Tag Archives: Dzieła zebrane

Bastiat: Co widać i czego nie widać (część 1)

W sferze ekonomii każdy czyn, zwyczaj, instytucja, prawo pociąga za sobą nie jeden, lecz całą serię skutków. Niektóre z nich są natychmiastowe – te widać, inne pojawiają się stopniowo – tych nie widać. Można pozazdrościć tym, którzy potrafią je przewidywać.

Frederic Bastiat: Maszyny

W ramach „Tygodnia z Bastiatem” prezentujemy ostatnią, 7. część eseju „Co widać i czego nie widać”. Tym razem rzecz poświęcona „przeklętym maszynom”.

Frederick Bastiat: Restrykcja

W ramach „Tygodnia z Bastiatem” prezentujemy 6. część eseju „Co widać i czego nie widać”. Czy dokonały się jakieś zmiany w tym co może, a czego nie może dziś Pan Zabraniasz w porównaniu z czasami Bastiata? Przekonaj się czytając kolejny fragment eseju. Wydawca „Dzieł zebranych” Bastiata z okazji „Tygodnia z Bastiatem” oferuje dwutomowy zbiór tekstów w bardzo promocyjnej cenie! Warto skorzystać i zakupić „Dzieła” do 6 lipca: http://www.multibook.pl/1294,frederic-bastiat-dziela-zebrane.html Polecamy również krótką filmową biografię francuskiego mistrza: http://www.youtube.com/watch?v=NzD80i2xjRU *  *  * Co widać i czego nie widać (część 6) Restrykcja Pan Zabraniacz (to nie ja go tak nazwałem, lecz pan Charles Dupin) poświęcał czas i pieniądze, by rudę wydobytą ze swej ziemi przetwarzać w żelazo. Jako że natura okazała się bardziej szczodra dla Belgów, sprzedawali Francuzom swoje żelazo po cenie niższej niż pan Zabraniacz. Oznacza to, że wszyscy Francuzi, kupując żelazo od zacnych Flamandów, zdobywali go mniejszym nakładem pracy. Mając na uwadze swój interes, czego nie można poczytywać za winę, codziennie wielu wytwórców gwoździ, kowali, kołodziejów, mechaników i rolników wyruszało osobiście bądź wysyłało pośredników, aby zaopatrywać się w Belgii. To bardzo nie podobało się panu Zabraniaczowi. Najpierw przyszedł mu do głowy pomysł, by własnymi siłami powstrzymać te niecne w jego oczach praktyki; dodajmy, iż był jedyną osobą, która na tym cierpiała. Wezmę karabin – powiedział sobie – za pas włożę cztery pistolety, załaduję ładownicę, wezmę miecz i tak uzbrojony stanę na granicy. Zabiję pierwszego kowala, kołodzieja, mechanika czy ślusarza, jaki się pojawi. Dam mu nauczkę. Kiedy zbierał się już do drogi, zaczął się zastanawiać, a refleksje ostudziły trochę jego bojowy zapał. Powiedział do siebie: nie mogę absolutnie wykluczyć, że kupcy żelaza, czyli moi rodacy i wrogowie, nie zrozumieją, o co mi chodzi, i zamiast dać się zabić, to oni zabiją mnie. Co więcej, nawet gdybym zaangażował całą swoją służbę, nie damy rady pilnować wszystkich przejść. To będzie mnie bardzo drogo kosztowało, drożej niż jest to warte. Pan Zabraniacz prawie już pogodził się z faktem, że każdy człowiek jest wolny, kiedy nagle oświeciła go pewna myśl. Przypomniał sobie, że w Paryżu jest wielka fabryka praw. Co to jest prawo? – zapytał sam siebie. To norma, do której każdy jest zobowiązany się dostosować, gdy tylko zostaje uchwalona. I nie ma znaczenia, czy jest zła czy dobra. Aby egzekwować jej przestrzeganie, państwo organizuje odpowiednie siły publiczne i w tym celu wyławia ludzi i pieniądze. Gdyby udało się, by ta wielka paryska fabryka wyprodukowała takie maleńkie prawo: „Zakazuje się stosowania żelaza pochodzącego z Belgii”, wówczas osiągnąłbym następujące rezultaty: rząd kazałby zastąpić tych kilku służących, których chciałem wysłać na granicę, dwudziestoma tysiącami synów niesfornych kowali, ślusarzy, rzemieślników, mechaników i rolników. Następnie, aby utrzymać w dobrym zdrowiu i samopoczuciu owych dwudziestu tysięcy celników, rząd rozdzielałby między nich dwadzieścia pięć milionów franków, jakie zabrałby tym samym kowalom, ślusarzom, rzemieślnikom i rolnikom. To byłaby o wiele lepsza straż. Nic by mnie nie kosztowała, niczego nie musiałbym się obawiać ze strony handlarzy, sprzedawałbym żelazo po swojej cenie i słodko bym odpoczywał, patrząc, jak nasz wielki naród został haniebnie oszukany. Dałbym mu nauczkę za to, że bez przerwy obwołuje się prekursorem i promotorem całego postępu w Europie. Och, byłby to bolesny cios! Warto spróbować. Zatem pan Zabraniacz udał się do fabryki praw. Może innym razem opowiem o jego tajnych knowaniach, dzisiaj pragnę tylko powiedzieć o czynionych przezeń jawnych zabiegach. Panom prawodawcom przedstawił takie argumenty: „Belgijskie żelazo sprzedawane jest we Francji za cenę dziesięciu franków, co zmusza mnie, bym sprzedawał swoje po takiej samej cenie. Chciałbym sprzedawać je drożej, ale nie mogę z powodu tego przeklętego belgijskiego żelaza. Stwórzcie zatem prawo, które zabroni sprowadzania go do Francji. W ten sposób będę mógł podnieść cenę o pięć franków. A oto, jakie będą tego konsekwencje. Za każdy kwintal żelaza, jaki dostarczę społeczeństwu, zamiast dostać dziesięć franków, otrzymam piętnaście. Szybciej się wzbogacę, zwiększę eksploatację, zatrudnię więcej robotników. Moi pracownicy i ja będziemy więcej wydawać, co przyniesie wielką korzyść naszym dostawcom w promieniu kilkunastu mil. Ci ostatni zaś, mając większy zbyt, będą składali większe zamówienia w przemyśle i stopniowo taka aktywność ogarnie cały kraj. Ta błogosławiona pięciofrankowa moneta, która dzięki wam wpadnie do mojej kasy jak kamień rzucony do jeziora, sprawi, że promieniować od niej będzie niezliczona ilość rozchodzących się koncentrycznie kręgów”. Zauroczeni tą przemową, zachwyceni pomysłem, że tak łatwo można na drodze ustawodawczej poprawić los narodu, producenci praw przegłosowali żądaną przez niego restrykcję. Po co rozprawiać o pracy i ekonomii? – pytali. Czemu służą te wszystkie skomplikowane środki, które mają zwiększyć narodowe bogactwo, skoro wystarczy jeden dekret? I rzeczywiście, wprowadzona ustawa przyniosła wszystkie skutki, o których mówił pan Zabraniacz. Tyle że miała ona również i inne konsekwencje, gdyż – powiedzmy sobie szczerze – nie przeprowadził on wprawdzie fałszywego rozumowania, lecz niekompletne. Domagając się przywileju, przedstawił tylko skutki, które widać, pozostawiając w cieniu te, których nie widać. Pokazał tylko dwóch bohaterów, tymczasem na scenie są trzy postacie. To my musimy naprawić to nieumyślne bądź zamierzone przeoczenie. Owszem, dzięki ustanowionemu prawu moneta trafiła do kasy pana Zabraniacza. Przynosi ona korzyść jemu i tym, którzy dzięki temu mają pracę. I gdyby ten dekret sprawił, że owe pięć franków spada z nieba, wówczas żadne złe skutki nie zakłócałyby dobrych konsekwencji. Niestety, to nie z nieba spadają tajemnicze pięciofrankowe monety, lecz pochodzą z kieszeni kowala, ślusarza, kołodzieja, rolnika, budowniczego, jednym słowem Jakuba Poczciwca, który teraz oddaje je, nie otrzymując w zamian nawet o miligram żelaza więcej niż w czasach, kiedy płacił dziesięć franków. Już na pierwszy rzut oka widać, że to zmienia postać rzeczy, gdyż oczywiście zysk pana Zabraniacza wiąże się ze stratą, jaką ponosi Jakub Poczciwiec. Poza tym wszystko, co dzięki tej monecie pan Zabraniacz będzie mógł zrobić dla rozwoju rynku pracy, robił tak samo Jakub Poczciwiec. Kamień został rzucony na środek jeziora, ponieważ prawo nie pozwoliło, by rzucić go w inne miejsce. A zatem to, czego nie widać, równoważy to, co widać, i aż dotąd pozostaje, dla dalszej części operacji, niesprawiedliwością. Co więcej, niesprawiedliwością popełnioną przez prawo – to smutne. To nie wszystko. Powiedziałem, że w cieniu pozostaje ciągle trzecia postać. Muszę ją teraz przedstawić, by odsłoniła nam drugą stratę. Dopiero wówczas zobaczymy wszystkie konsekwencje wprowadzonej restrykcji. Jakub Poczciwiec jest posiadaczem piętnastu franków, które zdobył pracując w pocie czoła. Jesteśmy jeszcze w czasach, kiedy jest wolny. Co robi z owymi piętnastoma frankami? Za dziesięć franków kupuje jakiś modny przedmiot i tym przedmiotem płaci (lub pośrednik płaci w jego imieniu) za kwintal belgijskiego żelaza. Jakubowi Poczciwcowi zostaje jeszcze pięć franków. Nie wyrzuca ich do rzeki, lecz (tego nie widać) daje je jakiemukolwiek przedsiębiorcy w zamian za cokolwiek, na przykład księgarzowi za Uwagi nad historią powszechną Bossueta. Zatem jeśli chodzi o krajowy rynek pracy, Jakub Poczciwiec wspiera go swoimi piętnastoma frankami. Wygląda to tak: 10 F wydaje na jakiś artykuł paryski, 5 F trafia do księgarza. Co zaś się tyczy Jakuba Poczciwca, za swoje piętnaście franków otrzymuje dwie rzeczy: 1. Kwintal żelaza, 2. Książkę. W końcu wydany zostaje dekret. W jakiej sytuacji jest teraz Jakub Poczciwiec? Jaka jest kondycja krajowego rynku pracy? Oddając swoje piętnaście franków, aż do ostatniego centyma, panu Zabraniaczowi za kwintal żelaza, Jakub Poczciwiec ma już tylko i wyłącznie owo żelazo. Nie może już cieszyć się książką czy jakimkolwiek innym przedmiotem o takiej samej wartości. Traci pięć franków. Zgadzamy się z tym. Nie można się z tym nie zgodzić. Nie można zaprzeczyć, że kiedy jakaś restrykcja sprawia, że wzrastają ceny przedmiotów, konsument traci ową różnicę w cenie. Ale mówi się, że zyskuje tutaj rynek pracy. Nie, nie zyskuje, gdyż od czasu wydania dekretu, owe piętnaście franków tak samo go wspiera jak wcześniej. Tyle że od kiedy dekret wszedł w życie, owe piętnaście franków Jakuba Poczciwca trafia do hutnictwa, podczas gdy przedtem kwota ta dzielona była między sklep z modnymi artykułami a księgarnię. Z punktu widzenia moralności, bardzo różnie można osądzać przemoc, jakiej dopuszcza się pan Zabraniacz na granicy, i przemoc, jakiej dopuszcza się za pomocą prawa. Są ludzie, którzy uważają, że grabież przestaje być niemoralna, kiedy staje się legalna. Ja zaś nie potrafiłbym sobie wyobrazić gorszych okoliczności. Jakkolwiek by było, jest pewne, że rezultaty ekonomiczne są takie same. Rozsądźcie rzecz jak chcecie, ale patrzcie uważnie, a przekonacie się, że grabież, zgodna z prawem czy niezgodna, nic dobrego nie przyniesie. Nie przeczymy, że owe pięć franków przynosi zysk panu Zabraniaczowi czy jego przemysłowi, lub jeśli chcecie, ta suma wspiera krajowy rynek pracy. Twierdzimy jednak, że wiążą się z tym także straty. Najpierw stratny jest Jakub Poczciwiec, który płaci piętnaście franków za to, co miał za dziesięć; poza tym traci również krajowa gospodarka, do której nie trafia już owa różnica. Jedną z tych strat zrekompensuje zysk, którego nie negujemy, ale pozostaje jeszcze druga strata, której nic już nie wynagrodzi. Morał: przymus nie oznacza produkcji, lecz destrukcję. A gdyby było odwrotnie, nasza Francja byłaby o wiele bogatsza, niż jest teraz. Frédéric Bastiat – „Co widać i czego nie widać” w: Dzieła zebrane t. 1, Warszawa 2009, Wydawnictwo Prohibita Paweł Toboła-Pertkiewicz.

Frederic Bastiat: Pośrednicy

W ramach „Tygodnia z Bastiatem” prezentujemy 5. część eseju „Co widać i czego nie widać”. Wydawca „Dzieł zebranych” Bastiata z okazji „Tygodnia z Bastiatem” oferuje dwutomowy zbiór tekstów w bardzo promocyjnej cenie! Warto skorzystać i zakupić „Dzieła” przed 4 lipca: http://www.multibook.pl/1294,frederic-bastiat-dziela-zebrane.html Polecamy również krótką filmową biografię francuskiego mistrza: http://www.youtube.com/watch?v=NzD80i2xjRU *  *  * Co widać i czego nie widać (część 5) Pośrednicy Społeczeństwo to ogół ludzi świadczących sobie wzajemnie usługi – pod przymusem lub dobrowolnie, to znaczy usługi publiczne i usługi prywatne. Pierwsze, narzucone i ustanowione przez prawo, którego nie da się na ogół zmienić, kiedy by należało, mogą razem z owym prawem długo przetrwać na swój własny użytek i ciągle zachowywać nazwę usług publicznych, nawet gdy już wcale nie są usługami, nawet kiedy są już tylko publicznym przymusem. Drugie zależą od chęci, od indywidualnego poczucia odpowiedzialności obywatela. Każdy je świadczy, a w zamian dostaje, co chce i co może otrzymać. Takie usługi są zawsze uznawane za rzeczywiście użyteczne, a ich wartość dokładnie wyliczona. To z tego względu usługi publiczne na ogół się nie zmieniają, podczas gdy usługi prywatne podlegają prawom postępu. Przesadny rozwój usług publicznych, pociągając za sobą marnotrawienie zdolności i sił, zmierza do stworzenia wewnątrz społeczeństwa zgubnego pasożytnictwa. To dość osobliwe, że wiele współczesnych szkół, przypisując ten charakter wolnym i prywatnym usługom, stara się przekształcić profesje w stanowiska. Szkoły te ostro protestują przeciwko temu, co nazywają pośrednikami. Z chęcią usunęłyby kapitalistę, bankiera, spekulanta, przedsiębiorcę, handlowca i kupca, oskarżając ich o to, że stają między produkcją a konsumpcją, że grabią jedną i drugą, a nie stwarzają żadnej wartości. Szkoły te pragną, by to państwo przejęło pracę, jaką trudnią się pośrednicy, gdyż ktoś musi to robić. Sofizmat socjalistów, w tym względzie, polega na wskazaniu społeczeństwu, że płaci pośrednikom za ich usługi, a jednocześnie na ukrywaniu tego, co społeczeństwo musiałoby za to samo zapłacić państwu. To ciągła walka między tym, co widzą oczy, a tym, co dostrzega umysł, między tym, co widać, a tym, czego nie widać. Zwłaszcza w 1847 roku, kiedy panował niedostatek, socjaliści rozpowszechniali z powodzeniem swoją zgubną teorię. Doskonale wiedzieli, że najbardziej absurdalna propaganda ma zawsze jakieś szanse powodzenia wśród ludzi, którzy cierpią; malesuada fames3 . A zatem za pomocą doniosłych słów, takich jak: wyzysk człowieka przez człowieka, spekulacja bazująca na głodzie, kupno w celu spekulacji, zabrali się za oczernianie handlu i zasłanianie płynących z niego korzyści. „Dlaczego – pytali – sprowadzanie towarów ze Stanów Zjednoczonych czy Krymu mamy powierzać kupcom? Dlaczego państwo, departamenty, gminy nie sprowadzają towarów i nie tworzą magazynów rezerw? Wtedy towary byłyby sprzedawane po kosztach produkcji, a naród, biedny naród, byłby uwolniony od kosztów, jakie wiążą się z wolnym handlem, czyli handlem egoistycznym, indywidualistycznym i anarchicznym”. Koszty, jakie naród płaci kupcom, widać, natomiast kosztów, jakie naród płaciłby państwu lub jego urzędnikom w systemie socjalistycznym, nie widać. Na czym polegają te rzekome koszty związane z handlem? Mianowicie na tym, że dwóch ludzi świadczy sobie wzajemnie usługi, w sposób zupełnie wolny, w warunkach konkurencji i po wynegocjowanej cenie. Kiedy głodny żołądek jest w Paryżu, a zboże, które może go nakarmić, w Odessie, to jedyną szansą na zaspokojenie głodu jest ich wzajemne zbliżenie. Istnieją trzy sposoby, by doszło do tego zbliżenia. Pierwszy polega na tym, że ludzie głodni sami wyruszają po zboże. Drugi występuje wówczas, gdy zwracają się do tych, którzy trudnią się tym zawodowo. Trzeci, kiedy organizują składkę i to zadanie zlecają urzędnikom publicznym. Który z tych trzech sposobów jest najbardziej korzystny? Od zawsze, w każdym kraju, a tym bardziej od czasu, kiedy ludzie cieszą się wolnością, kiedy są bardziej oświeceni, bardziej doświadczeni, z własnej woli wybierają sposób drugi. Przyznaję, że w moich oczach jest to powód wystarczający, by przychylić się do tego rozwiązania. Nie mogę bowiem uwierzyć, by cała ludzkość myliła się w sprawie, która tak bardzo jej dotyczy. Przeanalizujmy jednak ten problem. Nie można zaprzeczyć, że jest niewykonalne, by trzydzieści sześć milionów obywateli wyruszyło do Odessy po potrzebne im zboże. Pierwszy sposób jest nic niewarty. Konsumenci nie mogą działać sami, są zmuszeni korzystać z usług pośredników, czyli urzędników lub kupców. Zauważmy jednak, że ten pierwszy sposób byłby najbardziej naturalny. W gruncie rzeczy, jeśli ktoś jest głodny, powinien postarać się o zboże. To trud, który dotyczy jego osoby; to usługa, którą jest winien sam sobie. Jeżeli ktoś inny, z jakiegokolwiek powodu, wyświadcza mu tę usługę i bierze na siebie związany z nią trud, wówczas ten ktoś ma prawo do rekompensaty. Pragnę tutaj powiedzieć, że usługi pośredników wiążą się nieuchronnie z wynagrodzeniem. Jakkolwiek by było, skoro trzeba skorzystać z pomocy kogoś, kogo socjaliści nazywają pasożytem, to który z tych pasożytów jest mniej wymagający? Kupiec czy urzędnik? Handel (zakładam, że wolny handel, bo czy w przeciwnym razie mógłbym prowadzić te rozważania?), handel – powtarzam – dla własnej korzyści musi badać pory roku, dzień po dniu sprawdzać stan zbiorów, gromadzić informacje ze wszystkich stron świata, przewidywać potrzeby, z góry się zabezpieczać. Ma przygotowane statki, wszędzie swoich wysłanników, a w jego bezpośrednim interesie jest zakup po najbardziej korzystnej cenie, oszczędzanie na wszystkich etapach operacji oraz osiąganie najlepszych rezultatów przy najmniejszym wysiłku. To nie tylko francuscy kupcy, lecz kupcy z całego świata pracują, by dostarczyć towary do Francji na konkretny dzień. A jeżeli w ich interesie leży wykonywanie swojej pracy po najniższych kosztach, to konkurencja, jaką tworzą między sobą, tak samo zmusza ich do podzielenia się z konsumentami uzyskanymi oszczędnościami. Zboże dotarło. Teraz kupiec musi sprzedać je jak najszybciej, aby zmniejszyć ryzyko, zebrać fundusze i rozpocząć operację od nowa, jeżeli zachodzi taka potrzeba. Porównawszy ceny, rozprowadza żywność po całym obszarze kraju, zaczynając zawsze od najdroższego miejsca, to znaczy od tego, gdzie potrzebę daje się odczuć najbardziej. Nie można sobie zatem wyobrazić organizacji, która lepiej działałaby w interesie tych, którzy są głodni, a piękno tej organizacji, niedostrzegalne dla socjalistów, bierze się dokładnie stąd, że jest wolna. Oczywiście konsument jest zmuszony zwrócić kupcowi koszty transportu, przeładunku, magazynowania, prowizji itd. Ale czy istnieje jakiś system, w którym ktoś, kto potrzebuje zboża, nie pokrywa kosztów związanych z jego sprowadzeniem? Nie ulega wątpliwości, że trzeba jeszcze zapłacić wynagrodzenie za wyświadczoną usługę. Ale jeżeli chodzi o jego wysokość, to dzięki konkurencji jest ono ograniczone do minimum; a co do słuszności tego wynagrodzenia, to byłoby dziwne, gdyby paryscy rzemieślnicy nie pracowali dla kupców z Marsylii, skoro kupcy z Marsylii pracują dla rzemieślników z Paryża. Co by się działo, gdyby tak zgodnie z zamysłem socjalistów państwo zastąpiło kupców? Powiedzcie mi, w jaki sposób społeczeństwo by na tym zaoszczędziło. Czy na kosztach zakupu? Wyobraźmy sobie delegatów czterdziestu tysięcy gmin, którzy przybywają w danym dniu, kiedy nastąpi taka potrzeba, do Odessy. Wyobraźmy sobie, jak wpłynęłoby to na ceny towarów. A może zaoszczędzilibyśmy na kosztach? Jednak czy potrzeba będzie mniej statków, mniej marynarzy, mniej przeładunków, mniej magazynów? Czy tych kosztów nie musielibyśmy pokrywać? A może zaoszczędzilibyśmy na prowizji kupców? Ale czy wasi delegowani urzędnicy wyruszą do Odessy za darmo? Czy będą podróżowali i pracowali na zasadzie braterstwa? Czyż nie muszą oni z czegoś żyć? Czyż ich czas nie powinien być opłacony? I sądzicie, że te wszystkie koszty nie przekroczą tysiąc razy tych dwóch czy trzech procent, jakie zarabia kupiec, czyli tej stawki, na którą jest gotów przystać? Ponadto pomyślcie o kłopotach związanych z podniesieniem podatków, z rozdzielaniem takiej ilości żywności. Pomyślcie o niesprawiedliwości, nadużyciach, które nieodparcie wiązałyby się z takim przedsięwzięciem. Pomyślcie o odpowiedzialności, jaka ciążyłaby na rządzie. Socjaliści, którzy wymyślili te bzdury i którzy w trudnych czasach głoszą je społeczeństwu, chętnie określają się mianem ludzi postępowych, a istnieje niebezpieczeństwo, że jeżeli będą często publicznie tak siebie nazywać, to społeczeństwo zacznie w końcu ich w ten sposób postrzegać. Postępowi! To słowo zakłada, że ci panowie widzą trochę dalej niż pospólstwo; że ich jedynym błędem jest to, że wyprzedzają swoją epokę, a jeżeli nie nadszedł jeszcze czas, by zlikwidować prywatne usługi, rzekomo pasożytnicze, to wina leży po stronie społeczeństwa, które nie nadąża za socjalizmem. Moja dusza i umysł mi podpowiadają, że prawda leży po stronie przeciwnej, i nie wiem do jakiego wieku barbarzyństwa musielibyśmy się cofnąć, by odnaleźć w tym względzie poziom wiedzy socjalistów. Współcześni zwolennicy tej szkoły bez przerwy przeciwstawiają zrzeszenie obecnemu społeczeństwu. Nie biorą pod uwagę faktu, że w wolnym ustroju społeczeństwo jest prawdziwym zrzeszeniem, dużo lepszym niż wszystkie te, które pochodzą z ich płodnej wyobraźni. Wyjaśnijmy to za pomocą przykładu. Aby jakiś człowiek, przebudziwszy się, mógł włożyć na siebie ubranie, trzeba najpierw ogrodzić ziemię, wyrównać ją, osuszyć, zaorać, obsiać jakimś rodzajem roślin; następnie owce muszą się nimi żywić, aby dały wełnę; tę wełnę trzeba prząść, tkać, farbować i zrobić z niej sukno; sukno zaś trzeba pociąć, zszyć, aż wreszcie powstanie ubranie. A ta seria operacji pociąga za sobą całe mnóstwo innych działań. Zakłada bowiem korzystanie z narzędzi rolniczych, owczarni, fabryk, węgla kamiennego, maszyn, powozów itd. Gdyby społeczeństwo nie było rzeczywistym zrzeszeniem, człowiek, który chciałby sprawić sobie ubranie, byłby zmuszony do pracy w osamotnieniu, to znaczy sam wykonywałby niezliczone ilości działań z tej całej serii, począwszy od pierwszego uderzenia motyką, które rozpoczyna proces, aż po ostatnie przeciągnięcie igły, które ów proces kończy. Ale dzięki skłonności do życia w grupie, która wyróżnia nasz gatunek, operacje te są rozdzielane między wielu pracowników i dzielą się coraz bardziej, w miarę jak wzrasta konsumpcja, aż w końcu każde odrębne działanie wykonuje nowa gałąź przemysłu. Następnie dochodzi do podziału zysku, który dokonuje się zgodnie z wkładem, jaki każdy wniósł do całego dzieła. I jeśli to nie jest zrzeszenie, to pytam – co to jest?
Zauważcie, że żaden z pracowników nie wydobył najmniejszej cząstki materii z nicości. Ograniczyli się oni do świadczenia sobie usług, do pomagania sobie wzajemnie w realizacji wspólnego celu, a wszyscy mogą być uważani, jedni wobec drugich, za pośredników. Jeżeli na przykład w trakcie jakiejś operacji transport jest tak ważny, że wymaga zaangażowania jednej osoby, przędzenie wymaga drugiej, a tkanie trzeciej, to dlaczego ta pierwsza osoba ma być uważana za większego pasożyta niż dwie pozostałe? Czyż transport nie jest konieczny? Czy ten, kto się go podejmuje, nie poświęca swojego czasu i sił? Czy nie jest on niezbędny dla swoich wspólników? Czy ci ostatni robią więcej albo coś innego niż on? Czyż oni wszyscy nie zasługują w równym stopniu na wynagrodzenie, to znaczy na podział zysku zgodnie z prawem wynegocjowanej ceny? Czyż, przy zachowaniu wolności, nie jest sprzyjające dla dobra wspólnego, by istniał taki podział prac i by zawierano takie układy? Czy pragniemy więc, by przyszedł jakiś socjalista i zniszczył nasze dobrowolne umowy, zatrzymał podział pracy, zastąpił połączone wysiłki wysiłkami pojedynczego człowieka i sprawił, że cywilizacja zaczęłaby się cofać? Czy to zrzeszenie, które tutaj opisuję, nie jest zrzeszeniem tylko dlatego, że każdy bierze w nim udział dobrowolnie, sam wybiera swoje miejsce, dokonuje wyboru na własną odpowiedzialność, wnosi do niego swój wkład i dba o osobisty interes? Czy aby zasługiwało na swoją nazwę, potrzebujemy, by rzekomy reformator narzucał nam swoją formułę i wolę oraz skupiał, że tak powiem, ludzi na samych sobie? Im bardziej przyglądamy się tym postępowym szkołom, tym mocniej jesteśmy przekonani, że w gruncie rzeczy dostrzec tutaj można tylko jedno: ignorancja ogłasza swą nieomylność i w imię tej nieomylności domaga się despotyzmu. Niech czytelnik zechce wybaczyć mi tę dygresję. Być może nie jest ona tak całkiem zbędna w czasach, kiedy tyrady przeciwko pośrednikom, żywcem wzięte z książek saintsimonistów i fourierystów, opanowują gazety i trybuny i w poważny sposób zagrażają wolności pracy i umów. Frédéric Bastiat – „Co widać i czego nie widać” w: Dzieła zebrane t. 1, Warszawa 2009, Wydawnictwo Prohibita Paweł Toboła-Pertkiewicz.

Frederic Bastiat: Roboty publiczne

W ramach „Tygodnia z Bastiatem” prezentujemy 4. część eseju „Co widać i czego nie widać”. Ponieważ wielki kryzys nadciąga wielkimi krokami zapewne niebawem zaczną się nawoływania do organizowania przez państwo robót publicznych, aby ludzie mieli pracę. Bastiat rozprawił się również i z tym mitem. Wydawca „Dzieł zebranych” Bastiata z okazji „Tygodnia z Bastiatem” oferuje dwutomowy zbiór tekstów w bardzo promocyjnej cenie! Warto skorzystać i zakupić „Dzieła” do 6 lipca: http://www.multibook.pl/1294,frederic-bastiat-dziela-zebrane.html Polecamy również krótką filmową biografię francuskiego mistrza: http://www.youtube.com/watch?v=NzD80i2xjRU *  *  * Co widać i czego nie widać (część 4) Roboty publiczne Jest zupełnie naturalne, że naród, upewniwszy się, iż jakieś wielkie przedsięwzięcie przyniesie wspólnocie zysk, daje publiczne fundusze na jego realizację. Przyznaję jednak, że moja cierpliwość się wyczerpuje, kiedy na poparcie takiego rozwiązania słyszę tę ekonomiczną niedorzeczność: „W każdym razie jest to sposób, by stworzyć dla robotników miejsca pracy”. Państwo buduje drogę, wznosi pałac, naprawia ulicę, kopie kanał. Tym sposobem daje pracę pewnej liczbie robotników – to widać, ale jednocześnie pozbawia pracy innych robotników – tego nie widać. Oto droga w budowie. Co rano przybywa tu tysiąc robotników, wieczorem odchodzą, pobierają wynagrodzenie – to rzecz pewna. Gdyby nie wydano dekretu o budowie drogi, gdyby nie przegłosowano na nią funduszów, ci dzielni ludzie nie znaleźliby tu ani pracy, ani zarobku – to także sprawa pewna.
Ale czy to wszystko? Czy w tym działaniu, jako całości, nie kryje się jeszcze coś innego? Czy w chwili kiedy pan Dupin wygłasza sakramentalne słowa: „Zgromadzenie przyjęło”, miliony franków w cudowny sposób spadają z nieba i spływają do państwowej kasy? Aby to wszystko mogło zaistnieć, czy państwo nie powinno zapewnić sobie tak wpływów, jak i wydatków? Czyż nie musi wysyłać w bój swoich poborców, by zebrali podatki od obywateli? Rozważcie zatem problem w tych dwóch jego aspektach. Widząc użytek, jaki państwo robi z owych przegłosowanych milionów, pomyślcie również o użytku, jaki zrobiliby z tych samych milionów podatnicy, a nie jest im to dane. Wówczas zrozumiecie, że przedsięwzięcie publiczne to medal, który ma dwie strony. Na jednej figuruje pracujący robotnik, z taką dewizą: To widać, na drugiej zaś robotnik bez pracy, z takim podpisem: Tego nie widać. Sofizmat, który tu zwalczam, jest tym bardziej niebezpieczny, że jest stosowany do robót publicznych, że służy jako usprawiedliwienie najbardziej szalonych przedsięwzięć i rozrzutności. Kiedy linia kolejowa czy most są rzeczywiście użyteczne, wystarczy o tej przydatności powiedzieć. Ale jeżeli się nie da, co wtedy się robi? Ucieka się do tej mistyfikacji: „Trzeba zapewnić robotnikom pracę”. Stwierdziwszy ten fakt, każe się budować i burzyć tarasy na Polach Marsowych. Jak wiemy, Napoleon wierzył, że jest filantropem, kiedy kazał kopać i zasypywać rowy. Mawiał także: „Czy rezultat ma tutaj jakieś znaczenie? Trzeba dostrzegać tylko bogactwo, jakie szerzy się wśród mas pracujących”. Przejdźmy do sedna sprawy. Pieniądze to iluzja. Jeżeli przy realizacji wspólnego dzieła domagamy się od wszystkich obywateli wkładu pieniężnego, to w rzeczywistości prosimy ich o pracę, gdyż to z pracy każdego z nich pochodzą pieniądze, z których pobierany jest podatek. Jeżeli zbierzemy obywateli i każemy im wykonać jakąś użyteczną dla wszystkich pracę, to będzie to posunięcie zrozumiałe. Rekompensatą dla nich będzie rezultat samego przedsięwzięcia. Ale jeżeli zwołamy ich i zmusimy do budowy dróg, z których nikt nie będzie korzystał, do wznoszenia pałaców, w których nikt nie będzie mieszkał, a to wszystko pod pretekstem, że tym sposobem dajemy im pracę, to będzie to niedorzeczność. Z całą pewnością będą mieli prawo do sprzeciwu: z tej pracy nic nie wynika, wolimy pracować na własny rachunek. Metoda, która polega na zaangażowaniu obywateli pod względem finansowym, a nie pod względem pracy, nie zmienia ogólnego rezultatu. Jedynie w przypadku tej drugiej metody strata zostanie rozłożona na wszystkich obywateli. W pierwszej zaś metodzie ci, którym państwo daje zatrudnienie, nie ponoszą straty, a przerzucają ją na swoich rodaków. W konstytucji znajdziemy artykuł, w którym czytamy: „Społeczeństwo popiera i sprzyja wzrostowi ilości miejsc pracy… poprzez organizowanie przez państwo, departamenty i gminy, robót publicznych dla zatrudnienia osób bezrobotnych”. Jako środek przejściowy, w czasach kryzysu, podczas surowej zimy, taka interwencja podatnika może przynieść pozytywne skutki. Działa ona podobnie jak ubezpieczenia. Nie przynosi wzrostu zatrudnienia czy wynagrodzenia, ale zabiera pracę i wynagrodzenia w czasach zwykłych, by oddać je, co prawda ze stratą, w czasach trudnych. Jako środek stosowany permanentnie, ogólnie, systematycznie, to nic innego jak zgubna mistyfikacja, rzecz niemożliwa, sprzeczność, która pokazuje kilka stworzonych miejsc pracy, które widać i ukrywa wiele zablokowanych miejsc pracy, których nie widać. Frédéric Bastiat – „Co widać i czego nie widać” w: Dzieła zebrane t. 1, Warszawa 2009, Wydawnictwo Prohibita Paweł Toboła-Pertkiewicz.

Frederic Bastiat: Czy państwo powinno dotować sztukę?

W ramach „Tygodnia z Bastiatem” prezentujemy 3. część eseju „Co widać i czego nie widać”. Proszę zwrócić uwagę jak w związku z wejściem w życie hasła „1 proc. budżetu na kulturę” przesłanie Bastiata jest wciąż aktualne. Wydawca „Dzieł zebranych” Bastiata z okazji „Tygodnia z Bastiatem” oferuje dwutomowy zbiór tekstów w bardzo promocyjnej cenie! Warto skorzystać i zakupić „Dzieła” do 6 lipca: http://www.multibook.pl/1294,frederic-bastiat-dziela-zebrane.html Polecamy również krótką filmową biografię francuskiego mistrza: http://www.youtube.com/watch?v=NzD80i2xjRU *  *  * Co widać i czego nie widać (część 3) Czy państwo powinno dotować sztukę? Z pewnością można przytoczyć wiele argumentów za i przeciw. Dla poparcia systemu dotacji można powiedzieć, że sztuka uwzniośla, kształci i upiększa ducha narodu, że odrywa go od trosk materialnych, dając mu poczucie piękna i tym samym wpływa korzystnie na jego maniery, upodobania, obyczaje, a nawet przemysł. Można się zastanawiać, jaka byłaby muzyka we Francji, gdyby nie było Teatru Włoskiego i Konserwatorium; jaka byłaby sztuka dramatyczna bez Teatru Francuskiego; malarstwo i rzeźba bez naszych galerii i muzeów. Pójdźmy jeszcze dalej i zastanówmy się, czy gdyby nie było centralizacji i co za tym idzie, dotowania sztuk pięknych, rozwinąłby się ten wykwintny gust, który jest szlachetnym przymiotem francuskiej pracy i sprawia, że francuskie towary są obecne na całym świecie. Czy w obliczu takiej sytuacji nie byłoby wysoce nieostrożne rezygnować z tej skromnej składki wszystkich obywateli, która koniec końców przynosi im sukces i chwałę w sercu Europy? Tym racjom, jak i wielu innym, nie odmawiam słuszności, ale można im przeciwstawić racje nie mniej uzasadnione. Na początku pojawia się problem tak zwanego sprawiedliwego podziału. Czy prawo ustawodawcy sięga tak daleko, by uszczuplać płacę rzemieślnika na korzyść artysty? Pan de Lamartine mawiał: „Jeżeli zniesiecie dotacje dla teatru, w którym miejscu tej drogi się zatrzymacie? Czyż logika nie podpowie wam, by likwidować uczelnie, muzea, instytuty i biblioteki?”. Możemy odpowiedzieć: „Jeśli chcecie dotować wszystko, co jest dobre i pożyteczne, w którym miejscu tej drogi się zatrzymacie? Czyż logika nie podpowie wam, by upaństwowić rolnictwo, przemysł, handel, dobroczynność, szkolnictwo?”. Co więcej, czy pewne jest, że dotacje sprzyjają rozwojowi sztuki? Ta kwestia jest daleka od rozwiązania, a my na własne oczy widzimy, że dobrze prosperują te teatry, które żyją własnym życiem. Przejdźmy wreszcie do wyższych racji. Daje się zauważyć, że potrzeby i pragnienia rodzą się jedne z drugich i stają się coraz bardziej wyrafinowane, w miarę jak zamożność społeczeństwa jest w stanie je zaspokajać. Rząd w tę zależność mieszać się nie powinien, ponieważ przy danym stanie majątku nie może przez podatki pobudzać rozwoju luksusowych gałęzi przemysłu bez negatywnego wpływu na przemysł artykułów pierwszej potrzeby. Zakłócałby w ten sposób naturalny postęp cywilizacji. Można zauważyć, że takie sztuczne przenoszenie potrzeb, gustów, pracy i populacji, stawia narody w niepewnej i niebezpiecznej sytuacji, która nie ma już solidnej podstawy. Oto kilka argumentów, które przytaczają przeciwnicy interwencji państwa, jeżeli chodzi o kolejność, w jakiej obywatele pragną zaspokajać swoje potrzeby i pragnienia i w konsekwencji kierować swoimi działaniami. Przyznaję, że należę do tej grupy ludzi, którzy uważają, że wybór, impuls, winien pochodzić z dołu, nie z góry, od obywateli, nie od ustawodawcy. Moim zdaniem, przeciwna doktryna prowadzi do zniszczenia wolności i godności człowieka. Jednak drogą fałszywego i niesprawiedliwego rozumowania, pod adresem ekonomistów padają zarzuty. O co się nas oskarża? O to, że odrzucając dotację, odrzucamy jednocześnie samą rzecz, która ma podlegać dotacji, że jesteśmy wrogami wszelkiego rodzaju działalności, ponieważ chcemy, by ta działalność była z jednej strony wolna, a z drugiej sama poszukiwała dla siebie zapłaty. Kiedy domagamy się, by państwo nie interweniowało, za pośrednictwem podatków, w sferę religii – jesteśmy ateistami; kiedy żądamy, by państwo nie wkraczało w sferę edukacji – jesteśmy wrogami nauki; kiedy głosimy, że państwo nie może przez podatki sztucznie zawyżać wartości ziemi bądź jakiejś gałęzi przemysłu – jesteśmy wrogami własności i pracy; kiedy sądzimy, że państwo nie powinno dotować artystów – jesteśmy barbarzyńcami, którzy uważają, że sztuka to coś zupełnie niepotrzebnego. Ze wszystkich sił protestuję przeciwko tym oskarżeniom. Dalecy jesteśmy od absurdalnego pomysłu, by niszczyć religię, edukację, własność, pracę i sztukę. Domagamy się jednak, by państwo chroniło swobodny rozwój tych wszystkich rodzajów ludzkiej działalności, nie finansując jednych kosztem drugich. Przeciwnie, jesteśmy przekonani, że w wolnym społeczeństwie same rozwijałyby się harmonijnie i że żadne z nich nie stałoby się, jak to dzisiaj obserwujemy, źródłem zamętu, nadużycia, tyranii i nieporządku. Nasi przeciwnicy sądzą, że działalność, która nie jest ani finansowana, ani regulowana przez państwo, jest skazana na upadek. My uważamy, że jest wręcz przeciwnie. Oni wierzą w ustawodawcę, a nie w ludzi. My wierzymy w ludzi, a nie w ustawodawcę. Pan de Lamartine mawiał: „W imię tej zasady należy zlikwidować publiczne wystawy, które są dumą i świadczą o bogactwie tego kraju”. Odpowiadam panu de Lamartine’owi: „Z pańskiego punktu widzenia, brak dotacji oznacza likwidację, ponieważ wychodząc z założenia, że wszystko istnieje tylko z woli państwa, dochodzi pan do wniosku, że nic nie może istnieć bez podatków. By udowodnić, że tak nie jest, posłużę się przykładem, który sam pan wybrał. Pragnę zauważyć, że największa, najszlachetniejsza wystawa to ekspozycja, która jest przygotowywana w Londynie. Została ona pomyślana w duchu najbardziej liberalnym, najbardziej uniwersalnym, w duchu humanitarnym, a użycia tego słowa nie uważam za przesadę. To jedyna wystawa, do której nie miesza się rząd i która nie jest finansowana z żadnych podatków”. Wracając jeszcze do sztuk pięknych, można, powtarzam to raz jeszcze, przytoczyć mocne argumenty za i przeciw systemowi dotacji. Czytelnik rozumie, że przedmiotem tej rozprawy, ani też moim zamiarem, nie jest uwypuklanie tych argumentów i rozsądzanie, który z nich jest słuszny. Ale pan de Lamartine wysunął tezę, której nie mogę pominąć milczeniem, gdyż ściśle dotyczy ona tejże ekonomicznej rozprawy. Powiedział: W zakresie teatrów kwestia ekonomiczna streszcza się do jednego słowa: praca. Nie jest istotna natura owej pracy, jest to praca równie płodna, równie produktywna, co każdy inny rodzaj pracy w kraju. Jak wiecie, teatry żywią i utrzymują we Francji nie mniej niż osiemdziesiąt tysięcy pracowników różnych zawodów: malarzy, murarzy, dekoratorów, krawców, architektów itd., którzy ożywiają wiele dzielnic tej stolicy, i z tego tytułu winniście im swoją sympatię! Swoją sympatię – należy rozumieć: wasze subwencje. I dalej: Uroki Paryża dają francuskim departamentom pracę i utrzymanie, a zbytki bogacza to płaca i chleb dla dwustu tysięcy pracowników, żyjących z tak różnorodnego przemysłu teatralnego na obszarze Republiki. Dzięki tym szlachetnym przyjemnościom, które oświecają Francję, oni, ich rodziny i dzieci mają zapewniony byt. To właśnie do nich trafi owe sześćdziesiąt tysięcy franków (Brawo! Brawo! Liczne oznaki aprobaty). Ja zaś jestem zmuszony powiedzieć: „To bardzo źle! Bardzo niedobrze!” Ograniczam oczywiście ten osąd do argumentacji ekonomicznej, o której tutaj mowa. Owszem, owe sześćdziesiąt tysięcy franków, przynajmniej w części, trafi do pracowników teatrów. Trochę może zawieruszy się po drodze. Gdybyśmy dokładnie zgłębili ten problem, być może odkrylibyśmy, że ciastko powędruje gdzie indziej, a robotnicy będą musieli się cieszyć, jeżeli pozostanie dla nich trochę okruchów! Przypuśćmy, że cała dotacja trafi do malarzy, dekoratorów, krawców, fryzjerów itd. To jest to, co widać. Ale skąd pochodzą owe pieniądze? Oto odwrotna strona medalu, nie mniej ważna. Gdzie jest źródło owych sześćdziesięciu tysięcy franków? I gdzie trafiłyby te pieniądze, gdyby wynik głosowania nie wysłał ich najpierw do ministerstwa finansów, a stamtąd do zarządu teatrów? To jest to, czego nie widać. Z pewnością nikt nie ośmieli się stwierdzić, że te pieniądze zrodziły się w urnie podczas głosowania; że są czystą nadwyżką narodowego bogactwa; że gdyby nie to cudowne głosowanie, nikt by ich nie widział ani nie dotknął. Trzeba przyznać, że wszystko, co mogła zrobić większość parlamentarna, to zdecydować, że zostaną zabrane z jednego miejsca i przekazane w drugie i że można je skierować na daną drogę tylko dlatego, iż zostały zawrócone z innej. Jeżeli tak się rzeczy mają, to jest sprawą jasną, że obywatel, który zapłacił podatek w wysokości jednego franka, nie będzie już mógł dysponować tą kwotą. Jest oczywiste, że nie będzie już mógł jej wydać zgodnie ze swoim upodobaniem i że robotnik, obojętnie jaki, który miał wykonać pracę, w tej samej mierze będzie pozbawiony zapłaty. Nie ulegajmy zatem iluzji i nie wierzmy, że głosowanie poprawia w jakikolwiek sposób krajowy rynek pracy. Ono jedynie przesunęło satysfakcję i wynagrodzenie. Ot i wszystko.
Powiecie, że w ten sposób wspomagamy bardziej pilne, bardziej moralne i bardziej rozsądne potrzeby i prace. W tej kwestii również się nie zgadzam. Powiem w ten sposób: zabierając podatnikom sześćdziesiąt tysięcy franków, zmniejszacie zarobki rolnikom, cieślom, kowalom, i o tyleż samo zwiększacie zarobki śpiewaków, fryzjerów, dekoratorów i krawców. Nic nie dowodzi tego, by ta druga klasa była bardziej godna uwagi niż pierwsza. Pan de Lamartine tego nie twierdzi. Sam mówi, że praca teatrów jest równie płodna, równie produktywna (a nie bardziej) jak każda inna, choć takie stwierdzenie można zakwestionować. Najlepszym dowodem na to, że ten drugi rodzaj działalności nie jest równie płodny jak pierwszy, jest fakt, że ten ostatni musi finansować pierwszy. Nie chcę jednak skupiać się tutaj na porównywaniu wartości i istotnej zasługi różnych rodzajów zawodów. Pragnę za to wykazać, że jeżeli pan de Lamartine i jego poplecznicy lewym okiem dostrzegali dochody, jakie zyskiwali aktorzy, powinni byli prawym okiem zauważyć stracone zarobki płatników podatków. Z tego względu narazili się na śmieszność, biorąc przesunięcie dochodu za dochód. Gdyby byli konsekwentni w swym rozumowaniu, domagaliby się dotacji w nieskończoność, gdyż to, co jest prawdą dla jednego franka i dla sześćdziesięciu tysięcy franków, prawdą też będzie, w identycznych okolicznościach, dla miliarda franków. Panowie, kiedy idzie o podatki, udowodnijcie ich pożyteczność, opierając się na rozsądnych argumentach, a nie na błędnym twierdzeniu, że „publiczne wydatki dają utrzymanie klasie robotniczej”. To niesłuszne założenie ukrywa istotny fakt, że wydatki publiczne dokonywane są zawsze zamiast wydatków prywatnych, a co za tym idzie, dają utrzymanie jednemu pracownikowi zamiast drugiemu, ale w żaden sposób nie poprawiają losu wszystkich robotników jako całości. Wasza argumentacja jest bardzo modna, lecz zbyt absurdalna, by dopatrzyć się w niej racji. Frédéric Bastiat – „Co widać i czego nie widać” w: Dzieła zebrane t. 1, Warszawa 2009, Wydawnictwo Prohibita Paweł Toboła-Pertkiewicz.

Frederic Bastiat: Podatki

W ramach „Tygodnia z Bastiatem” prezentujemy 2. część eseju „Co widać i czego nie widać”. Wydawca „Dzieł zebranych” Bastiata z okazji „Tygodnia z Bastiatem” oferuje dwutomowy zbiór tekstów w bardzo promocyjnej cenie! Warto skorzystać i zakupić „Dzieła” do 6 lipca: http://www.multibook.pl/1294,frederic-bastiat-dziela-zebrane.html Polecamy również krótką filmową biografię francuskiego mistrza: http://www.youtube.com/watch?v=NzD80i2xjRU *  *  * Co widać i czego nie widać (część 2) Podatki Czy nigdy nie słyszeliście takich słów: „Podatki to najlepsze pośrednictwo pracy; to życiodajna rosa. Spójrzcie, ilu rodzinom dają utrzymanie, i rozważcie, jaki wpływ mają na gospodarkę – wprost nieskończony, to źródło życia”? Aby obalić tę doktrynę, jestem zmuszony raz jeszcze przeprowadzić podobne do wcześniejszego rozumowanie. Wiem dobrze, że argumenty ekonomiczne nie są aż tak zabawne, by można było tu rzec: repetita placent1. Stworzyłem więc na swój użytek przysłowie, bardzo przekonujące tylko w ustach ekonomii politycznej: repetita docent2. Zyski urzędników płynące z podatków widać; dobro, jakie z nich wynika dla dostawców urzędników, też widać. To rzuca się w oczy. Ale straty, jaką ponoszą płatnicy, nie widać; szkody, jaka z tego wynika dla ich dostawców, także nie widać, mimo że rozum powinien od razu je dostrzec. Kiedy urzędnik wydaje pięć franków więcej, oznacza to, że podatnik wydaje pięć franków mniej. Ale wydatki urzędnika widać, ponieważ ich dokonał. Tymczasem wydatków podatnika nie widać, gdyż niestety nie pozwolono mu ich dokonać. Porównujecie naród do wysuszonej ziemi, a podatki do życiodajnego deszczu. Niech tak będzie. Ale winniście zastanowić się, gdzie jest jego źródło i czy to przypadkiem nie przez podatki woda wyparowuje z gleby. Powinniście zadać sobie również pytanie, czy to możliwe, aby ziemia otrzymywała tyle samo tej cennej wilgoci w postaci deszczu, ile jej traci w wyniku parowania? Nie sposób zaprzeczyć, że kiedy Jakub Poczciwiec przekazuje poborcy pięć franków, nie otrzymuje w zamian nic. Kiedy natomiast urzędnik wydaje owe pięć franków, kiedy zwraca je Jakubowi Poczciwcowi, to czyni to w zamian za zboże czy pracę. Końcowy rezultat jest taki: Jakub Poczciwiec traci pięć franków. Jest prawdą, że często, a nawet bardzo często, urzędnik wyświadcza Jakubowi Poczciwcowi jakąś usługę o tej samej wartości. W takiej sytuacji żadna ze stron nie ponosi straty, mamy do czynienia tylko z wymianą. Moja argumentacja w żadnej mierze nie dotyczy usług pożytecznych. Mówię tylko, że jeżeli chcecie stworzyć jakieś stanowisko, to udowodnijcie jego użyteczność. Wykażcie, że będzie ono korzystne dla Jakuba Poczciwca, że usługi, jakie będą mu świadczone, będą warte jego zapłaty. Ale, abstrahując od tej istotnej użyteczności, nie używajcie jako argumentu korzyści, jaką będzie z tego miał urzędnik, jego rodzina i jego dostawcy. Nie powołujcie się na fakt, że wspomaga to rynek pracy. Kiedy Jakub Poczciwiec daje urzędnikowi pięć franków w zamian za rzeczywistą i pożyteczną usługę, to jest to dokładnie to samo, jak gdyby dał szewcowi pięć franków za parę butów. Ty mi dajesz, ja ci daję – jesteśmy kwita. Ale kiedy Jakub Poczciwiec przekazuje pięć franków urzędnikowi, by w zamian nie otrzymać żadnej usługi, a przy tym usłyszeć zniewagi, to tak jakby dał te pieniądze złodziejowi. Nie ma sensu mówić, że wydając pięć franków, urzędnik przyczynia się do stworzenia w kraju nowego miejsca pracy; tak samo zrobiłby złodziej, tak samo zrobiłby Jakub Poczciwiec, gdyby na swojej drodze nie spotkał pasożyta, nieważne czy działającego nielegalnie, czy zgodnie z prawem. Nauczmy się zatem osądzać rzeczy nie tylko przez pryzmat tego, co widać, ale również na podstawie tego, czego nie widać. W ubiegłym roku byłem członkiem Komisji Finansów, gdyż za rządów Konstytuanty członkowie opozycji nie byli jeszcze systematycznie usuwani z wszystkich komisji. Pod tym względem Konstytuanta działała rozumnie. Kiedyś pan Thiers powiedział: „Przez całe życie walczyłem z członkami partii legitymistów i partii klerykałów. Od czasu, kiedy zbliżyło nas do siebie wspólne niebezpieczeństwo, spotykam się z nimi, poznaję ich, szczerze ze sobą rozmawiamy. Przekonałem się, że nie są takimi potworami, jak to sobie wyobrażałem”. Tak, nieufność jest coraz większa, między partiami narasta wrogość, nie chcą ze sobą współpracować. A gdyby tak większość parlamentarna pozwoliła kilku członkom mniejszości brać udział w komisjach, być może z jednej i drugiej strony spostrzeżono by, że idee partii przeciwnej nie są tak dalece odległe, a przede wszystkim zamiary tak niecne, jak się przypuszcza. Tak czy inaczej, w ubiegłym roku wchodziłem w skład Komisji Finansów. Ilekroć któryś z naszych kolegów mówił o utrzymaniu wydatków Prezydenta Republiki na umiarkowanym poziomie, słyszał ze strony ministrów i ambasadorów taką odpowiedź: „Dla samego dobra służby, niektóre stanowiska należy otaczać splendorem i zaszczytami. To sposób, by przyciągnąć ludzi zasłużonych. Niezliczeni nieszczęśnicy zwracają się do Prezydenta Republiki, a gdyby był zmuszony za każdym razem odmawiać, stawiałoby go to w przykrej sytuacji. Pewna wystawność w ministerialnych i dyplomatycznych salonach to jeden z ważnych elementów rządów konstytucyjnych itd., itd.” Chociaż takie argumenty mogą być kontrowersyjne, to jednak z całą pewnością zasługują na poważne rozpatrzenie. Opierają się na interesie publicznym, dobrze lub źle pojmowanym. A jeżeli o mnie chodzi, nie robię z tego problemu, w przeciwieństwie do wielu naszych obywateli, wiedzionych duchem skąpstwa i zawiści. Jednak mój umysł ekonomisty buntuje się, na twarzy pojawia się rumieniec wstydu za poziom intelektualny mojego kraju, kiedy dochodzimy (a często tak jest) do tego absurdalnego banału, który zawsze jest przychylnie przyjmowany: „Przepych wysokich urzędników wspiera rozwój sztuki, przemysłu, tworzy miejsca pracy. Osoba zarządzająca państwem i jej ministrowie wydają bankiety i przyjęcia, ale tym samym ożywiają całe społeczeństwo. Ograniczać ich wydatki to zubażać paryski przemysł i pośrednio przemysł w całym kraju”. Łaski, panowie! Szanujcie przynajmniej zasady arytmetyki i nie występujcie przed Zgromadzeniem Narodowym Francji – w obawie, że nie uzyskacie jego aprobaty – z twierdzeniem, że działanie w zależności od tego, czy dodajemy pierwszą liczbę do drugiej, czy drugą do pierwszej, daje różny wynik. Coś takiego! Umawiam się z robotnikiem, że za kwotę pięciu franków wykopie rów na moim polu. Kiedy dobijamy targu, przychodzi poborca podatkowy, zabiera mi pięć franków i przekazuje je ministrowi spraw wewnętrznych. Moja umowa zostaje zerwana, ale za to pan minister dorzuci sobie jeszcze jedno danie do swojego obiadu. Na jakiej podstawie ośmielacie się twierdzić, że te wydane przez urzędnika państwowego pieniądze wspierają krajowy przemysł! Czyż nie rozumiecie, że mamy tutaj tylko zwykłe przemieszczenie pracy i zaspokojonej potrzeby? Zgoda, stół ministra jest lepiej zastawiony, ale pole rolnika nie zostało odwodnione, nie możecie temu zaprzeczyć. Przyznaję, że paryski restaurator zarobił pięć franków, ale musicie zgodzić się ze mną, że prowincjonalny robotnik nie dostał pięciu franków, które mógł zarobić. Cóż można w tej kwestii rzec? Że z jednej strony mamy danie ministra i zadowolonego restauratora – to widać; natomiast z drugiej strony podmokłe pole i robotnika bez pracy – tego nie widać. Dobry Boże! Jak trudno w ekonomii politycznej dowieść, że dwa plus dwa równa się cztery. A jeżeli wam się to udaje, od razu słyszycie krzyki: „To tak jasne, że aż nudne”. A potem ludzie znów głosują tak, jakbyście niczego nie dowiedli. Frédéric Bastiat – „Co widać i czego nie widać” w: Dzieła zebrane t. 1, Warszawa 2009, Wydawnictwo Prohibita Paweł Toboła-Pertkiewicz.

Bastiat nie tylko do poduchy

Ostatnio, zapewne z powodu upałów postawiłem na przetrwanie - z minimalnym wydatkiem energii własnej - w bezruchu, z książką w ręku. Zdejmując ponownie z półki „Dzieła zebrane” Bastiata, byłem przekonany, że po wielokrotnym wertowaniu nic już istotnego nie odkryję, ale miałem potrzebę odświeżenia zachowanego w pamięci stylu argumentacji.

Byłem w błędzie. Natłok bieżącej informacji i konieczność śledzenia istotnych opracowań z dziedziny naszych zainteresowań, sprawia, że coraz mniej czasu mamy na refleksję, która jest jedynym sposobem na porządkowanie gromadzonych informacji, na wyłapywanie luk i zbędnych, nieistotnych treści. Ślizgamy się po treści starając się zrozumieć myśl autora. Gdy jakiś fragment wydaje się niezrozumiały lub nieracjonalny, zrzucamy to na karb fuszerki autora. Nie mamy czasu na zastanowienie się czy przypadkiem nie odczytaliśmy czegoś, czego w teksie tak naprawdę nie ma, bo myśli autora interpretujemy za pomocą wiedzy, którą już posiadamy. Opisy gdy wykraczają poza obiegowe sprawy, wymagają głębszego zastanowienia, a często uzupełnienia o pojęcia niezbędne do jej zrozumienia. Dlatego właśnie podręczniki zwykle są niezrozumiałe dla osób, które nie przyswoiły sobie właściwego znaczenia pojęć tam użytych (często zawartych w innych podręcznikach). Obszar wiedzy jest tak ogromny, że skazani jesteśmy albo na płaski banał albo musimy wykonać dodatkową pracę umysłową by uchwycić jej właściwą treść.

Urodziny Bastiata

Z okazji 209. rocznicy urodzin wielkiego mistrza ekonomii wolnorynkowej, wydawca "Dzieł zebranych" proponuje z tej okazji niezwykle atrakcyjną, obniżoną, cenę tej wyjątkowej publikacji. Szczególnie przed planowanym urlopem warto zaopatrzyć się w tę publikację. Przypominamy, że ta wyjątkowa promocja trwa jedynie do dnia urodzin Frederica Bastiata, czyli do 30 czerwca! http://www.multibook.pl/1294,frederic-bastiat-dziela-zebrane.html

Kogo się bać? Przeciw komu się szczepić?

Przez moment mignęła mi sonda w programie jednego z najświatlejszych dziennikarzy III RP. Według wyników cząstkowych (była to pewnie jakaś połowa programu, bo dalej nie oglądałem) 63 proc. osób, którym chciało się wydać 2,44 zł na sms, nie boi się świńskiej grypy. Słusznie, choć co na to powiedzą ci, którzy trąbią na prawo i lewo o „kolejnych ofiarach” świńskiej grypy, informują o powszechnej obawie i panice. Co powiedzą ich przełożeni, że aż 63 proc. Polaków ma ich przestrogi w dupie i się nimi nie przejmuje – całuje się, dotyka przedmiotów i żyje normalnie jak przystało ludziom a nie jak bydło pod dyktando medialnych dyktatorów. Ja również się nie boję histerii wywołanej jedynie po to, aby z jednej strony zarobić gigantyczne pieniądze, a z drugiej strony za pomocą napędzania strachu czy wręcz histerii, spowodować ubezwłasnowolnienie ludzi. Kogo się zatem boję poza Panem Bogiem? Boję się choćby tych gadających głów, które tak gestykulowały w studiu, i które całkiem poważnie martwią się – jak się okazuje – stanem mojej wątroby, zatok, potencji i wielu innych dolegliwości. Boję się kolejnych pomysłów pani Hanny Gronkiewicz-Waltz, bo to dzięki niej co kilka dni tracę kilkadziesiąt minut na Trasie Łazienkowskiej, gdyż mimo że jednym pasem podąża jedynie powietrze przerywane co kilkanaście minut zatruwającym CO2 autobusem (dobrze, że jadącym a nie palącym się, co w stolicy jest już normą, ale cóż – palące się autobusy mają przywileje, kierowcy tylko zakazy), ja wciąż stoję w miejscu. Podobno specjalne pasy mają mieć wkrótce taksówkarze i rowerzyści. Kierowcom pozostanie niedługo tylko kanister i podpałka, bo jeździć ulicami już chyba nie będzie wolno… Boję się rządów Donalda Tuska bo nie jestem w stanie przewidzieć czy pieniądze, które z coraz większym trudem zarabiam, mogę spokojnie inwestować czy też za moment zostaną mi zarekwirowane. Boję się Katarzyny Hall, bo jak sama stwierdziła w jednym z wywiadów, nie ma się co poddawać tym, że jej reforma zakończyła się kompletną katastrofą, bo przecież można wprowadzić kolejną. Boję Jana Vincenta Rostowskiego, bo zadłuża moje dzieci na takie sumy, które będą musiały spłacać latami, gdy o ministrze słuch zaginie… Boje się wreszcie całego rządu, sejmu, senatu, prezydenta i Trybunału Konstytucyjnego, bo każdy kolejny ich dzień działalności przynosi pomysły ograniczania mojej wolności i moich praw. Boję się ich zdecydowanie bardziej niż świńskiej, ptasiej i zwykłej grypy razem wziętych. „Konserwatyści” i „katolicy” z PiS-u nawet w niedzielę zaczęli miewać konferencje programowe. 6 dni w tygodniu nie wystarczy na „robieniu nam dobrze?” Boję się jeszcze Komisji Europejskiej, ONZ, MFW i kilku mniejszych, aczkolwiek niewymienionych organizacji, które pod szczytnymi celami, codziennie dążą do walki z moją wolnością i tym co zwiemy zdrowym rozsądkiem. Nie boję się natomiast pisać tego, co myślę i co uważam za prawdziwe. Pytanie jak długo będę się cieszył tym przywilejem. Jak okazuje się, rząd już pracuje nad ustawą, która o takich jak ja zadba w odpowiedni sposób. Na koniec tego spontanicznego tekstu pozwolę sobie na kryptoreklamę, która wydaje mi się adekwatna do wszechobecnej medialnej histerii. Tzw. eksperci zewsząd nawołują nas: „szczepcie się”, „myjcie rączki” (podobno w każdym serialu musi obecnie paść ta komenda co najmniej dwukrotnie. Czekamy na dalszą tresurę widzów – wszak przed zejściem z sedesu należy użyć papieru toaletowego, o czym pewnie nie wszyscy wiedzą, a jak głosi napis na budynku jednego z ogólniaków, które pamiętam z dzieciństwa: „wiedza to potęgi klucz”. Zatem do dzieła!). Dlatego widząc jak z każdym dniem jest wokół mnie coraz mniej zdrowego rozsądku, zamiast szczepień na świńską grypę, polecam zaszczepić się na socjalizm i wszechogarniającą głupotę. Wielkim wysiłkiem finansowym udało mi się wydać "Dzieła zebrane" Frédérica Bastiata – geniusza, który swoją publicystyką zaszczepia ludzi przeciw socjalizmowi, idiotyzmom i chorym pomysłom rządzących (ot, choćby taki pomysł z ostatnich dni, czyli zakaz opalania się w solarium, bądź rejestracja kobiet, które doń uczęszczają). Jeśli zatem mamy się szczepić, polecam – za Henry’m Hazlittem – najskuteczniejszą szczepionkę antysocjalistyczną, czyli Bastiata. Przywraca zdrowy rozsądek, otwiera umysł, pozwala zachować wolność wewnętrzną w tych podłych czasach. Paweł Toboła-Pertkiewicz Książkę Frédérica  Bastiata zamówić można na stronie księgarni internetowej Multibook.pl... multibook

Frederica Bastiata „Dzieła zebrane” do kupy!

Takie hity zdarzają się na naszym rynku wydawniczym rzadko. A jeśli dotyczą one dziedziny gospodarki i wolnego rynku - to nawet bardzo rzadko. Jeśli idea wolnego rynku jest przy tym przekazana w sposób prosty i przystępny dla każdego odbiorcy to czegóż by tu jeszcze więcej wymagać.

Antysocjalistyczna szczepionka!

Wydawnictwo PROHIBITA Paweł Toboła-Pertkiewicz opracowuje do powszechnego stosowania najskuteczniejszą na świecie szczepionkę antysocjalistyczną według receptury samego Frédérica Bastiata. Szczepionka jest uniwersalna – może być z powodzeniem aplikowana u ludzi w każdym wieku, szczególnie pozytywne i niemal natychmiastowe efekty przynosi u ludzi skażonych mentalnością socjalistyczną. Szczepionka, po pomyślnym zakończeniu tłumaczenia, jest właśnie poddawana w laboratorium zabiegom redaktorskim. Jej masowa produkcja rozpocznie się na przełomie sierpnia i września. Na rynku pojawi się 19 września 2009 roku. Szczepionka nie będzie posiadać żadnych międzynarodowych certyfikatów ani nie będzie wpisana na listę leków refundowanych przez Ministerstwo Zdrowia, można ją natomiast zamówić już dziś bez recepty i bez kolejek. Za rekomendacje tej szczepionki niech wystarczą trzy opinie: Friedrich von Hayek pisał o wynalazcy i twórcy tej receptury , że „był geniuszem publicystyki”, a Ludwig von Mises poszedł krok dalej pisząc nawet, że „Bastiat wniósł nieśmiertelny wkład w obronę ludzkiej wolności”. Henry Hazlitt stwierdził jednak najdobitniej, że „Każdy, kto przeczyta i zrozumie Bastiata, może uważać się za skutecznie i dożywotnio zaszczepionego na protekcjonistyczną chorobę umysłu czy mrzonki o państwie opiekuńczym. Bastiat zabił protekcjonizm i socjalizm po prostu wyśmiewając je”. W przeciwieństwie do innych leków: aplikowanie szczepionki w postaci Dzieł zebranych Bastiata to sama przyjemność! To zarazem najskuteczniejsza metoda zabicia w ludziach socjalistycznego myślenia. Nie zwlekaj zatem i już dziś zamów tę szczepionkę! Wydawnictwo PROHIBITA Paweł Toboła-Pertkiewicz przygotowuje do druku Dzieła zebrane francuskiego geniusza ekonomii i mistrza wyszukiwania absurdów, Frédérica Bastiata i dzięki temu każdy z Państwa będzie mógł dożywotnio zaszczepić się przeciw socjalizmowi. Będzie to pierwsze polskie wydanie w jednym zbiorze wszystkich najważniejszych dzieł wielkiego francuskiego myśliciela. Wzorujemy się na pierwszym na świecie wydaniu dzieł zebranych, które opublikował amerykański Mises Institute w 2007 roku. Wszystkie prace zamieszczone w naszych Dziełach zebranych są tłumaczone z oryginalnej wersji językowej, tj. języka francuskiego. Dzieła zebrane zostały podzielone na dwa tomy. W pierwszym tomie znajdą się następujące dzieła: Co widać i czego nie widać Prawo Państwo Przeklęty pieniądz Kapitał i zysk z kapitału Ekonomiczne sofizmaty cz. 1 i 2 W drugim tomie znajdą się dwie części najważniejszego dzieła Bastiata: Harmonie ekonomiczne cz. 1 i 2. Na końcu drugiego tomu zamieszczone zostanie Kalendarium życia Autora. Ponieważ nasze wydawnictwo nie uczestniczy w procesie, który Frédéric Bastiat zwykł nazywać legalną grabieżą, nie korzystamy z żadnych państwowych dotacji, subwencji i innych form przymusowego finansowania z pieniędzy podatnika naszych projektów wydawniczych. Wydawane przez nas książki są finansowane z prywatnych pieniędzy. Ponieważ jednak wydanie Dzieł zebranych Bastiata jest w historii naszego wydawnictwa największym i najdroższym przedsięwzięciem, zwracamy się z propozycją wykupienia subskrypcji po bardzo atrakcyjnej cenie. Cena detaliczna za oba tomy wynosić będzie 120,00 zł (sto dwadzieścia złotych). W subskrypcji Dzieła zebrane kosztują 80,00 zł (osiemdziesiąt złotych), z wliczonymi już kosztami wysyłki. Dodatkowo, wszyscy subskrybenci, którzy wykupią subskrypcję do końca czerwca 2009 roku, otrzymają wraz z Dziełami zebranymi książkę Wielkie mity Wielkiego Kryzysu autorstwa Lawrence’a W. Reeda (PROHIBITA 2009). Nie zwlekaj! Zamów szczepionkę w postaci Dzieł zebranych już dziś! Szczegóły na www.prohibita.pl/bastiat.html bastiat-okladka