobie spokój z definicją (jak długie mają być te ramiona Lewiatana). Nie mówmy także o teorii regresji, czyli przyglądaniu się, jak takie państwo ma się z teoretycznego punktu widzenia rozwinąć i jak się rozwijało patrząc na praktykę (na bieżąco: Murray Rothbard stwierdza jednoznacznie, że państwo to niesamowicie sprawnie zorganizowana grupa przestępcza, która poprzez znakomicie skoordynowane działania okrada, morduje i to często bez konsekwencji). Pytanie jest innego rodzaju: jeśli mamy państwo minimum i ktoś nim steruje, to jak możemy spokojnie siedzieć, patrzeć na tę sytuację i naiwnie wierzyć, że to nie zostanie wykorzystane przez władzę do poszerzenia swoich kompetencji? Parafrazując Thomas Jefferson w trakcie prac nad konstytucją powiedział: tworzymy ten rząd tylko i wyłącznie po to, aby chronić własność i życie. No i co? Pstro, chciałoby się prymitywnie powiedzieć, Panie Tomaszu. Swoją drogą jak można dawać instytucjonalny monopol na kradzież jednej organizacji, która ma przed tą kradzieżą chronić? To tak jakby jeden piekarz dostawał pełnię władzy nad innymi piekarzami (licencje, koncesje), aby chronić konsumenta. To tak jakby chcieć nacjonalizować własność po to, żeby nie było kradzieży. Czy zdajemy sobie sprawę z naiwności w wierzeniu, że władza nie wykorzysta swojego monopolu? To jak friedmanowskie wierzenie w to, że państwo może drukować ograniczone ilości pieniądza nie powodując inflacji (Milton Friedman opowiada się za pozostawieniem monopolu państwowego na emisję pieniądza; krytykuje klasyczny wolnorynkowy standard złota). Historycznie rzecz biorąc państwo to sprawnie zorganizowana mafia. Państwo niszczy środowisko naturalne i powoduje ogromne marnotrawstwo bogactwa naturalnych naszej kochanej ziemi (znowu kraje komunistyczne). Państwo niszczy lasy i zwierzęta (Afryka, USA, najwięcej lasów wycina właśnie państwo). Państwo hamuje poprawę dobrobytu nakładając podatki, utrudnia akumulację kapitału. Niektórzy twierdzą, że postęp bierze się z techniki czy też wiedzy. Tymczasem jeśli nie będzie kapitału, to wprowadzenie nowej techniki w życie nie będzie możliwe. Nowe technologie można ofiarować społeczeństwom tylko poprzez oszczędności/inwestycje. Dlaczego największy postęp techniczny to okres kapitalizmu? Czysty przypadek? Państwo jest także źródłem wojen. Jakoś ludzie nie biją się na szczeblach lokalnych między sobą, tak jak to robią państwa, jak zatem można uznać, że państwo broni porządku? Państwo jest również głównym źródłem powstawania mafii. Mafia powstaje tam, gdzie szara strefa nie nadąża (bo za bardzo ją gnębi rząd). Na miejsce szarego wkracza czarne - czyli zorganizowana grupa przestępcza, która przynajmniej w przeciwieństwie do państwa nie jest bezkarna. Mafia utrzymuje się przede wszystkim z narkotycznego biznesu, który ma prawie takie udziały w produkcji globalnej jak przemysł samochodowy. Mafia bierze się z przemytów, które są skutkami granic ustalanych przez państwo. No, ale czy możliwe jest wprowadzenie świata anarchokapitalistycznego? Czy nadejdzie kiedyś Dzień Witolda Świrskiego? Dzień o którym marzyło wielu i wielu marzyć będzie? Ja chciałbym chociaż doczekać debaty między zwolennikami państwa minimum a anarcho-kapitalistami, kiedy już nie będzie państwowego molocha, a zostanie to nozickowskie państwo. Sam zastrzegam, że nie ujawniam tutaj swoich osobistych poglądów, a dzielę się refleksjami na temat anarcho-kapitalizmu. Tymczasem dzisiaj, póki co, wszyscy, i anarcho i nozicko-kapitaliści jesteśmy skazani na porażkę. Szanse niewielkie. Jednak wcale nie należy się poddawać. To nie byłoby rozsądne posunięcie; trzeba nieść pochodnię prawdy. Wychodząc raz jeszcze od tej kradzieży: każde podatki to kradzież. Tego nie stwierdza sąd, który jest dzisiaj po to, żeby w wielu przypadkach tę kradzież legitymizować (przypomnijmy sobie ostatnią ustawę podatkową: budżety rodzin są mniej ważne niż budżet państwa). Coś jest kradzieżą lub nie, niezależnie od tego, czy tak zadecyduje sąd. Co zatem należy zrobić, żeby ludziom wytłumaczyć, że podatki są złe? Albo zadajmy pytanie tak, żeby znaleźć w nim odpowiedź. Co trzeba zrobić, żeby wytłumaczyć ludziom, że kradzież jest zła? Jeśli wytłumaczymy ludziom, że kradzież to zło, definiując kradzież jako kradzież (dzisiaj kradzież to kradzież z wyjątkiem kradzieży, jakiej dopuszczają się państwowe instytucje), to będziemy blisko społeczeństwa. Naturalnego społeczeństwa, o jakim pisał Edmund Burke w Vindication of natural society. Mateusz Machaj (publikacja - 2002 rok)