Tag Archives: dług publiczny

Inflacja – komu służy, komu szkodzi?

Po dwuletniej deflacji, w grudniu ubiegłego roku powróciła inflacja. W połowie lutego osiągnęła wskaźnik 1,8% w skali roku. Oznacza to, że dziś potrzebujemy więcej pieniędzy na zakup tych samych towarów, niż potrzebowaliśmy ich przed rokiem, a na koniec roku 2017 z dużym prawdopodobieństwem potrzebować będziemy jeszcze więcej.

Destrukcyjni bankierzy – II fala kryzysu – III Wojna Światowa

Międzynarodowa finansjera rządzi światem. Różnego rodzaju teorii spiskowych i opinii na ten temat można znaleźć w internecie mnóstwo. Jak jest naprawdę i jakie są fakty? Jak wygląda działalność międzynarodowych bankierów na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat? I co oni mają wspólnego z Ukrainą czy Państwem Islamskim?

Stanisław Michalkiewicz: Społeczna Nauka Kościoła nie istnieje, personalizm to bełkot

Stanisław Michalkiewicz tłumaczy, czy istnieje coś takiego jak Społeczna Nauka Kościoła i czy musimy w nią wierzyć. Wyjaśnia też na czym polega "wyższa forma kradzieży" i kto jest mistrzem w jej stosowaniu.

Rok kradzieży „na bezczelnego” i w białych rękawiczkach

Choć od końca 2014 roku minęło już kilka tygodni warto mimo to do niego wrócić i poczynić kilka uwag. Jeśli mielibyśmy spojrzeć na Polskę i na nasze państwo roku 2014 oczami elit III RP, musielibyśmy stwierdzić, że nasza ojczyzna to „folklor” i „syf” (słowa prezesa wielkiego „strategicznego” przedsiębiorstwa państwowego), a także dodać, że „państwo polskie praktycznie nie istnieje”, że wszystko to „ch..., d.... i kamieni kupa” (wypowiedź byłego ministra spraw wewnętrznych z rządu PO-PSL).

Dobrobyt według sprawdzonego wzorca

Donald Tusk, nowy szef Rady Unii Europejskiej, zapowiedział, że zastosuje w całej Europie sprawdzony w Polsce model dobrobytu – dyscyplinę fiskalną i wzrost gospodarczy. W polskich realiach oznaczało to wzrost w ciągu 7 lat długu publicznego o ponad 85% do prawie 1 biliona złotych.

Niech stanie się pieniądz

“Jeżeli ludzie w kraju rozumieliby naszą bankowość i system monetarny, wierzę, że przed jutrzejszym rankiem wybuchłaby rewolucja” - te spiżowe słowa o funkcjonowaniu amerykańskiego sektora bankowego wygłosił jeden z największych kapitalistów dwudziestowiecznej Ameryki, gigant motoryzacyjny, Henry Ford.

Czy Ameryka się zatrzęsie?

Serwis internetowy Independent Trader zajął się analizą możliwego rozwoju sytuacji w Stanach Zjednoczonych w związku z opóźnieniem się uchwalenia nowego budżetu oraz zbliżaniem się terminu, do którego Kongres powinien wyrazić zgodę na zwiększenie limitu zadłużenia państwa. Termin ten mija 17 października 2013 roku.
Autor bloga podkreśla, że Stany znalazły się w trudnej, jeśli nie tragicznej sytuacji. Jak pisze Independent Trader, ponad 50 mln Amerykanów pobiera kupony na żywność, a 110 mln korzysta z różnego rodzaju pomocy rządowej. Bezrobocie liczone metodologią stosowaną w Europie przekroczyło 23%. Wszystko w sytuacji zerowych stóp procentowych oraz wtłaczania do systemu ponad 85 mld dolarów miesięcznie. Jakie zatem rozwiązania widzi autor? Wariant pierwszy przewiduje brak zgody odnośnie podniesienia limitu długu. Co zdaniem autora blogu może się w związku z tym wydarzyć? "Zaczyna się panika i masowe wyzbywanie się obligacji USA oraz Dolara, który traci na wartości względem innych walut. Panika ogarnia rynek akcji i obligacji gdyż systemy finansowe są połączone jak nigdy w historii. Przy okazji upadają 3-4 duże banki inwestycyjne, a ludzie tracą depozyty. Kredytowanie niemalże wszystkiego zamiera gdyż banki gromadzą środki aby ratować płynność obawiając się eskalacji bankructw. Ceny żywności i energii rosną dramatycznie w efekcie utraty wartości dolara. W ciągu miesiąca na stacjach zaczyna brakować benzyny gdyż kraje eksportujące ropę, nie akceptują więcej dolara. Chiny w odwecie rzucają na rynek ogromne ilości obligacji tym samym dobijając dolara oraz windując stopy procentowe co natychmiast przekłada się na wzrost wysokości rat kredytowych najbardziej zadłużonego społeczeństwa na świecie. Giełda oraz banki zostają zamknięte do odwołania. Transfery zagraniczne podlegają ścisłej kontroli. Wypłaty z bankomatów ograniczone do symbolicznych wypłat. Na ulicach panuje chaos i demonstracje. FEMA oraz HSD wkraczają do akcji aby zaprowadzić porządek". Jak widać wariant pierwszy brzmi mało optymistycznie. A o tym, iż jest on brany pod uwagę dowodzić mogą informacje jakie pojawiły się niedawno w internecie, a dotyczące przygotowań rządu amerykańskiego na ewentualność jakiegoś kataklizmu lub rozruchów. Szczególnie aktywne były w tych działaniach dwie rządowe agencje: Federalna Agencja Zarządzania Kryzysowego (FEMA) oraz Ministerstwo Bezpieczeństwa Kraju (HSD). Drugi wariant rozważany przez Independent Trader zakłada, że jednak dojdzie do porozumienia pomiędzy Demokratami a Republikanami i ostatecznie limit zadłużenia zostanie zwiększony. Co dzieje się wówczas? "Kraje posiadające znaczne ilości obligacji USA (Chiny, Japonia, UE) odetchnęły z ulgą. Dolar i rezerwy walutowe wielu krajów na razie uratowane. FED kontynuuje zakupy obligacji skupując więcej niż jest emitowane gdyż wiele krajów wyzbywa się obligacji USA zamieniając je na obligacje krajów BRICS i złoto. Rentowność 10-letnich obligacji stabilizuje się na pewien czas. Wypłaty zasiłków i świadczeń socjalnych zostają przywrócone podobnie jak funkcjonowanie tymczasowo zamkniętych instytucji. Agencje ratingowe nadal utrzymują wysoką ocenę kredytową dla USA. Pod koniec roku usłyszymy, że FED nasili działania i kwota jaką wpompowuję w systemu wzrośnie do 110 – 150 mld / m-c. Wszystko w ramach wspierania gospodarki, dostarczenia płynności i utrzymania niskich stóp procentowych, które mają wspierać rozwój gospodarki. Rząd USA i FED kupił kolejne miesiące i walka o otrzymanie rozpadającego się systemu trwa nadal". Ta opcja to w zasadzie zachowanie status quo. Czyli będzie tak jak dotąd. Giełdy odetchną a FED nadal pompował będzie w rynki finansowe miliardy dolarów, podtrzymując iluzję gospodarczej stabilizacji i pozornego wzrostu. Independent Trader rozważa jeszcze jeden wariant rozwoju wydarzeń, taki mianowicie, że przeprowadzany jest test, jak zachowają się rynki w przypadku groźby bankructwa USA. Jak tę opcję postrzega autor bloga? "Mija termin i w Kongresie nie dochodzi do podniesienia limitu. W mediach pojawiają się zapowiedzi o możliwym zawieszeniu spłaty zobowiązań w stosunku do zagranicznych wierzycieli. Na razie chodzi wyłącznie o spłatę odsetek podobnie jak zrobił ostatnio najstarszy włoski bank Monte Paschi. Na rynkach dochodzi do wyprzedaży obligacji USA, rentowność chwilowo sięga 3,5 %. Na giełdach akcji oraz surowcowych dochodzi do 10-15 % korekty. W ciągu kilku dni przez świat przechodzi panika wyprzedaży niemalże wszystkich aktywów. Nagle Kongres w trybie pilnym podnosi limit długu. FED awaryjnie wpompowuje w system 300-500 mld aby uspokoić sytuację na rynkach. Rynki zaczynają zwyżkować. Chwilowo kryzys zażegnany. Test jak zachowają się rynki w przypadku ogłoszenia niewypłacalności USA przeprowadzony, wnioski wyciągnięte". Ostatni wariant przypomina nieco wydarzenia jakie miały w tym roku miejsce na Cyprze, gdzie władze zdecydowały się z dnia na dzień skonfiskować część oszczędności Cypryjczyków zdeponowane w tamtejszych bankach. Ten akt państwowej grabieży prywatnych majątków interpretowano również jako test na to, jak daleko politycy wespół z wielkimi bankierami mogą posunąć się w okradaniu obywateli. Biorąc pod uwagę to, że operacja cypryjska nie wywołała wielkich masowych protestów, ani też nie wzbudziła potępieńczych reakcji innych państw, stwierdzić można, że test wypadł pozytywnie dla tych, którzy go przeprowadzili. Jednym słowem, ludzie nie są zdolni do obalenia władzy nawet wówczas, gdy rabowani są w biały dzień przez własny rząd. Wróćmy jednak do sytuacji w Stanach Zjednoczonych... Jakie wnioski wysuwa Independent Trader? Jego zdaniem, niezależnie od tego, który wariant zostanie zrealizowany, wadliwie funkcjonujący system nie zostanie naprawiony, a jedynie instytucje finansowe zyskają trochę czasu. Autor bloga zauważa w konkluzji, że limit długu, na 90 procent będzie podniesiony. "Politycy z natury wybierają bezbolesne rozwiązania. Nikt nie chce być posądzony przez wyborców, że przyczynił się do katastrofy finansowej. Podobnie myśli finansjera, lepiej na razie odwlec upadek, nad którym można łatwo utracić kontrolę niż oczyścić system. Co więcej debata między republikanami a demokratami podsyca animozje wśród Amerykanów odciągając ich uwagę od prawdziwych przyczyn kryzysu. Po przygotowaniach prowadzonych ze strony FEMA oraz innych agencji odpowiedzialnych za bezpieczeństwo można wnioskować, że władze są świadome, iż sytuacja może szybko wymknąć się z pod kontroli. Niemniej musimy pamiętać, że ludzie stojący u przyczyn obecnego kryzysu są prawdziwymi mistrzami manipulacji i od ponad 3 lat przesuwają upadek systemu krok po kroku. Pytanie jak długo uda im się kontynuować działania czy raczej są gotowi na kontrolowany upadek papierowych walut". Niewykluczone, że cała sytuacja jest specjalnie podgrzewana przez obie strony politycznego sporu, a wszystko po to, by w ostatniej chwili osiągnąć porozumienie i by ludzie odetchnęli z ulgą, że mają jednak odpowiedzialnych polityków, zatroskanych o kraj. Ogłaszana hucznie od 1 października br. informacja o paraliżu rządu też okazuje się przesadzona. Na portalu wpolitytce.pl Jacek Matysiak pisze, że paraliż dotyczy tak naprawdę jedynie 17 procent agencji rządowych. W 83 procentach rząd pracuje normalnie. Zamknięto m.in. parki narodowe oraz miejsca pamięci. Czy wobec tego 17 października 2013 roku przyniesie za Oceanem jakieś niespodzianki? Przekonamy się o tym już wkrótce. PS Za pafere.org

Terrain Awareness Warning System Off

Jest taki system w samolotach cywilnych, który ostrzega pilota, że maszyna jest za blisko ziemi. Co tam ostrzega! To wyjadło, które krzyczy pilotowi "pull up!" – wolant do siebie i samolot w górę! Choć oczywiście to do pilota należy decyzja co zrobić.

Dzień Dziecka Zadłużonego zorganizowała Nowa Prawica

W niedzielę 2 czerwca obok Łazienek Królewskich odbyła się akcja „Dzień Dziecka Zadłużonego” zorganizowana przez Kongres Nowej Prawicy. Celem happeningu KNP było uświadomienie Polakom, że obecna „polityka prorodzinna” jest nie tylko nieskuteczna, ale wręcz szkodliwa.
- Dzisiejsze społeczeństwo nie ma prawa zadłużać się kosztem naszych dzieci i wnuków. Będąc w sejmie, wnosiłem o zakaz planowania budżetu z deficytem, co spotkało się z powszechnym rechotem. W wyniku tego ówczesny dług na obywatela, wynoszący 2 tys. zł, wzrósł do 23 tys. zł. To nie jest dbanie o dzieci, lecz ich okradanie – powiedział Janusz Korwin-Mikke. Michał Biegała, Prezes Oddziału Podwarszawskiego KNP, podkreślał, że to rodzice powinni decydować o swoich dzieciach, a nie państwo. – Dziś minister rozstrzyga, czego mają uczyć się dzieci i jakie wartości są im wpajane w szkołach. Nie można oddawać tak istotnych decyzji ludziom, którzy zmieniają się co cztery lata, a dobro naszych dzieci nie jest ich najważniejszą troską. Podczas konferencji padły pytania o najnowsze sondaże. W badaniu SMG/KRC przeprowadzonym w dniach 28-29 maja Kongres Nowej Prawicy uzyskał 5% poparcia – tyle samo, co PSL. Janusz Korwin-Mikke ripostował, że w sondażu telefonicznym partia może być niedoszacowana. – W wyborach uzupełniających w Rybniku zdobyłem 8%, a to bardzo trudny teren – stwierdził. Przyczyn rosnącego poparcia Janusz Korwin-Mikke upatruje przede wszystkim w braku na scenie politycznej innej partii, która faktycznie reprezentowałaby poglądy konserwatywno-liberalne. ‑ Odwołująca się do nich niegdyś PO nie przeprowadziła ani jednej liberalnej gospodarczo reformy. Zamiast tego podnosi podatki i zadłuża obywateli, żeby na pocieszenie dać śmieszne becikowe. Rządy PO właściwie niczym nie różnią się od poprzednich – przekonywał prezes KNP. - Państwo i jego programy są nieefektywne. Marnowane obecnie m.in. na becikowe i jego biurokratyczną obsługę pieniądze należy oddać obywatelom i tylko to będzie prawdziwym wsparciem dla rodzin – postulował Piotr Palutkiewicz, Prezes Oddziału Warszawskiego KNP, którego wczorajsze wystąpienie na temat długu publicznego w Polsat News stało się w hitem w Internecie. Jego zdaniem, kolejne rządy zadłużają przyszłe pokolenia jedynie po to, by kupić głosy wyborców. AK

Budżet propagandy: nowa perspektywa finansowa UE 2014-2020

"Budowanie wspólnej naszej przyszłości. Wyzwania polityczne i środki budżetowe w rozszerzonej Unii" - takim hasłem w roku 2004 Komisja Europejska zapoczątkowała proces negocjacji i ostatecznego uchwalenia budżetu UE na lata 2007-2013.
Następną fazą procesu tworzenia budżetu było porozumienie rządów poszczególnych państw Unii. Gdy doszło wreszcie do niego podczas szczytu w grudniu 2005 roku, sprzeciwił się mu Parlament Europejski, który uznał, że wydatki zaplanowane na lata 2007-2013 są zbyt niskie. Ostatecznie porozumienie zawarto w maju 2006 roku. Swoje parafki postawiły pod nim, w ramach tzw. Międzyinstytucjonalnego Porozumienia w sprawie dyscypliny budżetowej i należytego zarządzania finansami, przedstawiciele Rady Unii Europejskiej, Komisji Europejskiej i Parlamentu Europejskiego.

Dotacje unijne - amunicja dla rządu

Tamta perspektywa budżetowa powoli przechodzi do historii. Zapewne potrzeba będzie kilku, a może i kilkunastu lat, by ocenić jej rzeczywisty, a nie odziany w propagandowe ornamenty, wpływ na rozwój Polski. Jedno nie ulega wątpliwości - w czasie największego napływu unijnych funduszy do Polski nastąpiła największa dynamika przyrostu długu publicznego. Jednocześnie lata rządów PO - PSL to czas, w którym parlament III RP przyjął najwięcej w całej jej historii ustaw. W latach 2007-2011 było ich aż 952, co daje średnio około półtorej ustawy na dzień. Z doświadczenia wiadomo, że im więcej ustaw, tym więcej biurokracji, regulacji i bardzo często nonsensownych przepisów utrudniających ludziom życie. Politycy będący u władzy potrafili ten czas bardzo dobrze wykorzystać. Unijne dotacje dostarczyły im amunicji w konstruowaniu PR-owskiej strategii. Napływ funduszy przedstawiano jako wielki sukces rządu Donalda Tuska. Skrzętnie też pomijano fakt, że dotacje wymagają tzw. wkładów własnych. To między innymi konieczność zapewnienia środków na te wkłady przyczyniła się do wzrostu długu publicznego oraz do zadłużania się gmin do tego stopnia, że niejedna z nich stoi dziś na krawędzi bankructwa.

Licytacja na cięcia

Obserwując dzisiejsze, odbywające się w cieniu kryzysu finansowego i widma recesji, zabiegi wokół nowej perspektywy budżetowej obliczonej na lata 2014-2020, nie sposób nie odwołać się do tej najświeższej historii. Można bowiem dostrzec w niej wiele punktów wspólnych. Wówczas, podobnie jak i teraz, największym oponentem cięcia wydatków był Parlament Europejski. Trudno się zresztą temu dziwić. PE to chyba jedyne ciało w ramach całej unijnej struktury, do którego przedstawiciele wybierani są w wyborach powszechnych. Wiadomo, że każdy z nich będzie obiecywał wyborcom walkę o większe wydatki, a nie o mniejsze. Z głosem wyborców liczyć się również muszą szefowie poszczególnych państw należących do UE. Prezydent Francji stara się schlebiać swoim socjalnie nastawionym wyborcom, zapewniając ich, że nie dopuści do zbyt dużego ograniczenia wydatków, przynajmniej w dziedzinie rolnictwa. Nieco inne nastawienie reprezentują Brytyjczycy, tradycyjnie zorientowani raczej na wiarę we własne siły, aniżeli liczenie na to, że ktoś im coś da. Stąd silnie stawiane przez premiera Davida Camerona postulaty najdalej idących cięć w unijnym budżecie, bo aż o 200 mld euro. W jeszcze innej sytuacji znajdują się Niemcy jako kraj, który najwięcej dokłada do tego całego biznesu. Kanclerz Angela Merkel zapewne potrafi czytać statystyki i dobrze wie, że względnie dobra pozycja gospodarcza RFN nie jest dana raz na zawsze. A liczby powoli zaczynają wykazywać spowolnienie. Stąd silne parcie pani kanclerz na redukcję wydatków, przynajmniej o 130 mld euro. Nieco skromniejsza jest propozycja przewodniczącego Rady Unii Europejskiej Hermana Van Rompuya, który zaproponował cięcia na poziomie 75 miliardów. Jeszcze mniej cięć, bo 55 mld euro, proponuje prezydencja cypryjska. Propozycja ta nie podoba się jednak polskiemu rządowi, gdyż cięcia dotyczyć mają przede wszystkim tzw. funduszy strukturalnych, na których pozyskanie Donald Tusk szczególnie się nastawia, nawet kosztem ograniczenia dotacji dla rolników. To też można poniekąd zrozumieć. Rozdziału dotacji dla rolnictwa dokonują przede wszystkim instytucje zarządzane przez koterie powiązane z koalicyjnym PSL, natomiast podziałem funduszy strukturalnych zajmują się bardzo często urzędy opanowane przez biurokratów związanych z Platformą Obywatelską. Donald Tusk ma zatem ważny interes, by zabiegać o ratowanie tego, co będzie służyć jego środowisku politycznemu, jego partii.

Rząd i tak ogłosi sukces

Budżet na lata 2007-2013 został ostatecznie zaakceptowany w połowie 2006 roku. I oczywiście każda ze stron okrzyknęła go jako swój sukces. Czy podobny scenariusz czeka nas również teraz? Nie jest to wcale wykluczone. Sukces, jaki by nie był, dla rządu Donalda Tuska jest bardzo ważny. Rząd, który swoje dotychczasowe urzędowanie opierał przede wszystkim na epatowaniu Polaków monstrualnymi liczbami eurobanknotów napływających do kraju oraz obietnicami napłynięcia kolejnych, nawet niepowodzenie będzie musiał przekuć w sukces. Premier może tu zapewne liczyć na wsparcie swojego największego protektora, kanclerz Angeli Merkel. Przynajmniej jeszcze na tym etapie, póki Polska jest Niemcom do czegoś potrzebna (unia bankowa, pakt fiskalny, Europejski Mechanizm Stabilizacyjny, "więcej Europy w Europie" itp.), szefowa niemieckiego rządu nie ograniczy się jedynie do poklepania "przyjaciela Donalda" po plecach, ale zapewne doprowadzi do zawarcia jakiegoś kompromisu, który pozwoli Tuskowi wyjść przed polskimi wyborcami z twarzą, a jednocześnie okaże się optymalny również dla interesów Niemiec. Warto pamiętać, że w przyszłym roku u naszych zachodnich sąsiadów odbędą się wybory parlamentarne, dlatego też opinia niemieckiego wyborcy również nie będzie dla Angeli Merkel obojętna. Niemniej scenariusz, kiedy to Donald Tusk za pół roku ogłosi wielki sukces polskiego rządu w walce o budżet na lata 2014-2020, nadymając się jednocześnie tym, jak to nawet najwięksi mocarze się z nim liczą, nie jest wcale taki trudny do wyobrażenia. Nie nastąpi to chyba jedynie w sytuacji, gdyby ten rząd wcześniej z jakichś względów musiał upaść.

Z nieco innej perspektywy...

Patrząc nieco z boku na te budżetowe zabiegi, warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt całej sprawy: czy wielki budżet państwa jest dla obywateli korzystny? Trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że im większy budżet, czy to pojedynczego państwa, czy - jak w omawianym przypadku - struktury takiej jak Unia Europejska, tym mniejsze budżety domowe zwykłych ludzi. Wielki budżet oznacza bowiem wielkie podatki. To obywatele, pod przymusem i pod groźbą odpowiedzialności karno-skarbowej, zrzucają się na te gigantyczne kwoty, nad których podziałem zastanawiają się teraz w Brukseli eurobiurokraci. To obywatele swoją codzienną, ciężką i mozolną pracą dostarczają eurobiurokratom wszystkich tych zabawek, dzięki którym mogą oni urządzać wielomiesięczne medialne spektakle, prężąc się i pusząc, jak to dzielnie walczą o interesy państwowe. Prawda jest jednak nieco bardziej prozaiczna. Ci, którzy dziś tak się prężą w Brukseli, najpierw przyczyniają się do uchwalania u siebie praw, które z własnych obywateli czynią niewolników fiskalizmu, po to, by potem o prawa tych niewolników rzekomo upominać się przed międzynarodowymi gremiami. Rząd, który tak postępuje, czyni z własnych obywateli nie tylko niewolników, ale także żebraków. Polski podatnik utrzymuje dziś nie tylko własną biurokrację, ale także biurokrację unijną. Pieniądze, które wracają do Polski w formie unijnych dotacji, trafiają do nielicznych, natomiast konfiskowane są wszystkim. Trwająca właśnie w mediach oficjalna kampania prodotacyjna, prowadzona pod hasłem "Wszyscy korzystają, nie każdy widzi", ma na celu zamydlenie rzeczywistej skali marnotrawstwa, którą będzie można oszacować dopiero za kilka lat. Dziś bowiem nawet jeszcze niedawni apologeci rzekomo zbawczej funkcji unijnych dotacji zaczynają zmieniać retorykę. Coraz częściej, choć wciąż nieśmiało, mówią oni, że rozdawnictwo szkodzi, dlatego proponują pożyczki, gdyż mogą one być gwarantem bardziej racjonalnego wykorzystywania unijnych pieniędzy. Tym samym przyznają, że dotychczasowa polityka dotacyjna była nieracjonalna. Zmiana retoryki tych macherów od podziału cudzych pieniędzy nie oznacza jednak, niestety, zmiany nastawienia do idei "wielkiego budżetu". Ten cały czas ma być wielki, a "my" wciąż musimy go dzielić, nieważne, czy rozdając dotacje, czy - tym razem - pożyczki. W kończącej się w 2013 roku obecnej perspektywie budżetowej jedno z haseł, o które niemalże można się było potykać na ulicy, brzmiało "innowacyjna gospodarka". Teraz wspomina się o "inteligentnym biznesie", podkreślając jednocześnie, że z tą "innowacyjną gospodarką" nie wszystko poszło tak, jak pierwotnie zakładano. Do 2020 roku jeszcze sporo czasu, ale nie trzeba być prorokiem, by przewidzieć, że z "inteligentnym biznesem" wcale nie pójdzie lepiej. Bo pójść nie może. Grecję jeszcze dekadę temu przedstawiano nam jako wzór kraju, który dzięki unijnym dotacjom z jednego z najbiedniejszych państw Europy stał się jednym z najbogatszych. Dziś już nie wraca się do tamtych propagandowych sloganów, bo życie każdego dnia pokazuje, jaka jest prawda. Czy Polacy będą w stanie wreszcie ją dostrzec? Paweł Sztąberek Artykuł ukazał się w "Naszym Dzienniku" z 21 listopada 2012 roku.

Myślenie polityczne, czyli będzie jeszcze nieźlej

Jak głosi mądrość ludowa, pesymista to też optymista, tylko dobrze poinformowany. O tym, że coś musi być na rzeczy można przekonać się czytając wpis prof. Krzysztofa Rybińskiego podsumowujący radosne wydarzenie, jakim było spłacenie długów dekady Gierka. Profesor leje zimną wodę na głowy uszczęśliwionego ludu pracującego i bezrobotnego miast i wsi, że długi epoki Gierka poszły na przemysł, a Tuska, rosnące w identycznym tempie – na infrastrukturę i stadiony; że połowę długu epoki Gierka nam darowano, a długi epoki Tuska trzeba będzie spłacić w całości; że dynamika demograficzna spowoduje, iż długi Tuska będzie spłacić znacznie trudniej. Wreszcie, że do oficjalnego zadłużenia nie wlicza się gigantycznego długu w ZUS.
Długi te spłacać będą przyszłe pokolenia, również jeszcze nienarodzone, a ponieważ  najjaskrawiej ochrona życia poczętego zapisana jest w prawie spadkowym, które głosi, iż „dziecko poczęte uważa się za już narodzone, o ile chodzi o jego korzyści” (a skoro korzyści, to dlaczego nie zobowiązania?), więc strach pomyśleć, co to będzie, gdy z czarnowidztwem prof. Rybińskiego zapozna się Rzecznik Praw Dziecka. Jeszcze urząd ów gotów dojść do wniosku, że takie zadłużanie obecnych i przyszłych nieletnich jest sprzeczne z art. 72 ust. 1 Konstytucji RP głoszącym, iż Rzeczpospolita Polska zapewnia ochronę praw dziecka. Każdy ma prawo żądać od organów władzy publicznej ochrony dziecka przed przemocą, okrucieństwem, wyzyskiem i demoralizacją. I co wtedy? Zasadniczym błędem popełnianym przez prof. Rybińskiego i wielu innych komentatorów polskiej polityki jest to, że nie dość, iż myślą, to jeszcze myślą logicznie, często odwołując się do wiedzy. O tym, że ani logika ani wiedza nie mają żadnego znaczenia w polskiej polityce przekonują nas chociażby kolejne błyskotliwe kariery: polonistka Pitera walcząca z korupcją, geodeta Grad nadzorujący polski program nuklearny czy ministra sporta doktora Mucha. Analizując polską politykę należy się przestawić na myślenie polityczne. Czyli wyzwolone od wszelkiej logiki, o wiedzy już nie wspominając. Weźmy dla przykładu Basen Narodowy Morskie Oko. Malkontenci, nie wyłączając niżej podpisanego, marudzili, że poza organizowaniem imprez piłkarskich i różnych dożynek kultury, do niczego innego się on nie nadaje. Tymczasem okazuje się, że może być wykorzystywany bardziej wszechstronnie, niż to się komuś mogło marzyć. Dzięki innowacyjnym rozwiązaniom technicznym nasze orły błotne mogą na nim trenować nie tylko piłkę nożną, krykieta czy badmintona, ale również, zależnie od aury: piłkę wodną, pływanie, pływanie synchroniczne, kajakarstwo górskie (na schodach i trybunach), windsurfing, łyżwiarstwo figurowe, hokej, bojery, saneczkarstwo (schody i trybuny), i diabli wiedzą co jeszcze. W odwodzie, na wypadek gdyby jakiś sabotażysta naoliwił zębatkę i znalazł korbkę do zamykania dachu, mamy jeszcze podziemny obiekt „Metro Powiśle”, który normalnie może służyć do krioterapii, zaś po zastosowaniu grzałek – jako pływalnia. Dzięki takiej wszechstronności sportowców możliwe będzie zlikwidowanie tych wszystkich PZPN – ów, MKOl – i i innych „polskich związków” oraz zastąpienie jednym – Polskim Związkiem Sportu Specjalnej Troski. I już pierwsze korzyści dla budżetu, w postaci sprzedaży nieruchomości i nieodzownego podatku od czynności cywilno – prawnych, czyli 2% wartości transakcji. Dla kibiców też wygoda – cały bardak w jednym miejscu. W dodatku nie trzeba będzie szkolić sportowców odrębnych specjalności – nasza wszechstronna kadra pokona każdego przeciwnika, nie wyłączając samej siebie. Wypuszczona na zagraniczne tourné wróci z worem nieamberowych medali. Wtedy wystarczy twórczo rozwinąć ustawę o opodatkowaniu wydobycia państwowych kopalin o zapis o opodatkowaniu zdobywania medali z kopalin, i znów kaska leci. A po pewnym czasie nacjonalizacja wyrobów z kopalin, należących wszak do państwa. Skoro kopaliny należą, to czemu  nie wyroby? Walnie to co prawda we wszystkich, ale za to będzie dość money na spłatę długów, ratowanie strefy euro, a i zostanie za co wypić i zakąsić przy okazji wręczania medali i okolicznościowych dyplomów uznania za drania. Że to niemożliwe? Cieć Anioł z kultowego serialu „Alternatywy 4” (epoka gierkowska) mówił, że u nas, w Pułtusku, nie takie numery żeśmy robili. A nikt nie zaprzeczy, że przy Tusku, to cieć Anioł cienki Bolek jest. Michał Nawrocki Fot.: internet

Ministerstwo Finansów – największy wróg człowieka!

Ministerstwo Finansów rządu III RP ogłosiło w czwartek, że jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej. Mowa oczywiście o stanie naszego długu publicznego. Rzeczniczka ministra Jacka Vincenta Rostowskiego zapewniła, że na pewno nie zbliżymy się w tym roku do ryzykownych progów. Słynny księgowy, bardzo zresztą kreatywny, Jacek V. Rostowski (może kiedyś będziemy pisać Jacek R. - oskarżony o fałszowanie dokumentów) ogłosił, ustami swojej rzeczniczki, pani Brzozy, że ma nowe propozycje. Co prawda dług ma być liczony według tej samej metodologii (zastrzega się Jacek R. tzn. minister Jacek Rostowski), ale "nowe propozycje mają skorygować wady związane z funkcjonowaniem w praktyce dotychczasowych zapisów związanych z uruchamianiem sankcji po przekroczeniu przez relację długu do PKB poziomu 50 proc. i 55 proc.".
Jak podaje portal Money.pl, Brzoza opisała to tak: "jednorazowe i przejściowe wydarzenia na koniec danego roku (x) mogą oznaczać, że w roku x+2 konieczne będzie uruchomienie sankcji, ze względu na przyczyny, które już dawno minęły, a nie ze względu na złą sytuację finansów publicznych. Sankcje te w okresie spowolnienia gospodarczego mogą spowodować dalsze ograniczenie tempa wzrostu gospodarczego, a tym samym dalszy wzrost relacji długu do PKB, nawet przy zahamowaniu wzrostu długu już w roku x+1.". Jak ktoś chce niech nad tym duma. Ministerstwo Finansów to - jakby ktoś nie wiedział - taki twór, który ma dbać o to, by państwo (rząd) miało jak najwięcej kasy, a jak najmniej problemów. Jednak pewnych problemów uniknąć się już nie da, o czym świadczą te wszystkie sztuczki, o czynieniu których ustami pani Brzozy komunikuje nam pan minister Rostowski. Jeśli ktoś myśli jeszcze, że ministerstwo finansów istnieje po to, by Polakom żyło się lepiej to jest w grubym błędzie. To tak jakby myśleć: "dobrze, że zostaliśmy okradzeni, bo dzięki temu złodziejowi będzie się żyło lepiej". Ministerstwo Finansów to największy wróg każdego człowieka, a budżet państwa to największy wróg budżetów domowych. A w tak rozbuchanym wydatkami potworze jak III RP (bękart "okrągłego stołu") jest to wróg szczególny. Troska ministra finansów o stan długu publicznego czy o kondycję budżetu państwa to nic innego jak zastanawianie się nad tym, jakby tu jeszcze bardziej oskubać współcześnie żyjących oraz przyszłe pokolenia. Nowe, "rewelacyjne" pomysły pana Vincenta to kolejna odsłona nieustannego strzyżenia owiec. A owcom tymczasem już się nawet beczeć nie chce. Paweł Sztąberek