Tag Archives: dotacje unijne

Dziesięć lat w UE – bilans członkostwa, którego nie znajdziecie w mediach

Dobra książka odtrutką na kłamliwą propagandę? Jak najbardziej. I z odsieczą znów przychodzi Wydawnictwo WEKTORY. Tym razem daje odpór kłamstwom eurokołchoźników, którzy od kilkunastu lat, swoimi nieustającymi pierdnięciami zatruwają wokół nas świeże powietrze.

Pomoc unijna przeznaczona na ogołocenie Polski z jej własnej ziemi

Rzecz dzieje się tu i teraz na południu województwa śląskiego w gminie Jasienica, przy propagandowej wrzawie o finansowej pomocy unijnej. W sprawę zaangażowany jest m.in.: były Przewodniczący Parlamentu Europejskiego Jerzy Buzek i Wiceminister Infrastruktury i Rozwoju w rządzie PO-PSL Adam Zdziębło.

Według Tuska, Polska już wkrótce 20 gospodarką świata

Premier Donald Tusk nie traci dobrego samopoczucia. Wytłumaczeń może być kilka: albo daje w kanał, albo "rżnie głupa", albo też sam jest "rżnięty" przez otaczających go bajkopisarzy. Nie wykluczałbym tego ostatniego wariantu, w połączeniu z pierwszym. Człowiekiem oszołomionym jakimiś środkami rozweselającymi łatwiej kręcić.

Gdzie się podziały unijne miliony?

Film będący rezultatem dziennikarskiego śledztwa na przykładzie kilku krajów - Francji, Danii i Włoch - ukazującego, w jaki sposób marnuje się lub defrauduje się fundusze Unii Europejskiej.

Czy wkłady własne dobiją polską gospodarkę?

Minister Elżbieta Bieńkowska, specjalistka od wydawania unijnych pieniędzy, w dniu ogłaszania rekonstrukcji rządu Donalda Tuska powiedziała, że najwyższy czas aby dotacje zacząć wykorzystywać mądrze. Zabrzmiało to nieco jak herezja, bo oznacza, że dotychczas wydawano głupio.
Tymczasem portal Money.pl alarmował niedawno: Polski nie stać na wykorzystanie wszystkich unijnych dotacji! Zdaniem ekspertów, Donald Tusk dużo mówi o nowej perspektywie budżetowej na lata 2014-2020, jednak do tej pory nie przedstawił żądnego programu współfinansowania tych dotacji. „To, co zapewniła nam Unia w budżecie na lata 2014-20, państwo, samorządy i inwestorzy prywatni musieliby wyłożyć blisko 300 mld złotych” - czytamy na portalu. 126 mld zł z tej kwoty przypadać będzie na składkę Polski do unijnego budżetu. Polska w nowej perspektywie budżetowej otrzymać ma około 106 mld euro, co w przeliczeniu na złotówki po obecnym kursie daje kwotę ponad 444 mld zł. Suma, którą Polska sama musiałaby dołożyć stanowić ma około 36 procent wartości unijnych dotacji. Skąd mamy wziąć taką kwotę w sytuacji rosnącego długu oraz spadających wpływów do budżetu? Wszystko wskazuje na to, że unijne dotacje zaplanowane na lata 2014-2020 staną się dla Polski kulą u nogi, która, wbrew zapowiedziom rządzących, pogrąży Polskę w stagnacji na długie lata. Jak podał niedawno Money.pl, Ministerstwo Rozwoju Regionalnego przyznaje, że rząd na razie nie posiada żadnego planu, skąd można wziąć pieniądze na wkład własny. Jak oceniają eksperci, przejęte przez rząd pieniądze z OFE wystarczą tylko na 2 lata. Portal przytacza wypowiedź profesora Gomułki: „Komisję Europejską zawiadamia się o planowanym ograniczeniu wydatków inwestycyjnych z około 5 proc. wartości PKB w minionych dwóch latach do około 2,5 proc. po 2014 roku, a przed Polakami snuje się wizje wielkiego skoku inwestycyjnego. Nie stać nas na to”. Prof. Gomułka dodaje, że Donald Tusk przemawiając niedawno na konwencji swojej partii wymachiwał jakimiś kartkami z rzekomym programem na zagospodarowanie unijnych pieniędzy, jednak prawda jest brutalna: „Premier Tusk pomachał plikiem kartek z Komisji Europejskiej chwaląc się, że ma plan, ale żadnego planu nie pokazał, bo go po prostu nie ma”. Jak przyznają niektórzy eksperci, np. p. Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Lewiatana, ratunkiem mogłoby być większe zaangażowanie przy współfinansowaniu projektów prywatnych firm, w ramach tzw. partnerstwa prywatno-publicznego. Wymaga to jednak uproszczenia przepisów. Prof. Gomułka jest jednak w tej kwestii sceptyczny twierdząc, że zbyt duże powiązanie tego co publiczne z tym, co prywatne często kończy się wizytą prokuratora. Niedawne akcje CBA i zatrzymania skorumpowanych urzędników z kilku ministerstw dowodzą, że prof. Gomułka w tej akurat kwestii na pewno ma rację. PS

Polska nauka na unijnym dopalaczu

Unijne dotacje miały być wybawieniem z licznych problemów trapiących Polskę. W pewnym sensie tak się stało, jednak nawet tam, gdzie efekty przyjmowanych dotacji widać "gołym okiem", pojawia się pytanie: co dalej?
Pytanie to zadają sobie obecnie polskie uczelnie państwowe, które z unijnego koryta czerpały w latach 2007 - 2013 pełną garścią. W ramach kończącej się tzw. perspektywy budżetowej, państwowe szkoły wyższe zdołały pozyskać z unijnych dotacji prawie 27 mld zł. Pieniądze te płynęły do uczelni poprzez Program Operacyjny Innowacyjna Gospodarka. Jak podaje portal forsal.pl, rekordzistą w wykorzystaniu środków jest Politechnika Warszawska, która na realizację 32 projektów otrzymała w sumie prawie 1,2 mld zł. Problem stanowi jednak to, że pieniądze te zostały w większości wydane nie na innowacje naukowe, lecz na budowę nowych gmachów, laboratoriów oraz zakup nowoczesnego sprzętu. Minister nauki i szkolnictwa wyższego, Barbara Kudrycka stwierdziła nawet, że dzięki pieniądzom z Unii Europejskiej mamy teraz najnowocześniejsze laboratoria na świecie, które są gotowe do prowadzenia prac badawczo-rozwojowych dla gospodarki. Można by rzec: od czegoś przecież trzeba te innowacje zacząć. Laboratoria już mamy, jednak teraz - niczym bumerang - wraca pytanie: co dalej? Okazuje się, że jeśli pompowanie unijnych pieniędzy z jakichś powodów się utnie, laboratoria te pozostaną bezużyteczne, a dla uczelni stanowić będą jedynie balast, na utrzymanie którego nie będzie ich stać. Portal forsal.pl przytacza opinię p. Karoliny Czarneckiej z łódzkiego Uniwersytetu Medycznego: "Uczelniom trudno będzie utrzymać nowe budynki, szczególnie że dotacja z Ministerstwa Nauki w związku ze spadającą liczbą studentów będzie coraz niższa. Nowe budynki muszą być zapełniane, by na siebie zarabiały". Pani Czarnecka wie zapewne co mówi. Uniwersytet Medyczny doświadczył niedawno tego na sobie, gdy kilka lat temu otworzył filię w podarowanych przez miasto Piotrków Trybunalski budynkach po dawnym Narodowym Banku Polskim. Filia przetrwała bodajże niecałe 2 lata. Koszta utrzymania gmachu okazały się niewspółmiernie wysokie w stosunku do wpływów uzyskiwanych od studentów pobierających nauki w trybie zaocznym. Rektorzy uczelni już zaczynają narzekać, skarżąc się, że na zapewnienie utrzymania laboratoriów i na organizowanie w nich badań państwo nie przewidziało żadnych środków. Nowe laboratoria czekają, jednak uruchomienie nowoczesnych urządzeń badawczych okazuje się zbyt kosztowne, by można było sobie na to pozwolić. Zdarza się to sporadycznie. Okazuje się ponadto, że szkoły nie mogą zarabiać także np. na wynajmowaniu nowoczesnych sal konferencyjnych powstałych za unijne dotacje. Regulaminy korzystania z dotacji wykluczają możliwość komercyjnego obrotu salą do czasu zakończenia unijnego projektu. Naukowcy upatrywaliby nadzieję w prywatnych firmach, które mogłyby inwestować w rozwój badań. Wszystko jednak wskazuje na to, że niewiele jest firm, które mogłyby udźwignąć ciężar obsługi tych "najnowocześniejszych laboratoriów na świecie". Czyżby te "najnowocześniejsze laboratoria", wybudowane za unijne dotacje w ramach Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka miały okazać się kolejnymi pomnikami socjalizmu - nie pierwszymi zresztą i chyba - niestety - nie ostatnimi? Wszak przed nami kolejna "perspektywa budżetowa: 2014 - 2020. Co bardziej operatywni wyciskacze dotacji już zacierają ręce... PS Za pafere.org

Rostowski nie popuszcza nawet unijnym dotacjom

Okazuje się, że od odsetek od unijnych dotacji zdeponowanych na bankowych kontach trzeba zapłacić podatek. Tak zdecydował właśnie Naczelny Sąd Administracyjny. Od samych dotacji podatku płacić nie trzeba, jednak od odsetek, które sąd uznał za przychód, już tak.
Jak podaje portal Money.pl "...wyrok dotyczy funduszu poręczeniowego, który udziela poręczeń kredytów i pożyczek dla małych i średnich przedsiębiorców w ramach realizacji Regionalnego Programu Operacyjnego Warmia i Mazury w latach 2007-2013. Środki na te poręczenia pochodzą ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego. Przed udzieleniem poręczenia fundusz deponuje je na lokatach bankowych". W 2011 roku Fundusz spytał sąd czy ma płacić podatki od zdeponowanych środków. Sąd uznał, że od samych środków nie, ale od odsetek tak. Fundusz odwołał się do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Olsztynie, lecz skarga została oddalona. Sprawa trafiła w końcu do NSA. Ten 6 sierpnia 2013 roku potwierdził orzeczenie WSA w Olsztynie. Ten wyrok to w sumie mała pociecha dla podatników. Bo czego nie rozkradną cwaniaki od dzielenia unijnych dotacji, to skubnie minister finansów. W tym przypadku nie zachodzi nawet możliwość wyboru między dżumą a cholerą... P  

Budżet propagandy: nowa perspektywa finansowa UE 2014-2020

"Budowanie wspólnej naszej przyszłości. Wyzwania polityczne i środki budżetowe w rozszerzonej Unii" - takim hasłem w roku 2004 Komisja Europejska zapoczątkowała proces negocjacji i ostatecznego uchwalenia budżetu UE na lata 2007-2013.
Następną fazą procesu tworzenia budżetu było porozumienie rządów poszczególnych państw Unii. Gdy doszło wreszcie do niego podczas szczytu w grudniu 2005 roku, sprzeciwił się mu Parlament Europejski, który uznał, że wydatki zaplanowane na lata 2007-2013 są zbyt niskie. Ostatecznie porozumienie zawarto w maju 2006 roku. Swoje parafki postawiły pod nim, w ramach tzw. Międzyinstytucjonalnego Porozumienia w sprawie dyscypliny budżetowej i należytego zarządzania finansami, przedstawiciele Rady Unii Europejskiej, Komisji Europejskiej i Parlamentu Europejskiego.

Dotacje unijne - amunicja dla rządu

Tamta perspektywa budżetowa powoli przechodzi do historii. Zapewne potrzeba będzie kilku, a może i kilkunastu lat, by ocenić jej rzeczywisty, a nie odziany w propagandowe ornamenty, wpływ na rozwój Polski. Jedno nie ulega wątpliwości - w czasie największego napływu unijnych funduszy do Polski nastąpiła największa dynamika przyrostu długu publicznego. Jednocześnie lata rządów PO - PSL to czas, w którym parlament III RP przyjął najwięcej w całej jej historii ustaw. W latach 2007-2011 było ich aż 952, co daje średnio około półtorej ustawy na dzień. Z doświadczenia wiadomo, że im więcej ustaw, tym więcej biurokracji, regulacji i bardzo często nonsensownych przepisów utrudniających ludziom życie. Politycy będący u władzy potrafili ten czas bardzo dobrze wykorzystać. Unijne dotacje dostarczyły im amunicji w konstruowaniu PR-owskiej strategii. Napływ funduszy przedstawiano jako wielki sukces rządu Donalda Tuska. Skrzętnie też pomijano fakt, że dotacje wymagają tzw. wkładów własnych. To między innymi konieczność zapewnienia środków na te wkłady przyczyniła się do wzrostu długu publicznego oraz do zadłużania się gmin do tego stopnia, że niejedna z nich stoi dziś na krawędzi bankructwa.

Licytacja na cięcia

Obserwując dzisiejsze, odbywające się w cieniu kryzysu finansowego i widma recesji, zabiegi wokół nowej perspektywy budżetowej obliczonej na lata 2014-2020, nie sposób nie odwołać się do tej najświeższej historii. Można bowiem dostrzec w niej wiele punktów wspólnych. Wówczas, podobnie jak i teraz, największym oponentem cięcia wydatków był Parlament Europejski. Trudno się zresztą temu dziwić. PE to chyba jedyne ciało w ramach całej unijnej struktury, do którego przedstawiciele wybierani są w wyborach powszechnych. Wiadomo, że każdy z nich będzie obiecywał wyborcom walkę o większe wydatki, a nie o mniejsze. Z głosem wyborców liczyć się również muszą szefowie poszczególnych państw należących do UE. Prezydent Francji stara się schlebiać swoim socjalnie nastawionym wyborcom, zapewniając ich, że nie dopuści do zbyt dużego ograniczenia wydatków, przynajmniej w dziedzinie rolnictwa. Nieco inne nastawienie reprezentują Brytyjczycy, tradycyjnie zorientowani raczej na wiarę we własne siły, aniżeli liczenie na to, że ktoś im coś da. Stąd silnie stawiane przez premiera Davida Camerona postulaty najdalej idących cięć w unijnym budżecie, bo aż o 200 mld euro. W jeszcze innej sytuacji znajdują się Niemcy jako kraj, który najwięcej dokłada do tego całego biznesu. Kanclerz Angela Merkel zapewne potrafi czytać statystyki i dobrze wie, że względnie dobra pozycja gospodarcza RFN nie jest dana raz na zawsze. A liczby powoli zaczynają wykazywać spowolnienie. Stąd silne parcie pani kanclerz na redukcję wydatków, przynajmniej o 130 mld euro. Nieco skromniejsza jest propozycja przewodniczącego Rady Unii Europejskiej Hermana Van Rompuya, który zaproponował cięcia na poziomie 75 miliardów. Jeszcze mniej cięć, bo 55 mld euro, proponuje prezydencja cypryjska. Propozycja ta nie podoba się jednak polskiemu rządowi, gdyż cięcia dotyczyć mają przede wszystkim tzw. funduszy strukturalnych, na których pozyskanie Donald Tusk szczególnie się nastawia, nawet kosztem ograniczenia dotacji dla rolników. To też można poniekąd zrozumieć. Rozdziału dotacji dla rolnictwa dokonują przede wszystkim instytucje zarządzane przez koterie powiązane z koalicyjnym PSL, natomiast podziałem funduszy strukturalnych zajmują się bardzo często urzędy opanowane przez biurokratów związanych z Platformą Obywatelską. Donald Tusk ma zatem ważny interes, by zabiegać o ratowanie tego, co będzie służyć jego środowisku politycznemu, jego partii.

Rząd i tak ogłosi sukces

Budżet na lata 2007-2013 został ostatecznie zaakceptowany w połowie 2006 roku. I oczywiście każda ze stron okrzyknęła go jako swój sukces. Czy podobny scenariusz czeka nas również teraz? Nie jest to wcale wykluczone. Sukces, jaki by nie był, dla rządu Donalda Tuska jest bardzo ważny. Rząd, który swoje dotychczasowe urzędowanie opierał przede wszystkim na epatowaniu Polaków monstrualnymi liczbami eurobanknotów napływających do kraju oraz obietnicami napłynięcia kolejnych, nawet niepowodzenie będzie musiał przekuć w sukces. Premier może tu zapewne liczyć na wsparcie swojego największego protektora, kanclerz Angeli Merkel. Przynajmniej jeszcze na tym etapie, póki Polska jest Niemcom do czegoś potrzebna (unia bankowa, pakt fiskalny, Europejski Mechanizm Stabilizacyjny, "więcej Europy w Europie" itp.), szefowa niemieckiego rządu nie ograniczy się jedynie do poklepania "przyjaciela Donalda" po plecach, ale zapewne doprowadzi do zawarcia jakiegoś kompromisu, który pozwoli Tuskowi wyjść przed polskimi wyborcami z twarzą, a jednocześnie okaże się optymalny również dla interesów Niemiec. Warto pamiętać, że w przyszłym roku u naszych zachodnich sąsiadów odbędą się wybory parlamentarne, dlatego też opinia niemieckiego wyborcy również nie będzie dla Angeli Merkel obojętna. Niemniej scenariusz, kiedy to Donald Tusk za pół roku ogłosi wielki sukces polskiego rządu w walce o budżet na lata 2014-2020, nadymając się jednocześnie tym, jak to nawet najwięksi mocarze się z nim liczą, nie jest wcale taki trudny do wyobrażenia. Nie nastąpi to chyba jedynie w sytuacji, gdyby ten rząd wcześniej z jakichś względów musiał upaść.

Z nieco innej perspektywy...

Patrząc nieco z boku na te budżetowe zabiegi, warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt całej sprawy: czy wielki budżet państwa jest dla obywateli korzystny? Trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że im większy budżet, czy to pojedynczego państwa, czy - jak w omawianym przypadku - struktury takiej jak Unia Europejska, tym mniejsze budżety domowe zwykłych ludzi. Wielki budżet oznacza bowiem wielkie podatki. To obywatele, pod przymusem i pod groźbą odpowiedzialności karno-skarbowej, zrzucają się na te gigantyczne kwoty, nad których podziałem zastanawiają się teraz w Brukseli eurobiurokraci. To obywatele swoją codzienną, ciężką i mozolną pracą dostarczają eurobiurokratom wszystkich tych zabawek, dzięki którym mogą oni urządzać wielomiesięczne medialne spektakle, prężąc się i pusząc, jak to dzielnie walczą o interesy państwowe. Prawda jest jednak nieco bardziej prozaiczna. Ci, którzy dziś tak się prężą w Brukseli, najpierw przyczyniają się do uchwalania u siebie praw, które z własnych obywateli czynią niewolników fiskalizmu, po to, by potem o prawa tych niewolników rzekomo upominać się przed międzynarodowymi gremiami. Rząd, który tak postępuje, czyni z własnych obywateli nie tylko niewolników, ale także żebraków. Polski podatnik utrzymuje dziś nie tylko własną biurokrację, ale także biurokrację unijną. Pieniądze, które wracają do Polski w formie unijnych dotacji, trafiają do nielicznych, natomiast konfiskowane są wszystkim. Trwająca właśnie w mediach oficjalna kampania prodotacyjna, prowadzona pod hasłem "Wszyscy korzystają, nie każdy widzi", ma na celu zamydlenie rzeczywistej skali marnotrawstwa, którą będzie można oszacować dopiero za kilka lat. Dziś bowiem nawet jeszcze niedawni apologeci rzekomo zbawczej funkcji unijnych dotacji zaczynają zmieniać retorykę. Coraz częściej, choć wciąż nieśmiało, mówią oni, że rozdawnictwo szkodzi, dlatego proponują pożyczki, gdyż mogą one być gwarantem bardziej racjonalnego wykorzystywania unijnych pieniędzy. Tym samym przyznają, że dotychczasowa polityka dotacyjna była nieracjonalna. Zmiana retoryki tych macherów od podziału cudzych pieniędzy nie oznacza jednak, niestety, zmiany nastawienia do idei "wielkiego budżetu". Ten cały czas ma być wielki, a "my" wciąż musimy go dzielić, nieważne, czy rozdając dotacje, czy - tym razem - pożyczki. W kończącej się w 2013 roku obecnej perspektywie budżetowej jedno z haseł, o które niemalże można się było potykać na ulicy, brzmiało "innowacyjna gospodarka". Teraz wspomina się o "inteligentnym biznesie", podkreślając jednocześnie, że z tą "innowacyjną gospodarką" nie wszystko poszło tak, jak pierwotnie zakładano. Do 2020 roku jeszcze sporo czasu, ale nie trzeba być prorokiem, by przewidzieć, że z "inteligentnym biznesem" wcale nie pójdzie lepiej. Bo pójść nie może. Grecję jeszcze dekadę temu przedstawiano nam jako wzór kraju, który dzięki unijnym dotacjom z jednego z najbiedniejszych państw Europy stał się jednym z najbogatszych. Dziś już nie wraca się do tamtych propagandowych sloganów, bo życie każdego dnia pokazuje, jaka jest prawda. Czy Polacy będą w stanie wreszcie ją dostrzec? Paweł Sztąberek Artykuł ukazał się w "Naszym Dzienniku" z 21 listopada 2012 roku.

KE wstrzymała dotacje – nareszcie dobra wiadomość!

Poinformowano właśnie, że Komisja Europejska wstrzymała ponad 300 milionów euro dotacji dla III RP w ramach programu Innowacyjna Gospodarka. Powodem tej decyzji są - jak podano - "nieprawidłowości". Trudno w podawanych komunikatach wyczytać o jakie nieprawidłowości chodzi, niemniej podaje się, że zostały one zawinione przez samych przedsiębiorców starających się o dotacje.
Na temat dotacji unijnych, ich konieczności czy skuteczności opinie w Polsce są podzielone. Zmasowana unijna propaganda sprawia, że wielu Polaków jest w stanie uwierzyć w to, że to dzięki nim nasz kraj może stać się bogaty. Niczym za czasów panowania Sowietów, wszędzie tam, gdzie wdrażane są jakieś unijne programy obecne są symbole UE, niebieska flaga z 12 gwiazdami oraz powtarzane w kółko informacje, że do "za pieniądze z Unii" (kiedyś czerwona flaga z sierpem i młotem i powtarzanie w kółko jak to ZSRR się poświęca dla pozostałych krajów demoludów). Wbija się ludziom do głowy, tak jak za Sowietów, że Unia to wielki dobrodziej, który, niczym Związek Sowiecki, niesie ludowi sprawiedliwość, równość i dobrobyt. Ci, którzy myślą zdroworozsądkowo i choć trochę stąpają po ziemi w takie bzdury oczywiście nie wierzą. A o tym, że są to bzdury przekonuje chociażby przykład Grecji. Niedawno minister greckiej gospodarki, Michalis Chrisochoidis, któremu jakoś dziwnie zebrało się na szczerość, przyznał, że tak naprawdę Grecję wykończyły unijne dotacje. Mówiąc wprost, Grecy mieli czym się rządzić (przykład dynamicznego rozwoju Grecji stawiano Polakom jako wzór, gdy euroagitatorzy namawiali do głosowania na "tak" w referendum w 2003 roku), no i porządzili, przejadając te podarowane pieniądze, ukradzione wcześniej przez biurokrację samym Grekom oraz podatnikom z innych państw. Nie jest również tajemnicą, przynajmniej dla dociekliwych dziennikarzy, to, że nad dystrybucją unijnych dotacji, m.in. we Włoszech, czuwają tamtejsze mafie. Widać musi to być dobry interes. Dla mafii oczywiście, bo dla państwa w dłuższej perspektywie to katastrofa... Kiedy grecka choroba dopadnie III RP? Na razie złotówka triumfuje a gospodarka rozwija się w zawrotnym tempie (tak przynajmniej wynika z oficjalnych komunikatów GUS i KE). Polska to najszybciej rozwijający się kraj UE - ogłoszono właśnie. Oczywiście wypadałoby się cieszyć, no bo komu zależy na klęsce własnego kraju? Chyba tylko dywersantom i szpiegom. Ale jakoś - przynajmniej ja - nie podskakuję z radości. Może dlatego, że żyję wśród ludzi, w rzeczywistym świecie, sam robię zakupy w zwykłych sklepach i obserwuję coraz bardziej kulawy rynek. Nie żyję zaś na salonach, w świecie kreatywnej księgowości, gdzie manipuluje się danymi, podrasowuje się je, by było ładnie i hurraoptymistycznie. A jedna z dobrych informacji jakie ostatnio przeczytałem to właśnie ta, że KE zatrzymała dotacje dla Polski przeznaczone wcześniej na jakiś wydumany program. Oby więcej takich newsów. Gdy kurek z cyckiem zostanie zakręcony, wówczas może dotrze do ludzi, również tych brylujących na salonach, że dobrobytu nie da się fundować na kradzieży. Paweł Sztąberek