Tag Archives: Estonia

Czy można być gospodarczym tygrysem w UE?

8 kwietnia 2017 roku w Centralnej Bibliotece Rolniczej w Warszawie odbyła się uroczystość wręczenia nagród w VI edycji konkursu Magister PAFERE na najlepszą pracę magisterską z dziedziny ekonomii. Jedną z nagrodzonych wówczas osób była Magdalena Spendel z Uniwersytetu Wrocławskiego.

Jak legalnie nie płacić podatków

Zapraszamy do zapoznania się z wykładem zamieszczonym na portalu Independent Trader poświęconego możliwościom legalnego redukowania swojego opodatkowania. Wykład wygłoszony został na uczelni ASBIRO, która zaprasza jedynie praktyków biznesu.

Środkowoeuropejskie znaki zapytania

Wraz z rozwiązaniem Układu Warszawskiego w 1991 roku NATO uznało, że w Europie nie ma zagrożenia dla bezpieczeństwa Sojuszu i zaniechano opracowywania tzw. planów ewentualnościowych niezbędnych przy odpieraniu agresji. Federacja Rosyjska, prawny spadkobierca ZSRR, była traktowana jako partner, nieomal sojusznik NATO.
Rosja znalazła się w gronie państw objętych programem Partnerstwo dla Pokoju określającym szczególny rodzaj stosunków łączących państwa NATO z krajami aspirującymi do tego statusu, a także mechanizm współpracy tychże państw w zapewnieniu ładu, bezpieczeństwa oraz stabilizacji w Europie. Stworzono nawet specjalną płaszczyznę współpracy Radę NATO – Rosja dla konsultacji w kwestiach związanych z bezpieczeństwem i współpracą pomiędzy Sojuszem a Federacją Rosyjską. Stosunkowo dobre relacje NATO z Rosją zaczęły się pogarszać od objęcia władzy przez Władimira Putina (pierwszy raz na prezydenta został wybrany w 2000 roku). Niedźwiedź ostrzy pazury W kwietniu 2000 roku prezydent Putin zatwierdził nową doktrynę wojenną. Zabrakło w niej zapisanego w poprzedniej doktrynie stwierdzenia, że Rosja nie postrzega żadnego państwa jako wroga i nie zamierza wykorzystywać środków militarnych w relacjach z innymi państwami. W październiku 2003 roku ministerstwo obrony Rosji ogłosiło nową strategię rozwoju sił zbrojnych wskazując jako priorytet rozwój broni jądrowej z jednoczesnym przekształceniem sił konwencjonalnych w mobilną armię ekspedycyjną. Otwarcie poinformowano, że Rosja będzie w stanie użyć tej armii przeciwko sąsiadom. Osłonę działaniom własnych sił konwencjonalnych w strategicznym wymiarze miałaby wówczas zapewnić broń jądrowa. W 2006 roku w Rosji ustanowiono państwowy program zakupów uzbrojenia, w ramach którego zaplanowano wydanie do 2015 roku ogromnej kwoty 182 mld dolarów. Ten program mimo ujawniającego się w 2009 roku kryzysu w gospodarce jest realizowany, a produkcja uzbrojenia ustawicznie rośnie. W 2010 roku w eksporcie uzbrojenia Rosja zajęła drugie miejsce w świecie – po USA, przed Niemcami. W 2007 roku Rosja zawiesiła wykonywanie Traktatu o konwencjonalnych siłach w Europie (np. nie zaprasza przedstawicieli obcych armii na przeprowadzane ćwiczenia wojskowe). W sierpniu 2008 roku wybuchła wojna gruzińsko-rosyjska. Okazało się, że władze Rosji są w stanie użyć wojska do napaści na kraj będący w bardzo dobrych relacjach z USA i aspirujący do członkostwa w NATO. Politycy na Kremlu twierdzili, że interweniowali zbrojnie ponieważ obywatele gruzińskiej Osetii mają rosyjskie paszporty. W maju 2009 roku ówczesny prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew zaakceptował nową strategię bezpieczeństwa narodowego Federacji Rosyjskiej do 2020 roku. Wśród zagrożeń dla bezpieczeństwa Rosji na pierwszym miejscu wymieniono Sojuszu Północnoatlantycki. W lutym 2010 roku Miedwiediew podpisał nową doktrynę wojenną, która przewiduje prawo do użycia broni jądrowej przez Rosję w odpowiedzi na atak nuklearny na jej terytorium lub terytorium jej sojuszników, a także w przypadku wykorzystania broni konwencjonalnej w sposób „zagrażający istnieniu państwa”. Wraz z doktryną Miedwiediew podpisał „Podstawy polityki państwowej w sferze odstraszania nuklearnego do 2020 roku”. Jest to dokument precyzujący zasady użycia broni nuklearnej, ale niestety – niejawny We wrześniu 2012 roku minister obrony Rosji zapowiedział uruchomienie nowego programu zbrojeń opiewającego wydanie do 2020 r. nie mniej niż 710 mld dolarów. Porównując parytet siły nabywczej należy stwierdzić, że kwota ta odpowiada ponad 2 bilionom dolarów wydanych na Zachodzie. Planowane nakłady mają zagwarantować armii rosyjskiej drugą – po amerykańskiej – pozycję w świecie. Takie ambicje militarne wykazuje mocarstwo zajmujące w świecie pod względem wielkości PKB dopiero 10 pozycję. Zgodnie z zaleceniami prezydenta Putina  w ciągu najbliższych dziesięciu lat armia rosyjska ma otrzymać 400 rakiet międzykontynentalnych i 8 strategicznych okrętów podwodnych z rakietami dalekiego zasięgu. Siły konwencjonalne będą zasilone czołgami (2,3 tys.) i  działami samobieżnymi (około 2 tys.). Lotnictwo otrzyma ponad 600 samolotów i 1000 śmigłowców, a flota 50 okrętów uderzeniowych i 20 wielozadaniowych okrętów podwodnych. Na uzbrojenie armii wejdą nowe systemy obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej oraz różnorodne środki transportu. W wojskach lądowych ma być 85 w pełni skompletowanych brygad zdolnych do prowadzenia ofensywnych akcji bojowych poza granicami Rosji. Według Sztokholmskiego Międzynarodowego Instytutu Badań nad Pokojem (SIPRI) pod względem wydatków na wojsko Rosja z 61 mld USD w 2009 roku plasowała się na czwartym miejscu w świecie, za USA, Chinami, Wielką Brytanią i Francją. Rosja wydawała 3,5 proc PKB; gdy Chińczycy, Anglicy i Francuzi po 2 proc. PKB (Polska – 1,95 proc. PKB Uwaga: Rosja wydaje więcej od Polski na wojsko nie tylko kwotowo, ale także procentowo!). Kryzys w gospodarce światowej sprawia, że państwa poszukują oszczędności i zmniejszają wydatki na obronność. W dziesiątce państw wydających najwięcej na wojsko  zmniejszone budżety obronne wykazują USA, Wielka Brytania, Francja, natomiast tendencje odwrotną – wzrostową ujawnia Rosja, awansująca dzięki temu ostatnio w zbrojeniowym rankingu na trzecie miejsce w świecie. Udawana słabość? Mimo forsownych zbrojeń i głębokiej reformy armii co pewien czas na łamy gazet, do przekazu medialnego trafiają opinie o słabości rosyjskiej armii. „Rosji nie stać na silną armię” – uspokajała Polaków „Gazeta Wyborcza”. „Rosyjska armia nie pokonałaby nawet Polski” – no proszę, nawet Polski nie pokonałaby – to znowu GW. To nie są opinie polskie. Wygłaszają je na potrzeby polskich mediów rosyjscy „niezależni” podobno eksperci wojskowi. Nikogo przy tym nie dziwi, że w państwie będącym na bakier z demokracją, w którym rządzą byli oficerowie, z płk KGB Putinem na czele, a resorty siłowe są poza wszelką krytyką rosyjscy eksperci mogą do woli ganić kierownictwo resortu obrony i bez żadnych konsekwencji ujawniać katastrofalny rzekomo stan rosyjskiej armii. Żyjący około V wieku p.n.e. chiński  myśliciel i dowódca wojskowy  Sun Tzu napisał zwięzły traktat „Sztuka wojny”. Pisał w nim: „Sprawiam, że przeciwnik postrzega moją silę jako słabość, a moją słabość traktuje jako potencjał mojej siły. Ja zaś powoduję, że jego siła przechodzi w słabość i oczekuję na odpowiedni moment do ataku.” Rosyjscy politycy i wojskowi znają pracę Sun Tzu. Czy rozsiewane opinie o słabości rosyjskiej armii to działanie celowe? Ma ono przekonać Europę i Polskę, że Rosji nie powinno się bać? Znawca rosyjskiej armii Andrzej Wilk ocenia: „W latach 2009–2010 pod szyldem nowego oblicza armii rosyjskiej nastąpiła kardynalna przebudowa struktur organizacyjnych Sił Zbrojnych FR. Rosja zrezygnowała z sowieckiego modelu armii, adaptując rozwiązania przyjęte po zakończeniu zimnej wojny w państwach zachodnich. Od początku priorytetowo traktowane były przez Moskwę zmiany w europejskiej części FR, w pierwszym rzędzie na zachodnim – z rosyjskiego punktu widzenia – kierunku strategicznym. Zachodni Okręg Wojskowy nie stanowi prostej sumy jednostek, które weszły w jego skład po likwidacji Leningradzkiego i Moskiewskiego okręgów wojskowych. Zmiany strukturalno-organizacyjne w połączeniu z postępami modernizacji technicznej sprawiły, że jego potencjał znacząco się zwiększył. Szczególnemu wzmocnieniu pod względem ilościowym i jakościowym uległy flankowe rejony północno-zachodniej części FR, graniczące z państwami UE. Potwierdza to, że Rosja dąży do zniwelowania przewagi ilościowej i technologicznej państw NATO na zachodnim kierunku strategicznym, a także do utrzymania militarnej dominacji w Europie Wschodniej.” Co na to NATO? W październiku 2008 r. wywiadzie dla agencji Reuters dowódca sił NATO w Europie gen. John Craddock mówił: „Przez lata zakładaliśmy, że żaden kraj – członek sojuszu czy Partnerstwa dla Pokoju – nie ma powodu do obaw o suwerenność własnego terytorium. Myślę, że w obliczu wydarzeń sierpniowych nastąpiła tu zmiana.” Przypomniał, że Sojusz nie ma planów ewentualnościowych, a po rosyjskiej inwazji na Gruzję należy rozważyć przygotowanie planów postępowania w razie ataku na kraje bałtyckie lub Polskę. Kiedy w grudniu 2010 r. portal internetowy Wikileaks ujawnił informację o przygotowanych przez NATO planach obrony Polski, Litwy, Łotwy i Estonii przedstawiciel Rosji w NATO Dymitryj Rogozin domagał się, aby plan ten został anulowany bowiem jest wyraźnie wymierzony przeciwko jego krajowi i dodawał: „Przeciwko komu innemu taka obrona miałaby być wymierzona? Przeciwko Szwecji, Finlandii, Grenlandii, Islandii, przeciwko niedźwiedziom polarnym, czy przeciwko rosyjskiemu niedźwiedziowi?” Rosjanin protestował w związku z porozumieniem zawartym podczas szczytu NATO w Lizbonie w 2010 r., gdzie państwa członkowskie formalnie zaakceptowały opracowane plany ewentualnej obrony w razie agresji na członka NATO. W 2011 roku prasa informowała, że natowski plan obrony Europy Środkowej ma wykonać dziewięć dywizji, w tym cztery polskie oraz brytyjskie, niemieckie i amerykańskie.  Port w Świnoujściu przebudowany zgodnie z natowskim standardami miałyby przyjmować duże jednostki desantowe z wojskiem i transportowce przypływające z zaopatrzeniem dla natowskiej armii. Oczywiście jeśli rosyjska rura gazowa Nordstrim położona na podejściu do polskiego portu wojennego nie zablokowałaby dostępu wielkim okrętom transportowym. Tak czy inaczej wydawało się, że można odetchnąć – NATO będzie Polski bronić. Żywot tej informacji okazał się bardzo krótki. Dziś bowiem trudno byłoby znaleźć w w Europie potrzebne dziewięć natowskich dywizji. MON dokładnie 1 września 2011 r. rozformował znajdującą się w Legionowie pod Warszawą 1. dywizję. Pozostałe trzy też czeka podobny los. Nie wydaje się, aby przy obecnym stanie uzbrojenia i rezerw udało się stworzyć z obecnej armii „zawodowej” pełnowartościowy ekwiwalent bojowy czterech dywizji. Trudno też będzie uzyskać wsparcie ze strony niemieckiej; Bundeswehra ma być zredukowana do 185 tys. żołnierzy, z czego w wojskach lądowych będzie około 60 tys. żołnierzy więc trudno liczyć na wsparcie kilku niemieckich dywizji. Brytyjczycy mają dwie dywizje i kilka samodzielnych brygad więc mogą nałożone zadanie wykonać, ale Amerykanie w razie potrzeby musieliby swoje dywizje sprowadzać zza oceanu. Zapewne dlatego George Friedman ostrzega, że Polska chcąc liczyć na pomoc Amerykanów będzie musiała samotnie wytrwać w obronie przez 3 miesiące. Bezsilni sąsiedzi Fatalnie przedstawia się stan sił zbrojnych sąsiadów Polski, którzy wraz z Polakami powinni uczestniczyć w obronie regionu. W ramach grupy wyszehradzkiej Polska współpracuje z Czechami, Słowacją i Węgrami. Wszystkie te kraje dysponują małymi potencjałami obronnymi, a ich siły zbrojne są zdolne tylko przy wsparciu sojuszników do krótkotrwałej obrony swoich krajów – armia słowacka nie ma nawet takiej zdolności. Armie wspomnianych państw dysponują uzbrojeniem pochodzącym z lat 80. ubiegłego wieku (wyjątek stanowi wypożyczone w Szwecji przez Czechów i Węgrów 28 samolotów JAS39 Gripen).  Do tego sprzęt jest w fatalnym stanie, np. Węgrzy mają zaledwie 14 czołgów T-72, a Słowacy tylko cztery sprawne Migi 29. Poważna modernizacja uzbrojenia jest niemożliwa bowiem państwa te przeznaczają zaledwie po jednym procencie PKB na obronę, z czego ponad 80 proc. środków pochłaniają wydatki bieżące. Żołnierze nie odbywają szkoleń, a piloci ćwiczą na trenażerach na ziemi. We wszystkich tych państwach, podobnie jak w Polsce, zrezygnowano z poboru i utworzono armie zawodowe. Szef sztabu generalnego armii austriackiej sprzeciwił się planom utworzenia zawodowej armii podkreślając, że rozwiązanie to doprowadzi do znacznego ograniczenia jej liczebności, ale także obniży jakość wojska. Generał powoływał się na przykłady z Węgier i Słowacji. Zapewne dlatego w przeprowadzonym w końcu stycznia 2013 r. referendum, w sprawie przekształcenia austriackich sił zbrojnych w wojsko zawodowe wygrali zwolennicy utrzymania zasadniczej służby wojskowej. Stanowili prawie 60 proc. głosujących. Nie lepiej wygląda północne skrzydło potencjalnej obrony. Nie tylko dlatego, że państwa nadbałtyckie są dużo słabsze od południowych sąsiadów Polski. Litwa na obronę wydaje około 0,8 proc PKB (350 mln dolarów w 2011 r.). Posiada malutką armię zawodową bez zdolności mobilizowania większych sił. Wojsko jest słabo wyposażone. Trzon wojsk lądowych stanowi jedna brygada piechoty. Siły zbrojne Litwy nie mają możliwości samodzielnej obrony kraju. Potrzebne będzie wsparcie sojusznicze, zdaje się Polski. Litwa ma natomiast formacje ochotnicze przygotowane do działań partyzanckich w razie okupowania kraju przez najeźdźcę. Podobnie wyglądają siły zbrojne Łotwy. Wojsko zawodowe słabo wyposażone i budżet obronny wynoszący 1 proc. PKB. Trzonem armii jest jedna brygada piechoty bez ciężkiego uzbrojenia. Także na Łotwie istnieją siły zdolne do prowadzenia działań partyzanckich w obronie kraju. Litwa, Łotwa i Estonia nie mają lotnictwa bojowego. Mimo to na tle Litwy i Łotwy Estonia wyróżnia się korzystnie. Estończycy wydają więcej na obronę – 1,8 proc. PKB. Mimo przekształcenia armii w wojsko zawodowe zachowali pobór i dbają o szkolenie rezerw, co zapewnia stosunkowo duże możliwości mobilizacyjne. Położono nacisk na przygotowanie terytorium kraju do obrony i zaplanowano uzbrojenie armii, także w sprzęt ciężki (czołgi) z możliwością wystawienia w razie wojny czterech brygad piechoty. Rozwijane są formacje ochotnicze przeznaczone do działań partyzanckich. Estonia poza członkostwem w NATO podpisała też sojusz wojskowy ze Szwecją. Jednak Estonia jest w gronie trzech państw nadbałtyckich najmniejsza (1,3 mln ludności, PKB 22,2 mld USD) więc nie może zrównoważyć niedomagań obronnych Litwy i Łotwy. Będzie „Pribałtyka”? Położenie geostrategiczne Litwy, Łotwy i Estonii wskazuje, że mają one nikłe szanse skutecznego przeciwstawienia się ewentualnym naciskom militarnym Rosji. Prezydent Putin przedstawiając plany modernizacji sił zbrojnych odniósł się do państw nadbałtyckich właśnie. Powiedział: „Będziemy bardzo stanowczo dążyć do tego, aby władze Łotwy i Estonii zrealizowały liczne zalecenia prestiżowych organizacji międzynarodowych dotyczące przestrzegania powszechnie uznanych praw przysługujących mniejszościom narodowym”.  Stanowisko Rosji wyłożył otwarcie ściśle związany z Kremlem ideolog rosyjskiego neoimperializmu i profesor Moskiewskiego Uniwersytetu Aleksander Dugin w wywiadzie dla litewskiego – nomen omen  – portalu (listopad 2010 r.). Dugin wyjaśniał: „Rosja uważa je (Łotwę, Estonie – RSz.) za swoich wrogów, nie czyniąc między nimi znaczącej różnicy. Jest to ogólne podejście establishmentu rządzącego, nawet liberalnego… Rosja już czeka na globalne zmiany w układzie geopolitycznym. Na przykład jeśli coś stanie się z USA, to ponownie będziemy okupować te kraje. W ten czy inny sposób, łagodniejszy czy bardziej surowy… A instrument do wywołania jakiejś poważnej sytuacji w Łotwie czy Estonii mamy, zresztą już kilka razy stosowany”. Portal „Głos Rosji” w końcu grudnia 2012 roku cytowała premiera Miedwiediewa: „Rosja nie zamierza z nikim walczyć mimo wzrostu wydatków na wojsko. Wzrosły one w związku z koniecznością zapewnienia krajowi bezpieczeństwa, a nie dlatego, że kraj przygotowuje się do wojny.” Przy tym przyznał, że skala wydatków na wojsko może być porównywana tylko z tą, jaka miała miejsce w trakcie II wojny światowej. Uważa się, że jedną z oznak przygotowań do wojny jest skokowy wzrost wydatków na zbrojenia. Agencja RIA Nowosti ostatnio informowała, że w latach 2013-2015 budżet resortu obrony Federacji Rosyjskiej wzrośnie o 60 procent! Romuald Szeremietiew

Nagroda Friedmana 2006: Wolnościowy Nobel dla Laara!

Amerykański Instytut CATO ogłosił, że trzecim laureatem przyznawanej co dwa lata prestiżowej nagrody Miltona Friedmana za Promowanie Wolności (2006 Milton Friedman Prize for Advancing Liberty) został były premier Estonii, Mart Laar. W uzasadnieniu czytamy, że Laar otrzymuje nagrodę za to, że "był głównym architektem transformacji gospodarczej zmierzającej w kierunku wolności, dzięki czemu Estonia stała się jednym z najszybciej rozwijających się krajów na świecie". W 2002 roku laureat nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii, prof. Milton Friedman zgodził się patronować nagrodzie amerykańskiego środowiska wolnościowców, która ma być przyznawana osobom mającym znaczący wpływ na poszerzania ludzkiej wolności na świecie. Friedman uznał, że Amerykanie, którzy od wieków żyją w wolnym społeczeństwie mają tendencję do zapominania o tym, że wolność nie jest darem, lecz trzeba niemal zawsze o nią walczyć. Według autora "Tyranii status quo", nagroda ma o tym przypominać promując osoby oddane tej walce. Pierwszym laureatem został w 2002 roku brytyjski ekonomista London School of Economics, prof. Peter Bauer, dwa lata później nagroda trafiła w ręce peruwiańskiego myśliciela Hernando de Soto. 16 maja br. podczas uroczystej gali w Drake Hotel w Chicago, Laar, oprócz pamiątkowej statuetki i uścisku dłoni noblisty, przyjmie również czek o wartości 500 tys. USD. Zaraz po ogłoszeniu tegorocznego werdyktu, Mart Laar powiedział: "Jestem bardzo szczęśliwy i zarazem dumny, że otrzymuję tak cenną nagrodę. Szczególnie cenną dla mnie, gdyż prace prof. Friedmana były dla mnie inspiracją podczas reformowania mojej ojczyzny po półwiecznej okupacji sowieckiej. Jestem dumny, że tak skutecznie udało nam się wprowadzać w realne życie idee Miltona Friedmana. Ale ta nagroda jest również nagrodą dla moich drogich rodaków, gdyż to oni tak naprawdę dokonali estońskiego cudu". Ed Crane, prezydent Cato Institute i jednocześnie przewodniczący kapituły przyznającej nagrodę, powiedział, że "Mart Laar jest idealnym zwycięzcą Nagrody Friedmana. Jego odwaga w głoszeniu i realizowaniu haseł wolności gospodarczej i osobistej jednostek doprowadziła do powstania państwa na terenie byłego Związku Sowieckiego, o którym mówi się >>bałtycki tygrys<< - wolnego narodu, który z powodzeniem konkuruje na światowych rynkach i jest modelowym przykładem pozytywnych możliwości wolności.  Wybór Marta Laara podkreśla, że idee głoszone przez Miltona Friedmana sprawdzają się nie tylko na kontynencie amerykańskim, ale są uniwersalne i mogą być z powodzeniem zastosowane gdziekolwiek na świecie". W kapitule wybierającej zwycięzcę oprócz Crane'a zasiadają: żona noblisty, Rose Friedman, Anne Applebaum z Washington Post, John Blundell z Institute of Economic Affairs, były prezydent Salwadoru Francisco Flores, a także Fareed Zakaria z Newsweeka. Warto w tym miejscu jeszcze raz przypomnieć, że dla byłego premiera Estonii - o czym sam z dumą przyznaje - dzieła Miltona Friedmana były jedynymi książkami z zakresu ekonomii jakie przeczytał od początku do końca. "Wszystko co było opisane w książkach Friedmana wydało mi się tak jasne i oczywiste", mówił podczas niedawnej wizyty w Polsce. A czy my, Polacy kiedykolwiek doczekamy się, że nagroda Friedmana trafi w ręce któregoś z naszych premierów lub ministrów? Być może, ale to wymagałoby uczynienia pierwszego kroku w tym kierunku, jakim jest zapoznanie się przez nich z dziełami Friedmana, bo patrząc na poczynania kolejnych rządów i ich politykę gospodarczą, są im kompletnie nieznane. Paweł Toboła-Pertkiewicz (15 maja 2006)

Nagroda Friedmana 2006: Wolnościowy Nobel dla Laara!

mlaar Amerykański Instytut CATO ogłosił, że trzecim laureatem przyznawanej co dwa lata prestiżowej nagrody Miltona Friedmana za Promowanie Wolności (2006 Milton Friedman Prize for Advancing Liberty) został były premier Estonii, Mart Laar. W uzasadnieniu czytamy, że Laar otrzymuje nagrodę za to, że "był głównym architektem transformacji gospodarczej zmierzającej w kierunku wolności, dzięki czemu Estonia stała się jednym z najszybciej rozwijających się krajów na świecie".  W 2002 roku laureat nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii, prof. Milton Friedman zgodził się patronować nagrodzie amerykańskiego środowiska wolnościowców, która ma być przyznawana osobom mającym znaczący wpływ na poszerzania ludzkiej wolności na świecie. Friedman uznał, że Amerykanie, którzy od wieków żyją w wolnym społeczeństwie mają tendencję do zapominania o tym, że wolność nie jest darem, lecz trzeba niemal zawsze o nią walczyć. Według autora "Tyranii status quo", nagroda ma o tym przypominać promując osoby oddane tej walce. Pierwszym laureatem został w 2002 roku brytyjski ekonomista London School of Economics, prof. Peter Bauer, dwa lata później nagroda trafiła w ręce peruwiańskiego myśliciela Hernando de Soto. 16 maja br. podczas uroczystej gali w Drake Hotel w Chicago, Laar, oprócz pamiątkowej statuetki i uścisku dłoni noblisty, przyjmie również czek o wartości 500 tys. USD. Zaraz po ogłoszeniu tegorocznego werdyktu, Mart Laar powiedział: "Jestem bardzo szczęśliwy i zarazem dumny, że otrzymuję tak cenną nagrodę. Szczególnie cenną dla mnie, gdyż prace prof. Friedmana były dla mnie inspiracją podczas reformowania mojej ojczyzny po półwiecznej okupacji sowieckiej. Jestem dumny, że tak skutecznie udało nam się wprowadzać w realne życie idee Miltona Friedmana. Ale ta nagroda jest również nagrodą dla moich drogich rodaków, gdyż to oni tak naprawdę dokonali estońskiego cudu". Ed Crane, prezydent Cato Institute i jednocześnie przewodniczący kapituły przyznającej nagrodę, powiedział, że "Mart Laar jest idealnym zwycięzcą Nagrody Friedmana. Jego odwaga w głoszeniu i realizowaniu haseł wolności gospodarczej i osobistej jednostek doprowadziła do powstania państwa na terenie byłego Związku Sowieckiego, o którym mówi się >>bałtycki tygrys<< - wolnego narodu, który z powodzeniem konkuruje na światowych rynkach i jest modelowym przykładem pozytywnych możliwości wolności.  Wybór Marta Laara podkreśla, że idee głoszone przez Miltona Friedmana sprawdzają się nie tylko na kontynencie amerykańskim, ale są uniwersalne i mogą być z powodzeniem zastosowane gdziekolwiek na świecie". W kapitule wybierającej zwycięzcę oprócz Crane'a zasiadają: żona noblisty, Rose Friedman, Anne Applebaum z Washington Post, John Blundell z Institute of Economic Affairs, były prezydent Salwadoru Francisco Flores, a także Fareed Zakaria z Newsweeka. Warto w tym miejscu jeszcze raz przypomnieć, że dla byłego premiera Estonii - o czym sam z dumą przyznaje - dzieła Miltona Friedmana były jedynymi książkami z zakresu ekonomii jakie przeczytał od początku do końca. "Wszystko co było opisane w książkach Friedmana wydało mi się tak jasne i oczywiste", mówił podczas niedawnej wizyty w Polsce. A czy my, Polacy kiedykolwiek doczekamy się, że nagroda Friedmana trafi w ręce któregoś z naszych premierów lub ministrów? Być może, ale to wymagałoby uczynienia pierwszego kroku w tym kierunku, jakim jest zapoznanie się przez nich z dziełami Friedmana, bo patrząc na poczynania kolejnych rządów i ich politykę gospodarczą, są im kompletnie nieznane. Paweł Toboła-Pertkiewicz (15 maja 2006)

Cud gospodarczy dla wszystkich

Rozmowa z Martem Laarem, premierem Estonii w latach 1992-1994 oraz 1999-2002, laureatem Nagrody Friedmana 2006 W Indeksie Wolności Gospodarczej Estonia zajęła w tym roku 7 miejsce znacznie wyprzedzając inne kraje postkomunistyczne i oceniona została jako najbardziej konkurencyjna gospodarka Europy Środkowo-Wschodniej. Gdy kraj wkraczał na drogę reform był jednak znacznie bardziej socjalistyczny niż Polska. Panie Premierze, w czym upatruje Pan przyczyn tego, że Estonia mogła przeprowadzić reformy wolnorynkowe, których większość pozostałych krajów tej części Europy - w tym Polska - nie może zrobić?  Przyznaję, że nie wiem, gdzie leżą przyczyny. Podczas okupacji sowieckiej w Estonii zakazane były wszelkie przejawy działalności prywatnej nawet te, które były dopuszczone w innych socjalistycznych krajach Europy Środkowo-Wschodniej. W momencie, gdy zaczynaliśmy nasze reformy, warunki polityczne i gospodarcze były znacznie gorsze niż w Polsce. Odwiedzając Polskę miałem możliwość przyjrzenia się sytuacji w kraju i sam zacząłem się zastanawiać, jak Estonia była w stanie przeprowadzić te ważne reformy. Wydaje mi się, że polski proces transformacji powinien zostać raz jeszcze przeanalizowany, obawiam się jednak, że w pewnej mierze nastąpiło odejście od reform i zmian. Społeczeństwo zaczęło pokładać zbyt wielkie zaufanie w państwowych interwencjach na rynku i zapomniało, że kamieniem węgielnym gospodarki rynkowej jest zaufanie do ludzi. Wszystko zaczyna się od tak podstawowych kwestii jak prawa własności. Gdy nie są one należycie zapewnione, reformy mogą pójść w złym kierunku, gdyż nie ma dla nich podstaw. Wierzę, że - jak w słynnym zdaniu z Biblii - należy budować na skale, a nie na piasku. Jeśli przyjrzeć się procesowi transformacji w Polsce, wyraźnie widać, że powodem, dla którego nie odczuwa się dobrych skutków reform, jest brak trwałych podstaw dla zmian. Radykalne reformy wolnorynkowe zostały przeprowadzone w Estonii, gdy był Pan premierem kraju i często z Pańskiej inspiracji. Jakimi zasadami się Pan kierował? Będąc z wykształcenia historykiem studiowałem reformy, które zostały przeprowadzone na świecie i kopiowałem to, co sprawdziło się w innych krajach. Przyznaję, że nie kierowałem się zbytnio tym, co doradzali eksperci zagraniczni, zwłaszcza, że zarówno Bank Światowy jak i Międzynarodowy Fundusz Walutowy sprzeciwiały się moim działaniom. Gdybyśmy ich słuchali, nigdy nie udałoby się nam przeprowadzić zmian, bo im wydawały się one zbyt wolnorynkowe. Inspiracją był dla mnie niemiecki cud gospodarczy, który nastąpił po II wojnie światowej. Zauważyłem, że gdy się chce poprawić sytuację w kraju, należy zacząć od gospodarki, dlatego zaczęliśmy od reformy walutowej, obcięliśmy dotacje dla przedsiębiorstw i wiele innych zasiłków. Zdecydowaliśmy, że nie powinno być deficytu budżetowego i zapisaliśmy to w ustawie, znieśliśmy cła, by wspomóc konkurencję, opracowaliśmy prawo, które zwalczyło korupcję i stanowiło podstawę do rozwoju wolnego rynku. Jak Estonia poradziła sobie z problemem prywatyzacji i wspólnymi gospodarstwami rolnymi? Socjalizm był systemem w pewien sposób bardzo wygodnym dla niektórych ludzi - nie musieli brać odpowiedzialności za swe działania, bo ktoś inny nimi kierował. Z drugiej jednak strony był to straszny system, bo ludzie są twórczy. Nauczenie ludzi odpowiedzialności wymaga własności prywatnej, dlatego też jej przywrócenie stało się jednym z najważniejszych moich celów. Przede wszystkim oddaliśmy prawowitym właścicielom gospodarstwa, które zostały były skolektywizowane.. W procesie prywatyzacji istotne jest nie to, by dbać o przychody z tego tytułu do budżetu państwa, najważniejsze jest przekazanie własności w ręce prywatne tak, by była ona dobrze zarządzana. Problemem w Polsce jest, moim zdaniem, brak czytelnych decyzji w sprawie własności, dotychczas sprawy te nie są wyjaśnione. Obawiam się, że niszczy to polską gospodarkę na wszelkie możliwe sposoby. Czy w Estonii istnieją tzw. przedsiębiorstwa strategiczne? Nigdy nie rozumiałem, co oznacza przedsiębiorstwo strategiczne i jak dotąd nikt nie potrafił mi tego wyjaśnić. Gdy słyszę określenie "strategiczne" podejrzewam, że - w warunkach europejskich - firma zamierza starać się o jakieś dotacje państwowe. Tak sprawa wygląda ze "strategicznymi liniami lotniczymi" albo "strategicznymi kolejami". W Estonii kolej została sprywatyzowana. Firmom strategicznym zawsze chodzi o to, by otrzymać dotacje, tymczasem ja wolę, by firmy zarabiały pieniądze, na siebie. W jaki sposób Estonia poradziła sobie z wpływami KGB w gospodarce, administracji, służbach specjalnych, mediach i sądownictwie? Wszyscy funkcjonariusze służb specjalnych, którzy pracowali dla KGB zostali zwolnieni i służby zostały zbudowane od nowa. Wpływy KGB w gospodarce natomiast ukróciliśmy bardzo prosto - gdy rynek jest wolny, a każdy ma na nim równe szanse, agenci służb specjalnych nie dochodzą do wielkich pieniędzy. Agenci są dobrzy w śledzeniu ludzi, ale nie w konkurowaniu na równych zasadach bez pomocy ze strony państwa. Nie ma wtedy także pola do występowania korupcji, nie ma zysku z korumpowania administracji, od której nic nie można uzyskać, bo nic od niej nie zależy. Odnośnie mediów najlepszą metodą na oczyszczenie ich z wpływów agenturalnych jest ich sprywatyzowanie. Sądownictwo było jednym z największych problemów, musieliśmy znaleźć złoty środek między zwolnieniem wszystkich i nikogo. Skorumpowanych sędziów pozbyliśmy się więc stopniowo. Natychmiast zwolniliśmy tylko tych, którzy stanowili część poprzedniego systemu i brali udział w procesach politycznych skierowanych przeciwko dysydentom. Dziś możemy powiedzieć, że ten problem mamy już za sobą i była to jedna z dziedzin, w której musieliśmy działać powoli. Jednak Pański gabinet był krytykowany za zaniechanie sprawy dekomunizacji? O tak, krytykowano nas za wszystko. Przyznaję jednak, że chciałem w większym stopniu zlikwidować wpływy komunistyczne, więc do pewnego stopnia krytyka ta była uzasadniona. Tymczasem przewodziłem rządowi koalicyjnemu, a w parlamencie mieliśmy tylko jeden głos przewagi. Nie mogliśmy zatem zrobić wszystkiego, co chcieliśmy. Jest to jednak sprawa, której naprawdę żałuję. Chciałem oczyścić administrację w większym stopniu i bardziej zmniejszyć wpływy przywódców komunistycznych z minionej epoki. Przygotowaliśmy nawet ustawę, która zakładała odebranie dóbr, których dorobili się komuniści dzięki poprzedniemu systemowi, ale została ona zawetowana. Wtedy zrozumiałem, że jeśli chcę przeprowadzić inne reformy, muszę utrzymać koalicję i nie mogę bardziej nalegać na tę kwestię. Wprowadzenie radykalnych reform w Estonii na pewno spotkało się z krytyką, w jaki sposób udało się Panu, Panie Premierze, przekonać opinię publiczną do zmian? Otóż nie przekonywałem opinii publicznej. Nie jest to dobra rada - zdaję sobie z tego sprawę - i przyznać muszę, że byłem za to krytykowany w Estonii, ale nie starałem się przekonać ludzi. Gdy zostałem wybrany na urząd, po prostu starałem się realizować program partii. Do dziś co prawda nie rozumiem, jak to się stało, że zostałem wybrany. W 1992 roku na dwa miesiące przed wyborami nasze poparcie wynosiło od 4 do 6 procent i nie mieliśmy żadnych nadziei na wygraną. Jednak dwa miesiące później zwyciężyliśmy w wyborach! Jak zatem udało się Pańskiej partii przekonać wyborców do poparcia programu, czy mówiliście im otwarcie, na czym on polega? Tak, nie ukrywaliśmy tego. Jednak na poziomie haseł wszystko wygląda bardzo ładnie. Na przykład hasło "nie będzie deficytu" - brzmi ono pięknie, ale gdy zacznie być realizowane, ludzie mogą się sprzeciwiać. Wszyscy są zawsze gotowi obcinać dotacje budżetowe, dopóki jednak pieniądze zabierane są innym. Przed wyborami w 1999-roku sytuacja gospodarcza była ciężka z powodu kryzysu w Rosji. Rząd, który nastał po mnie, złożył wszystkim wiele obietnic - obiecał zwiększenie emerytur i pensji nawet powyżej zasobów budżetowych i w efekcie budżet wymknął się spod kontroli. Sytuacja była tak ciężka, że konieczne było obcięcie wydatków. Brałem wtedy udział w debacie wyborczej, podczas której wszyscy zgromadzeni politycy mówili mniej więcej "nie wiemy dokładnie, co uznamy za stosowne zrobić, ale...", czyli mniej więcej to, co zawsze mówią politycy w kampanii wyborczej, a były to same nonsensy. Tymczasem ja byłem gotowy podjąć kroki zdecydowane. W końcu strasznie mnie zdenerwował ten tok rozmowy i nie mogłem dłużej tolerować faktu, że wszyscy wiedzieli dobrze, co jest grane, ale kłamali, dlatego otwarcie powiedziałem: "Tak, jeśli to będzie konieczne, będę ciął wydatki. Zmniejszę budżet i naprawię gospodarkę." A było to na dwa dni przed wyborami... Obiecywanie mniej niż inni w kampanii wyborczej nie wydaje się zbyt dobrym posunięciem. Czy partia nie żałowała, że zaproponowała Panu stanowisko przewodniczącego? Reakcja była straszna. Następnego dnia rozdzwoniły się telefony. Centrala dzwoniła z krytyką. Prezydent powiedział mi "Mart, jest mi tak przykro. Tak dobrze się zapowiadałeś a popełniłeś tak straszny błąd. Jak mogłeś powiedzieć, co naprawdę zamierzasz zrobić?". A następnego dnia wygraliśmy w wyborach. Gdy byłem premierem zrozumiałem, jak ważne jest szybkie podejmowanie decyzji, bo największym atutem premiera jest zdecydowanie. Oznacza to, że na tym etapie nie konsultowałem reform, po prostu szybko je przeprowadzałem. Podobnie było z podatkiem liniowym. Estonia była pierwszym krajem na świecie, gdzie wprowadzono podatek liniowy - czy nie obawiał się Pan, Panie Premierze, że być może teoria jest dobra, ale w praktyce podatek liniowy może się nie sprawdzić? Poważnie się tego obawiałem. Każdy normalny człowiek się boi. Bałem się, bo wiedziałem, że nikt dokładnie nie wie, jak działa podatek liniowy. Na papierze wszystko wyglądało bardzo pięknie, ale w momencie, gdy odpowiada się za budżet państwa i tak znacznie tnie podatki, jest to bardzo trudna decyzja. Podatek liniowy miał zachęcać ludzi do podejmowania działalności, niszczyć szarą strefę oraz czarny rynek. I tak też się stało. Czy wprowadzenie podatku liniowego poprzedzały debaty na ten temat? O tak. Opozycja bardzo mocno się mu sprzeciwiała. Co jednak ważniejsze, ministerstwo finansów uważało, że to bardzo niemądre i niebezpieczne rozwiązanie i podnosiło, że premier nie powinien przedstawiać reformy, która leży w gestii ministra. Oznajmiłem więc ministrowi finansów: "Jeśli reforma nie wejdzie w życie, zostaniesz zwolniony". I to - oczywiście - poskutkowało. Opozycja zorganizowała obstrukcję w parlamencie w proteście przeciw reformie podatkowej. Była to więc wtedy bardzo niepopularna decyzja. W efekcie, gdy weszła w życie, wszyscy ją krytykowali, uważali, że reforma jest nieskuteczna, że zniszczy gospodarkę i że jest niesprawiedliwa społecznie. Ale gdy zaczęła działać, zauważyli, że jest znacznie bardziej sprawiedliwa niż opodatkowanie progresywne wraz z jego całym systemem ulg i odliczeń. Gdy ludzie zauważyli, że podatek jest niezwykle prosty i nie muszą już tracić czasu na wypełnianie skomplikowanych deklaracji podatkowych, podatek liniowy stał się bardzo popularny. Reformie towarzyszyła jednak zmiana systemu ubezpieczeń społecznych? Tak i tym razem staraliśmy się reformy wyjaśnić opinii publicznej i zmarnowaliśmy dogodny czas. Przeprowadziliśmy wielką kampanię informacyjną, której rezultatem było przede wszystkim to, że nie mogłem przeprowadzić wszystkich niezbędnych zmian. Nie było już koalicji je popierającej, bo nie jest możliwe przeprowadzenie tak poważnych zmian w trzecim roku sprawowania rządów, wola polityczna do tego czasu ulega erozji. W czasie pierwszej mojej kadencji na stanowisku premiera byliśmy natomiast w stanie przeprowadzić naprawdę skuteczną reformę służby zdrowia. Przeszliśmy na system ubezpieczeń. Czy można być nieubezpieczonym? Nie, każdy musi być ubezpieczony. Pracodawca płaci ubezpieczenie za pracowników a osoby pracujące na własny rachunek oraz bezrobotne objęte są specjalnym systemem - albo płacą stała sumę albo płaci za nie państwo. Fundusze są niezależne od budżetu państwa i od rządu. Szpitale są prywatne lub znajdują się w posiadaniu samorządów czy uniwersytetów i konkurują między sobą o klientów. Nie ma szpitali państwowych? Nie, gdyż były straszliwie niewydajne. Gdy zostały przejęte przez samorząd od razu zaczęły pracować lepiej - im bardziej zależne są od pacjenta, tym lepsze usługi oferują. Teraz między szpitalami jest konkurencja i pacjenci otrzymują dużo lepsze usługi. System nie jest nastawiony na lekarzy, ale na klienta, więc szpitale muszą się naprawdę postarać. Polska także uczyniła pewne kroki w kierunku takiej reformy służby zdrowia, ale wkrótce odrzuciła te zmiany i system uległ ponownej centralizacji... Oznacza to, moim zdaniem, że reforma nie była dobrze przygotowana. Powinien istnieć plan i prawo, które doprowadzą do prawdziwego przełomu. W procesie transformacji w różnych krajach Europy Środkowo-Wschodniej popełniany jest często błąd polityczny polegający na przeprowadzaniu reform cząstkowych. Politycy wierzą widocznie, że nie będą tak strasznie niepopularni, gdy nie przeprowadzą całej reformy tylko jakiś jej kawałek. To jest błąd popełniany pod wpływem wyników sondaży opinii publicznej. Czy Pan nie przywiązywał wagi do sondaży? Nie, bo ja wcale nie chciałem być premierem. Zostałem wybrany do wykonania określonej pracy. Przez cały czas sprawowania urzędu byłem zdumiony, że tak długo utrzymuję się na stanowisku, bo Estonia lubuje się w zmienianiu premierów. Jednak moim celem nie było utrzymanie się na stanowisku, pozostanie w polityce czy bycie lubianym. Premier i rząd nie musi być lubiany, powinien dobrze wykonywać swą pracę. Jednak dla polityka pozostanie przy władzy jest istotne, czy reformy pomagają w utrzymaniu się przy władzy? Do władzy dochodzi się przez przypadek. Wygląda na to, że Bóg karze nią ludzi, którzy wcale nie chcą być premierami. Jednak, gdy już się obejmuje to stanowisko, należy po prostu wykonywać swą pracę, zamiast zastanawiać się nad swą karierą polityczną. Premier nie musi być popularny, powinien dobrze pracować, a z mojego doświadczenia wynika, że łatwiej zmienia się premiera, który nie przeprowadza reform. Wprowadziłem szereg ważnych zmian, a potem utraciłem stanowisko na rzecz opozycji, jednak sukcesem było to, że reformy pozostały. Skuteczny polityk to ten, którego reformy są trwałe. Bawi mnie obserwowanie jak moi przeciwnicy, którzy mnie krytykowali za reformy teraz je kontynuują. I jak chwalą nasz obecny rozwój. W książce "Estoński cud", która właśnie ukazała się w Polsce, pisze Pan, że kraj, który nie dokonał niezbędnych reform na pewnym etapie procesu transformacji, może już nigdy nie być w stanie ich przeprowadzić... Czas wciąż stwarza nowe możliwości i szanse. Istnieją momenty, gdy znów można podjąć próbę i trzeba być na nie gotowym. Jednak opozycja w stosunku do reform staje się z każdym rokiem silniejsza... Rzeczywiście, rośnie w siłę, a reformy jest coraz trudniej przeprowadzić. Coraz więcej jest grup nacisku, coraz więcej jest też osób marginalizowanych i przyzwyczajonych do socjalnych zapomóg. Dlatego też zawsze uważałem, że niezbędne zmiany należy wprowadzać najszybciej jak to jest możliwe. Niemniej, cały czas możliwe jest przeprowadzenie zmian, bo w pewnym momencie ludzie zauważają, że wszyscy sąsiedzi ich wyprzedzają i zaczynają rozumieć, że coś jest nie tak. I że trzeba dokonać zmian. Więc, gdy premier ma możliwość przeprowadzenia zmian, niech to po prostu zrobi. Wydaje mi się, że Polska utraciła rozpęd, a wszystkie zmiany zostały spowolnione w celu zbudowania modelu idealnego, tymczasem nie ma rozwiązań idealnych. Należy zmienić system podatkowy, by wyzwolić ludzką aktywność i by kraj mógł powrócić na pozycję lidera w regionie, bo był to pierwszy kraj, który się reformował i to radykalnie. Uważam, że Polska nie powinna się zadowalać 3 procentowym wzrostem gospodarczym. Czy patrząc na zmiany, do jakich doszło w Estonii, nie ma Pan wrażenia, Panie Premierze, że były one niezwykłe, że był to niedostępny dla innych cud jak w tytule Pańskiej książki? Oczywiście wierzę w cuda, jednak estoński cud był po prostu kopią cudu niemieckiego. Gdy po latach czytam gazety z roku 1992 widzę, że nikt nie wierzył, że uda nam się wydostać choćby ze sfery wpływów rosyjskich. Sytuacja w Estonii była, w porównaniu z Polską, znacznie gorsza, Polska mogła zacząć wcześniej i szybciej zbliżyć się do Zachodu. Niestety, im więcej czasu zmarnujecie, tym trudniej będzie przeprowadzić zmiany. Jak pokazuje historia, cuda gospodarcze się jednak zdarzają i każdy może ich dokonać. Biorąc przykład z innych, można stworzyć cud w gospodarce kraju i w życiu jego mieszkańców. Rozmawiała Kamila Pajer (3 lipca 2006)

Estońska metoda

Zmiana mentalności Jednym z decydujących momentów dla gospodarki przechodzącej proces transformacji jest przejście z pierwszej do drugiej fazy reform. Do tej chwili wiele z zadań stojących przed rządem jest względnie łatwych i jednocześnie zdeterminowanych w wielu aspektach panującą sytuacją, ale odtąd zwiększają się zarówno pole manewru, jak i waga podejmowanych wyborów. W czasie trwania pierwszego etapu mały zespół ludzi, wdrażający odgórnie reformy, mógł doprowadzić swoimi działaniami do stabilizacji gospodarczej. Tymczasem, w fazie drugiej trzeba było korzystać z pomocy znacznie szerszego grona osób, których serca i umysły musiały ulec przemianie. Terapia szokowa, mająca doprowadzić do stabilizacji makroekonomicznej, była dla ludzi bolesnym przebudzeniem. Teraz było ważne, by dać im nową nadzieję. Bez przełomowej zmiany ludzkiej mentalności postkomunistyczna rzeczywistość okazałaby się pułapką, a naród nigdy nie uczyniłby swej ojczyzny "normalnym" krajem z niezależnym rządem i wolnym rynkiem, działającymi w ramach prawa. W okresie narzuconego przez Sowietów socjalizmu ludzie nie przywykli do samodzielnego myślenia, podejmowania inicjatyw czy ryzyka. Wielu musiało zostać pozbawionych złudzeń - tak powszechnych w krajach postkomunistycznych - że przyjdzie ktoś, kto załatwi ich problemy za nich. Trzeba było zmobilizować ludzi, tak by ruszyli naprzód, i zmusić ich, by podejmowali decyzje oraz brali za nie odpowiedzialność. W celu przyspieszenia zmian mentalności we wszystkich sferach życia wprowadzano zachodnie modele zachowań konkurencyjnych. Szkolenia i rady oferowane przez ekspertów z MFW, Banku Światowego i programu Wspólnoty Europejskiej PHARE były mile widziane. Zalecenia tych organizacji były często krytykowane w krajach postkomunistycznych, ale doświadczenia wyniesione przez Estonię ze współpracy z nimi były przeważnie pozytywne. Unikano automatycznej realizacji zaleceń, ale pewne zasady konsekwentnie stosowano w polityce gospodarczej i finansowej (zob. World Bank, 1993; EBRD, 1995). Na każdym kroku popierano też krajową inicjatywę prywatną. Dobrym tego przykładem była aktywna polityka zatrudnienia, która nie uzależniała ludzi od świadczeń państwowych, ale otwierała przed nimi nowe możliwości. W 1992 roku jednym z najpoważniejszych zagrożeń dla przyszłości Estonii było rosnące bezrobocie. Między 1992 a 1994 rokiem, gdy bankrutowały wielkie i przestarzałe sowieckie fabryki zbrojeniowe, około 25-30 procent Estończyków straciło pracę. Szybki wzrost bezrobocia między 1992 a 1993 rokiem był wynikiem cięć kadrowych w wielu państwowych zakładach przemysłowych, które nie były w stanie utrzymać produkcji na dotychczasowym poziomie ze względu na problemy z dostawami surowców z byłego Związku Sowieckiego oraz trudnościami w znalezieniu rynków zbytu. Licząc na poprawę sytuacji, przedsiębiorstwa takie początkowo wysyłały swoich pracowników na bezpłatne urlopy lub oferowały im zatrudnienie w niepełnym wymiarze godzin, ale stopniowo musiały rezygnować z takich metod. Inne samodzielne finansowo czy częściowo dotowane przez państwo przedsiębiorstwa, (szczególnie w rolnictwie, usługach i sektorze naukowym) również były zmuszone do zwalniania zatrudnionych pracowników. W tej sytuacji wypłata tego, co według zachodnich standardów uchodziłoby za znaczące wsparcie dla bezrobotnych, wytworzyłaby jedynie stan społecznej bezradności, a do tego rząd nie chciał się przyczynić. Zasiłki dla bezrobotnych zostały zamrożone, ale ludziom zaoferowano nowe możliwości. Tak więc Estończyków zachęcano, by zamiast czekać na zasiłki i pomoc państwa w znalezieniu pracy, sami szukali sposobów zarabiania pieniędzy i zakładali własne firmy. Rząd wspierał taką inicjatywę długoterminowymi dotacjami ze specjalnego funduszu. Dotacje były wypłacane bezrobotnym, którzy ukończyli 18 lat, i którzy uczestniczyli w szkoleniach biznesowych lub mieli przydatne kwalifikacje. Grant taki mógł wynieść najwyżej 8000 koron, a Biuro Zatrudnienia miało przez jeden rok monitorować aktywność przyjmującego świadczenie. Podczas gdy wysokość zasiłku dla bezrobotnych nie zmieniła się, dotacje wypłacane bezrobotnym uczęszczającym na kursy szkoleniowe i przeszkalające zostały 1 października 1994 roku zwiększone z 270 do 450 koron miesięcznie. Równocześnie godzinna stawka wypłacana bezrobotnym za udział w robotach publicznych została ustalona na 1.60 korony. W rezultacie średnia liczba bezrobotnych uczęszczających na kursy szkoleniowe wzrosła do 3500 miesięcznie w listopadzie i grudniu. Na kursach tych zwiększano umiejętności zawodowe słuchaczy i uczono, jak radzić sobie na rynku pracy i dostosować się do jego wymagań. Szybko rozwijający się sektor prywatny korzystał z nowo przeszkolonej siły roboczej. Wielu słuchaczy założyło małe i średnie przedsiębiorstwa. W 1994 roku oficjalna stopa bezrobocia w Estonii wynosiła jedynie 2 procent i, choć inne badania oceniały ją na 5 procent, stało się jasne, że Estonii udało się zażegnać widmo masowego bezrobocia. Plan ograniczenia roli rozrośniętego państwa i przejęcia przez ludzi odpowiedzialności za własne życie zakładał przeniesienie rozmaitych zadań publicznych z poziomu władz centralnych na poziom lokalny. Większość ustaw reformujących ustrój władz lokalnych i przyznających nowe kompetencje niższym szczeblom administracji przyjęto w 1993 roku. Jednocześnie rząd musiał pozbawić niektóre władze lokalne nadziei na pomoc administracji centralnej w postaci spłacania ich długów i naprawiania błędów przez nie popełnianych. Te nadzieje trzeba było bezlitośnie rozwiać. Rząd zadeklarował, że może pomóc jedynie tym, którzy byli gotowi zrobić coś samodzielnie. Ta decyzja stała się niepopularna, ale przez to tym bardziej przysłużyła się zmianie ludzkiej mentalności. Strategia rządowa przewidywała również popieranie organizacji pozarządowych, niezależnej prasy i niezależnych mediów elektronicznych, lokalnych przedsięwzięć kulturalnych i instytucji mniejszości narodowych, takich jak szkoły, kościoły i stowarzyszenia kulturalne. Skłonny pomagać tym, którzy wykazywali gotowość samodzielnego działania, rząd w wielu wypadkach udzielał im wsparcia finansowego. Ważnym krokiem ku społeczeństwu obywatelskiemu było zainicjowanie dialogu społecznego, w zachodnim rozumieniu tego pojęcia, czyli innymi słowy nawiązanie stosunków partnerskich w obrębie wspólnoty. W praktyce oznaczało to zapoczątkowanie negocjacji trójstronnych między państwem, pracodawcami i pracownikami. Niewątpliwie pierwsze kroki w tym kierunku nie były łatwe. W latach 1992-1993 rząd gruntownie zreformował związki zawodowe, dotychczas funkcjonujące według wzorców sowieckich. Uwolnił je od niektórych obowiązków wyznaczonych im w czasach komunistycznych i tak kierował zmianami, by upodobnić je do związków działających na Zachodzie. Ta współpraca pozwoliła uniknąć masowego tworzenia związków zawodowych i doprowadziła do dialogu między rządem a związkowcami, który uśmierzył groźbę większych protestów czy demonstracji, szczególnie w pierwszym, bolesnym okresie reform. Współpraca ze związkami zawodowymi pomogła zażegnać kilka kryzysów, przede wszystkim podczas ciężkich momentów we wschodniej Estonii. Jeszcze bardziej skomplikowana była sytuacja związana z działalnością organizacji pracodawców. Rządowi trudniej było angażować się na tym polu. Trzeba przyznać, że wielu z poważniejszych młodych przedsiębiorców nie rozumiało wówczas znaczenia dialogu z rządem i uważało go za domenę poprzedniego pokolenia sowieckich dyrektorów i przewodniczących. Ale znacząco inny był też sposób rozumienia przez młode pokolenie rozwoju Estonii. Absurdalnym rezultatem tego rozdźwięku był zbyt powolny początek dialogu społecznego. Strony negocjacji reprezentowały szerokie spektrum ideologiczne: i tak rolę prawicy przejął rząd, pracownicy byli pośrodku, a pracodawcy reprezentowali poglądy lewicowe. To doprowadziło do tego, że związki zawodowe musiały często bronić polityki rządu przed atakami ze strony pracodawców. Stopniowo jednak sytuacja zaczęła się polepszać. W latach 1994-1995 młodsze pokolenie zaczęło powoli przejmować kontrolę nad organizacjami pracodawców, a to położyło podwaliny pod partnerski dialog społeczny w stylu europejskim. Dla rządu ważny był rozwój wolnych i niezależnych mediów, ale władze nie mogły przecież zadekretować takich przymiotów. Ważne było jak najszybsze przecięcie więzów łączących państwo i media. W latach 1993-1994 sprywatyzowano większość pozostających w rękach państwa tytułów. I choć wolna prasa wykorzystywała swoją niezależność do bezlitosnego krytykowania i atakowania rządu, najważniejsze jest to, że stanowiła jeden z elementów społeczeństwa demokratycznego. Mimo krytyki kierowanej pod adresem premiera Marta Laara, w 1994 roku został on jako pierwszy uhonorowany tytułem "przyjaznego prasie". Wszystkie te działania, pomagając w doprowadzeniu do zmian ludzkiej mentalności, zapewniły trwały rozwój społeczeństwa obywatelskiego w Estonii. Mart Laar tłum. Borys Walczyna (13 marca 2006) (Powyższy tekst jest fragmentem książki Marta Laara "Estoński cud", która ukazała się w Polsce nakładem Wydawnictwa Arwil - Warszawa 2006. Tekst publikujemy za zgodą wydawcy. ) Mart Laar (ur. 1960), doktor nauk humanistycznych. W latach 1992-1994 pierwszy premier niepodległej Estonii wybrany przez parlament pochodzący z wolnych wyborów. W ciągu dwóch lat dokonał wielu odważnych, ale przede wszystkim skutecznych reform gospodarczych. W 1999 roku ponownie został premierem sprawując urząd kolejne trzy lata. Obecnie deputowany Riigikogu. Autor kilku książek o estońskim ruchu oporu z okresu II wojny światowej

Estonia a Centesimus Annus: uniwersalne przesłanie nadziei

Wykład wygłoszony 04.05.2006r. w Rzymie podczas sesji zatytułowanej "Centesimus Annus a przyszłość Europy"    Jak prawdopodobnie wiecie pochodzę z Estonii, która jest krajem luterańskim. Mimo to, kiedy Karol Wojtyła został wybrany papieżem, my w Estonii czuliśmy, że jest także naszym papieżem. Przesłanie Jana Pawła II "Nie lękajcie się" zachwiało filarami sowieckiego imperium i stanowiło zaczątek do jego pokonania. Sowiecki totalitaryzm był zbudowany na terrorze i strachu. Aby stworzyć poczucie strachu absolutnego zabijano wielu, często bez przyczyny. Terror taki stworzył atmosferę strachu i pozwolił komunistom kontrolować społeczeństwo nawet wtedy, gdy masowa kampania terroru zakończyła się. By obalić komunizm, strach ten musiał zniknąć. Było to powodem, dla którego przesłanie Jana Pawła II "Nie lękajcie się" stworzyło podwaliny dla Solidarności, Śpiewającej Rewolucji w państwach nadbałtyckich, Aksamitnej Rewolucji w Czechach i zapoczątkowało upadek muru berlińskiego w 1989. Kiedy ludzie pokonali strach, stali się wolni. Tak więc w 1991, jak wiele innych narodów Europy Centralnej i Wschodniej, my Estończycy byliśmy na nowo wolni. Jednak czym była ta wolność? Estonia była zrujnowana, w naszej gospodarce panował bałagan, duch w narodzie został stłamszony pod wpływem dziedzictwa socjalistycznego. Sklepy były całkowicie puste ponieważ towary i pieniądze nie miały już żadnej wartości. Czteroletnia walka o niepodległość nie pozostawiła dość czasu na efektywną reformę gospodarczą. Nawet w czasach Wielkiego Kryzysu w Stanach w latach 30-tych, produkcja nie spadła o 30% na przestrzeni 2 lat, zarobki o 45%, ceny paliw nie wzrosły o ponad 10 000%, a inflacja nie rosła o ponad 1000% rocznie. Przewidywano, że bezrobocie osiągnie 30%. Ludzie stali godzinami w kolejkach by kupić jedzenie. Pieczywo i mleko były reglamentowane. Co gorsze 50 lat komunistycznej dominacji w poważny sposób zniszczyło ludzkiego ducha. Najcięższe dziedzictwo komunizmu uzależniło ludzi od rządu. Pozbawiono ich czegoś co mogli nazwać swoim. Nauczono ich nie dokonywać wyborów. Z ludzi kreatywnych zmieniono ich w służących państwu. Zmiana wszystkiego, wyzwolenie ludzi, zmiana ich umysłów oraz serc okazały się być największym wyzwaniem przemiany. Nie było to łatwe. Ludzie przywykli do innych nawyków. Obudzić ich było trudnym zadaniem. Encyklika Centesimus Annus była skierowana do narodów przechodzących taką przemianę. Niektóre z nich zastosowały się do zasad zapisanych w Centesimus Annus, inne nie. Patrząc teraz wstecz na 15 lat przemian i analizując co osiągnięto trzeba powiedzieć, że ta encyklika dużo zmieniła. Nie każdy kraj przeszedł udaną transformację. Istnieje wiele przyczyn takiego stanu rzeczy, jedną z nich jest to, że obrały drogę inną niż ta prezentowana w Centesimus Annus. Niektóre kraje usiłowały zbudować współczesne opiekuńcze państwo zachodnie - bądź jak mówił Jan Paweł II "państwo opieki społecznej". Unikały radykalnych nastawionych na rynek reform a preferowały "stopniowe podejście", które wyglądało na łagodniejsze i nie społecznie niszczące. Prywatyzację odłożono w czasie bądź spowolniono, a rola państwa utrzymywała się na wysokim poziomie, rynki nie zostały otwarte lecz były chronione wysokimi cłami. Ceny nie zostały uwolnione, ale utrzymywane pod kontrolą rządową. Inni zadecydowali, że najlepszym sposobem wydostania się z tego żałosnego stanu było skierowanie się na "dziki kapitalizm", gdzie ani zasady ani morale nie są czynnikiem ograniczającym, tylko rynek. Rządy prawa, prawo własności, budowa instytucji demokratycznych takich jak niezależny system sądowy, nie były tak ważne. Wolny rynek musiał regulować wszystko. Reformatorzy w tych krajach uważali, że nawet jeśli pierwsze miliony zostały zarobione w nielegalny sposób, z czasem, ci biznesmeni, którzy je zarobili, zaczną zachowywać się jak praworządni obywatele. Obie drogi zakończyły się fiaskiem. W niektórych krajach nie dokonano prawie żadnych reform. Stare struktury ekonomiczne i polityczne pozostały nienaruszone. Głównymi sloganami pozostały "troska o lud pracujący" i "ochrona wartości społecznych". W niektórych krajach, takich jak Mołdawia, doprowadziło to do katastrofy gospodarczej a w innych takich, jak Białoruś, do paskudnej dyktatury. W krajach "dzikiego kapitalizmu" reformy polityczne nie dokonały się. W gospodarce miała miejsce szybka prywatyzacja wraz z niektórymi liberalnymi reformami gospodarczymi. Nie poświęcono uwagi rządom prawa i rozbudowie instytucji demokratycznych. Doprowadziło to do narodzin swego rodzaju wysoce skorumpowanego kapitalizmu kolesiowskiego, który uczynił niewielu bardzo bogatymi i pozostawił większość w ubóstwie. Jan Paweł II krytykował obie drogi. To co zaproponował to nie "trzecią drogę", ale raczej właściwą drogę. Zaproponował powrót do podstaw, czyli gospodarkę rynkową opartą na mocnych zasadach moralnych, mocno zasadzoną na myśli chrześcijańskiej. W tym kontekście było zupełnie zrozumiałe, że skoro jednocześnie Centesimus Annus krytykowała lewicowy socjalistyczny model "pomocy społecznej" a preferowała gospodarkę rynkową, Jan Paweł II nie był zwolennikiem "dzikiego kapitalizmu". Centesimus Annus podkreślała, że gospodarka rynkowa nie może działać bez klasycznych rządów prawa oraz stałych i jasnych praw własności. Przemawiała za stabilną walutą oraz otwartym modelem gospodarczym. Były to bardzo nowatorskie idee w 1991 roku. Większość ekspertów zagranicznych nie mówiła o tym wiele w owym czasie. Większość uwagi skoncentrowana była na sprawach czysto gospodarczych. Jednak największą różnicą Centesimus Annus w porównaniu z państwowymi i rządowymi teoriami było to, że pokładała nadzieje w ludziach. Domagała się jasnego zerwania z komunistyczną przeszłością i przyzwyczajeniami oraz popierała swego rodzaju moralną rewolucję. Zadaniem rządu w tej trudnej sytuacji było obudzić naród, zachęcić go do podejmowania decyzji by był aktywny i twórczy. Aby dać ludziom prawo i pozwolić im decydować jak żyć, wspierano reformę podatkową mającą na celu usunięcie ręki rządu z kieszeni podatnika. Estonia jest jedynym krajem, który spróbował tego sposobu. Reformy estońskie zaczęły się w 1992 roku wraz z reformą systemu monetarnego opartą na systemie currency board. Zrównoważyliśmy budżet i otworzyliśmy się na konkurencję rynkową. W 1992 Estonia zniosła wszystkie cła importowe i stała się jedną "strefą wolnego handlu". Konkurencja zagraniczna naciskała lokalne przedsięwzięcia do zmiany i restrukturyzacji swojej produkcji. W tym samym czasie Estonia zaprzestała wszelkiego subsydiowania, wspierania i udzielania tanich pożyczek dla przedsięwzięć gospodarczych pozostawiając im 2 opcje: umrzeć lub zacząć działać efektywnie. Ku zaskoczeniu wiele z nich wybrało drugą możliwość. Od pierwszych dni reformy, podkreślaliśmy wagę rządów prawa, jasnego zerwania z komunistyczną przeszłością oraz rozpoczęcia reformy sądownictwa. Zwalczono korupcję oraz wprowadzono niezbędne ustawodawstwo dotyczące uczciwego biznesu. Aby zaktywizować nasz naród wprowadziliśmy radykalną reformę podatkową opartą na zrozumieniu, że jeśli ktoś więcej pracuje i więcej zarabia nie spotka go za to kara. Ostro zmniejszyliśmy próg podatkowy i wprowadziliśmy podatek liniowy - proporcjonalny podatek dochodowy. Podatek liniowy jest częścią estońskiego sukcesu. Łatwo go naliczyć i kontrolować. Jedynymi przegranymi tej reformy podatkowej byli doradcy podatkowi. W rezultacie Estonia stała się krajem najszybszego wzrostu gospodarczego w Europie. Przyciągnęliśmy więcej zagranicznych inwestycji przypadających na głowę obywatela niż inne kraje Europy środkowej i wschodniej. Standard życia w Estonii szybko poprawił się. Estoński wzrost gospodarczy sięga 10% rocznie. Mamy nadzieję osiągnąć standardy UE w ciągu 15 lat. Ubóstwo w Estonii w sposób radykalny zmalało. Estonia jako pierwszy kraj postkomunistyczny zyskała status "wolnej gospodarki" według oceny Heritage Foundation i znalazła się w ukazującym się co roku "Index of Economic Freedom". Co bardziej znaczące - nie jest to zaledwie "wolna gospodarka", ale jedna z najbardziej wolnorynkowych gospodarek. Podobna polityka dała dobre rezultaty także w innych krajach, wyciągając je z nędzy i pozwalając na powrót do Europy. Czy oznacza to, że Centesimus Annus straciła na wartości, że nie ma potrzeby jej studiować? Absolutnie nie. Encykliki nie są pisane na miesiące, lata czy dekady, ale na znacznie dłuższy okres czasu. Ich przesłanie jest uniwersalne. Kraje, które podjęły pierwsze wyzwania i wydostały się z gospodarczej i społecznej katastrofy, stworzonej przez komunizm, stoją obecnie przed nowymi wyzwaniami. I muszę powiedzieć, że te nowe są nawet trudniejsze od tych pierwszych. Centesimus Annus opisała precyzyjnie problemy współczesnego kapitalizmu oraz niebezpieczeństwa stojące przed nami we współczesnym zglobalizowanym świecie. Jednym z nich jest konsumpcjonizm, który czyni z pieniędzy i sukcesu nowego boga. Taki sam obraz opisany jest w Biblii zatem nie jest to niczym nowym. Jednocześnie wartości konsumpcjonizmu podważają wiarę i wieczne wartości w taki sam sposób, w jaki robił to komunizm. Właściwie to łatwiej było walczyć ze złem komunizmu. Wówczas linia frontu była bardziej oczywista, teraz wszystko jest pomieszane i nieklarowne. Konsumpcjonizm jest łączony z próbą rozwoju "demokracji bez prawdy". Przez opis ten, Jan Paweł II ma na myśli system, który stał się tak tolerancyjny na zło, że jest w stanie walczyć z każdym kto podniesie rękę przeciw niemu. Idea "demokracji bez prawdy" musi być pojmowana jako powód, dla którego najmniejsza wzmianka na temat chrześcijaństwa została usunięta z projektu nowej Konstytucji Unii Europejskiej. Zainteresowanie jedynie wartościami materialnymi promuje stworzenie państwa opiekuńczego, które poprzez permanentną interwencję państwa oraz zakłócanie hamuje ludzką naturalną kreatywność i działanie. Ludzie nie są gotowi by podjąć ryzyko czy zatroszczyć się o siebie samych i swoje życie. Są nauczeni polegać na rządzie we wszystkich sferach życia. Polityka taka skutkuje wyższym, a w niektórych krajach permanentnym bezrobociem, które jest, po pierwsze, źródłem ubóstwa, po drugie działa przeciw ludzkiej godności. Spoglądając na współczesne problemy Europy można znów powiedzieć, jak wiele racji ma Jan Paweł II. Centesimus Annus sprzeciwiała się próbom tworzenia nowych barier między narodami. Podkreślała fakt, że jednym z najbardziej efektywnych sposobów zwalczania ubóstwa jest wolny rynek. Bogate narody nie tylko mają wspierać pomocą biedne narody, ale również otworzyć swoje rynki na handel. Niestety "Europa - Forteca" nie zrobiła tego. Europa kontynuuje ochronę swoich rynków i mocno subsydiuje swoją produkcję rolną, niwecząc wysiłki krajów rozwijających się by dostać się na światowe rynki. Dziś każda krowa w Europie "zarabia" 2 dolary w formie dotacji, podczas gdy prawie 20% światowej populacji żyje poniżej poziomu tego dochodu. Sytuacja ta jest nie tylko niemoralna, ale również gospodarczo niszczycielska. Centisimus Annus nakłania rządy do tego by nie inwestowały w krowy lecz w ludzi. Kreatywność jest pojmowana przez Jana Pawła II jako jeden z największych darów Bożych i należy ją wspierać. W Centesimus Annus podkreśla się wagę jakości, umiejętności i innowacji. Słowa te widoczne są dziś w programie nazwanym "Strategia lizbońska". Jej celem jest uczynić gospodarkę europejską najbardziej konkurencyjną w świecie, poprzez położenie nacisku na innowację, edukację i reformy rynkowe. Niestety "Strategia lizbońska" nie odniosła sukcesu. Rządy narodowe "starej Europy" nie wdrożyły koniecznych reform. Po 5 latach jedynym skutkiem "Strategii lizbońskiej" jest to, że różnice gospodarcze między Stanami Zjednoczonymi a Europą wzrosły. Przesłanie Centesimus Annus nie jest przesłaniem lewicowym czy prawicowym. To uniwersalne przesłanie nadziei. Widać je u większości grup pracujących nad przyszłością Europy. Jedynym problemem jest znalezienie przywódców politycznych gotowych je wdrożyć. Jak mówi Jan Paweł II, polityka w Europie jest niestety prowadzona nie w zgodzie ze sprawiedliwością i moralnością lecz raczej na podstawie władzy finansowej i wyborczej grup panujących. Politycy dziś są bardziej zainteresowani tym jak wyglądają w sondażach niż tym czy robią coś właściwego. Konieczne reformy przyszłościowe nie dokonują się z obawy przed utratą głosów wyborców teraz. Zapewniając opinii publicznej chleba i igrzysk przywódcy europejscy zachowują się jak liderzy Cesarstwa Rzymskiego przez jego upadkiem. W chwili obecnej przesłanie Jana Pawła II jest szczególnie ważne. Obecni przywódcy muszą pamiętać by "nie lękać się". Muszą mieć odwagę podejmować konieczne decyzje nawet wtedy kiedy nie są one popularne w danej chwili. Nie wolno im się bać podnosić głosu kiedy idzie o ochronę ludzkiej godności i wolności w krajach, gdzie wartości te są wciąż lekceważone. Jedynie stojąc po stronie prawdy można stworzyć lepszy świat i zachować go dla naszych dzieci i wnuków. Mart Laar tłum. Agnieszka Łaska (25 września 2006) (Artykuł pochodzi z serwisu internetowego Instytutu Actona. Przedruk za zgodą Instytutu) Mart Laar (ur. 1960), doktor nauk humanistycznych. W latach 1992-1994 pierwszy premier niepodległej Estonii wybrany przez parlament pochodzący z wolnych wyborów. W ciągu dwóch lat dokonał wielu odważnych, ale przede wszystkim skutecznych reform gospodarczych. W 1999 roku ponownie został premierem sprawując urząd kolejne trzy lata. Obecnie deputowany Riigikogu. Autor kilku książek o estońskim ruchu oporu z okresu II wojny światowej. W 2006 roku w Polsce ukazała się jego książka "Estoński cud" - Wydawnictwo Arwil