Tag Archives: Augusto Pinochet

Amnesty International – międzynarodowa tuba lewicy

Od pewnego czasu z przykrym rozczarowanie obserwuję proces odchodzenia przez Amnesty International (AI) od swojej oryginalnej misji i przekształcania się w rodzaj lewicowej organizacji politycznej – mniej demokratycznej niż partie.

Darwin kontra Marks – czyli dlaczego lewica skazana jest na wymarcie

Taki właśnie tytuł nosi książka, która aktualnie czytam, a z której chciałbym Państwu zacytować kilka prawd, które składają się na postępowanie wszelakiej lewicy wobec własnych narodów.

Dlaczego krytykujemy Pinocheta a nie Allende?

Na wstępie musimy sobie wyjaśnić, kto przede wszystkim krytykuje Augusta Pinocheta, byłego dyktatora Chile. Mianowicie są to miłośnicy lewicowego sposobu myślenia, są to miłośnicy gospodarki centralnie sterowanej, czyli gospodarki, która swój „złoty wiek” miała przez 50 lat komunizmu za Żelazną Kurtyną i która przez cały ten okres ledwo dyszała, wreszcie upadając na początku lat 90 ubiegłego wieku.
Dlaczego krytykuje się Pinocheta a nie Allende? Bo w dzisiejszym świecie zdominowanym przez komunistów, socjalistów i socjaldemokratów wszelkiej maści i odcieni trudno jest krytykować lewaka, a tym był przecież Allende. Warto przypomnieć, że prezydentem Chile został z ramienia Unidad Popular, tj. Frontu Jedności Ludowej. Czym się „zasłużył” dla kraju? Nacjonalizacją przemysłu, reformami na wzór socjalistyczny, zresztą nie ma w tym nic dziwnego, w końcu jego poczynania wspomagane finansowo były przez partie komunistyczne, marksistowskie i socjaldemokratyczne z całego świata. Co wyszło z tego lewicowego chilijskiego eksperymentu? Wystarczy spojrzeć na statystyki PKB Per capita, które od początku lat `70 wieku XX (Allende objął urząd prezydenta Chile w roku 1970) zaczęły drastycznie lecieć w dół... ...co więc złego zrobił Pinochet, że to mówi się o nim, a nie o Allende niszczącym gospodarkę, a poprzez to dewastującym bogactwo zwykłych mieszkańców kraju? Ano to, że obalił Allende. Zgrzeszył tym, że poprzez pucz wojskowy obalił jaśnie panującego legalnego prezydenta, na którego de facto w 1970 roku zagłosowała „aż” 1/3 ludności kraju (Allende miał 36,2%, Alessandri 34,9%, Radomiro Tomic 27,8%). Nie miał więc nawet „demokratycznej” większości, nie poparła go większość społeczeństwa, a tylko trzecia jego część... Ale najważniejszym grzechem Augusto Pinocheta było to, że wprowadził w Chile gospodarkę wolnorynkową opartą o teorie Miltona Friedmana (zresztą noblisty w dziedzinie ekonomii). Jego grzeszkami było to, że zmniejszał podatki, dokonał reprywatyzacji, czyli oddał ludziom ich majątki i biznesy ukradzione przez Allende, zlikwidował niedobory na rynku detalicznym (mające miejsce za czasów jaśnie oświeconego Allende), a poprzez te działania zwiększył dochód narodowy brutto, w samych tylko latach 1973 – 1980 (wedle danych MFW) o 35%!!! Jakie są efekty długiej, dewastatorskiej i bezwzględnej (w oczach lewaków) polityki Pinocheta? Takie, że Chile według Rankingu Wolności Gospodarczej z 2007 roku jest jedenastą liberalną gospodarką świata, z wcale nie tak małym wzrostem gospodarczym w roku 2010 ustanowionym na około 4,5 – 5,5%. W latach 2009-2010 inflacja tego kraju oscylowała w okolicach 1,6 – 1,7%, bezrobocie zaś sięgało 8,2 – 9,7%. Jak to się ma do cudnej gospodarki III RP, zarządzanej przez same wybitności ekonomiczne, takie jak Marek Belka, Jan Antony Vincent-Rostowski (vel. Jacek Rostowski), czy Grzegorz Kołodko? Na to pytanie możecie odpowiedzieć sobie sami. *  *  * A tak, tak... możecie mi wypomnieć, że zapomniałem powiedzieć o tym, że Pinochet był mordercą. Wszak jego tajna policja DINA miała torturować i mordować wielu członków chilijskiego społeczeństwa. Nie popieram tego, potępiam to. Tylko jak można krytykować człowieka, przeciwko któremu zeznało 35.000 rzekomo więzionych i torturowanych osób (co stanowi ok. 0,2% wszystkich mieszkańców państwa), w większości przeciwników liberalnych i wolnościowych poglądów głoszonych przez Pinocheta, czyli de facto przeciwników wolności... mając jednocześnie na piersi koszulkę z Leninem i Stalinem, z których sam tylko szanowny Iosif Wissarionowicz Dżugaszwili (ps. Stalin) w ciągu jednej czystki w Armii Czerwonej pozbył się ok. 30.000 oficerów, zaprowadził w latach 1929-1934 przymusową kolektywizację, wysyłając przy tym do łagrów ok. 2 mln chłopów (z czego wkrótce zmarło 1,8 mln), a w ostateczności w wyniku tzw. Wielkiego Głodu na Ukrainie zmarło kolejnych 6-7 mln, już nie wspomnę o dziesiątkach milionów wymordowanych za sprawą polityki Stalina w latach II wojny światowej i po niej. Ale racja, szanowni Czytelnicy, Stalin mówił prawdę: „jedna śmierć to tragedia, milion to statystyka”. Statystyki są tak beznamiętne, tak bezuczuciowe, że stanowią jedynie jakiś tam wskaźnik na papierze, niczym inflacja, czy PKB. Więc co tam miliony ludzi świadczących swoją śmiercią przeciw lewicowej polityce, liczy się te kilkadziesiąt tysięcy, którzy naskoczą na polityka kojarzonego z wolnością gospodarczą... Oleg Siewierny

Wolny rynek a socjalizm XXI wieku

Dwie byłe kolonie hiszpańskie. Dwa kraje bardzo zasobne w surowce mineralne. Dyktatura i semi-dyktatura. Cud gospodarczy i naftowa bonanza. A jednocześnie dwa kraje, o których w Polsce wciąż wiadomo tak niewiele.
Jak to możliwe, że w krajach o tak podobnej historii, kulturze i sytuacji geopolitycznej, realizuje się tak odległe od siebie strategie? „Wolny rynek a socjalizm XXI w.”: które podejście działa? Wiele pisało się w Polsce o zbrodniach reżimu Pinocheta w Chile. Co jakiś czas słyszymy także o Mesjaszu z Karaibów, żarliwym przyjacielu reżimu Castrów na Kubie, który gra na nosie zachodnim mocarstwom. Pora dowiedzieć się, co ich administracje miały do zaproponowania gospodarkom swoich krajów. I Nagroda w konkursie MAGISTER PAFERE 2012, praca magisterska Piotra Zapałowicza "Porównanie polityki gospodarczej rządów Augusto Pinocheta w Chile i Hugo Chaveza w Wenezueli" jest już dostępna w formie książkowej. Książka "Wolny rynek a socjalizm XXI wieku" prezentuje dwie skrajności: chilijskie wolnorynkowe reformy i wenezuelski powolny dryf w kierunku socjalizmu. Która strategia przyniosła lepsze skutki dla gospodarki? WARTO POZNAĆ PRAWDĘ! Pobierz fragment książki... Zamów książkę w sklepie Fundacji PAFERE...

Jak zdobyć władzę?

Wielu zwolenników wolnego rynku od lat zadaje sobie ogromny trud, by zaistnieć na polskiej scenie politycznej i zdobyć władzę. Efekty jak widać są raczej kiepskie. Co zrobić, by w końcu osiągnąć swój zamierzony cel? Warto przeanalizować różne możliwości. Ruch konserwatywno – liberalny w naszym kraju może wejść na najwyższe szczeble władzy za pomocą ustroju demokratycznego, ale jeśli to nie pomaga, to może siłą przejąć zarządzanie tym państwem. Możliwy jest też taki scenariusz, że ten ruch nigdy nie będzie rządził Polską, bowiem ktoś za nich zrobi całą robotę i zreformuje państwo na wzór kapitalizmu. Wygrać w wyborach demokratycznych Mimo że największe autorytety ruchu konserwatywno – liberalnego w Polsce (Janusz Korwin – Mikke, Stanisław Michalkiewicz) nie są zwolennikami demokracji, to zarówno oni, jak i zwykli członkowie partii wolnorynkowej akceptują i biorą udział w tym ponoć najlepszym ustroju politycznym. Można teoretycznie założyć, że pójście do wyborów z jakąś dużą partią sprawi, że w polskim parlamencie pojawi się silna grupa, która będzie reprezentować nurt konserwatywno – liberalny. Patrząc na obecny parlament można tam znaleźć polityków o prawicowych poglądach. Nie odgrywają oni jednak ważnej roli. Dlatego koalicja z Platformą Obywatelską czy Prawem i Sprawiedliwością byłaby bardzo ryzykowna i raczej nie przyniosłaby żadnych korzyści dla zwolenników wolnego rynku. Pozostaje zatem walka z tym potężnym układem z „okrągłego stołu” i kolejna próba przekonywania zwykłych ludzi do swoich racji. Ileż razy było to już czynione, a efekty jak zwykle były mizerne. Czy w takich demokratycznych warunkach, jakie mamy obecnie można jeszcze jakoś trafić do ludzi, by dostrzegli katastrofalną sytuację polskiego państwa? Bo przecież, aby wygrać wybory, trzeba przekonać do swojego programu jak największą liczbę wyborców. Takie są przecież oficjalne wymagania. Największe autorytety ruchu konserwatywno – liberalnego głoszą jednak, że demokracja nie wygląda tak pięknie, jak to jest oficjalnie przedstawiane. Uważają oni, że rzeczywistą władzę w państwie polskim sprawują służby specjalne, nad którymi nikt nie ma kontroli. Te z kolei nie dążą do tego, by Polska mogła się rozwijać. Wręcz przeciwnie służby te wolą rozkraść całe państwo i sprzedać je komuś silniejszemu np. Unii Europejskiej. Załóżmy zatem, że to służby specjalne są rzeczywistą władzą w demokratycznym państwie i to one decydują o tym, kto zostanie prezydentem, premierem, kto będzie miał duży wpływ na politykę. Taka sytuacja całkowicie zmienia postać rzeczy. Oznacza to, że aby wygrać wybory w demokracji należy zabiegać nie o poparcie jak największej grupy zwykłych ludzi, ale o poparcie służb specjalnych. To jest prawdziwy klucz do zwycięstwa. Dlatego ruch konserwatywno – liberalny, jeśli chce dojść do władzy w wyborach demokratycznych musi uzyskać zgodę przynajmniej większej części polskich służb. Wyobraźmy sobie, że ruch wolnorynkowy zyskałby poparcie takiej „razwiedki”. Wówczas automatycznie sondaże wskazywałyby, iż Unia Polityki Realnej oraz Wolność i Praworządność są najbardziej popularnymi partiami w Polsce. Politycy konserwatywno – liberalni gościliby codziennie w opiniotwórczych mediach. W konsekwencji ruch wolnorynkowy wygrałby wybory parlamentarne i wtedy mógłby wprowadzać w życie swoje postulaty. Political fiction? Być może. Jednak jeżeli uznamy, że prawdziwą władzą w naszym kraju są służby specjalne, to właśnie do nich należy zabiegać o poparcie. Nie można przecież liczyć na tzw. lud, bowiem to nie on decyduje w demokracji. Ludzie w tym ponoć najlepszym ustroju politycznym na świecie są wykorzystywani jako maszynki do oddawania głosów w wyborach. Jest to smutne, ale niestety prawdziwe. Tymczasem zamiast robić z obywateli idiotów, można zdobyć władzę metodami niedemokratycznymi. Zamach stanu Skoro byli i obecni członkowie Unii Polityki Realnej nie są raczej zwolennikami demokracji, to może dobrym rozwiązaniem byłoby obalenie tego całego ustroju politycznego i wprowadzenie monarchii. Kiedyś w czasach niedemokratycznych do zamachów w celu przejęcia władzy dochodziło bardzo często. Nawet w historii najnowszej zdarzały się sytuacje, w których siłą przejmowano rządy w państwie. Przykładem takiego współczesnego rozwiązania siłowego był pucz w Chile z 11 września 1973 roku. Trzyletnie rządy socjalisty Salvadora Allende doprowadziły to państwo do wielkiego kryzysu społecznego i gospodarczego. Chile stanęło nad przepaścią. Tym razem nie zdecydowano się na kolejną zabawę w demokrację, ale na postawienie sprawy jasno i wyraźnie – władzę w państwie przejęła wojskowa junta z generałem Augusto Pinochetem na czele. Po przejęciu pełni władzy przez Pinotcheta rozwiązano cały parlament, spacyfikowano tamtejszą opozycję. Stadion Narodowy w Santiago został przekształcony w obóz internowania, gdzie skierowano 130 000 osób. Zamordowano tam wielu ludzi, nikt nie martwił się o nieprzestrzeganie jakichś praw człowieka. Do dnia dzisiejszego trwają spory o to, czy ten pucz był potrzebny? Zwolennicy demokracji uważają Augusto Pinotcheta za zbrodniarza, który zabił wielu niewinnych ludzi. Politycy o poglądach prawicowych uważają jednak, że ten człowiek słusznie uczynił, przejmując władzę w Chile. Udało mu się wyprowadzić państwo z kryzysu, wprowadzając tam rozwiązania wolnorynkowe. Dziś organizacje lewicowe, bojownicy o demokrację i prawa człowieka tak łatwo potrafią oskarżać kogoś o to, że jest zbrodniarzem, że zabił tysiące niewinnych ludzi. Te same organizacje nie widzą niczego złego w rabowaniu obywateli z ich oszczędności za pomocą opiekuńczego państwa. Nie widzą też niczego złego w zadłużaniu państwa. Co jest większą zbrodnią? Zabicie fanatycznych zwolenników socjalizmu, czy obrabowanie wszystkich obywateli z ich pieniędzy i doprowadzanie państwa do ruiny gospodarczej? Jedno jest pewne – ta druga zbrodnia dokonuje się na naszych oczach w Polsce, choć mało kto zdaje sobie z tego sprawę. Przykład Chile pokazuje, że w dzisiejszych czasach można dokonać takiego krwawego przewrotu, zyskując później zdrową gospodarkę kapitalistyczną. Pytanie tylko, czy w Polsce ktoś by się tego podjął? Sytuacja międzynarodowa jest w chwili obecnej dla nas nieubłagana. Jesteśmy członkiem Unii Europejskiej, a od 1 grudnia 2009 roku przestaliśmy być państwem niepodległym. Zarówno Niemcy, jak i Rosja mają ogromny wpływ na polską gospodarkę i nie w głowie im jakieś niezapowiedziane przejęcie władzy. Poza tym w naszym wojsku nie widać takiej wyrazistej osoby, która zdecydowałaby się na taki chilijski pucz. Z resztą i tak większość wykwalifikowanych polskich dowódców wojskowych zginęła w wypadku Casy i Tupolewa. Ruch konserwatywno – liberalny nigdy nie wygra Może się przecież okazać, że zwolennicy wolnego rynku nigdy nie dojdą w Polsce do władzy. W zasadzie nie musiałoby to oznaczać jakiejś wielkiej tragedii. „Dorwanie się” do władzy to jeszcze żaden sukces. Nie ma przecież pewności, czy reformy gospodarcze by się powiodły. A co by było, gdyby po zwycięstwie UPR – u partia ta zaczęłaby postępować identycznie, jak obecne ugrupowania w polskim parlamencie? To może lepiej niech ruch konserwatywno – liberalny robi, to co dotychczas. Reform wolnorynkowych nie musi przecież przeprowadzać partia konserwatywno – liberalna. Pamiętamy przecież słynną ustawę Mieczysława Wilczka, która przez chwilę dała poczuć Polsce oddech kapitalizmu. I najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że tej słynnej reformy wolnorynkowej dokonał członek Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej jeszcze za tzw. komuny. Także w III Rzeczpospolitej dochodziło do nietypowych zdarzeń. Idące do wyborów w duchu socjalistycznym Prawo i Sprawiedliwość zdecydowało się na częściową obniżkę podatków. Jak widać nawet w ustroju III Rzeczpospolitej, która urzeczywistnia zasady sprawiedliwości społecznej można przeprowadzić drobne zmiany w kierunku wolnorynkowym. Nie jest do tego potrzebny żaden UPR. Wystarczy, że rządzące w Polsce służby specjalne zażądają sobie takiej zmiany. Ruch konserwatywno – liberalny chce zdobyć władzę w Polsce. Od wielu lat próbuje swoich sił w demokracji. Efekty są bardzo kiepskie. Kiedy pojawi się korzystna sytuacja międzynarodowa może postawić wszystko na jedną kartę i pójść w ślady Augusto Pinocheta w Chile. Ale najbardziej prawdopodobne jest to, że ten wspaniały ruch nigdy nie zdobędzie władzy. Nie oznacza to jednak, że ma zakończyć swoją misję. On musi istnieć i być przygotowanym na każdą sytuację polityczną. Czas pokaże, kiedy oficjalna i nieoficjalna władza wreszcie zmądrzeje. Ruchowi konserwatywno – liberalnemu pozostaje zatem dalsza walka i cierpliwe czekanie – w końcu nikt nie jest mądry, kto nie jest cierpliwy. Mateusz Teska

Paweł Sztąberek: A widmo wciąż krąży…

(Artykuł opublikowany został pierwotnie w tarnowskim tygodniku TEMI w lutym 1999 roku) Wyobraźmy sobie taką sytuację: żyjemy w kraju demokratycznym, jednak pogrążającym się w chaosie. Na czele państwa stoi człowiek, który swoim działaniem tylko ten chaos wzmaga. Gospodarka znajduje się na skraju wytrzymałości. Inflacja zżera owoce ludzkiej pracy, ceny idą w górę, półki sklepowe zaczynają świecić pustkami, dochodzi do masowych konfiskat prywatnej własności, a na dodatek zewsząd dobiegają słuchy, że do kraju z różnych stron świata zjeżdżają się, bynajmniej nie w celach pokojowych, różni dziwni ludzie. Posiadają broń i zaczynają obracać się w otoczeniu prezydenta, doradzając mu to i owo.  Prezydent reprezentujący określony światopogląd, wspierany przez różne, znajdujące się na zewnątrz państwa ośrodki decyzyjne, hołubiąc zagranicznych "gości" blisko związanych z tymi ośrodkami i przekonany o tym, że dzięki ich "wsparciu" może zbudować raj na ziemi, postanawia przejąć władzę totalną. Przeszkadza mu w tym jednak konstytucja i parlament, który widząc, co się święci oraz dostrzegając zagrożenie porządku publicznego i bytu państwowego, widząc, że za czynami prezydenta stoją emisariusze obcych państw, postanawia ratować kraj przed totalną katastrofą. W pewnym momencie Zgromadzenie Narodowe uchwala deklarację, w której stwierdza m.in.: "(...) Jest faktem, iż obecny Rząd Republiki od samego początku swego istnienia starał się usilnie przejąć całkowitą władzę, wyraźnie zamierzając poddać wszystkich obywateli najściślejszej kontroli gospodarczej i politycznej ze strony Państwa i tym samym ustanowić system totalitarny, całkowicie sprzeczny z reprezentacyjnym systemem demokratycznym ustanowionym w Konstytucji; (...) Aby osiągnąć ten cel Rząd nie poprzestał na przypadkowym łamaniu Konstytucji i innych praw, ale uczynił z tego trwały system podobnych zachowań, dochodząc do skrajności w postaci nie uznawania uprawnień pozostałych Organów Państwa, notorycznie łamiąc gwarancje jakie Konstytucja zapewnia wszystkim mieszkańcom Republiki i pozwalając oraz popierając tworzenie się równoległych i bezprawnych władz, które stanowią bardzo poważne niebezpieczeństwo dla Narodu. (...) Ugodził poważnie w wolność słowa, dokonując wszelkiego rodzaju presji ekonomicznych wobec mediów nie będących bezwzględnymi zwolennikami Rządu; zamykając tak gazety codzienne jak i rozgłośnie radiowe, zarzucając tym ostatnim, że nadają "nielegalnie"; z pogwałceniem prawa wtrącając do więzienia dziennikarzy opozycji; uciekając się do podstępnych procederów by ustanowić monopol informacyjny; Dopuścił się wielu bezprawnych aresztowań z powodów politycznych, poza już wspomnianymi dotyczącymi dziennikarzy, i tolerował fakt, iż ofiary w wielu przypadkach poddawane były torturom i biczowaniu; W upadłości państwa prawa szczególne znaczenie ma tworzenie i rozwój, przy poparciu Rządu, uzbrojonych grup które, poza godzeniem w bezpieczeństwo osób i ich praw oraz w wewnętrzny pokój narodowy, są również skierowane do stawiania oporu Siłom Zbrojnym". W kilkanaście dni po tej deklaracji, by ratować państwo, do akcji wkracza armia. I okazuje się, że napotyka na zbrojny opór ludzi prezydenta, wspieranych przez zagranicznych emisariuszy, którzy w tej sytuacji okazują się po prostu zewnętrznymi agresorami. Ofiary są po obu stronach. Wojsku udaje się wreszcie zaprowadzić porządek. Kilkanaście lat rządów wojskowych, na czele których stoi szef armii, to kilkanaście lat trudnych, ale potrzebnych reform ekonomicznych, niezbędnych do tego, by odbudować gospodarkę kraju. To wreszcie stopniowy powrót do demokracji i wycofanie się armii z rządzenia państwem. * * * Można sobie oczywiście taki scenariusz wyobrazić, ale niekoniecznie. Bo tak już kiedyś było, w Chile. Łamiący konstytucję i dążący do wojny domowej to marksista, prezydent Salvadore Allende, natomiast broniący porządku i ratujący kraj przed katastrofą komunizmu to dowódca sił zbrojnych, Augusto Pinochet. Fragment deklaracji to autentyczny dokument uchwalony przez ówczesne, legalne chilijskie Zgromadzenie Narodowe. Nawiązując do polemiki pana Adama Bartosza (TEMI, nr 3/99) z moim tekstem "Widmo krąży po Europie" można zastanowić się, co sugeruje autor, czy Hiszpania ma, czy też nie ma prawa upomnieć się o swoich obywateli, po których ślad w Chile zaginął. Oczywiście, Hiszpania ma prawo upomnieć się o wszystko, o co tylko zechce. Również o tych swoich obywateli, którzy na początku lat 70-tych zdecydowali się organizować, sabotującą chilijski porządek konstytucyjny, komunistyczną partyzantkę, a jeśli uzna za stosowne i poniesie ją fantazja może nawet wywołać III wojnę światową. Jednak dlaczego hiszpański sędzia, bo to on konkretnie domaga się wydania przez Londyn generała Pinocheta, czyni to dopiero teraz? Były chilijski przywódca, obecnie senator tego kraju posługujący się immunitetem dyplomatycznym, przebywał w Londynie wielokrotnie. Trudno uwierzyć, że sędzia Garzon wcześniej nie posiadał żadnych dowodów przeciwko Pinochetowi. A jednak do tego momentu nie domagał się jego aresztowania i ekstradycji do Hiszpanii. Dlaczego? Ano pewnie dlatego, że czekał, aż w Anglii dojdą do władzy ideowi pobratymcy Salvadora Allende i Fidela Castro, czyli socjaliści, dla których Pinochet na pewno nie jest idolem. Tak też się stało. Dlatego też, biorąc pod uwagę historyczne fakty o wydarzeniach w Chile oraz prosocjalistyczny klimat panujący w dzisiejszej Europie Zachodniej, naprawdę trudno uwierzyć, że nagonka na generała Augusto Pinocheta ma na celu rzeczywiście dążenie do wyjaśnienia prawdy i sprawiedliwości, nie jest zaś zemstą polityczną, szykowaną od lat przez jego lewicowych przeciwników. Paweł Sztąberek (Publikacja na SP - 11 grudnia 2006) Czytaj także: Paweł Sztąberek - Widmo krąży po Europie Paweł Toboła-Pertkiewicz - Chile - najbogatszy kraj Ameryki Południowej (wywiad z Wojciechem Klewcem) Paweł Toboła-Pertkiewicz - Gracias Generale

Chile – najbogatszy kraj Ameryki Południowej

Wywiad z Wojciechem Klewcem, autorem książki Proces pokazowy. Oskarżony Augusto Pinochet, na temat podejścia chilijskich wojskowych do gospodarki oraz obecnej sytuacji w tym kraju. - Ostatnio jeszcze raz zrobiło się głośno o generale Augusto Pinochecie. Czy generał Pinochet zazna kiedyś spokoju? Wojciech Klewiec: Słusznie zauważył pan, że Augusto Pinochet postacią głośną stał się ponownie. Po raz pierwszy świat poznał jego nazwisko w 1973 roku, gdy generał dokonał zbrojnego zamachu stanu w Chile. Obalił socjalistycznego prezydenta Salvadora Allende, którego rządy pogrążyły kraj w chaosie. Generał Pinochet oddał władzę w 1990 roku, a jeszcze przez kilka lat był naczelnym dowódcą sił lądowych. Kiedy przeszedł na emeryturę, stał się bezbronnym celem dla tak zwanych obrońców praw człowieka i w ogóle lewicy, która widzi w nim śmiertelnego wroga. Teraz rozmaici idealiści starają się rozliczyć generałem. Najpierw, choć był dożywotnim senatorem, Augusto Pinochet został więc aresztowany w rządzonej przez socjalistów Wielkiej Brytanii, na wniosek hiszpańskiego sędziego, nawiasem mówiąc także socjalisty. Później, od czasu szczęśliwego powrocie do kraju w 2000 roku, do generała zaczęli dobierać się rodzimi socjaliści oraz komuniści. Twierdzą, że chcą wymierzyć sprawiedliwość za łamanie praw człowieka w czasach rządów wojskowych. To mówią ludzie, którzy sami - bądź ich towarzysze - mają na sumieniu krwawe zamachy terrorystyczne, którzy bez żenady korzystali z pomocy takich obrońców praw człowieka, jak Fidel Castro czy Erich Honecker. Przypomnijmy, że na Kubie rewolucja komunistyczna pochłonęła tysiące ofiar i do dziś można tam trafić do więzienia za przekonania polityczne. Honecker natomiast kazał strzelać do ludzi, którzy chcieli uciec z NRD. Jego rozkaz był gorliwie wykonywany, wskutek czego zginęło wiele osób. Jak zapewne pan pamięta, Honecker znalazł schronienie po ucieczce z Niemiec w Chile, gdy nie rządzili już wojskowi. Tam też zmarł. I właśnie ludzie, którzy okazali tyle serca i wyrozumiałości budowniczemu NRD, odgrodzonej od świata zasiekami i murem, bez żenady pragną wymierzyć sprawiedliwość generałowi Pinochetowi. Obecnie oskarża się go o odpowiedzialność za kilka zabójstw i posiadanie tajnego konta za granicą. - Skoro wiemy już jak wygląda sytuacja obecna, zajmijmy się przyczyną dla której gen. Pinochet przejął władzę. Jak wyglądało Chile w 1970 roku, gdy prezydentem zostawał Allende? - Jak zwykle w Trzecim Świecie. Przemysł właściwie nie istniał, kraj żył z eksportu na dobrą sprawę jednego surowca - miedzi. Właścicielami kopalń były koncerny amerykańskie. Na wsi jedni mieli mnóstwo ziemi, inni wcale. Wielu ludzi żyło w nędzy. Mimo to rewolucjonista Allende wcale nie był oczekiwany jak zbawca, choć Salvador znaczy właśnie zbawca. W wyborach w 1970 roku otrzymał wprawdzie najwięcej głosów, ale niewiele więcej niż pozostali dwaj kandydaci. Allende został prezydentem, pierwszym w dziejach marksistą, który sięgnął po władzę w sposób demokratyczny, ponieważ tak postanowił Kongres. Za swe zwycięstwo Allende powinien być wdzięczny chadekom. Zaraz po wyborach, nie bacząc na to, że wybrała raptem jedna trzecia głosujących, socjalistyczny prezydent zaczął uszczęśliwiać wszystkich. Nacjonalizacja, reforma rolna i inne rewolucyjne porządki sprawiły jednak, że po trzech latach rządów lewicy w kraju brakowało żywności, inflacja sięgała 500 procent, bardzo często dochodziło do krwawych zamachów i napadów. W sierpniu 1973 roku parlament oskarżył Allende o dążenie do przejęcia władzy totalnej oraz o torturowanie działaczy opozycji i zwrócił się do wojskowych, aby przywrócili porządek. - Generał przejął więc rządy. Jaką prowadził politykę, głównie gospodarczą, aby wydobyć kraj z ogromnej inflacji, bezrobocia i biedy? - Przede wszystkim nie prowadził polityki sam, lecz pozwolił ją prowadzić ludziom, którzy na gospodarce znali się lepiej. Byli to wychowankowie wydziału ekonomii uniwersytetu z Chicago znani jako Chicago Boys, "chłopcy z Chicago". Wprowadzili liberalne reformy, przede wszystkim prywatyzację upaństwowionych przez Allende przedsiębiorstw. Dzięki tym zmianom gospodarka ozdrowiała. Są tacy, którzy mówią, że w Chile zdarzył się cud gospodarczy. - Podobno doradcą Pinocheta w sprawach ekonomicznych był laureat Nagrody Nobla z ekonomii, prof. Milton Friedman? - Profesor Friedman rzeczywiście odwiedził Chile, bodaj w 1975 roku, spotkał się z generałem Pinochetem, ale - jak twierdzi - nie doradzał ani Pinochetowi, ani rządowi wojskowych. Robili to jego uczniowie. To właśnie Milton Friedman ukuł powiedzenie "chilijski cud gospodarczy". Przeczytałem gdzieś, że profesor uważał, że cudem nie było wyprowadzenie Chile z zapaści, lecz to, że wojskowi pozwolili działać "chłopcom z Chicago". - Polacy niewiele znają chilijskich nazwisk, ale jednym z nich jest José Pinera, którego nasi liberałowie wynoszą na piedestał za reformę ubezpieczeń emerytalnych. Co zrobił Pinera i jakie są tego skutki do dziś? - Tak, to prawda, José Pinera to jeden z bardziej znanych u nas Chilijczyków. Szkoda, że nie tak znany, jak Pablo Neruda, ale to się musi zmienić. Pinera był jednym z "chłopców z Chicago". Przeprowadził reformę ustroju emerytalnego. Polegała ona na tym, że ćwierć wieku temu system, który opierał się na dzieleniu pieniędzy dla emerytów przez państwo, zastąpiono systemem opartym na indywidualnym gromadzeniu kapitału, zarządzanego przez firmy prywatne. Pinera twierdzi dziś, że emerytury w nowym ustroju są od 50 do 100 proc. wyższe niż w dawnym ustroju państwowym. Na chilijskiej reformie ubezpieczeń społecznych miała być na wzorowana także reforma polska. Ostatecznie niewiele jednak z tego wyszło. Słyszałem, że gdy Pinera usłyszał, że Zakład Ubezpieczeń Społecznych nadal będzie dzielił pieniądze, zniechęcony tylko machnął ręka. Ale pora przyznać już, że zagadnienia dotyczące emerytur i składek nie są mi zbyt bliskie, dlatego wszystkich zaciekawionych osiągnięciami Pinery zachęcam do odwiedzenia strony www.josepinera.com - Generał Pinochet rządził 17 lat. Czy w tym czasie Chile cały czas przeżywało boom gospodarczy, czy też były też okresy załamania? - Były. Najtrudniejsze chwile przyszły w połowie lat 80. Kraj, oprócz kłopotów odziedziczonych po Allende, zmagał się też z recesją. Niezadowolenie sięgało zenitu. Doszło do wielu manifestacji i strajków. Ale udało się wyjść na prostą. - Jak gospodarka Chile prezentowała się na tle innych krajów Ameryki Południowej, rządzonych w większości przez marksistów? - Uściślijmy, że w czasach, gdy u władzy był generał Pinochet, w Ameryce Łacińskiej nie było wielu rządów marksistowskich. Socjaliści w większości latynoskich krajów doszli do władzy dopiero niedawno. W każdym razie i wówczas, i teraz Chile wyróżnia się na korzyść. - Rok 1990 to oddanie władzy przez wojskowych. W jakich okolicznościach to się stało i jakie były tego przyczyny? - W 1988 wojskowi urządzili plebiscyt, który miał rozstrzygnąć, czy ludzie nadal chcą rządów prezydenta Pinocheta. 43 proc. głosujących powiedziało "tak", ale 54 proc. było przeciw. Generał uszanował głos wyborców, czego pewnie dziś żałuje. Przed odejściem postawił bowiem warunek, że jego następcy muszą wyrzec się zemsty i że muszą przestrzegać amnestii z 1978 roku. Na jej mocy darowano winy między innymi tym, którzy popełnili przestępstwa ze względu na bezpieczeństwo państwa. Dziś amnestionowani, jeden za drugim, trafiają do więzienia. Niektórzy uważają się już za więźniów politycznych. Cóż, generał Pinochet przekazał władzę niewłaściwym ludziom i za ten błąd właśnie płaci. Gdyby jego następcą na urzędzie szefa państwa został Tadeusz Mazowiecki, wszystkie umowy z tzw. opozycją demokratyczną zostałaby na pewno dotrzymane. - Jak dziś, po 15 latach od demokratyzacji Chile, wygląda ten kraj... - Bardzo przyjemnie. Rządzi nowoczesna lewica, a politycy uznawani za prawicowych szybko się unowocześniają. Jeden z nich, nota bene przeciwnik kandydata, a raczej kandydatki lewicy w grudniowych wyborach prezydenckich, właśnie powołał na stanowisko szefa swej kampanii kobietę. Specjalistę od marketingu, nawiasem mówiąc. Bo w Chile, proszę pana, najwyższą wartością są dziś prawa człowieka i kobiet. Niedawno bawił w Santiago premier Hiszpanii José Rodríguez Zapatero, a mało kto wie lepiej od pana, jak szczerze ów mąż stanu oddany jest idei postepu. Jego wizyta niebawem wyda zapewne owoce. W Chile nie wolno jeszcze dokonywać aborcji i eutanazji, ale obawiam się, że ich wprowadzenie jest kwestią czasu. Niemniej gospodarka jeszcze się trzyma, a nawet rozwija prawie tak, jak - według gazet - rozwija się polska. - W 2001 roku ukazała się pańska książka na temat oskarżenia gen. Pinocheta przez świat lewicy. Postawił pan tezę, że jeśli ktoś powinien stanąć przed sądem w pierwszej kolejności, to ci, którzy doprowadzili do totalnego rozkładu Chile. Jaki był odzew na tę publikację? W pierwszej edycji literackiej nagrody im. Józefa Mackiewicza zdobył pan nawet wyróżnienie... - Jestem jurorom za nie wdzięczny przede wszystkim dlatego, że mogę dzięki nim powiedzieć, iż znam kilka osób, które moją książkę przeczytały. Ale żarty na bok. Zważywszy temat i czas, w jakim "Proces pokazowy" się ukazał, z odzewu mogę być bardzo zadowolony. - Czy dziś nie myśli pan nad tym, aby uzupełnić książkę o opis ostatnich wydarzeń? - Nie, to raczej zadanie dla autora scenariusza telenoweli. Ale pewien pomysł książkowy związany z tematem chodzi mi po głowie. - Przez wiele lat pracował pan w dzienniku "Rzeczpospolita", był wysłannikiem m.in. do Chile. Mam więc powody sądzić, że jest pan ekspertem od Chile. Czy to kraj godny polecenie na przykład na wakacje? - Polecam Chile z całego serca. Wprawdzie pewni moi przyjaciele, zarażeni przeze mnie entuzjazmem, pojechali tam kiedyś na początku roku, styczeń i luty to pełnia chilijskiego lata i na drugim końcu świata trafili na warunki panujące w czasie deszczowego lata w Mszanie Dolnej. Musiałem się później gęsto tłumaczyć, że mieli pecha, taka pogoda zdarzyła się w Chile po raz pierwszy od stu iluś lat. Chyba mi uwierzyli, ponieważ nie zerwali ze mną. A może nie było im aż tak źle. W każdym razie w Chile jest bajeczne słońce, są góry i lodowce, plaże, pustynia, owoce i wino. Czego chcieć więcej? - A jacy są Chilijczycy? W większości są katolikami... - To prawda, choć z tymi katolikami różnie bywa. Tygodnik "Niedziela" podał właśnie, że obecność na Mszach świętych w niedzielę jest w Ameryce Łacińskiej, więc także i w Chile, mniejsza niż w Europie. Ale trudno się temu dziwić, skoro wśród chilijskiego duchowieństwa i wiernych zbierają żniwo postęp i nowoczesność. A także sekty protestanckie. Mimo to ja w Chile, i wśród katolików, i wśród protestantów, czułem się bardzo dobrze. Rozmawiał: Paweł Toboła-Pertkiewicz (7 listopada 2005) Wojciech Klewiec - urodzony w 1966 roku. Ukończył Iberystykę na Uniwersytecie Warszawskim, w latach 1991-2000 pracował w dzienniku Rzeczpospolita. W I edycji Literackiej Nagrody im. Józefa Mackiewicza jego książka Proces pokazowy. Oskarżony Augusto Pinochet została uhonorowana wyróżnieniem. Obecnie prywatny przedsiębiorca. W wydanym właśnie przez "Gazetę Wyborczą" w serii Podróże marzeń przewodnika po Chile w rekomendowanych na jego końcu książkach nie znalazła się pozycja wyróżniona w I edycji literackiej nagrody im. Mackiewicza. Znalazła się za to m.in. pozycja Eugeniusza Noworyty, ambasadora PRL w Chile w latach 1973-1975