Tag Archives: ekologia

Smog-Stop, Socjalizm-Start!

Któż nie zna zaprezentowanej przed laty przez Miltona Friedmana analizy sposobów wydawania pieniędzy? Mimo to warto ją tu – na wszelki wypadek – przypomnieć.

W obronie przemysłu futrzarskiego w Polsce. Kaczyński nie zna tematu

Na antenie TV TRWAM odbyła się niedawno audycja przybliżająca realia polskiego przemysłu futrzarskiego. Przypomnijmy, że partia Jarosława Kaczyńskiego chce doprowadzić do jego likwidacji.

Poskromić foliówki, czyli super-zadanie dla rządu, sejmu i prezydenta!

Jeszcze niedawno śmialiśmy się z procederu zajmowania się przez niby-poważne instytucje Unii Europejskiej problemami typu "krzywizna banana", hałas jaki wydają odkurzacze czy sposoby spuszczania wody w sedesach. Ale i u nas nie jest pod tym względem ... gorzej.

Franciszek – obrońca państwa socjalnego

Papież Franciszek jawi się jako najbardziej „socjalny” papież od dziesięcioleci. Nie widzi wspólnej platformy dla wolnego rynku i wartości chrześcijańskich, jak Jan Paweł II. Krytykuje globalizację i neoliberalizm jeszcze mocniej, niż Benedykt XVI.

Bałagan w śmieciach

Zgodnie z ustawą od 1. lipca 2013 r. nie będziemy już decydować to tym, kto i za ile będzie zajmować się utylizacją naszych śmieci. Ponieważ nie bardzo wiadomo dlaczego o tym, z usług której firmy korzystamy, ma decydować urzędnik, więc można spokojnie przyjąć, że chodzi o pieniądze.
Dzięki temu rząd będzie mógł pochwalić się prowadzeniem aktywnej polityki prorodzinnej – wzrośnie zatrudnienie w urzędach. Wiadomo też, że będzie dużo drożej jeżeli zdecydujemy się segregować śmieci. Jeśli nie – będzie jeszcze drożej niż dużo drożej. Poza tym można spokojnie założyć, że dzięki śmiałej decyzji Drogich Przywódców Taniego Państwa zrobi się jeszcze drożej a polskie miasta świńskim truchtem dogonią a nawet przegonią Zachód, o czym wszak marzymy od dawna. Bo dotąd jak firma nie odbierała śmieci, to traciła klientów, których przejmowało inne przedsiębiorstwo. A teraz jak śmieciowa związkokracja ogłosi strajk, to niczym Paryż czy Rzym każda pipidówa będzie EU – ropiejąco tonąć w śmieciach. Jednakże największy ubaw czeka nas w ramach urzędniczych regulacji w sprawie segregacji i gospodarowania odpadami komunalnymi. Już same kryteria naliczania budzą zachwyt nad pomysłowością urzędniczą. Wysokość opłat może zależeć od: ilości zamieszkujących osób, gospodarstwa domowego, powierzchni mieszkalnej i zużycia wody. Dzięki tej obfitości możliwości urzędnicy mogli przyjąć takie kryteria, dzięki którym wyjdzie najdrożej. Dlatego np. w Warszawie w zabudowie wielorodzinnej zastosowano kryterium ilości osób, zaś w zabudowie jednorodzinnej – gospodarstwa domowego. Jakoś nikt nie wpadł na pomysł, by zastosować kryterium zużycia wody, choć wodomierze nie należą dziś do rzadkości. No, ale dzięki temu mieszkańcy domów wielorodzinnych nie podlegaliby ustawowemu obowiązkowi niezwłocznego informowania wspólnoty / spółdzielni / zarządu nieruchomości na piśmie o każdej zaistniałej zmianie ilości osób zamieszkujących lokal. Ci rzecz jasna przy rozliczeniach będą musieli przekazywać informacje urzędnikom, dzięki czemu urząd wreszcie będzie wiedział kto i kiedy wyjeżdża lub przyjmuje gości. Za niedopełnienie obowiązku – kara. Kolejny majstersztyk, to zasady segregowania śmieci, którymi w ulotkach urząd miasta Warszawy zarzuca skrzynki mieszkańców. Papier do jednego pojemnika, szkło do drugiego, plastik do trzeciego a całą resztę do czwartego? To by było za proste no i urzędnicy nie mogliby się wykazać rewolucyjną czujnością. Dzięki ich radosnej twórczości mieszkańcy Warszawy nie będą segregować śmieci według materiałów ale..., cholera wie, jak to nazwać. Mamy więc następujące kategorie: segregowane suche (papier, plastik, opakowania po kosmetykach i środkach czystości, książki, katalogi, opakowania po żywności metal itp.), szkło opakowaniowe (no, tu się nie wysilili) i odpady zmieszane (zabrudzone opakowania plastikowe, porcelana, opakowania po dezodorancie, styropian, guma, potłuczone szyby, szkło stołowe). Dodatkowo powstaną kompostowniki (odpady zielone), gdzie trafią liście i połamane gałęzie, oraz punkty selektywnego zbierania odpadów komunalnych (elektrośmieci, tekstylia, leki, niebezpieczne odpady, odpady zielone i remontowe). No i jeszcze wymieniane są odpady wielkogabarytowe, które nie wiadomo gdzie będą zbierane. Za nieprawidłową selekcję – kary. Diabli wiedzą, gdzie w tym bałaganie wyrzucać resztki jedzenia, np. obierki po ziemniakach, czy jak zakwalifikować niedopałki papierosów czy opakowania po lekach i przeterminowane leki. Jeszcze zabawniej jest z punktami selektywnego zbierania odpadów komunalnych – w każdej dzielnicy Warszawy będzie jeden taki punkt, jedynie na Bemowie utworzone zostaną dwa. Przeglądając listę odpadów, które mają tam trafiać nietrudno dojść do wniosku, że spora grupa ludzi miast wozić się z bateriami, żarówkami, lakierami do paznokci, termometrami rtęciowymi w poszukiwaniu takiego punktu zwyczajnie zawinie śmieci w torebkę i wywali do pierwszego lepszego śmietnika w parku czy na przystanku. I na koniec wisienka na torcie radosnej twórczości urzędników. Na stronie internetowej magistratu urzędnicy  przywołują eksperckie analizy, z których wynika, że ilość wytwarzanych odpadów zależy od: rodzaju zamieszkiwanej zabudowy oraz wielkości gospodarstwa domowego. Dajmy na to. Tylko dlaczego w takim razie we wrzucanych do skrzynek pocztowych ulotkach piszą o obowiązkach zarządców nieruchomości / wspólnoty / spółdzielni, że powinni Umożliwić odbiór odpadów bez limitu ilościowego. Chyba już czas, by na drzwiach urzędów miejskich pojawiło się ostrzeżenie: „Uwaga – urząd! Tu logika nie obowiązuje, mamy za to regulacje”. Michał Nawrocki Foto.: raszyn.blox.pl

Rynek poradzi sobie z wyczerpującymi się surowcami

Z dużą dozą regularności raczeni jesteśmy alarmistycznymi prognozami przygotowywanymi przez rozmaite instytucje, na temat rzekomo wyczerpujących się surowców naturalnych. Te bezlitosne niczym proroctwa Kasandry przepowiednie połączone są z wezwaniami niektórych grup społecznych (zwykle lewicowych ekologów) do sztucznego ograniczenia zużycia bogactw. Jest to podejście błędne i nie mające racjonalnego uzasadnienia nie tylko na gruncie ekonomii wolnorynkowej, która w sposób automatyczny ogranicza sobie wydobycie, ale także na gruncie zdrowego rozsądku, biorąc pod uwagę to, ile razy na przestrzeni historii ci wieszcze pomylili się w swoich prognozach. Panika wokół surowców naturalnych trwa już od ponad stu lat. W 1908 roku na konferencji gubernatorów,  zwołanej przez prezydenta USA Theodore Roosevelta, ostrzegano, że zasoby naturalne są bliskie wyczerpania. Co ciekawe dotyczyło to głównie bardziej powszechnych od ropy naftowej bogactw. Przestrzegano przed kryzysem związanym z rzekomo topniejącymi na naszych oczach zasobami rudy żelaza, drewna, a nawet pszenicy. Do roku 1940 miał nastąpić kryzys. Jak wygląda rzeczywistość? Odbiega ona dramatycznie od tych hiobowych wieści. Po 103 latach raczej nie narzekamy na nadmierny deficyt tych zasobów. Wobec nietrafionych prognoz postanowiono więc zmienić bazę, za pomocą której można byłoby atakować "chciwych kapitalistów". Wskazano na inne typy surowców. Najgłośniejszym alarmem została objęta ropa naftowa. Prym w prognozowaniu swoistej zagłady energetycznej, wiedzie Klub Rzymski założony w 1968 roku. Swój chyba najgłośniejszy raport, zatytułowany "Granice wzrostu", opublikował w 1972 roku. Jego autorzy poddali analizie ówczesne zużycie zasobów naturalnych w stosunku do przyrostu naturalnego. Przyjęli jednocześnie, że liczba dostępnych zasobów naturalnych jest stała. W tej najbardziej pesymistycznej wersji ropy naftowej miało zabraknąć już w 1990 roku. Jeden z modeli uwzględniał także możliwość odkrycia nowych złóż. To był według autorów raportu wariant najbardziej optymistyczny. Według niego ropy naftowej miało starczyć do 2020 roku. Z dzisiejszej perspektywy możemy już stwierdzić, że Klub Rzymski pomylił się i to o dobrych kilkadziesiąt lat. Udokumentowane aktualnie złoża ropy naftowej pozwolą zaspokoić nasze potrzeby co najmniej do 2060 roku i to przy założeniu, że przerwane zostaną wszelkie poszukiwania nowych. Gdzie więc ta przepowiadana katastrofa? Załóżmy jednak, że zasoby faktycznie się wyczerpują i świat staje w obliczu kryzysu. Jak w takiej sytuacji poradzi sobie wolny rynek? Z czym będziemy mieli do czynienia w przypadku kończących się złóż ropy naftowej? Rosnące ceny tego surowca z pewnością zaczną stymulować podmioty funkcjonujące na rynku do poszukiwania alternatywnych źródeł energii. Coraz bardziej opłacalne staną się źródła odnawialne, a także badania w zakresie poszukiwania kolejnych rozwiązań, które zastąpią ropę naftową. Im więcej badań w tym kierunku, tym większa szansa sukcesu. Stopniowo poszerzać się będzie grono firm nakierowanych na opracowanie nowych technologii. Na skutek konkurencji i powszechności ich ceny zaczną stopniowo spadać. Alternatywne źródła energii będą coraz częściej napędzać samochody, samoloty oraz elektrownie. Zanim złoża ropy naftowej całkowicie się wyczerpią, ludzkość będzie już bezpieczna. Sama ropa zaś (a konkretnie jej resztki) stanie się bezużyteczną i praktycznie bezwartościową czarną mazią. Jeżeli mechanizmy wolnorynkowe pozostaną względnie niezaburzone, to są w stanie wyciągnąć ludzkość z tych kłopotów. Jeżeli złoża ropy naftowej znajdowałyby się całkowicie w rękach prywatnych, to perturbacji mogłoby być jeszcze mniej. Zminimalizowany zostałby bowiem problem wzrastających cen. W przypadku eksploatacji złóż publicznych przez prywatne firmy, mamy do czynienia z sytuacją, w której podmiot wydobywający surowiec nie ma żadnej motywacji, aby robić to w sposób racjonalny i oszczędny. Złoża nie należą do niego, więc kierując się zyskiem, dokonuje najintensywniejszej możliwej eksploatacji. Takich przykładów w historii było całe mnóstwo, od nieograniczonej wycinki lasów, po nadmierny wypas bydła na publicznych terenach. W przypadku prywatnej własności zasobów, mamy do czynienia z sytuacją zgoła odmienną. Ich właściciel nie może sobie pozwolić na nadmierną eksploatację, ponieważ odbije się to na przyszłej wartości gruntu, który w całości należy do niego. Przyspieszając więc wydobycie, automatycznie obniża cenę swojej własności. W takiej sytuacji przedsiębiorca musi dokonać właściwego oszacowania zysków i strat. Przykładowo, jeśli na horyzoncie nie widać żadnego znaczącego zamiennika dla ropy naftowej, to logiczne jest rozumowanie właściciela, że lepiej ograniczyć jej wydobycie aktualnie i poczekać na zwyżkę cen w przyszłości. Kiedy jednak zacznie pojawiać się coś, czym można byłoby zastąpić ropę na szerszą skalę, to z pewnością przedsiębiorca zwiększy aktualnie wydobycie, bo w przyszłości ropa stanie się czymś bezużytecznym i bezwartościowym. W obu przypadkach na optymalizacji zysku i racjonalnym myśleniu przedsiębiorcy zyskuje całe społeczeństwo, bo otrzymuje więcej surowców wtedy, kiedy są one bardziej potrzebne. Dokonałoby się w ten sposób bardzo płynne przejście na inne źródła energii. Można byłoby wręcz uniknąć jakichkolwiek poważniejszych perturbacji społecznych. Ostatnio eksperci stwierdzili, że od 2004 roku znajdujemy się w szczycie wydobycia (Oil Peak) i dlatego ceny za baryłkę będą wyłącznie rosły. Tak też próbuje się tłumaczyć wzrosty cen tego surowca na przestrzeni ostatnich kilku lat. W rzeczywistości są one spowodowane nie wyczerpującymi się zasobami, a inflacyjną polityką banków centralnych z amerykańską Rezerwą Federalną na czele. Kreacja pieniądza, która dokonuje się za pomocą ekspansji kredytowej Fed, prowadzi do "rozrzedzenia" dolara, więc do spadku wartości każdego pojedynczego banknotu, co przekłada się na wzrost cen. Powoduje to także poważne zaburzenia mechanizmu popytu i podaży, na czym najbardziej cierpią ci, którzy nowowykreowane pieniądze otrzymują na końcu lub nie otrzymują ich w ogóle. Jest to o tyle istotne w kontekście ropy naftowej, że dolar jest walutą, w której dokonuje się praktycznie wszystkich rozliczeń tego surowca na rynku międzynarodowym. Współcześnie daleko nam jeszcze do katastrofy prognozowanej przez wielu ekologów. Dziwne jest, że nie ulegli oni jeszcze dysonansowi poznawczemu. Z jednej strony nawołują do sztucznego oszczędzania zasobów naturalnych, a z drugiej bulwersują się, że borykamy się ze zbyt dużym zanieczyszczeniem. Nie dostrzegają jednocześnie tego, że im szybciej wyczerpiemy zasoby naturalne, tym mniejsze zanieczyszczenie będzie później. Równocześnie nie zdają sobie sprawy z faktu, że wyczerpujące się zasoby naturalne, wymuszą skutecznie jak nigdy wcześniej, przejście na inne źródła energii. Dziwi także niechęć lewicowych ekologów do ogólnie rozumianego postępu technologicznego (w tym rozwiązań gospodarczych sprzyjających temu postępowi), który doskonale rozwiązałby ich wszelkie problemy. Mechanizmy wolnorynkowe są doskonale przygotowane na kryzysy surowcowe. Powrót do tych mechanizmów, a następnie ich rozszerzenie i pogłębienie mogłoby pozwolić uniknąć przyszłych problemów związanych z wyczerpującymi się zasobami, zapewniając płynne przejście na zamienniki. Przyszłością ludzkości jest ekologia wolnorynkowa, a nie marksistowska. Im wcześniej to zrozumiemy, tym lepiej. Łukasz Stefaniak

Instytut Globalizacji: Unijne cła na papier niekorzystne dla Polski

Wprowadzenie ceł na papier importowany z Azji będzie miało negatywny wpływ na rodzimy rynek drukarski, papierniczy i poligraficzny – uważa Instytut Globalizacji. Komisja Europejska zaplanowała na maj wprowadzenie ceł zaporowych na papier powlekany importowany z Chin. Polscy politycy poparli ten interwencjonistyczny projekt, mimo sprzeciwu rodzimej branży drukarskiej zatrudniającej ponad 100 tys. pracowników. – Wprowadzenie restrykcji na import taniego papieru będzie skutkowało podniesieniem cen na rynku europejskim i zahamuje rozwój branży – wyjaśnia dr Tomasz Teluk, prezes Instytutu Globalizacji. – To kuriozalne, że sankcjonuje się kupowanie produktu pochodzącego z Chin, kraju który wynalazł produkcję papieru już w II w. przed Chrystusem – przypomina Teluk. Dla wprowadzania barier protekcjonistycznych często używa się argumentów ekologicznych. Według Instytutu Globalizacji cła na papier są przejawem tzw. „zielonego protekcjonizmu” – forsowania regulacji na bazie ideologii bezwzględnej ochrony środowiska naturalnego. Pierwszym uzasadnieniem dla nowych ceł na papier było przeciwdziałanie nielegalnej wycince drzew w Azji. W opinii ekspertów Instytutu Globalizacji jest to argument fałszywy. Dla obywateli Europy Środkowo - Wschodniej korzystniejsze jest kupowanie importowanego papieru i zachowanie własnych zasobów naturalnych. Najlepszym przykładem jest Łotwa, gdzie eksport drewna  rośnie w tempie 50 proc. rocznie, wynosząc w 2010 r. 0,5 mld łat (715 mln euro) i wymyka się spod kontroli. – Kurczą się jednak zasoby tego surowca. Podczas gdy 1000 lat temu lasy zajmowały 80 proc. powierzchni Łotwy, obecnie jest to tylko 50 proc. Częste zmiany własności i złe zarządzanie zasobami powodują, że wycinka jest intensywniejsza niż zalesianie – ostrzega Tomasz Teluk. Podobna sytuacja może mieć miejsce w Polsce. Europa Środkowo - Wschodnia staje się głównym źródłem zaopatrzenia dla takich krajów jak Niemcy czy Wielka Brytania. Według Instytutu Globalizacji z punktu widzenia konsumenta nie ma znaczenia po jakich kosztach produkowany jest papier w Chinach. Subsydiowanie czy dumping papieru kupowanego w Chinach, dla konsumenta w Polsce jest korzystniejszy niż eksploatacja własnych zasobów po wyższych cenach. Dla branży drukarskiej najważniejszy jest dostęp do tańszego surowca z zagranicy.  Dlatego Polska powinna opowiedzieć się przeciw nowym cłom mogącym doprowadzić do wojny handlowej z Chinami – uważa Instytut Globalizacji. Więcej informacji udziela: Dr Tomasz Teluk Fundacja Instytut Globalizacji, www.globalizacja.org instytut@globalizacja.org tel. + 48 600 023 118 + 48 32 232 65 54 O Instytucie: Instytut Globalizacji jest prywatnym wolnorynkowym instytutem spraw publicznych założonym w 2006 r. Organizacja prowadzi badania z zakresu ekonomii, energetyki, nowych technologii i globalizacji.  W 2009 r. Instytut Globalizacji otrzymał Nagrodę Wolności Templetona w Waszyngtonie w dziedzinie „etyka i wartości”. W 2011 r. Instytut Globalizacji został uznany został uznany jednym z najważniejszych polskich think-tanków w najnowszej publikacji pt. „Kto kieruje globalizacją?”, wydanej przez warszawskie wydawnictwo Difin.

Absurdy nasze powszednie…

...czyli chaotyczny przegląd refleksji na różne tematy.

Kto naprawdę zagraża naszym lasom? (Głos w dyskusji na temat prywatyzacji zasobów przyrody)

Z pewnym zdumieniem zapoznałem się z prezentowanymi u was przekonaniami pana Janickiego na temat prywatnej własności, zawartymi w artykule Jestem za własnościa prywatną, ale...". Nie wchodząc w szczegóły w rodzaju zmiany biocenozy, biotopu itp. pozwole sobie zwrócić uwagę autora na fakt, iż przedwojenne i wcześniejsze lasy były często własnością prywatną, a jednak ich stan nie budził szczególnych zastrzeżeń - podobnie jest w wielu państwach, w których funkcjonuje własność prywatna. Wydaje się, że autor jest skażony lewackim myśleniem: prywatny właściciel to zły i bezduszny wyzyskiwacz, który zniszczy wszystko - w tym las i wodę - byle osiągnać zysk. Proponuję spojrzeć na nasze lasy i wody państwowe. Widzimy zatrute i zanieczyszczone rzeki i jeziora, w coraz gorszej kondycji i masę urzedniczej indolencji, niezdolnej do rzeczywistej ochrony wód gruntowych. Tak, przy okazji - kto jak nie państwo jest winne katastrofalnym skutkom suszy w rolnictwie? Kto przez dziesiątki lat prowadził osuszanie na wielką skalę nie zawracając sobie głowy skutkami? Tak to wygląda prawdziwa dbałość państwa o rzeki i jeziora. A co do lasów, to proszę wybaczyć, ale bierze mnie pusty śmiech, gdy czytam takie dyrdymały "udowadniające" bez żadnych dowodów wyższość państwowej własności nad prywatną. Miałem wiele razy styczność z państwowymi pracownikami leśnymi różnego szczebla i jestem przekonany, że to oni stanowią największe zagrożenie dla lasu. Nielegalne wyręby, pozyskiwanie i sprzedaż drewna "na lewo", fałszerstwa w sprawozdaniach dotyczących wycinki, traktowanie lasu wyłącznie jak fabryki drewna i zwierzyny do polowań, nagminne zaśmiecanie lasu w trakcie pracy - to główne z grzechów jakie można bez większego problemu zaobserwować. A monokultura sosnowa? To, że 80% naszych lasów tak właśnie wygląda to zasługa państwowej służby leśnej i jej polityki. A właściwie to zupełnego braku tejże. Prywatni właściciele bywają oczywiście różni: mniej lub bardziej chciwi i nastawieni na zysk - w końcu, u diaska, po to chyba robi się biznesy i nic w tym złego - ale od państwowych złodziei różni ich jedno. Dbałość o swoją własność i potencjalne profity dla siebie i rodziny. Dlatego, podobnie jak w innych biznesach, również i produkując drewno właściciele prywatni będą brali pod uwagę aspekt czasowy, widząc w oszczędnym pozysku drewna korzyść wieloletnią, nie tylko własną ale i własnej rodziny. Jeśli autor mi nie wierzy, to podam przykład. W znanej poznańskiej rodzinie rzemieślników lutników gromadzi się materiał z dużym wyprzedzeniem. Kiedy w latach 80-tych zapytałem się jednego z przedstawicieli rodu o dostępność materiałów - a przypominam, że był to czas kiedy nie było prawie nic na półkach i w przemyśle - dostałem odpowiedź, że wytwarzają obecnie instrumenty z materiału zgromadzonego przez ich dziadka jeszcze w latach 40-tych... Podejmując takie działanie dziadek oczywiście ryzykował, ponieważ trudno było przewidzieć czym zajmą sie jego potomkowie pół wieku później. Ale przyznacie, że wbrew założeniom pana Janickiego prywatny drobny właściciel planował biznes z pewnym, jakby to określić, wieloletnim wyprzedzeniem, nieprawdaż? Podsumowując, życie pokazuje nam codziennie, że tezy artykułu są z palca wyssane i w żaden sposób nie znajdują potwierdzenia w rzeczywistości. Jeżeli lasy i wody są naszym dobrem wspólnym , to wszyscy powinniśmy móc z niego bezpośrednio korzystać. W przeciwnym razie, podobnie jak autor staniemy się wyznawcami teorii, iż koniak to napój klasy robotniczej , spijany ustami jej przedstwicieli, czyli partii robotniczej. Podobnie w sytuacji dóbr naturalnych, lasy i wody stanowić będą własność społeczeństwa, które bedzie korzystać z niej za pomocą wybranych przedstawicieli, takich jak związki wędkarskie, łowieckie, czy służba leśna. A do d... z takim myśleniem... Leszek Karliński (21 sierpnia 2006)

Jestem za własnością prywatną, ale… (Głos w dyskusji na temat prywatyzacji zasobów przyrody)

Przeczytałem kilka tekstów na Stronie Prokapitalistycznej tyczących sensu utrzymywania własności państwowej w przypadku zasobów przyrodniczych. Bez zbytniego wdawania się w polemikę na temat własności państwowej jako takiej pragnę jedynie zaznaczyć, że w kilku przypadkach właścicielem nie może być osoba prywatna lub firma. Jeśli chodzi o dobra przyrodnicze, to wiekszość z nich nie może być prywatną własnością. Ot choćby rzeka, czy morskie wybrzeże. W tych wypadkach należy wprowadzić (i tak się robi) możliwość dzierżawy - na bardzo surowych warunkach. Liczba tych obwarowań i ich "ciężar" niestety musi być taki, że właściciel w niewielkim stopniu może decydować o swojej własności, dlatego całkowita prywatyzacja traci sens. Podobnie jest z jeziorami, czy lasami - tu także nie powinno być mowy z potocznie rozumianą prywatyzacją . Już spieszę wyjaśnić dlaczego. Prywatny właściciel w trosce o własny interes może niekorzystnie zmienić biocenozę i biotop lasu czy jeziora, co wcale nie musi wiązać się ze spadkiem wartości gruntu! Np. osuszy swój las łęgowy i wprowadzi monokulturę sosnową, bo ta daje duże przyrosty we względnie krótkim czasie. Wartość handlowa takiego gruntu oraz porastającego drzewostanu znacznie wzrośnie, ale zniszczone siedlisko trudno zrekultywować. Podobnie z wodami - oligotroficzne jezioro które nie jest w stanie utrzymać dużej populacji ryb łatwo jest wzbogacić nawozami. Przenawożenie prowadzi do eutrofizacji i wymierania wrażliwszych gatunków fauny, przy czym nie musi szkodzić, a wręcz sprzyja niekiedy zwiększeniu populacji ryb o dużej wartości handlowej. Dobrym rozwiązaniem jest forma obwarowanej dzierżawy, ale tylko wybranym podmiotom (dlatego nie ma to nic wspólnego z prywatyzacją) lasów - kołom łowieckim, wód - towarzystwom wędkarskim. Nadmienię jeszcze, że uprawa lasu to niebyt opłacalne zajęcie dla podmiotów prywatnych - wiek rębności większość gatunków drzew osiąga po 80 czy 100 i więcej latach - jaka firma może sobie pozwolić na inwestowanie w przedsięwzięcie o tak długim okresie zwrotu? Ponadto drewno handlowe pozyskuje się dziś (przynajmniej do tego się zmierza) nie poprzez zręb całych obszarów, lecz z cięć pielęgnacyjnych. Trudno w takim wypadku przewidzieć choćby wysokość produkcji. Wspomnę też, że wiele drzewostanów to uprawy deficytowe. Na przykład wspomniane łęgi, czy lasy wysokogórskie. Sam jestem wiceprezesem towarzystwa wędkarskiego, które dzierżawi jezioro od prywatnego właściciela - on dba o infrastrukturę, kąpielisko, zadrzewienie okołojeziorowe, ale decyzje w sprawie gospodarowania samą wodą konsultuje z nami. A przecież nie musi, mógłby np. zwiększyć ph wody przez wapnowanie żeby pozbyć się raków, które większości wędkarzy utrudniają połów. Populacja karpi, czy szczupaków na tym by szczególnie nie ucierpiała, ale ekosystem jako całość - tak. Jestem całym sercem i umysłem za prywatyzacją wszystkiego, co się da, ale w wypadku zasobów przyrodniczych takie gospodarowanie nimi, które dla ich wartości biologicznej jest najlepsze wcale nie musi się pokrywać z gospodarowaniem zwiększającym wartość handlową, czy przynoszącym zyski. Dariusz Janicki (7 sierpnia 2006)

Czy ochrona przyrody musi oznaczać grabież własności prywatnej?

Chcę poprosić o pomoc i wsparcie w następującej sprawie. Od 4 lat prowadzę Wigierskie Stowarzyszenie Mieszkańców Wsi założone w celu obrony przed bezprawiem stosowanym przez państwo polskie rękami Ministra Środowiska i Wigierskiego Parku Narodowego. W roku 1988 Państwo Polskie "skradło" większość praw do rozporządzania swoim mieniem blisko 1500 swoim obywatelom zamieszkałym w 18 wsiach położonych wokół jeziora Wigry - 2500 hektarów gruntów rolnych wraz z siedliskami - włączając je na mocy arbitralnej decyzji w granice Wigierskiego Parku Narodowego. Park Narodowy wg ustawy o ochronie przyrody jest państwową jednostką budżetową i na jego terenie wszystkie przedsięwzięcia podporządkowane są regułom ochrony przyrody a wszelkie decyzje dotyczące gospodarowania, inwestycji, sposobu wykorzystania nieruchomości muszą być uzgadniane z Dyrektorem parku. Sprowadza się to w praktyce do blokowania wszelkich inicjatyw gospodarczych, budowlanych, inwestycyjnych w imię ochrony przyrody i krajobrazu. Celem Dyrekcji parku jest stopniowe wyeliminowanie człowieka i owoców jego działalności z tego obszaru. Ograniczenia przybierają tak drastyczne formy jak brak zgody na wzniesienie siedliska rolnego dla właściciela kilkuhetarowego gospodarstwa rolnego, co narusza istotę prawa własności. Mieszkający tu ludzie nie mają nic innego oprócz swoich gospodarstw i w oparciu o swoją własność muszą zapewniać byt sobie i swoim rodzinom. Ten stan rzeczy trwa już od piętnastu lat. Pisaliśmy do Rzecznika Praw Obywatelskich, kolejnych premierów, Prezydenta. Bez rezultatu. Nie jesteśmy przeciwnikami ochrony przyrody ponieważ w oparciu o nią i z nią w zgodnej symbiozie żyliśmy dotychczas i na niej oprzeć chcemy przyszłość. Region nasz nie ma żyznych gleb, jest zapóźniony cywilizacyjnie w związku z tym jedynym atrybutem, na którym można oprzeć jaki taki rozwój, są walory przyrodnicze, atrakcyjność turystyczna. Niestety "chora" idea ochrony przyrody - bez udziału człowieka wdrażana i oparta na ukradzionej własności powoduje realne zagrożenie naszego bytu. Ustawa o ochronie przyrody z 1949 roku, na mocy której powołano do życia Wigierski Park Narodowy, przewidywała określoną procedurę w kwestii poddania pod ochronę w formie parku gruntów stanowiących własność prywatną. Nakazywała ona aby wszystkim właścicielom gospodarstw doręczyć zarządzenie o poddaniu pod ochronę i ogłosić to w zwyczajowy sposób na tablicy ogłoszeń w lokalnych urzędach gminnych. Określony został tam również 30 dniowy termin odwoławczy. Oba te warunki nie zostały spełnione. Park powstał zatem z naruszeniem prawa. Dzisiaj obowiązująca ustawa o ochronie przyrody ( z kwietnia 2004r), włączenie w obręb parku narodowego nieruchomości prywatnej uzależnia od zgody właściciela. Minister w oficjalnym wystąpieniu stwierdził, że dotyczy to nowo tworzonych parków i nie może działać do tyłu. Warto zwrócić uwagę na fakt, że od 2000 roku nie powstał i prawdopodobnie nie powstanie żaden nowy park - więc nowa ustawa nie dotyczy w tym zakresie niczego. Chciałbym dodać, że samorządy czterech gmin na terenie których położony jest Wigierski Park Narodowy - to jest Krasnopol, Suwałki, Nowinka i Giby w pełni popierają żądania mieszkańców i podpisywały się pod kolejnymi wnioskami w sprawie wyłączenia gruntów prywatnych z obszaru parku oraz zmiany dotychczasowego Dyrektora pana Zdzisława Szkirucia. Zmiana Dyrektora w oczekiwaniu mieszkańców i samorządowców mogłaby złagodzić napięcia na tym tle. Dyrektor Z. Szkiruć z bezduszną bezwzględnością realizuje swoją wizję ochrony przyrody. Mimo wielokrotnych protestów i wniosków o zmianę Dyrektora (podobnie jak w Tatrzańskim parku) w ostatni piątek 15 lipca br. Minister Środowiska Tomasz Podgajniak, mianował obecnego Dyrektora na kolejną pięcioletnią kadencję ignorując całkowicie opinię wszystkich zainteresowanych samorządów lokalnych i stowarzyszenia, które zebrało blisko 900 podpisów pod wnioskiem o jego zwolnienie. Konstytucyjny Minister zignorował całkowicie opinię samorządów i mieszkańców, sankcjonując zapoczątkowane w 1988 roku (wówczas powstał park na mocy Rozporządzenia podpisanego przez Premiera Messnera) bezprawie. Czy tak być powinno w demokratycznym państwie prawnym? Bardzo prosimy o wsparcie w formie porady i wskazania kierunku obrony przed bezprawiem. Michał Mackiewicz (25 lipca 2005)

Dobrobyt a duchowość ekologiczna

Myśl ekologiczna jest w coraz większym stopniu używana nie w celu ochrony piękna natury, ale w celu ograniczania ekonomicznego rozwoju. Jako ksiądz zajmuję się tym zagadnieniem nie tylko dlatego, że wierzę, iż rozwój gospodarczy jest dla ludzi dobry, ale również dlatego, że pod przykrywką ekologii, do naszych Domów Bożych przedostają się siłą pewne herezje. Ostatnio byliśmy świadkami powstania czegoś, co niektórzy nazwali "zieloną duchowością", a co miesza się z tradycyjną wiarą.  Z pewnością istnieją religijne aspekty etyki ekologicznej, które rzeczywiście wyrażają tradycyjny pozytywny pogląd na stworzony porządek, głoszony przez Kościół przez całe wieki. Chrześcijaństwo głosi, że ziemia należy do Pana, gdyż jest Jego tworem, a my zostaliśmy powołani do tego, by przyglądać się chwale i pięknu stworzenia jako najdobitniejszym przykładom działalności Boga we wszechświecie. Co więcej, Pismo Święte wzywa rodzinę ludzką do głębokiego szacunku dla tego stworzenia, aby nie roztrwonić zasobów powierzonych nam do wykorzystania, ale raczej mądrze nimi dysponować. Jednak zwróćmy uwagę na pewne elementarne różnice. Postrzeganie natury jako Bożego dzieła to nie to samo, co znajdowanie samego Boga obecnego wyłącznie w niej, czy zastępowanie Boga naturą. Co więcej, szacunek dla stworzonego przez Boga porządku nie oznacza, że nie wolno go eksploatować z korzyścią dla rodzaju ludzkiego; to raczej wiara w świętość życia wymaga od nas zaakceptowania obowiązku zarządzania naturą. To, że podobne poglądy uznawane są za kontrowersyjne jest niepokojącym znakiem tego, jak dalece pewne niebezpieczne odłamy ekologii wtargnęły do tradycyjnych wspólnot ludzi wierzących. W pomyśle pod nazwą "ziemia w równowadze", powszechnie uznawanej za doskonałą deklarację nowej ekologii, wiceprezydent, z czasu rządów Billa Clintona, All Gore przyznaje: "Im głębiej poszukuję korzeni globalnego kryzysu ekologicznego tym bardziej jestem przekonany, że jest on zewnętrzną manifestacją wewnętrznego kryzysu czyli - nazwijmy go umownie - kryzysu duchowego". Pozornie wypowiedź ta nie budzi całkowitego sprzeciwu. Jan Paweł II mawiał czasami to samo, jednak robił to lepiej. Gore natomiast prosi nas abyśmy na nowo ocenili nasze duchowe miejsce w świecie poprzez odnowienie "związku", nie z Bogiem czy ludźmi, ale ze "światem natury". Pogląd taki jest bliski sugestii, że życie natury jest cenniejsze niż życie ludzkie. Umniejsza on randze życia ludzkiego. Co więcej, zastosowanie go w praktyce prawdopodobnie doprowadziłoby do masowego zahamowania produkcji, zmian ekonomicznych i innowacji. W rzeczywistości - wiem to z historii i nauki chrześcijańskiej - przetrwanie człowieka oraz jego kondycja zależą od korzystania w sposób odpowiedzialny z dominacji nad światem, czynienia stworzenia poddanym sobie, posiadanie własności i przekształcanie jej w celu polepszenia bytu ludzkiego, zawsze mając na celu spełnianie woli Bożej. W czasach świeckich, takich jak nasze, być może już nie zaskakuje to, że dziwne teorie, powielające błędy wczesnych wieków chrześcijaństwa, wchodzą do gry przez masowe, popularne ruchy, takie chociażby jak nienajlepiej zaprojektowany ruch ekologiczny, głoszący idee całkowicie sprzeczne z tradycją. Zrobimy jednak poważny błąd jeżeli ulegniemy tym teoriom i zaczniemy przeszczepiać je na grunt tradycyjnej wiary. Ryzykujemy wówczas to, że możemy paść ofiarą politycznych agend, które ograniczyłyby postęp gospodarczy, mogący przyczynić się do polepszenia ludzkiego bytu i wzrostu godności ludzkiej. Materialny dobrobyt, biorący się z wolnej przedsiębiorczości, nie zbawi naszych dusz. Nie zrobią tego również ograniczenia rządowe nałożone na produkcję gospodarczą. Jedno natomiast jest pewne: wolna przedsiębiorczość prowadzi do dobrze prosperującej społeczności ludzkiej, podczas gdy ograniczenia rządowe jedynie hamują kreatywność ducha ludzkiego. Nie istnieje żadna teoria duchowości, jakkolwiek bardzo byłaby ona w zgodzie z Matką Ziemią, która mogłaby moralnie usprawiedliwić powstrzymywanie ludzi od uczciwego działania w celu poprawy ogólnej jakości życia. Ks. Robert A. Sirico (13 czerwca 2005) tłum. Agnieszka Łaska ( Artykuł publikowany jest za zgodą Autora, Acton Institute, oraz dzięki Polish-American Foundation for Economic Research and Education Pro Publico Bono )