Tag Archives: deficyt

Cięcia podatków? – TAK! Dyscyplina budżetowa? – TAK! Redukcja socjalu? – TAK! Czy to wszystko w Polsce – NIE!

To wszystko zapowiada nowopowołany rząd Austrii z młodym, 31-letnim kanclerzem na czele, Sebastianem Kurzem. I choć Mateusz Morawiecki też nie jest wiekiem jakoś mocno zaawansowany, to polityka jaką proponuje jest raczej przeciwieństwem tej austriackiej. "Podwyżka podatków? - TAK!"; "Uszczelnianie systemu? - TAK!"; "Rozwój etatyzmu? - TAK!"; Czy to wszystko w Polsce? - TAK!".

Ludwig von Mises – jak naprawiać gospodarkę w świecie interwencjonistów

Jest bardzo prawdopodobne, że Ludwig von Mises był najbardziej bezkompromisowym, konsekwentnym i pryncypialnym obrońcą klasycznego liberalizmu i gospodarki wolnorynkowej w XX wieku.

Ekonomiczny przegląd półrocznych rządów PiS

W połowie maja minęło pół roku sprawowania władzy przez PiS. Spróbujmy ocenić politykę gospodarczą prowadzoną przez nowy rząd przez ostatnie sześć miesięcy. Oczywiście nasz komentarz — ze względu na ograniczoną objętość i przeglądowy charakter — nie będzie bardzo szczegółowy i skupi się na najważniejszych inicjatywach rządowych, takich jak program 500+, podatek bankowy, podatek detaliczny, ustawa rolna itd.

Czy minister Szałamacha przegra zakład?

Podczas ostatniego posiedzenia Sejmu minister finansów Paweł Szałamacha przyjął zakład, że rząd zrealizuje w 100% zaplanowane na 2016 rok dochody państwa. Zebranie przez rząd ponad 310 miliardów złotych, kluczowe dla realizacji zobowiązań z kampanii, wydaje się jednak mało realne. Zbyt optymistyczne szacunki dotyczące wzrostu przychodów podatkowych, wskaźnika inflacji, wzrostu gospodarczego czy akcji kredytowej mogą sprawić, że minister Szałamacha przegra 10 tysięcy złotych, a wielkość deficytu przekroczy zakładane 3% PKB.

Co musi mieć polityk, aby dobrze rządził gospodarką państwa?

W toku obserwacji przedwyborczych wydarzeń dotarło do mnie, że polityka i biznes mają jedną wielką wspólną płaszczyznę, która z pewnych względów nie jest w ogóle widoczna.

Zastosować właściwy wzór

Premier Tusk na Forum Ekonomicznym w Krynicy ogłosił początek końca kryzysu, który Polska odparła niczym bolszewików w 1920 r. Ogłosił to, gdy na „zielonej wyspie” trzeba nowelizować budżet, bo manko w kasie wynosi jakieś 30 mld zł, a żeby go skutecznie znowelizować – trzeba zawiesić konstytucyjny próg ostrożnościowy.
Jednakże co tam okoliczności coraz bardziej otaczającej nas rzeczywistości – grunt, to optymizm. Wprawdzie parafrazując znane powiedzenie optymista, to też pesymista, tylko niedoinformowany, ale tu w sukurs premierowi Tuskowi przychodzi poważna instytucja – GUS, który podał, że polska gospodarka przyspiesza. I to pomimo tego, że spadły dwa tak istotne (według obowiązujących jedynie słusznych doktryn ekonomicznych) dla PKB wskaźniki: konsumpcja i inwestycje. W tym drugim przypadku – inwestycji – coś jednak może być na rzeczy. W końcu zgodnie z twierdzeniem Miltona Friedmana to mniej pieniędzy wyrzuconych w błoto. No a skoro mówimy o spadku konsumpcji, to może warto zwrócić uwagę na wzrost liczby złożonych wniosków o upadłość. Firmy nie mają pieniędzy na zapłacenie należności, niekiedy wręcz bankrutują, więc i ci, którym są winni też wcześniej czy później poniosą straty. Tak jak podatki, tak i straty są przerzucalne, gdyż gospodarka to naczynia połączone. A upadające przedsiębiorstwa, to wzrost bezrobocia i spadek wpływów podatkowych. To spadek inwestycji i konsumpcji, czyli dalsze upadające przedsiębiorstwa, wzrost bezrobocia i spadek wpływów podatkowych. I tak dalej, aż do skutku. W Krynicy premier Tusk wysyłał pesymistów na drzewo. Rok temu, gdy pesymiści twierdzili, że ustawa budżetowa jest nierealna – również. Dlatego, zarażony optymizmem premiera w swym pesymizmie sugeruję, aby odtąd przyspieszenie polskiej gospodarki obliczać według wzoru na swobodne spadanie. Powinien być właściwy. Michał Nawrocki Fot.: internet  

Głucha złota rybka

Niczym grom z jasnego nieba na mieszkańców zielonej jak szczaw wyspy, oczekujących  niecierpliwie aż mirabelki dojrzeją, spadła informacja – ziściły się wyborcze opowieści Donalda Tuska o Unii Europejskiej i 300 milionach. Ba, do jej ziszczenia przyczynił się nie kto inny, lecz sam komisarz UE ds. budżetu, Janusz Lewandowski, który swego czasu występował w stosownym spocie reklamowym.
Co prawda i tym razem wyszło jak zawsze – jest UE, jest 300 „baniek”, tylko kierunek się nie zgadza. To nie Polska dostanie kasę, tylko będzie musiała ją wpłacić. Cóż, wygląda na to, że złota rybka, która spełnia życzenia premiera jest przygłucha. Doprawdy, logika konieczności dorzucenia się do unijnego budżetu zwala z nóg. Janusz Lewandowski oznajmił, że w budżecie unijnym brakuje pieniędzy na rok 2013, więc Polska musi dopłacić, żeby UE miała na dopłaty zwane funduszami. Także dla Polski. A minister finansów Jacek Vincent Rostowski przekonuje, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, bo Polska i tak jest „beneficjentem netto” i „polskie podmioty zyskują dużo więcej niż będziemy wpłacali". Hm, dziewięć lat polskiego członkostwa w UE minęło, a jakoś bilansu zysków i strat, tego, co wpłaciliśmy, co dostaliśmy, a przede wszystkim – ile kosztowało Polskę wprowadzanie unijnych dyrektyw  nie widać. A właściwie – jeden taki dokument powstał – Fundacja Gospodarki i Administracji Publicznej opublikowała „Kurs na innowacje. Jak wyprowadzić Polskę z rozwojowego dryfu?”, znany lepiej pod nazwą Raportu Hausnera. Jest on ogólnie dostępny w internecie. Nic dziwnego, że politycy i przywiązane do władzy media pomijają ten dokument milczeniem – po co babcię denerwować mówiąc, że z tych unijnych funduszy to więcej problemów niż pożytku? Że polska gospodarka dzięki unijnej redystrybucji zwija się miast rozwijać i w końcu zostaniemy z kosztami i długami, których nie będzie jak spłacić? Tak czy owak skądś trzeba ściągnąć pieniądze na potrzeby UE. A tu w kasie coraz bardziej pusto – Polska w pierwszym kwartale wyrobiła 70% normy deficytu budżetowego. Czyli trzeba sięgnąć do kieszeni podatników, najlepiej pod pozorem walki z oszustami. Na tej podstawie powstają dwa projekty. Pierwszy zakłada wprowadzenie w ordynacji podatkowej przepisów o klauzuli obejścia prawa podatkowego. Dzięki temu fiskus będzie interpretować działania podatników, czy aby nie próbują oni obchodzić prawa by obniżyć podatki, a jeśli uzna, że tak – wlepi urzędowy domiar i urzędową karę. Ponieważ w 2012 r. skarbówka wydała 36,8 tysiąca indywidualnych interpretacji prawa podatkowego, więc ściągalność powinna być duża. Drugi projekt zakłada powstanie dwu instytucji, w tym Rady ds. Unikania Opodatkowania, której członkowie za 700 tysięcy pln rocznie będą wyszukiwać luki w prawie i jednocześnie pełnić rolę biegłych w postępowaniach podatkowych. W tym kontekście nie ma się co cieszyć z pomysłu, by to urzędy skarbowe rozliczały nasze podatki. Przedsiębiorcy dostaną dodatkowe obowiązki, ale jeśli ktoś liczy, że w ten sposób to skarbówka będzie ponosić odpowiedzialność za źle rozliczone PIT – y, to jest w błędzie. Jak zwykle po kieszeni dostaną podatnicy. Michał Nawrocki Fot.: internet / MN

Plan odnowienia Ameryki Rona Paula

Społeczeństwo w Stanach Zjednoczonych powoli przygotowuje się do kolejnej prezydenckiej kampanii wyborczej. Przed właściwym starciem o najważniejszy fotel w kraju, odbędą się jak zawsze prawybory. Kandydatem Partii Demokratycznej będzie z pewnością Barack Obama. Uwaga wszystkich skupia się zatem na starciu wewnątrz Partii Republikańskiej. Trudno pozbyć się wrażenia, że Stany Zjednoczone stoją przed jednymi z najważniejszych wyborów od czasów Wielkiego Kryzysu w latach 30. ubiegłego wieku.

Debata PROKAPA: Czy stoimy w obliczu kryzysu? – odpowiada Marak Łangalis, ekspert Instytutu Globalizacji

W ramach Debaty PROKAPA „Czy stoimy w obliczu kryzysu gospodarczego?” publikujemy opinię p. Marka Łangalisa, eksperta Instytutu Globalizacji.
  1. Co czeka światową gospodarkę w najbliższych miesiącach?
W najbliższych miesiącach politycy kilku państw będą nadal zajmować się realnymi problemami spowodowanymi wirtualnym pieniądzem. Można oczekiwać, że wreszcie Grecja zaprzestanie spłaty swojego zadłużenia gdzieś na początku 2012 r. Uruchomi to falę problemów w kilku europejskich bankach, co przełoży się na drobne kłopoty Niemiec i Francji. Ze strony polityków w Europie należy oczekiwać kolejnych debat i spotkań na wysokim szczeblu bez żadnych odważnych decyzji. [caption id="attachment_14278" align="alignright" width="333" caption="Marek Łangalis, ekspert Instytutu Globalizacji"][/caption] Co do samej gospodarki to fabryki będą ciągle produkować, fryzjerzy strzyc, rolnicy zbierać plony i nowe zasiewać, więc w sferze realnej dużo się nie zmieni. Natomiast problemy mogą wystąpić w niektórych bankach, które zaangażowały się w obligacje „bez ryzyka”. Problemy tych banków mogą spowodować odcięcie niektórych przedsiębiorstw od kredytu, co z pewnością przełoży się na jakieś chwilowe perturbacje. Kluczowe jednak będzie nie najbliższe kilka miesięcy, a raczej następne 2-3 lata. Jeżeli nic się nie zmieni i nie zostanie zlikwidowane prawo bankowe (i zastąpione prawem wynikającym z kodeksu handlowego, cywilnego i karnego) to należy oczekiwać jakiejś dłuższej depresji, takiej jak w latach 70. ubiegłego wieku (dość wysoka 6-8 procentowa inflacja połączona z niskim wzrostem gospodarczym i stosunkowo wysokim bezrobociem).
  1. Jak potoczy się sytuacja gospodarcza w Stanach Zjednoczonych, w krajach strefy euro (czy wspólna waluta przetrwa?), w Polsce, w Azji?
Jeśli USA będzie nadal kopiować pomysły europejskie na gospodarkę (wysoki udział podatków, socjalne zabezpieczenia coraz większych grup społecznych) to nie ma cudów – dostosuje się swoim poziomem rozwoju do Europy. A ponieważ jest to wciąż najbogatsze państwo świata więc i skala marnotrawstwa będzie największa. Albo Stany wrócą do korzeni albo pogrążą się w stagnacji, gdzie dwuprocentowy wzrost gospodarczy uważany jest za boom. Euro nie ma teoretycznej możliwości przetrwania w obecnym kształcie. Wspólna polityka monetarna (ustalanie stóp procentowych, rezerw obowiązkowych) dla kilkunastu państw o różnym stopniu rozwoju a nawet różnej kulturze jest nie do utrzymania. To tylko kwestia czasu, kiedy decydenci europejscy zdadzą sobie z tego sprawę. Oby nastąpiło to jak najwcześniej, bo im później tym upadek będzie bardziej bolesny. Azja jest bardzo różnorodna. Jest Japonia z bardzo wysokim długiem publicznym i jest Singapur, ze zdrowymi finansami, niskimi podatkami i dwunastoprocentowym wzrostem gospodarczym za zeszły rok. Jednak jako kontynent w całości jest, obok Ameryki Południowej, jedynym który napędza globalny wzrost gospodarczy. W najbliższej dekadzie ta dominacja Azji powinna się znacząco umocnić, pomimo iż prawdopodobnie powinno dojść do jakiejś korekty w Chinach.
  1. Czy świat istotnie stoi w obliczu kryzysu gospodarczego a jeśli tak, to jaki przyjmie on charakter, jak długo może trwać, jakie mogą być jego konsekwencje i jak zmieni się świat po jego zakończeniu?
Politycy wpędzili świat Zachodu w kryzys. Uwierzono, że państwo wie lepiej na co wydawać pieniądze swoich obywateli. Jeszcze do czasów I Wojny Światowej udział państwa we wszystkich wydatkach składających się na PKB wynosił ok. 10%. Po II Wojnie Światowej było to 25-30%. Jeszcze do 2005 r. tylko nieliczne państwa miały ten współczynnik wyższy niż 45%. Teraz normą staje się 50%. To znaczy, że następuje w pewien sposób ubezwłasnowolnienie ludzi w podejmowaniu samodzielnych decyzji finansowych. Jeżeli państwa nie obetną szybko wydatków, a nie zrobią tego z powodu przyjętych zobowiązań emerytalnych, to czeka nas długotrwała stagnacja, podobna do tej z lat 70. ubiegłego wieku, gdy wydawało się że keynesowski pogląd na gospodarkę już finalnie zbankrutował (nawiasem mówiąc Keyens uważał, że udział wydatków państwa powyżej 30% PKB zagraża już gospodarce, dziś możemy „pomarzyć” o takich czasach). Po latach 70. przyszły lata 80., czas ciężkich reform i wyrzeczeń, które zaowocowały dość stabilnym wzrostem w latach 90. Obecnie może się okazać, że trzeba poczekać na nadejście nowej wolnościowej fali w USA, która da przyczynek do reform i zmiany w myśleniu szczególnie w Europie. Stagnacja może jednak potrwać jeszcze kilka lat.
  1. A może kryzys nam nie grozi i gospodarki poszczególnych krajów zaczną już wkrótce odnotowywać wzrosty?
Nawet jeśli nastąpią wzrosty gospodarcze, to od reform się nie ucieknie. Jak już wspomniałem Singapur zanotował dwunastoprocentowy wzrost gospodarczy, Chiny dziesięcioprocentowy. Normalny świat się rozwija i idzie do przodu nie oglądając się na to co wymyśli prezes FEDu w USA. W Europie chęć lepszej pracy jest tłamszona przez system podatkowy. Jeśli się to nie zmieni, to nadal dwuprocentowy wzrost w Niemczech będzie uchodził za boom gospodarczy, a Polska zaakceptuje czteroprocentowy wzrost jako normalny. Tymczasem potencjał Polaków, tłamszony przez biurokratyczną hydrę, powinien stawiać nas gdzieś w okolicach 8-10% wzrostu rocznie.
  1. Jak przeciętny Kowalski powinien przygotować się na ewentualny kryzys? Jak powinien ulokować swoje oszczędności, jeśli oczywiście takie posiada?
Każdy powinien decyzje inwestycyjne podejmować samodzielnie w oparciu o swoje preferencje do ryzyka i swoją wiedzę. Wiara w cudowne recepty podsuwane przez innych nie służy gromadzeniu efektów swojej pracy.
  1. Jak potoczą się losy polskiej gospodarki i czy jest ona w stanie uniknąć kryzysu?
Polska nie jest w stanie uniknąć spowolnienia gospodarczego, co wynika z tego, że zbliża się fala przechodzenia na emeryturę przez roczniki urodzone w latach 50. ubiegłego wieku. W ciągu 25 lat liczba emerytów zwiększy się o co najmniej 60%. Obecny system podatkowy tego nie dźwignie. Politycy albo będą musieli ogłosić niewypłacalność wobec swoich obywateli, albo przemyśleć rolę państwa. Może się okazać, że ¾ ściąganych podatków będzie przekazywanych emerytom. W długiej perspektywie polska gospodarka zostanie rozsadzona przez żądania emeryckie. Dodatkowo trzeba pamiętać, że żyjemy w demokracji – prawie dziesięciomilionowa rzesza wyborców o podobnych żądaniach będzie najważniejszą grupą, z którą będą się liczyć politycy. By uniknąć kryzysu jaki nas czeka za paręnaście lat, trzeba teraz ostro zakasać rękawy i pracować w pocie czoła, by było z czego płacić emerytury w przyszłości. Zamiast tego mamy jednak politykę „tu i teraz”. To nie wróży niczego dobrego. Co nie znaczy, że przez parę lat nie możemy mieć stabilnego wzrostu gospodarczego na poziomie 3-5%. Marek Łangalis Marek Łangalis jest ekspertem Instytutu Globalizacji Przygotował Paweł Sztąberek

Zmniejszyć deficyt: to nie takie proste

Wiele osób zadaje pytanie: dlaczego? Dlaczego trzeba podnosić VAT, dlaczego mamy płacić wyższe podatki, dlaczego mielibyśmy pracować dłużej i godzić się na wiele innych rzeczy, na które nie mamy ochoty? Odpowiedź jest prosta: z tego są pieniądze, niezbędne do załatania dziury budżetowej. Gdzie szukać pieniędzy? Dochody z podatku VAT, jak wynika choćby z pobieżnego przeglądania tablic GUS z miernikami gospodarczymi, stanowią około 45-50% wszystkich dochodów podatkowych. Nic więc (w sumie...) dziwnego, że właśnie tam rząd szukał brakujących pieniędzy. Jednak to rozwiązanie ma co najmniej jedną poważną wadę: dotknie najbiedniejszych, którzy kupują produkty z VAT. Może więc, jak sugerują niektórzy, choćby Ryszard Bugaj, wprowadzić wyższą stawkę podatku dochodowego dla osób, których zarobki przekraczają 200 tys. złotych rocznie? (http://www.rp.pl/artykul/9133,517283_Uderzenie__w_najubozszych.html) Tak, ukarzmy te kapitalistyczne świnie! Ukarzmy tych bogaczy, przez których my nie możemy mieć pieniędzy! Niech cierpią, jak i my cierpimy. Z przykrością muszę stwierdzić, że to też nie jest zbyt dobre rozwiązanie: bogacz rozjuszony tym, że karze się go za umiejętność wykorzystania talentu do zarabiania, będzie musiał obciąć swoje wydatki. Że swoje, to pół biedy. Jeśli jednak bogacz ma firmę, to aby jak najmniej odczuć podwyżkę podatku, ucieknie się np. do podwyższenia cen swoich produktów i usług. Zagadka: w kogo najbardziej uderzy zatem ta podwyżka? Aha! Drogie przywileje pod lupą Czy zatem nic się nie da zrobić? Można zmniejszyć zatrudnienie w administracji i zlikwidować przywileje typu wcześniejsze emerytury czy KRUS i inne. Oczywiście, rozlegną się zapewne głosy oburzonych, że to nieludzkie, że policjanci, że górnicy i kto jeszcze, mają rodziny na utrzymaniu, itp. Takie argumenty są populistyczne - każdy lub prawie każdy ma na utrzymaniu rodzinę. Każdy pracujący chciałby dostawać za pracę wysoką pensję, a jeśli pracodawca jest w porządku: nawet zostać z nim do końca życia zawodowego. ;) Niestety, realia nie zawsze na to pozwalają. Niektóre gałęzie gospodarcze tracą rację bytu, nie każdy pracodawca chce i/lub potrafi dotrzymać kroku szybko rozwijającym się konkurentom. Pracujący obecnie musi być przygotowany na to, że w związku z tym może zaistnieć sytuacja, że będzie się musiał ciągle dokształcać, a czasem nawet przekwalifikować. A teraz wracając do głównego wątku: wyobraźmy sobie, że znalazł się taki pracownik. Pracował x lat w danej branży, cały czas inwestował w siebie, dzięki czemu udało mu się znaleźć inną pracę po tym, jak jego zawód stracił rację bytu. Praca na danym stanowisku przy jednoczesnym podnoszeniu kwalifikacji wymagała od niego wyobraźni, odwagi, często również pieniędzy. I nagle ten oto człowiek słyszy, że również z jego kieszeni mają być opłacane przywileje tych, którym zabrakło wyobraźni i woli by poszukać zatrudnienia gdzie indziej. Czy to jest sprawiedliwe? Wredny argument, wiem, ale obrońcy przywilejów również piszą o sprawiedliwości. Postawić na przedsiębiorczość Zatrzymajmy się jeszcze nad samymi emeryturami: zrównanie wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn już da jakieś oszczędności. Wydłużenie wieku emerytalnego też powinno, ale tylko teoretycznie. Dlaczego? A z jakim wielkim problemem społecznym będziemy mieć do czynienia jeśli TYLKO pojawi się więcej osób chętnych do pracy i gotowych by ją podjąć? Bezrobocie. A jak można by rozwiązać ten problem? Stawiając na przedsiębiorczość. Co należałoby zrobić? Jak czytamy w raporcie Fundacji Obywatelskiego Rozwoju dotyczącym przedsiębiorczości, Bank Światowy zaleca nam np. uprościć przepisy dotyczące płacenia podatków, zakładania firm i uzyskiwania zezwoleń budowlanych. Raport jest z 2008 roku, czy jednak od tamtej pory coś się zmieniło w gospodarce? Jeśli już to raczej na gorsze. Jeśli jeszcze nam mało, możemy również zajrzeć do wykazu barier dla przedsiębiorczości przygotowanego przez Polską Konfederację Pracodawców Prywatnych Lewiatan (http://www.pkpplewiatan.pl/dla_mediow/_files/publikacje/Czarna_Lista_Barier_2010_srodek.pdf). Znajdziemy tam bariery: podatkowe, bariery wynikające ze stosunków pracy, bariery w wykorzystaniu funduszy strukturalnych, inne bariery utrudniające prowadzenie działalności gospodarczej, bariery z zakresu ochrony środowiska oraz bariery branżowe. Dokument ten, o ile dobrze widzę, liczy aż 116 stron. W takich właśnie publikacjach, moim zdaniem, należy szukać rozwiązania naszych problemów z dziurą budżetową. Barbara Kamińska

Wykorzystać możliwości

W grudniu ubiegłego roku Stanisław Michalkiewicz wspominał, jak to w 1992 r. Janusz Korwin – Mikke proponował wprowadzenie do Konstytucji RP zapisu, zakazującego uchwalania budżetu z deficytem, zaś każdą próbę obejścia tego zakazu – traktowania jako kradzieży szczególnie zuchwałej. Właściwie, biorąc pod uwagę skutki istnienia różnych deficytów, równie dobrze można traktować to jako handel ludźmi. Ważne jest, że wprowadzenie powyższego zapisu oznaczałoby częściowe lub całkowite bankructwo socjalu, w zależności od stopnia wolności gospodarczej. Zapisu, rzecz jasna nie wprowadzono, gdyż państwo nadopiekuńcze ma „zobowiązania” kosztem podatników obecnych i przyszłych. Świadczy to również dobitnie o celu sławetnej transformacji ustrojowej, którym bez wątpienia nie było odzyskanie wolności przez Polaków. Interwencjonizm bez kryzysów jest zasadniczo niemożliwy do wprowadzenia. Każdorazowo, gdy pojawia się kryzys pod pozorem „walki” władze wprowadzają kolejne regulacje „dla dobra ludzi”. Potem kryzys się kończy, a regulacje zostają i po dawnemu obowiązują wszystkich. Grecja bankrutuje. Za nią w kolejce czekają Portugalia, Hiszpania, Włochy i euro – zaraza wie, co jeszcze. Kraina obfitości UE okazała się życiem ponad stan. Wszędzie nawoływania, do większej dyscypliny budżetowej, nieprzekraczania dopuszczalnego deficytu strefy euro, oszczędności itd. Ci sami politycy, którzy doprowadzają kolejne państwa do bankructwa swoją rozrzutnością, jakby nigdy nic debatują o sposobach ratowania euro. Jednocześnie sprawują pełną władzę nad gospodarką, choć zdążyli udowodnić już swoją indolencję w danej materii a przeciąganie tego stanu rzeczy przypomina dawanie małpie do zabawy kolejnych granatów. Słowem – socjal się wali w gruzy pod własnym ciężarem, aż miło. Właściwie czemu by nie skorzystać ze zdobyczy interwencjonizmu, który i tak przecież finansujemy? Kryzys jest – jest? Inicjatywę obywatelską UE zapewnia? A, jakże! No to co stoi na przeszkodzie, aby dawny pomysł posła Janusza Korwina – Mikkego stał się prawem unijnym? Unijny zakaz uchwalania budżetu z deficytem – czyż to nie brzmi pięknie? Atmosfera sprzyjająca, jak najbardziej. Powszechność internetu, gdzie nawet w Polsce istnieje multum witryn wolnorynkowych, stwarza niepowtarzalne możliwości. Już nawet sama dyskusja przy zbieraniu potrzebnych podpisów (rok czasu chyba wystarczy?) uświadomi ludziom, czym jest w istocie deficyt budżetowy i na pokrycie czego idzie. A świadomość to przecież pierwszy krok do wolności! Zatem – wolnorynkowcy wszystkich krajów łączcie się! Zwłaszcza, że odłamki i tak rykoszetem uderzą w ideologię wolnorynkową. Zawsze znajdzie się jakiś użyteczny idiota, który ogłosi, że bankructwo socjalu to nie rezultat kretyńskich założeń, ale wina kapitalistów, którzy nie chcieli tego interesu finansować. Michał Nawrocki Foto: http://novakeo.com