Tag Archives: CIT

Rząd, zamiast wsparcia przedsiębiorczości stosuje jej prohibicję

Choć propaganda rządu Mateusza Morawieckiego przedstawia Polskę jako krainę mlekiem i miodem płynącą, raj dla przedsiębiorców i miejsce, gdzie opłaca się inwestować, nie brak głosów nieco inaczej postrzegających naszą rzeczywistość.

Morawiecki: Podatki w Polsce nie są zbyt wysokie

Jeszcze niedawno nowa minister finansów Teresa Czerwińska, na antenie TVP 1 brała pod uwagę pracę nad zmianą ustawy o podatku od osób prawnych, czyli CIT. Zmiana miała iść w kierunku ewentualnego obniżenia tego podatku.

PSL pod choinkę, czyli prawda o podatku dochodowym

Nikt Ci tyle nie da, ile władza obieca, a co dopiero opozycja, szczególnie taka niedawno odsunięta od władzy. A już w okresie Bożego Narodzenia, to w ogóle politycy zaczynają mówić ludzkim głosem.

List otwarty prezesa ZPP do prezesa PiS

Publikujemy List Otwarty prezesa Związku Przedsiębiorców i Pracodawców Cezarego Kaźmierczaka do prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego. Czyli o tym, jak to PiS co innego mówił, a co innego robi dla polskiej przedsiębiorczości.

Ekonomiczny przegląd półrocznych rządów PiS

W połowie maja minęło pół roku sprawowania władzy przez PiS. Spróbujmy ocenić politykę gospodarczą prowadzoną przez nowy rząd przez ostatnie sześć miesięcy. Oczywiście nasz komentarz — ze względu na ograniczoną objętość i przeglądowy charakter — nie będzie bardzo szczegółowy i skupi się na najważniejszych inicjatywach rządowych, takich jak program 500+, podatek bankowy, podatek detaliczny, ustawa rolna itd.

Czy minister Szałamacha przegra zakład?

Podczas ostatniego posiedzenia Sejmu minister finansów Paweł Szałamacha przyjął zakład, że rząd zrealizuje w 100% zaplanowane na 2016 rok dochody państwa. Zebranie przez rząd ponad 310 miliardów złotych, kluczowe dla realizacji zobowiązań z kampanii, wydaje się jednak mało realne. Zbyt optymistyczne szacunki dotyczące wzrostu przychodów podatkowych, wskaźnika inflacji, wzrostu gospodarczego czy akcji kredytowej mogą sprawić, że minister Szałamacha przegra 10 tysięcy złotych, a wielkość deficytu przekroczy zakładane 3% PKB.

Podatki płacimy, aby żyć w cywilizowanym kraju

Wczoraj pan prezydent RP Andrzej Duda powołał mnie na ministra finansów w rządzie pani premier Beaty Szydło. Od Ministra Finansów zależy zdolność państwa do wypełniania swoich zadań: obrony kraju, szkół, ścigania przestępców, budowy kolei i dróg, kultury. Aby je sfinansować parlament uchwala podatki.

„Solidarność” za obniżką podatków!

Postulat uproszczenia systemu podatkowego i obniżenia danin jakie musimy odprowadzać na państwo podnoszony jest od lat. Do tej pory stanowił on domenę ugrupowań politycznych zabiegających o głosy wyborców. Zazwyczaj jednak działo się tak, że gdy tylko ugrupowania te zdobyły władzę, ów postulat, w kampaniach wyborczych lansowany jako najpilniejszy, spychany był na dalszy plan, bo nagle okazywało się, że jest tysiąc ważniejszych spraw, a podatki mogą poczekać.

Janusz Korwin-Mikke kontra Tomasz Urbaś

Obejrzyj dyskusję między Januszem Korwin-Mikkem z KNP a Tomaszem Urbasiem, publicystą portalu natemat.pl. Tomasz Urbaś był niegdyś w UPR. Dziś obrał sobie program KNP za przedmiot ataku.

Raj podatkowy – wersja krajowa

Tyle się ostatnio działo: dziesięciolecie Polski w UE (czytaj: dekada proszalnego dziada), wybory do PE, ćwierćwiecze „wolności”, że aż przegapiliśmy wiekopomne wydarzenie. „Polska jest rajem podatkowym dla przedsiębiorców” - orzekli eksperci. Statystyczna firma w 2013 r. odprowadziła do budżetu 12,9% zysku zaś „dochody” rządu z CIT – u spadły o 1/4, ca. 2 miliardy zł.

Jakie podatki płacimy w Polsce?

Pomijając, że wysokie, warto byłoby odpowiedzieć także na pytanie, jakiego rodzaju są to podatki. Bowiem wbrew mniej lub bardziej rozbudowanym nazwom mamy w Polsce tylko kilka rodzajów podatków, a biorąc pod uwagę, że chyba nazwa żadnego nie ma najmniejszego związku z rzeczywistym przedmiotem opodatkowania, warto wiedzieć, jakiego rodzaju aktywności stanowią źródło utrzymania rządu.
Ta wiedza może być bardzo przydatna podczas oglądania TV. Jako że w ciągu ostatnich 20 lata niemal wszystkie rządy w Polsce były i są zwolennikami podnoszenia podatków (czyli zabierania pieniędzy obywatelom) w celu wydawania ich na administrację urzędniczą (czyli na wzrost bezrobocia) oraz na "instrumenty stymulowania gospodarki" (czyli wzrost cen), praktyczna różnica sprowadza się do tego, komu i ile chcą zabrać. Przede wszystkim opodatkowana jest konsumpcja. Wysokość tego podatku (stawka podstawowa 23%) budzi naturalny sprzeciw, lecz jeśli wziąć pod uwagę, że praca opodatkowana jest co najmniej 63-procentowym podatkiem, nie sposób nie zauważyć, że rząd zachował się wyjątkowo wstrzemięźliwie w odniesieniu do konsumpcji. Niestety, marna to pociecha, bo niższy podatek nałożono na efekt bogactwa niż na jego źródło. To tak jakby zabrać komuś pieniądze na leczenie gangreny w nodze, żeby potem dać mu zniżkę na zakup protezy. Kilka słów o rodzajach wydatków. Na szczęście są tylko dwa – inwestycje i konsumpcja. Podział jest dychotomiczny, czyli zupełny (oba rodzaje wydatków stanowią wszystkie wydatki) i rozdzielny (każdy wydatek jest albo inwestycją, albo konsumpcją, nigdy jednym i drugim), więc wystarczy zdefiniować jeden rodzaj wydatku, żeby wiedzieć wszystko na temat obu. Inwestycja to taki zakup, który po uruchomieniu go pracą (czyli inwestycją w czystej postaci) ma przynieść podwójny przychód: raz – zwrócić zainwestowany kapitał, dwa – wynagrodzić wykonaną pracę. Oczywiście, z inwestycją wiąże się też ryzyko, czyli funkcja prawdopodobieństwa, że określona inwestycja w określonym czasie nie tylko nie pozwoli na wynagrodzenie pracy, ale nawet nie zwróci kapitału. A mówiąc po ludzku – na naszej pracy zarobi ktoś inny. Cóż, wszystko zostanie w rodzinie, tyle że w cudzej :) Nie istnieje inwestycja bez pracy, choć może istnieć praca bez inwestycji kapitałowej – np. siada facet na ulicy i śpiewa, a ludzie mu za to płacą (gdyby miał gitarę, można by mówić o wsparciu kapitałowym). Jednak we współczesnym świecie większość osób pracuje na stanowisku, w które zainwestował ktoś inny (pracodawca), kto nie pracuje sam, lecz właśnie kupuje pracę innej osoby (pracownika). Oczywiście, pracodawca też pracuje, ale nad tym, żeby znaleźć klienta na efekty pracy pracownika, tak żeby odzyskać zainwestowane pieniądze i zarobić na utrzymanie. To z tego względu bajania związkowców, lewactwa i pozostałej eko-pacyfistycznej zgrai, że to pracownik utrzymuje pracodawcę, są tylko… bajaniami. Spróbujcie kiedyś wyprodukować np. telewizor samą pracą, tj. bez zakupu urządzeń i elementów – jak wam się uda, proszę o pilny kontakt. Konsumpcja zatem jest wydatkiem "nie-inwestycją", a więc wydatkiem, do którego nie potrzeba dodawać żadnej pracy i który nie ma na celu czegokolwiek odtwarzać czy zwracać. Konsumpcja nie wiąże się z żadnym ryzykiem, bo nie ma na celu zysku. Tym bardziej konsumpcja zachowuje zawsze maksymalną 100-procentową płynność, bo w całości realizuje się w chwili zakupu. Konsumpcja jest wyłącznie efektem pracy – cudzej, bo jej efekty kupujemy, oraz własnej, bo jej efektami płacimy. Ale nigdy nie jest przyczyną pracy, bo transakcja konsumpcyjna kończy wszystkie procesy rynkowe, jakie doprowadziły do powstania jej przedmiotu. Konsumpcja nie generuje pracy, tak jak zjedzony posiłek nie tworzy kolejnego. A co powstaje po posiłku, wie każde dziecko. Podsumowując – konsumpcją jest np. zakup jedzenia dla cioci, mieszkania na własny użytek, złotej ozdoby do założenia w Sylwestra itp. Dla odmiany inwestycja to np. zakup jedzenia do prowadzonej przez siebie restauracji, mieszkania na wynajem, złotej ozdoby w celu odprzedaży itp. Prawda, że proste? Jak widać, o rodzaju wydatku decyduje cel, a nie przedmiot. Łatwo zauważyć, że opodatkowanie konsumpcji nie ma żadnych skutków dla nikogo poza nabywcą i sprzedawcą – bo albo cena będzie za wysoka, albo odpowiednia. W przypadku zaś opodatkowania inwestycji rezygnacja z wydatku ma podwójny skutek – nie tylko nie dojdzie do nabycia przedmiotu inwestycji, ale nie zostanie wykonana praca, bo nie będzie na czym pracować. Mówiąc obrazowo, nie każdą piosenkę można zaśpiewać bez gitary. W Polsce inwestycje kapitałowe nie są opodatkowane, podobnie jak nie są opodatkowane nieruchomości (śmieszny podateczek rolny czy od nieruchomości dotyczy wyłącznie areału – to jakby oceniać inteligencję po ciężarze mózgu). Opodatkowana natomiast jest czysta inwestycja, czyli praca. Jak to wygląda w praktyce? Przećwiczmy to na umowie o pracę – na tzw. minimum krajowe 1500zł oraz na średnią krajową – 3690zł. Z umowy na 1500zł pracownik otrzyma "na rękę" 1111,86zł. To jest podstawa opodatkowania. Dlaczego? Bo po pierwsze po prostu tyle dostaje pracownik na życie, więc to jest czysta cena jego pracy, a po drugie – dla pracodawcy jest o tyle obojętne, ile wynoszą podatki, a ile cena netto, bo nie ma wpływu na wysokość opodatkowania. Dla pracodawcy istnieje tylko koszt zakupu, zawsze ten sam bez względu na to, ile zabiera rząd. Najprościej można sprawdzić ten mechanizm na podatku konsumpcyjnym. W cenie produktu za 100zł z podstawową stawką cena wynosi 81,30zł, zaś podatek 18,70zł. A przecież stawka procentowa podatku to 23%, a nie 18,70%! Owe 23% liczy się od ceny netto, a 23% od 81,30zł to właśnie 18,70zł. Wracając do umowy – do 1111,86zł trzeba doliczyć: (1) 205,65zł podatku na państwowe emerytury (dla zmyłki zwanego składką ZUS), (2) 116,49zł podatku na państwowe usługi medyczne (zmyłkowo zwanego składką NFZ), (3) marne 66zł zaliczki na podatek od pracy (oficjalnie zwanego podatkiem dochodowym – stawka 5,93% od czystego dochodu, normalnie podatkowy raj na ziemi!), (4) drugą część podatku na emerytury państwowe – 272,85zł (znowu ZUS) oraz (5) 38,25zł podatku na to, że inni są bez pracy (ten podatek ma wdzięczne i długie nazwy z jakimiś funduszami w tytule). Dlaczego te wszystkie daniny nazywam podatkami? Bo z punktu widzenia teorii prawa podatkowego mają wszystkie cechy podatków – są przymusowe, bezzwrotne, płatne na rzecz państwa i niepowiązane z konkretnym świadczeniem wzajemnym. Jak kto nie wierzy, niech umówi w przychodzi NFZ wizytę do endokrynologa. Życzę powodzenia. I zdrowia – ono przyda się szczególnie. Jeśli ktoś liczył z kalkulatorem, to powinno mu wyjść nie 1500zł, ale 1811,10zł. Zgadza się – to nie błąd! To jest rzeczywisty koszt, który ponosi pracodawca. Jak łatwo policzyć, podatki o różnych nazwach wynoszą 699,24zł. Licząc od podstawy opodatkowania, te 699,24zł w stosunku do 1111,86zł daje 62,88%. Tyle wynosi w Polsce najniższy podatek od pracy. Dla średniej krajowej (formalnie 3690zł na umowie – kwota równie fikcyjna jak owe 1500zł) wartości wynoszą odpowiednio: cena netto pracy 2637,53zł, koszt zakupu pracy (cena płacona przez pracodawcę) to 4455,31zł, zaś haracz dla rządu (tzw. podatek) to 1817,78zł, czyli 68,91%. W efekcie, robiąc zakupy, które służą wyłącznie zaspokajaniu potrzeb, płacimy 23 grosze od każdej złotówki, jaką otrzymuje sprzedawca netto. Dokonując zaś inwestycji w tzw. kapitał ludzki, czyli tworząc miejsca pracy w celu bogacenia się, płacimy co najmniej 63 grosze od każdej złotówki zarobionej netto przez pracownika. Biorąc pod uwagę, że inwestycja wiąże się ponadto z ryzykiem, należy stwierdzić, że rząd wykonuje bardzo dużo wysiłku w zniechęcanie do zatrudnienia. Wynik 12,90% bezrobocia należy w tym kontekście uznać za umiarkowany sukces rządu. Ale nic to – już z racji samej podwyżki rządowej ceny pracy w 2013r. (minimalne krajowe wzrośnie z 1500zł na 1600zł, czyli realnie z 1811,10zł na 1931,84zł) można spodziewać się wzrostu bezrobocia o co najmniej punkt procentowy na 14%. Poza podatkiem od konsumpcji i od pracy mamy jeszcze podatek od prowadzenia większego biznesu (oficjalnie zwany CITem), czyli podatek od pracy o wyższym stopniu dokapitalizowania stanowiska, oraz podatek typu lotto metodą chybił-trafił, potocznie zwany akcyzą. Po prostu ustawodawca uznał, że niektóre wyroby – energia w postaci prądu, wódki i papierosów, oraz samochody, czyli źródło podatku drogowego potocznie zwanego mandatem karnym za przekroczenie prędkości, są zbyt tanie, a przez to zbyt łatwo dostępne. Dlatego podlegają dodatkowemu opodatkowaniu akcyzą. Ot, tak po prostu, żeby nam się od nadmiaru dobrobytu w dupie nie poprzewracało. Oprócz zasygnalizowanego już podatku-symbolu od szybkiej jazdy pozostałe podatki nie mają w Polsce większego znaczenia. Jak widać, główny nacisk opodatkowania jest kładziony na źródło bogactwa (praca), powód spotkań towarzyskich (wódka), zasilanie do konsoli i do srajfona (prąd) oraz na truciznę (papierosy). Gdyby nie praca, można by powiedzieć, że rząd opodatkowuje to, co bliskie jego sercu. A tak pozostaje smutna prawda, że rządowi po prostu zależy na tym, żebyśmy nie mieli pracy i byli biedni. Paweł Budrewicz Autor jest radcą prawnym i ekspertem Centrum im. Adama Smitha. Prowadzi bloga stopsocjalizmowi.pl

Państwo, czyli kto?

Nie ma dnia ani godziny – wystarczy otworzyć gazetę, telewizor, portal internetowy czy co tam się teraz otwiera, a zaraz wyskakuje informacja, że państwu czegoś brakuje (rzadziej, że ma coś w nadmiarze), że coś zapewnia (głównie kontrolę i nadzór), że rozwija, że wspiera, utrwala, zapobiega, że to, że owo. Zapracowane to państwo – nawet w święta nie odpocznie.
Okay. Państwo, czyli kto? Premier osobiście? Jakiś jego minister? Urzędnik? Żona urzędnika? Pies jego sąsiada? Znajomy szwagra psa sąsiada? Kto to jest państwo? Dawniej było łatwiej. Król Ludwik XIV (Król Słońce – bo taki był rozpromieniony) powiedział, że "Państwo to ja" (L'Etat c'est moi – dla chętnych poszpanować francuskim) i wszystko było jasne. Facet powiedział, jak ma być – i tak było. A jak nie było, to się ścięło kogo trzeba i jego następca miał już wyklarowaną ścieżkę decyzyjną. Jak król zwariował, wariowało całe państwo. Może to nie zawsze było pragmatyczne, ale z pewnością dość przejrzyste i na swój sposób przewidywalne. Byłoby do dziś, ale przylazł Monteskiusz i kazał podzielić władzę na trzy części. I tak się skończyło "rumakowanie", że pozwolę sobie sięgnąć po cytat z innego klasyka. Skoro państwo to nie ja (i nie Ty, Czytelniku), to kto to jest "ten państwo"? Ktoś to musi być, skoro przypisujemy mu intencje czy moc sprawczą i decyzyjną. "Coś" (np. organizacja) nie ma takich właściwości, więc nie może mieć zamiarów czy pomysłów. Nie ma siły – państwo to ktoś, parafrazując wspomnianego już Ludwika XIV. Tymczasem dupa – niespodzianka! Jest zupełnie inaczej. Zacznijmy od tego, że mamy trzy pojęcia, które są nagminnie mylone – tak mylone, że już bardziej pomylić się ich nie da. Pierwsze to Ojczyzna (kraj, Polska, Rzeczpospolita o dowolnym numerze, bitwa pod Cedynią itd.). Drugie to państwo, czyli organizacja polityczna na danym terytorium. A trzecie wreszcie – rząd, a więc konkretni ludzie. Ojczyzna to pojęcie czysto psychologiczne. Ojczyzna uosabia to wszystko, z czym identyfikujemy się w wymiarze ponadjednostkowym, ponadrodzinnym i ponadgminnym. To jest historia, język, więzy narodowe, etniczne lub kulturowe, tradycja, nierzadko wiara, tożsamość, a nawet spór o słynnego dziadka Premiera Tuska. Ojczyzna nie istnieje jako konkretne miejsce czy przedmiot – to byt abstrakcyjny. Bardziej powód to pomachania szabelką czy poczucia dumy z tych pagórków leśnych, łąk zielonych i pól malowanych zbożem rozmaitem, niż jakiekolwiek tu i teraz. W końcu PRL też był Ojczyzną – gdyby było inaczej, nikomu nie chciałoby się walczyć z sowieckim okupantem. Tymczasem państwo – jako się rzekło – to organizacja. Nic więcej, nic mniej. Organizacja o przymusowej przynależności i posiadająca ustrukturyzowaną władzę, ulokowana geograficznie i obejmująca określoną ludność. Państwo jako organizacja jest tworem, który z założenia ma realizować cel niezwiązany z interesem jednostki, ale całego społeczeństwa. Najlepsze porównanie to porównanie do dużej korporacji – nie powołuje się spółki, żeby była, bo to fajnie mieć spółkę, ale po to, aby za jej pomocą realizować konkretne cele. Jeśli chcemy mieć sprawny sąd albo silną armię, to wymaga to pewnej organizacji, zarządzania i finansowania. Pierwotnie państwo było powołane właśnie w takich celach – obrona, porządek, sprawiedliwość. I nic się nie zmieniło – nadal tylko te cele są celami publicznymi (ogólnospołecznymi). Cała reszta (kultura, edukacja, sport, zdrowie, opieka socjalna, emerytury, nadzór nad rynkami itd.) zabezpiecza interesy poszczególnych jednostek, a nie ogółu. A w najlepszym razie – interesy wybranych grup. Obecny system sprawia, że na państwu jako organizacji spoczywają obowiązki polegające na nakładaniu podatków na wszystkich po to, aby zyskali nieliczni. To nie jest państwo, ale półprywatny folwark. Ostatni w tej triadzie jest rząd. I to jest właściwy adresat wszelkich pretensji i zastrzeżeń. Dlaczego? Bo rząd to ludzie – "państwo to my", chciałoby się powiedzieć. Co więcej – to są konkretni ludzie, których można wskazać z imienia i nazwiska, a którzy podejmują określone decyzje. O ile Ojczyzna to bardziej stan świadomości niż stan zorganizowania, a państwo to bezosobowa struktura, to rząd jest jak najbardziej ludzki i osobowy. Na to, że Polska rozciąga się pomiędzy Bałtykiem a Tatrami oraz Odrą i Bugiem, za bardzo wpływu nie mamy. W Jałcie tak zdecydowali i już zostało. Moglibyśmy się gdzieś przenieść, np. na opustoszałe tereny NRD, ale umówmy się, że nie zależy to tylko od naszej woli. I że – jak śpiewał Kazik – przez siedem miesięcy w roku nie ma słońca, a lato nie jest gorące, tylko zimno i pada, to też nie jest nasz wybór. Gdzieś w końcu padać musi. Ale na całą resztę wpływ mamy. Przykład? Przez prawie 18 lat obowiązywała stawka podstawowa podatku VAT w wysokości 22%. To nie jest stała kosmologiczna – rząd mógł ją zmienić. I zmienił. Stawka mogła wynosić 25% (łatwo by się liczyło) albo 20% (jeszcze łatwiej by się liczyło). Mogła też 13,87532% albo 1020% – bo czemu nie? Stopa procentowa 23 punkty to jeden z wariantów decyzji. Możemy wciąż hodować absurdalny i nieefektywny podatek PIT i CIT, a możemy – wprowadzić podatek od obrotu i ryczałt od prowadzenia firmy. Możemy – to jest decyzja. W mieście jest ograniczenie prędkości do 50 km/h. Czemu nie 20 km/h? Albo w ogóle zabrońmy jeżdżenia samochodami po mieście – będzie bezpieczniej, czyściej, bardziej eko! To są decyzje – mądre czy głupie, złe czy dobre, ale decyzje. Nie dopust Boży, prawo Natury czy wynik operacji arytmetycznej, tylko efekt politycznych i ideologicznych przekonań. Bo nam się wydaje, że tak będzie lepiej – mówi rząd. Im się wydaje, a ja za to płacę. Dlatego kryzys nie istnieje – są tylko skutki złych decyzji. Jeśli walnę się młotkiem w palec, to ból nie jest kryzysem palca, ale skutkiem mojej głupoty albo nieuwagi. I płynie z tego skutku rada na przyszłość dla mnie i dla rządu – nie walić się młotkiem w palec! Z tą różnicą, że w przypadku polityki rządu Pan Premier wali młotkiem w mój palec. Panie Premierze, proszę już przestać i uwierzyć mi na słowo – to naprawdę boli! A jak Pan nie wierzy, to proszę spróbować na sobie – efekt murowany. Skąd zatem w mediach i dyskusji publicznej bierze się to wszechobecne państwo? Odpowiedź jest prosta – to urodzony jeszcze w PRL wstręt przed odpowiedzialnością. Jeśli napiszemy, że państwo za coś odpowiada, to uciekamy przed prawdą, że za każdym działaniem stoi konkretny człowiek. I mówiąc "państwo", dajemy temu człowiekowi przyzwolenie na wszystko – może nas okradać (podatki), żeby potem większość naszych pieniędzy rozdać niepotrzebnym urzędnikom, a resztę rzucić społeczeństwu jako śmieciową pseudo-usługę publiczną wartą nie więcej niż 5% tego, co daje rynek (redystrybucja). Tak długo, jak długo będziemy używać słowa "państwo" jako synonimu rządu, będziemy dawać się okradać. Oszukując się przy tym, że to jakieś mityczne państwo coś robi, planuje, wspiera itd., a tym samym dając rządowi wolną rękę w robieniu nas na szaro. Pokutuje w Polsce związany z takim myśleniem mit tzw. pozytywnego ustawodawstwa – że wystarczy mieć dobry pomysł (co tam pomysł! – dobre chęci, zamiary i intencje), zapisać go w ustawie zdaniami tak okrągłymi, że same się w świat potoczą, a szczęście i dobrobyt spłyną na nas gładko jak woda po kaczorze. Państwo zapewni, wesprze, zorganizuje itd. Państwo, czyli kto? Nikt. A dokładnie – te wszystkie bezimienne rady, fundusze, zasiłki, programy operacyjne i wspierające, ZUSy, NFZy, PIPy i cała reszta. To jest ten nadmiar państwowego szczęścia – nic, tylko czerpać garściami i radować się, radować! Jako ortodoksyjny leseferysta i zgniło-burżuazyjny liberał uważam, że najlepsze, co mogłoby nas spotkać, to uchylenie 95% tych wspaniałych ustaw, tak żeby nigdy do nich nie wracać. Jednak w rozumieniu socjałów byłoby to nawoływaniem do anarchii, a kto wie, czy nawet nie do obalenia przemocą ustroju konstytucyjnego RP. Aby zatem nie być oskarżonym o takie niecne knowania, mogę zupełnie za darmo podarować towarzyszom uszczęśliwiaczom projekt nowej Konstytucji w duchu etatyzmu i walki o pokój na świecie. Art. 1. Państwo zapewnia dobrobyt. Art. 2. Każdy ma obowiązek być szczęśliwy. Art. 3. Kto jest nieszczęśliwy pomimo państwowego dobrobytu, podlega karze śmierci. Prawda, że proste? Nic, tylko siedzieć i czekać. Pytanie – na co? Na państwowy dobrobyt czy na państwowego oprawcę? A jak się rząd pomyli i wyśle do nas nie tego, kogo trzeba…? Na szczęście skład rządu to też decyzja. Nasza decyzja. Rząd może zmieniać podatki, ale my możemy zmienić rząd. Paweł Budrewicz Autor jest radcą prawnym i ekspertem Centrum im. Adama Smitha. Prowadzi bloga stopsocjalizmowi.pl