Tag Archives: dobrobyt

Porzucić socjalizm, wybrać kapitalizm…

Podczas V Zjazdu austriackiego w Krakowie prof. Witold Kwaśnicki wygłosił wykład „Przedsiębiorca opoką dobrobytu”. Cały zjazd poświęcony był idei przedsiębiorczości. Kwaśnicki rozpoczął od postawienia pytania: „Gdzie chcielibyście żyć? 400 lat temu będąc bajecznie bogatym człowiekiem, czy współcześnie będąc normalnym pracownikiem z przeciętnym wynagrodzeniem?” Większość wybrała drugą opcję. Widziałem, że ucieszyło to bardzo profesora, ponieważ chciał udowodnić tezę, że dzisiaj ludziom żyje się lepiej.

Do ustawodawców – w obronie materialnego bytu rodziny

Publikujemy treść odezwy jaką założyciel i wieloletni prezes Fundacji PAFERE, Jan M. Małek, wystosował do ustawodawców z okazji odbywającego się w Warszawie w dniu 25 marca 2017 roku Narodowego Kongresu Rodziny.

Powitanie z Afryką

Populacja Afryki zwiększa się tak drastycznie, że ONZ dokonało niedawno korekty swoich prognoz odnośnie wskaźników urodzeń na tym kontynencie. Najnowszy raport uaktualnił przewidywania i zwiększył szacunkową liczbę ludności Ziemi w 2100 roku z 9 mld do 12 mld.

Gęstość zaludnienia a dobrobyt

"Paradoksalnie narodziny dziecka są odnotowywane jako zmniejszenie dochodu narodowego na głowę, podczas gdy narodziny zwierzęcia hodowlanego zwiększają go." - Peter Bauer (1991)

Wspaniałe wieżowce zwiastunem kryzysu

Nowojorski Empire State Building otworzył podwoje w samym środku Wielkiego Kryzysu lat 30. XX wieku. Nic więc dziwnego, że wkrótce zaczęto go nazywać w mieście wieżowcem nie dość imperialnym, bo pustym (Empty State Building). Wbrew pozorom developerzy planując kolejne wieżowce zachowują się racjonalnie. 

Czy dobrobyt zależy od wykształcenia?

Nowe Delhi , Indie. Dogmatem stało się tu przekonanie, że postęp ekonomiczny jest zależny od poziomu wykształcenia obywateli. Następstwem tego przekonania jest domaganie się od rządów, by zapewniły środki do osiągnięcia tego celu. Jednak tak jak w przypadku wielu oczywistych prawd, może być ona mniej oczywista niż się pozornie wydaje.

Rzeczywistość z greckiego mitu

Za sprawą ostatnich wydarzeń wewnątrz strefy euro przypomniała mi się wakacyjna podróż, a mówiąc konkretniej – pewien grecki mit z nią związany. Zwiedzając leżąca na archipelagu Dodekanez wyspę Hipokratesa wybraliśmy się na położoną niedaleko Kos wyspę wulkaniczną, Nisiros. Płynąc statkiem mijaliśmy również wysepkę Jali, będącą jedną z największych na świecie kopali pumeksu o którą przed laty Grecja toczyła spór z Włochami, a która jest dziś głównym źródłem dochodu mieszkańców osady.

Dobrobyt według sprawdzonego wzorca

Donald Tusk, nowy szef Rady Unii Europejskiej, zapowiedział, że zastosuje w całej Europie sprawdzony w Polsce model dobrobytu – dyscyplinę fiskalną i wzrost gospodarczy. W polskich realiach oznaczało to wzrost w ciągu 7 lat długu publicznego o ponad 85% do prawie 1 biliona złotych.

Alejandro A. Chafuen: Rozwój ekonomiczny i dobrobyt w myśli katolickiej

"Rozwój ekonomiczny i dobrobyt w myśli katolickiej" to wykład dra Alejandro A. Chafuena, prezesa Atlas Foundation z USA, wygłoszony podczas konferencji "Państwo opiekuńcze a chrześcijaństwo". Konferencja ta odbyła się 8 września 2012 roku w Krakowie.
Organizatorem konferencji była Fundacja PAFERE. Zapraszamy do obejrzenia wykładu.

Państwo, czyli kto?

Nie ma dnia ani godziny – wystarczy otworzyć gazetę, telewizor, portal internetowy czy co tam się teraz otwiera, a zaraz wyskakuje informacja, że państwu czegoś brakuje (rzadziej, że ma coś w nadmiarze), że coś zapewnia (głównie kontrolę i nadzór), że rozwija, że wspiera, utrwala, zapobiega, że to, że owo. Zapracowane to państwo – nawet w święta nie odpocznie.
Okay. Państwo, czyli kto? Premier osobiście? Jakiś jego minister? Urzędnik? Żona urzędnika? Pies jego sąsiada? Znajomy szwagra psa sąsiada? Kto to jest państwo? Dawniej było łatwiej. Król Ludwik XIV (Król Słońce – bo taki był rozpromieniony) powiedział, że "Państwo to ja" (L'Etat c'est moi – dla chętnych poszpanować francuskim) i wszystko było jasne. Facet powiedział, jak ma być – i tak było. A jak nie było, to się ścięło kogo trzeba i jego następca miał już wyklarowaną ścieżkę decyzyjną. Jak król zwariował, wariowało całe państwo. Może to nie zawsze było pragmatyczne, ale z pewnością dość przejrzyste i na swój sposób przewidywalne. Byłoby do dziś, ale przylazł Monteskiusz i kazał podzielić władzę na trzy części. I tak się skończyło "rumakowanie", że pozwolę sobie sięgnąć po cytat z innego klasyka. Skoro państwo to nie ja (i nie Ty, Czytelniku), to kto to jest "ten państwo"? Ktoś to musi być, skoro przypisujemy mu intencje czy moc sprawczą i decyzyjną. "Coś" (np. organizacja) nie ma takich właściwości, więc nie może mieć zamiarów czy pomysłów. Nie ma siły – państwo to ktoś, parafrazując wspomnianego już Ludwika XIV. Tymczasem dupa – niespodzianka! Jest zupełnie inaczej. Zacznijmy od tego, że mamy trzy pojęcia, które są nagminnie mylone – tak mylone, że już bardziej pomylić się ich nie da. Pierwsze to Ojczyzna (kraj, Polska, Rzeczpospolita o dowolnym numerze, bitwa pod Cedynią itd.). Drugie to państwo, czyli organizacja polityczna na danym terytorium. A trzecie wreszcie – rząd, a więc konkretni ludzie. Ojczyzna to pojęcie czysto psychologiczne. Ojczyzna uosabia to wszystko, z czym identyfikujemy się w wymiarze ponadjednostkowym, ponadrodzinnym i ponadgminnym. To jest historia, język, więzy narodowe, etniczne lub kulturowe, tradycja, nierzadko wiara, tożsamość, a nawet spór o słynnego dziadka Premiera Tuska. Ojczyzna nie istnieje jako konkretne miejsce czy przedmiot – to byt abstrakcyjny. Bardziej powód to pomachania szabelką czy poczucia dumy z tych pagórków leśnych, łąk zielonych i pól malowanych zbożem rozmaitem, niż jakiekolwiek tu i teraz. W końcu PRL też był Ojczyzną – gdyby było inaczej, nikomu nie chciałoby się walczyć z sowieckim okupantem. Tymczasem państwo – jako się rzekło – to organizacja. Nic więcej, nic mniej. Organizacja o przymusowej przynależności i posiadająca ustrukturyzowaną władzę, ulokowana geograficznie i obejmująca określoną ludność. Państwo jako organizacja jest tworem, który z założenia ma realizować cel niezwiązany z interesem jednostki, ale całego społeczeństwa. Najlepsze porównanie to porównanie do dużej korporacji – nie powołuje się spółki, żeby była, bo to fajnie mieć spółkę, ale po to, aby za jej pomocą realizować konkretne cele. Jeśli chcemy mieć sprawny sąd albo silną armię, to wymaga to pewnej organizacji, zarządzania i finansowania. Pierwotnie państwo było powołane właśnie w takich celach – obrona, porządek, sprawiedliwość. I nic się nie zmieniło – nadal tylko te cele są celami publicznymi (ogólnospołecznymi). Cała reszta (kultura, edukacja, sport, zdrowie, opieka socjalna, emerytury, nadzór nad rynkami itd.) zabezpiecza interesy poszczególnych jednostek, a nie ogółu. A w najlepszym razie – interesy wybranych grup. Obecny system sprawia, że na państwu jako organizacji spoczywają obowiązki polegające na nakładaniu podatków na wszystkich po to, aby zyskali nieliczni. To nie jest państwo, ale półprywatny folwark. Ostatni w tej triadzie jest rząd. I to jest właściwy adresat wszelkich pretensji i zastrzeżeń. Dlaczego? Bo rząd to ludzie – "państwo to my", chciałoby się powiedzieć. Co więcej – to są konkretni ludzie, których można wskazać z imienia i nazwiska, a którzy podejmują określone decyzje. O ile Ojczyzna to bardziej stan świadomości niż stan zorganizowania, a państwo to bezosobowa struktura, to rząd jest jak najbardziej ludzki i osobowy. Na to, że Polska rozciąga się pomiędzy Bałtykiem a Tatrami oraz Odrą i Bugiem, za bardzo wpływu nie mamy. W Jałcie tak zdecydowali i już zostało. Moglibyśmy się gdzieś przenieść, np. na opustoszałe tereny NRD, ale umówmy się, że nie zależy to tylko od naszej woli. I że – jak śpiewał Kazik – przez siedem miesięcy w roku nie ma słońca, a lato nie jest gorące, tylko zimno i pada, to też nie jest nasz wybór. Gdzieś w końcu padać musi. Ale na całą resztę wpływ mamy. Przykład? Przez prawie 18 lat obowiązywała stawka podstawowa podatku VAT w wysokości 22%. To nie jest stała kosmologiczna – rząd mógł ją zmienić. I zmienił. Stawka mogła wynosić 25% (łatwo by się liczyło) albo 20% (jeszcze łatwiej by się liczyło). Mogła też 13,87532% albo 1020% – bo czemu nie? Stopa procentowa 23 punkty to jeden z wariantów decyzji. Możemy wciąż hodować absurdalny i nieefektywny podatek PIT i CIT, a możemy – wprowadzić podatek od obrotu i ryczałt od prowadzenia firmy. Możemy – to jest decyzja. W mieście jest ograniczenie prędkości do 50 km/h. Czemu nie 20 km/h? Albo w ogóle zabrońmy jeżdżenia samochodami po mieście – będzie bezpieczniej, czyściej, bardziej eko! To są decyzje – mądre czy głupie, złe czy dobre, ale decyzje. Nie dopust Boży, prawo Natury czy wynik operacji arytmetycznej, tylko efekt politycznych i ideologicznych przekonań. Bo nam się wydaje, że tak będzie lepiej – mówi rząd. Im się wydaje, a ja za to płacę. Dlatego kryzys nie istnieje – są tylko skutki złych decyzji. Jeśli walnę się młotkiem w palec, to ból nie jest kryzysem palca, ale skutkiem mojej głupoty albo nieuwagi. I płynie z tego skutku rada na przyszłość dla mnie i dla rządu – nie walić się młotkiem w palec! Z tą różnicą, że w przypadku polityki rządu Pan Premier wali młotkiem w mój palec. Panie Premierze, proszę już przestać i uwierzyć mi na słowo – to naprawdę boli! A jak Pan nie wierzy, to proszę spróbować na sobie – efekt murowany. Skąd zatem w mediach i dyskusji publicznej bierze się to wszechobecne państwo? Odpowiedź jest prosta – to urodzony jeszcze w PRL wstręt przed odpowiedzialnością. Jeśli napiszemy, że państwo za coś odpowiada, to uciekamy przed prawdą, że za każdym działaniem stoi konkretny człowiek. I mówiąc "państwo", dajemy temu człowiekowi przyzwolenie na wszystko – może nas okradać (podatki), żeby potem większość naszych pieniędzy rozdać niepotrzebnym urzędnikom, a resztę rzucić społeczeństwu jako śmieciową pseudo-usługę publiczną wartą nie więcej niż 5% tego, co daje rynek (redystrybucja). Tak długo, jak długo będziemy używać słowa "państwo" jako synonimu rządu, będziemy dawać się okradać. Oszukując się przy tym, że to jakieś mityczne państwo coś robi, planuje, wspiera itd., a tym samym dając rządowi wolną rękę w robieniu nas na szaro. Pokutuje w Polsce związany z takim myśleniem mit tzw. pozytywnego ustawodawstwa – że wystarczy mieć dobry pomysł (co tam pomysł! – dobre chęci, zamiary i intencje), zapisać go w ustawie zdaniami tak okrągłymi, że same się w świat potoczą, a szczęście i dobrobyt spłyną na nas gładko jak woda po kaczorze. Państwo zapewni, wesprze, zorganizuje itd. Państwo, czyli kto? Nikt. A dokładnie – te wszystkie bezimienne rady, fundusze, zasiłki, programy operacyjne i wspierające, ZUSy, NFZy, PIPy i cała reszta. To jest ten nadmiar państwowego szczęścia – nic, tylko czerpać garściami i radować się, radować! Jako ortodoksyjny leseferysta i zgniło-burżuazyjny liberał uważam, że najlepsze, co mogłoby nas spotkać, to uchylenie 95% tych wspaniałych ustaw, tak żeby nigdy do nich nie wracać. Jednak w rozumieniu socjałów byłoby to nawoływaniem do anarchii, a kto wie, czy nawet nie do obalenia przemocą ustroju konstytucyjnego RP. Aby zatem nie być oskarżonym o takie niecne knowania, mogę zupełnie za darmo podarować towarzyszom uszczęśliwiaczom projekt nowej Konstytucji w duchu etatyzmu i walki o pokój na świecie. Art. 1. Państwo zapewnia dobrobyt. Art. 2. Każdy ma obowiązek być szczęśliwy. Art. 3. Kto jest nieszczęśliwy pomimo państwowego dobrobytu, podlega karze śmierci. Prawda, że proste? Nic, tylko siedzieć i czekać. Pytanie – na co? Na państwowy dobrobyt czy na państwowego oprawcę? A jak się rząd pomyli i wyśle do nas nie tego, kogo trzeba…? Na szczęście skład rządu to też decyzja. Nasza decyzja. Rząd może zmieniać podatki, ale my możemy zmienić rząd. Paweł Budrewicz Autor jest radcą prawnym i ekspertem Centrum im. Adama Smitha. Prowadzi bloga stopsocjalizmowi.pl

Unijna integracja się zacieśnia… na naszych szyjach

Trybunał Konstytucyjny Niemiec przyklepał powstanie tzw. Europejskiego Mechanizmu Stabilizacyjnego. Jest on - jak orzeczono - zgodny z niemiecką konstytucją. Orzeczenie to otwiera drogę do dalszego zacieśniania unijnej integracji. To, że zacieśnianie to dla wielu państw oznacza po prostu, że pętla na ich szyjach staje się coraz bardziej ciasna to już inna sprawa. Nie sposób jednak nie zauważyć faktu, jak na naszych oczach tworzy się totalitaryzm polityczno-fiskalny i jak zniewolone narody, dumnego niegdyś Zachodu wyrzekają się swojej podmiotowości, wolności, chwały, tylko dlatego, by ukontentować fanaberie biurokratycznej sekty, której nie wiedzieć kiedy i dlaczego udało się zapanować nad umysłami milionów.
Dobrobyt do rzecz - jak sama nazwa wskazuje - dobra. Dobry byt. Ale ma on również w sobie niezmiernie dużo pułapek. Osłabia czujność, zwalnia z myślenia, redukuje czujność do minimum... Bo gdy pojawia się sytuacja kryzysowa, i gdy ważą się losy ojczyzny albo dobrobytu, uśpione narody pokazują, że mają ojczyznę w d...ie. Chcą  zachować dobrobyt, który wydaje im się, że ktoś im podarował z zewnątrz, tak jakby nie został on przed laty wypracowany przez ich ojców w ich ojczyźnie. I chyba z taką sytuacją mamy do czynienia właśnie teraz. Skundlenie, brak wiary w sprawy wyższe, libertynizm i duchowa pustka. EMS to kolejna unijna struktura, która będzie osadzona poza prawem i poza wszelką kontrolą. Tworzyć ją będzie grono kolejnych wyrwanych z rzeczywistości cyborgów, którzy decydować będą za rządy państw, które już teraz nazwać można marionetkowymi, kogo, kiedy i jakimi kwotami należy w danym momencie "ratować". Nie powinno dziwić, że te biurokratyczne cyborgi walczą jak się da. Wiedzą co robią, wiedzą co mają do stracenia. Nie płacą podatków, mają zagwarantowane emerytury w kwotach dla zwykłego śmiertelnika niewyobrażalnych, wiedzą, że gdy sami stracą możliwość wysysania krwi z poszczególnych narodów, ta krew zostanie wyssana z nich. Trybunał w Niemczech, podobnie jak nasz, wie jaką melodię grają i jak należy zatańczyć. Niemiecka machina jest spójna i prze do przodu nie oglądając się za siebie. Pewnie wessie w swoje tryby co pomniejszych kundli z bratnich krajów unijnych. Na przykład Donalda Tuska, w którym pani kanclerz Angela Merkel już widzi przyszłego szefa Komisji Europejskiej. Zaściankowość kundla, chciwość na życzliwe poklepywanie go po tyłeczku sprawią, że będzie robił wszystko, by za tę synekurkę, która za jakiś czas będzie miała i tak jedynie znaczenie symboliczne, wprzęgnął naszą biedną Ojczyznę w te koszące tryby niemieckiej machiny. Co musi się stać, żeby ten trend odwrócić? Czy ktoś zna odpowiedź? Paweł Sztąberek