Tag Archives: etatyzm

Był sobie Burmistrz…

Generalnie model funkcjonowania państwa i społeczeństwa w większości krajów wygląda następująco; władza ściąga znaczną część środków od społeczeństwa w postaci różnie nazwanych danin, a następnie decyduje na co je przeznaczy. Bo podobno to władza wie najlepiej, co obywatelom jest potrzebne i przez swoich funkcjonariuszy wytycza jedynie słuszne kierunki rozwoju. W związku z tym większość prawa jest tworzona „na górze”, a następnie podawana do wykonania „dołom”. Taki system jest uważany za... normalny.

Etatyzm bez państwa czyli jak PiS buduje kapitalizm państwowy

W iście rewolucyjnej atmosferze zainaugurowało i prowadzi Prawo i Sprawiedliwość swoją politykę gospodarczą. Wzrost roli państwa, repolonizacja, odrzucenie neoliberalnych dogmatów – te zawołania oznajmiają radykalną zmianę. To jednak pozory.

Szwedzki mit – państwo dobrobytu a szwedzki kapitalizm

"Szwedzki model gospodarczy wzbudza spore kontrowersje. Bywa podawany jako przykład sprawnie działającego państwa dobrobytu, które skutecznie redystrybuuje zysk wytworzony przez swoich obywateli. Wielu komentatorów uważa, że taki model jest nie tylko potrzebny w Polsce, ale też możliwy do zastosowania...

Grzegorz Braun: Scenariusze na nadchodzący sezon

Tezę o nieistnieniu suwerennego państwa polskiego uprzejmie proszę uważać za udowodnioną. Jeśli Sz. Czytelnik ma jeszcze jakieś złudzenia – niech nie czyta dalej, nie sięgnąwszy do bodaj paru ostatnich numerów „Opcji” (której zresztą wszystkie, a zwłaszcza ostatnie roczniki dostarczają obfitego materiału dowodowego w tej sprawie).

Sanacja w II RP budowała socjalizm – i to była tragedia!

Wywiad z Sławomirem Suchodolskim autorem książki „Jak sanacja budowała socjalizm”. O tej "wstrząsającej prawdzie" rozmawia Jan Bodakowski.

Grzegorz Braun: Państwowa szkoła wypuszcza demokratów, etatystów i judeoidealistów

Czego przede wszystkim uczy państwowa szkoła? Według Grzegorza Brauna - uczy ona - najogólniej mówiąc - konformizmu. "Dopiero gdzieś tak koło 40-tki, o ile w ogóle, absolwent szkoły państwowej zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, że coś jest nie tak" - uważa Braun.

Kościół domem liberała i etatysty

Prawdopodobnie niektóre fragmenty ostatniej adhortacji papieża Franciszka staną się wodą na młyn zwolenników komunitaryzmu i różnych mniej wolnorynkowych frakcji w Kościele.
Powstały setki książek i artykułów na temat związków religii i ekonomii oraz poszukujących systemu ekonomicznego zgodnego z wolą Boga. W pewnym sensie efektem tych poszukiwań jest katolicka nauka społeczna. Jednak nie znajdziemy tam opisu tego „złotego środka”, a jedynie metody na wykluczenie pewnych skrajności: komunizmu z jednej strony i anarchokapitalizmu z drugiej. Pole wyboru pozostaje niezmiernie szerokie, więc w zależności od poglądów aktualnych hierarchów kościelnych oraz ogółu wiernych preferencje dryfują raz w jedną, raz w drugą stronę. Jednak czy poszukiwanie katolickiego modelu gospodarki ma sens? Czy powoływanie się na naukę Kościoła w debacie o bankach centralnych, standardzie złota bądź rynkach kapitałowych jest w czymkolwiek pomocne? Kościół katolicki jest wspólnotą ludzi o podobnych przekonaniach religijnych, etycznych i moralnych. Ukoronowaniem tych przekonań są prawdy wiary. Na ich podstawie katolik określa, jak powinien postępować i co jest w życiu dobre, a co złe. Oprócz prawd wiary istotnym elementem katolicyzmu są różnego rodzaju obrzędy i uzasadniające je sakramenty. Na czele Kościoła stoi papież. Jak napisałem wyżej, Kościół jest wspólnotą. Każda wspólnota zbudowana jest z poszczególnych ludzi. Wszyscy oni mogą mieć w wielu sprawach zupełnie różne poglądy. Tak samo jest we wspólnocie zwanej rodziną. Są tam pewne wspólne przekonania (oczywiście mówimy o zdrowej rodzinie), takie jak szacunek do rodziców, troska o dzieci, ale matka i ojciec mogą w wyborach do parlamentu głosować na innych polityków. Każdy z nich może mieć inne zdanie na temat przeczytanej właśnie gazety bądź książki. Czy możemy w takim razie mówić o konfrontacji neoliberalizmu z katolicyzmem bądź keynesizmu z katolicyzmem? Chyba nie, tak samo jak nie da się rozstrzygnąć konfrontacji firmy Microsoft z katolicyzmem bądź rodziny Kowalskich z katolicyzmem. W takiej relacji zawsze pozostaje jednostka, a nie wspólnota, ponieważ wspólnota to nie to samo, co kolektyw czy sekta, gdzie poglądy na wszystkie sprawy są niemal identyczne. Każdy katolik, od Papieża zaczynając, a na Kowalskim kończąc, wyznaje prawdy wiary, natomiast w innych sprawach ma różne poglądy. Jeśli jakiś hierarcha kościelny wypowiada się na tematy niezwiązane z prawdami wiary bądź obrządkiem, nie są one wiążące dla katolika, lecz są jedynie poglądami tego człowieka na pewien temat. Inny katolik może mieć w tej sprawie zupełnie inne zdanie. Dobrym przykładem może tu być polemika kardynała Petera Turksona z księdzem Robertem Sirico na temat istnienia światowego banku centralnego i odrzucenia „apriorycznej ekonomii”. Poglądy społeczno-gospodarcze mają zawsze poszczególni członkowie Kościoła, a nie Kościół jako instytucja. Nie trzeba się spowiadać z decyzji gospodarczych ani stosować pod rygorem grzechu do poszczególnych wypowiedzi hierarchów Kościoła, łącznie z papieżem, o ile nie dotyczą one prawd wiary. Katolik może być zarówno socjaldemokratą, jak i liberałem. Kościół jest wspólnotą ludzi akcentującą doktrynę katolicyzmu. Tę wspólnotę ustanawia coś zupełnie innego niż pogląd na progresję podatkową bądź bank centralny. Tworzenie jedynego i słusznego katolickiego poglądu na gospodarkę, politykę, kulturę rozbija tę wspólnotę i świadczy o zupełnym niezrozumieniu celu, dla którego powstał Kościół katolicki. Marek Steinhoff-Traczewski Foto.: PSz/Prokapitalizm.pl Artykuł ukazał się na portalu jagiellonski24.pl. Przedruk na PROKAPIE za zgodą Autora

Ruch Narodowy w oparach kolektywizmu

Kiedy kilka lat temu zetknąłem się z narodowcami i Marszem Niepodległości miałem względem nich dużą sympatię, byli to bowiem ludzie, którzy wbrew wszechobecnej propagandzie potrafili myśleć inaczej niż to nakazywała  polityczna poprawność. Niestety teraz, kiedy Ruch Narodowy ogłosił swoją deklarację ideową, wszystkie nadzieje, które z nimi wiązałem wygasły.
Pierwsze ostrzeżenie Coraz większą nieufność wobec narodowców nabierałem stopniowo. Pierwszym ostrzeżeniem był dla mnie tekst zamieszczony na stronie Narodowcy. net o wymownym tytule ,,Nacjonalizm, nie liberalizm!”. Autor tegoż tekstu pisze: ,,Jeszcze gorsze jest jednak to, że  <<nacjonaliści>>  nie widzą tego, iż kapitalizm jest sprzeczny z ideą samego nacjonalizmu. Warto przypomnieć, że nacjonalizm uznaje sprawy narodu za najważniejsze. Głosi także solidarność wszystkich grup i klas społecznych danego narodu”.  Jest to typowe wyznanie marksisty. Autor jednak rozważnie nie używa słowa socjalizm bowiem ma ono w Polsce  negatywną konotację. Zamiast tego używa słowa nacjonalizm, które nie jest aż tak jednoznaczne i nie oznacza systemu gospodarczego. Autor dalej stwierdza: "Nie wolno także zapominać, że kapitalizm jest nastawiony na zysk jednostki, a nie dobro narodu. Przeciętnego przedsiębiorcę nie obchodzi dobro ogółu, a dobro jego samego”. W tym fragmencie artykułu znać już wyraźnie narodowe zacięcie. Autor jednak niestety mija się z prawdą w swoim wywodzie. Kapitalizm daje bowiem zysk zarówno jednostce jak i ogółowi.  Dobrowolna wymiana między jednostkami zawsze będzie dawała zysk obu stronom wymiany, ponieważ gdyby było inaczej jednostki by do niej nie przystąpiły. Autor myli się po raz wtóry twierdząc, iż "przeciętnego przedsiębiorcę nie obchodzi dobro ogółu”. Gdyby było tak jak sugeruje autor to ów  ,, przeciętny przedsiębiorca” zostałby z rynku wyeliminowany.  Przedsiębiorca musi dostarczać  ogółowi (konsumentom) tego czego ogół oczekuje. Jeżeli byłoby inaczej konsumenci nie korzystaliby z jego usług (bądź produktów) a przedsiębiorca nie osiągnąłby zysku. Tak więc: Zysk po stronie przedsiębiorcy oznacza równocześnie zysk po stronie konsumentów (ogółu; narodu). Ale idźmy dalej i zacytujmy po raz kolejny autora tekstu ,,Nacjonalizm nie liberalizm!” - "Wielu z was mówi, że szkolnictwo, służba zdrowia czy strategiczne sektory gospodarcze nie mają prawa być kontrolowane. Śmieszne, powiedzcie na jakich terenach wiejskich działałyby przychodnie czy szpitale, skoro mieszka tam nieporównanie mniej ludzi i po prostu nie opłacałoby się tam zakładać tego typu placówek. To samo jest ze szkołami. Państwo powinno zapewnić równy dostęp do nauki wszystkim Polakom. Wielu z was pewnie nie pomyślało o tym, że mogłoby się urodzić w biednej rodzinie i po prostu waszych rodziców nie stać by było na opłacenie wam nauki w prywatnej szkole. Kolej, przemysł zbrojeniowy, stocznie czy wydobycie surowców naturalnych powinny być kontrolowane przez państwo. To chyba oczywiste, że państwo powinno mieć móc zabezpieczyć się przed utratą kontroli strategicznych sektorów gospodarki”. Jest to przykład typowego wywodu socjalisty. Jeśli miałbym odpowiedzieć, krótko na te zarzuty to musiałbym powiedzieć, że jeżeli moich rodziców nie byłoby stać na posłanie mnie do szkoły prywatnej to po prostu bym do niej nie poszedł! Tak samo jak obecnie nie stać mnie aby kupić sobie najnowszy model Ferrari. Jeżeli kogoś na coś nie stać to tego nie kupuje. Jednak autor zapomina o jednej bardzo ważnej rzeczy, mianowicie o tym że państwowe szpitale, przychodnie, szkoły etc. Są finansowane z pieniędzy obywateli, którym państwo zabiera je w postaci podatków.  Jeżeli obecnie obywatele są w stanie utrzymać publiczne szkoły i szpitale plus urzędników, którzy zajmują się redystrybucją ich własnych pieniędzy to tym bardziej będą w stanie zapłacić za prywatną szkołę bez pasożytującej na niej  kasty biurokratycznej. Autor kończy swój wywód stwierdzeniem - "System, w który wierzycie, a piszę do was różnej maści liberałowie, nie sprawdzi się”.   Kiedy kilka miesięcy temu przeczytałem ten artykuł to bagatelizowałem sprawę. Myślałem bowiem, że jest to odosobniony głos w dyskusji. Niestety myliłem się. Deklaracja ideowa Deklaracja ideowa nowo powstałego Ruchu Narodowego z pewnością nie jest aż tak przesiąknięta kolektywizmem jak omawiany powyżej tekst, ale i w niej możemy dostrzec wiele groźnie brzmiących sformułowań. Deklaracja składa się z dziewięciu punktów. Przeanalizujmy wszystkie. 1. W punkcie pierwszym noszącym tytuł ,,Tożsamość narodu” nie ma praktycznie żadnych konkretów. Autorzy deklaracji   kończą ten punkt słowami "by na powrót uczynić nasz naród dumną i silną wspólnotą”. 2. Tożsamość  rodziny. Autorzy najpierw piszą "Zaproponujemy rozwiązania poprawiające warunki życia rodzin, by umożliwić rozwój demograficzny narodu” , by następnie stwierdzić: "Ruch Narodowy będzie stać na straży autonomii rodziny i przeciwstawi się próbom ingerencji urzędniczej w życie rodzinne”. Pojawia się tu oczywiście pytanie : Co autorzy rozumieją przez "rozwiązania poprawiające warunki życia rodzin”? Oraz drugie pytanie: Kto ma te rozwiązania wprowadzać w życie? Wydaje mi się, że autorzy deklaracji uważają państwo za odpowiednie do wprowadzenia tych rozwiązań. Jeżeli jest tak faktycznie to nie wiem w jaki sposób można to pogodzić ze zdaniem na temat "autonomii rodziny”. Jeżeli rodzina ma być autonomiczną jednostką społeczeństwa to państwo nie może prowadzić względem niej żadnej polityki prorodzinnej. Polityka prorodzinna zawsze bowiem  będzie powodować sytuację , w której urzędnicy będą mieli wpływ na los rodziny. 3. Tożsamość osoby. Wielu indywidualistów pewnie w tym punkcie upatrywałoby szansy na podkreślenie roli jednostki. Nic z tych rzeczy, albowiem  ten punkt tak jak i pozostałe jest utrzymany w duchu kolektywizmu. Możemy w nim wyczytać: "Dzieci i młodzież mają prawo do patriotycznego wychowania w szkołach”, czyli mniej więcej to co głoszą zwolennicy przymusowej państwowej edukacji, z tą małą różnicą, że Ruch Narodowy zwraca uwagę, że ta państwowa edukacja ma być ,,patriotyczna”.  A w punkcie drugim była mowa o "autonomii rodziny”. Rodzice nie mają jednak żadnej autonomii skoro nie mogą decydować  o edukacji swoich dzieci. Nie dosyć, że Ruch Narodowy proponuje państwowy system edukacji utrzymywany z przymusowych podatków, to jeszcze nie zostawia rodzicom prawa do wyboru programu nauczania dla swoich pociech. Program ma być bowiem  "patriotyczny” dla wszystkich. 4. Suwerenność państwa. "Państwo jest podstawowym instrumentem realizacji interesów narodowych”. W tym punkcie brak jest konkretów, jednak powyższe zdanie trochę daje do myślenia wszystkim wolnościowcom. 5. Suwerenność kultury. Z treści punktu piątego można wysnuć wniosek, że narodowcy są zwolennikami dotowania kultury przez państwo. 6. Suwerenność ekonomiczna. Narodowcy obiecują  "Powstrzymamy pogłębianie zadłużenia gospodarki”;  niestety nie piszą choćby słowa w jaki sposób zamierzają to zrobić. 7. Wolność słowa. Znowu zero konkretów. 8. Wolność gospodarowania. "Obecny stan, w którym koszty utrzymania sektora publicznego spoczywają głównie na mniej zarabiających i drobnych przedsiębiorcach, jest nie do zaakceptowania”. Narodowcom chodzi o to aby bogaci płacili więcej (skąd my to znamy?). Nie przychodzi im jednak na myśl aby może zmniejszyć sektor publiczny i w ten sposób zmniejszyć również koszty jego utrzymania. "Będzie walczył o swobodę działania i dostęp do kapitału dla polskiego przedsiębiorcy, aby ten mógł tworzyć nowe miejsca pracy. Zadbamy o bezpieczeństwo socjalne Polaków proponując sprawiedliwy i prosty system emerytalny”. Pachnie to mocno ciągotkami do socjalizmu. Tylko nie za bardzo wiem na czym miałby polegać ten ,,sprawiedliwy i prosty system emerytalny”. Czy narodowcy chcą znieść przymus ubezpieczeń społecznych? Chyba nie. 9. Wolność wspólnoty. "Człowiek może być prawdziwie wolny jedynie w ramach wspólnoty, dlatego Ruch Narodowy będzie bronić wolności przed zagrażającym jej liberalizmem”. Liberalizm zagraża wolności!!! Człowiek może być wolny jedynie we wspólnocie!!! Gwarantuje jedno - Marks, Engels, Hitler czy Lenin podpisaliby się pod tym obiema rękami!  Oni też, podobnie jak autorzy deklaracji, nie znosili indywidualizmu i wolności jednostki. Można by podsumować – Kolektywizm uber alles! Jednostka jest niczym liczy się tylko kolektyw!!! Echa deklaracji Po ogłoszeniu deklaracji Ruchu Narodowego (która, nie oszukujmy się, jest bardzo ogólna, mówi bowiem dużo o celach a mało o środkach), pojawił się artykuł p. Piotra Michała Jeża. Odnoszę wrażenie, że ów artykuł był rozwinięciem deklaracji, a większość narodowców prezentowała go jako oficjalne stanowisko Ruchu Narodowego. Pan Jeż już na samym początku artykułu pisze, iż skupi się na analizie punktu dziewiątego deklaracji, który mówiąc niezwykle delikatnie jest najbardziej kontrowersyjny. "By sprzeczność wystąpiła musielibyśmy przyjąć założenie, że liberalizm jest jedyną ideologią opartą na wolności” – piszę p. Jeż. W deklaracji ideowej mogliśmy wyczytać, że narodowcy będą "bronić wolności przed zagrażającym jej liberalizmem” a tu autor artykułu mówi, że "liberalizm nie jest jedyną ideologią opartą na wolności”. Nie jedyną ale jednak ,,opartą na wolności”! Czyli narodowcy będą nas bronić wolnością przed wolnością! Tak więc pan Jeż już w pierwszych słowach swojego artykułu tę sprzeczność potwierdza. Co jest tą ,,złą” wolnością już wiemy – liberalizm. A co jest dla narodowców wolnością ,,dobrą”? Jest nią mityczny republikanizm. Autor tłumaczy nam czym jest wolność w rozumieniu republikańskim -  "Wolność w rozumieniu republikańskim (Arystotelesa, Cycerona, Jana z Salisbury, Jana Zamoyskiego czy Feliksa Konecznego) wypływa z natury człowieka (dzisiaj rzeklibyśmy też: z jego godności). Nie jest, przede wszystkim, wolnością nieograniczoną. Granicą dla niej są określone reguły społeczności oraz zasady moralne. Stanowią one także sam gwarant wolności i utrzymania ładu społecznego”. Czyli możemy wywnioskować, że liberalizm (w przeciwieństwie do mitycznego republikanizmu)  nie wypływa z godności człowieka, jest wolnością nieograniczoną , nie uznaje żadnych reguł społecznych ani zasad moralnych,  nie stanowi gwarantu wolności oraz nie gwarantuje utrzymania ładu społecznego. Są to wszystko bzdury i kłamstwa. Wśród ideologów liberalizmu oraz libertarianizmu  było i jest  wielu zwolenników prawa naturalnego (np. Hugo Grocjusz, Murray Rothbard).  Nie wiem skąd autorowi przyszło do głowy, że liberalizm jest wolnością nieograniczoną. Liberalizm nigdy nie uważał wolności za możliwość robienia co się komu żywnie podoba. Dla liberałów wolność jednego człowieka kończy się w miejscu gdzie zaczyna się wolność drugiego. Nawet skrajnie wolnościowy libertarianizm nie postuluje wolności nieograniczonej (anarchokapitalizm  postuluje zniesienie państwa, ale nie zniesienie prawa). Bardzo ciekawi są również przedstawiciele "prawdziwej” wolności, która ma nas chronić przed liberalizmem. Autor wymienia np. Arystotelesa. Był to człowiek, który, umówmy się, wolność rozumiał w dosyć specyficzny sposób. Mianowicie uważał, że pewni ludzie są stworzeni do tego aby być niewolnikami i nie ma w tym nic złego. Czy narodowcy chcą nam zafundować tak rozumianą wolność? Faktycznie różni ona się istotnie od liberalizmu, ponieważ liberalizm gwarantuje równe prawo dla każdego człowieka. W dalszej części tekstu pan Jeż poucza nas jakie są różnie między republikanizmem a liberalizmem (i chyba stara się przekonać czytelników, że te różnice przemawiają na niekorzyść liberalizmu). "Republikanie twierdzą, że kategoria dobra wspólnego może obejmować sytuacje, w których dobro społeczeństwa może wymagać poświęcenia poszczególnych lub wszystkich jednostek”. Brzmi to naprawdę groźnie, szczególnie słowa: "których dobro społeczeństwa może wymagać poświęcenia poszczególnych lub wszystkich jednostek”. Jakie dobro społeczeństwa może wymagać poświęcenia wszystkich jednostek!? Muszę przyznać, że nie jestem sobie w stanie tego wyobrazić. Jeżeli wszystkie jednostki zginą to przestanie przecież  istnieć również  społeczeństwo!  Autor tekstu jest aż tak zaślepiony kolektywizmem, że przestaje pamiętać o tym, iż aby istniało społeczeństwo muszą istnieć poszczególne jednostki, z których będzie się ono składać. W dalszej części tekstu autor wyjaśnia co dla republikanina (oczywiście chodzi  tu o ,,republikanina” w rozumieniu pana Jeża) znaczy wolność: "Tym bardziej człowiek jest Obywatelem, tym bardziej jest wolny, im mocniej angażuje się i poświęca dla rei publicæ”. Pod tymi słowami mógłby się z pewnością podpisać każdy zwolennik totalitaryzmu z Hitlerem i Stalinem na czele, ale na pewno nie zrobiłby tego liberał. Dla liberała tego typu słowa znaczą mniej więcej to o czym pisał Orwell w książce ,,1984”, czyli ,,Niewola to wolność” a ,,Wojna to pokój”. Autor kończy swój artykuł następującymi słowami: "Podsumowując: poza liberalizmem istnieją także inne systemy myślowe, w których wolność stoi w punkcie centralnym. Owa wolność w rozumieniu prawicowym, konserwatywnym wiąże się z określonym zakresem obowiązków. To też odpowiedzialność za własne czyny – i to odpowiedzialność przed Narodem, wspólnotą naszych przodków, jak i pokoleń przyszłych. Sporo osób ceniących sobie – słusznie! – wolność poddaje się mylnemu przekonaniu, że jedynym jej gwarantem jest liberalizm. Pamiętajmy więc o tym, że swoboda bez ograniczeń to nic innego, niż libertynizm”. Pan Jeż w powyższych słowach po raz kolejny stara się wprowadzić w błąd swoich czytelników, sugerując im kłamliwie, że liberalizm to wolność bez ograniczeń. Liberalizm ( i libertarianizm) nigdy nie postulował wolności bez ograniczeń. Dla liberałów i libertarian każdy człowiek może robić to co mu się żywnie podoba, ale tylko pod warunkiem, że nie narusza życia, wolności i własności innych.  Oczywiście zgadzamy się z pierwszym zdaniem autora, że "poza liberalizmem istnieją także inne systemy myślowe, w których wolność stoi w punkcie centralnym” -  takim systemem jest oczywiście  libertarianizm.  Natomiast z pewnością nie jest nim serwowany nam przez autora kolektywizm, który autor nazywa republikanizmem. Nienawiść narodowców do indywidualizmu mnie zadziwia. Widocznie nie dość jeszcze historia dała nam przykładów na zgubny wpływ kolektywizmu. Na kolektywizmie były oparte najbardziej zbrodnicze ideologie takie jak komunizm czy faszyzm,  zebrał on miliony ofiar, a mimo to większość ludzi nadal kocha kolektywistów a nienawidzi indywidualistów. Ludzie nadal słuchają ze zrozumieniem pomstowań na kapitalizm czy wolny rynek.  Zapominają natomiast o podstawowej rzeczy a mianowicie o tym, że dobrowolna wymiana, na której jest oparta wolnorynkowa gospodarka jeszcze nigdzie na świecie nie doprowadziła do wojny czy nędzy. Damian Kubiak

Cypr staje się klockiem domina

Rozmowa z Damianem Kotem, członkiem zarządu Polsko-Amerykańskiej Fundacji Edukacji i Rozwoju Ekonomicznego (PAFERE) na temat wydarzeń na Cyprze, kryzysu w Unii Europejskiej, sytuacji Polski oraz o perspektywach na przyszłość.
PROKAP: Czy to, co stało się w ostatnim czasie na Cyprze uznać można za jakiś przełom w sposobie uprawiania polityki przez unijne elity polityczno-finansowe? Damian Kot: Tak, to jest przełom, ale stawiający te „elity” w bardzo negatywnym świetle. Unia, deklarująca obronę przepływu kapitału i ludności strzela sobie w kolano pokazując jak bardzo te idee są je bliskie. Jest to akt desperacji pokazujący słabość tego tworu i wyznaczający prawdopodobnie punkt krytyczny, który bezpowrotnie został przekroczony. Mimo, że Cypr jest nieznaczącym statystycznie krajem na mapie Europy. Jakie konsekwencje dla przyszłości Cypru, a może też całej UE, może mieć cypryjska lekcja? Cypr staje się klockiem domina, którego upadek podrywa ostatecznie wiarę we wspomniane „elity” i system finansowy. Cypr na dekady stanie się zapomnianą prowincją Europy, z której najpierw ucieknie kapitał a potem ludzie. W szczególności ci, którzy nie mają nic do stracenia, czyli młodzi. Czy obywatele Unii powinni pogodzić się z myślą, że wchodzimy w epokę, gdzie proces wywłaszczania ludzi z ich majątków będzie coraz bardziej postępował? A może jednak zbliżamy się do momentu, w którym obywatele eurokołchozu wypowiedzą wreszcie rządzącym politykom posłuszeństwo? [caption id="attachment_20853" align="alignright" width="300"] Damian Kot[/caption] Jesteśmy, i to od dekad, w epoce wywłaszczania ludzi z ich majątków. Z różnym natężeniem w różnych miejscach globu, nie tylko w Unii. Należy to wiązać z dominacją etatyzmu nad gospodarką wolnorynkową. Pamiętajmy chociażby o Wielkim Kryzysie, zapoczątkowanym umownie w 1929 roku, z którym dzielnie walczono takimi metodami jak pozbawienie obywateli USA złotych lokat, czy wprowadzeniem programu New Deal, przyczyniającego się znakomicie do przedłużenia samego kryzysu. Ludzie wówczas nie wypowiedzieli masowo posłuszeństwa władzy. Jak będzie teraz? Tutaj problemem może być pewne ubezwłasnowolnienie ludzi wychowanych w ustroju demokratycznym, gdzie kontrola nad politykami i bezpośredni wpływ na nich jest iluzoryczny. Wypowiedzenie posłuszeństwa wprost wyobrażam sobie jako gwałtowne protesty, może wojnę domową, które doprowadziłyby do kompletnej zmiany władzy i wycofywanie się państw z etatyzmu. Bo tylko wycofanie się z etatyzmu jest rozwiązaniem. Mieszanie się polityków do gospodarki spowodowało tak głębokie zmiany w jej funkcjonowaniu, że zubożenie obywateli jest nieuniknioną konsekwencją tego, co już się wydarzyło. Działanie gospodarki, poniżej jej potencjału możliwego do osiągnięcia bez interwencji państwa, też należy traktować jako wywłaszczenie z majątku obywateli. Tego nie widać bezpośrednio, ale należy ten fakt brać pod uwagę, ponieważ nasze życie jest ograniczone czasowo. Każdy rok sprawowania władzy przez nieudaczników jest dla obywateli jak dodatkowy podatek. Kryzys finansowy ciągnie się już, przynajmniej oficjalnie, od 2008 roku. Jak długo może on jeszcze potrwać i czy jest jeszcze jakiś cień nadziei na to, że skończy się pozytywnie - tzn. że zostanie pokonany i Europa, USA znów wkroczą na ścieżkę dynamicznego wzrostu gospodarczego? W obecnej sytuacji oczekiwanie dynamiki jest nierealne. Ogłoszenie końca kryzysu z technicznego punktu widzenia zależy od definicji, jaką się posłużymy. Stagnacja gospodarcza staje się normalnością, niezależnie od tego czy nazwiemy ją kryzysem. Światełkiem w tunelu byłoby odejście od administracyjnych metod walki z kryzysem, w szczególności metod pokładających wiarę w stymulację gospodarek pustym pieniądzem. Niestety zmierzamy w przeciwnym kierunku … Czy Polsce grozi wariant cypryjski? Czy któregoś dnia również my możemy się obudzić i dowiedzieć się, że nie mamy po co iść do banku, by podjąć własne pieniądze, bo ich wypłaty zostały zablokowane? Nie musimy się obawiać takiego dnia, gdyż w bankach nie ma pieniędzy, które tam wszyscy deponenci złożyli. Współczesne banki nie prowadzą usług przechowania depozytów w takim sensie, w jakim właściciel parkingu strzeżonego zobowiązuje się do przechowania naszego samochodu w umówionym okresie. Z jednej strony, banki przyjmują depozyty, a z drugiej wypuszczają je w postaci kredytów. Współczesny system bankowy ma w sobie wbudowany zapalnik z napisem „kryzys płynności”, stąd wymyślono taką instytucje jak bank centralny, który w teorii może pożyczyć każdą ilość pieniądza fiducjarnego, aby uratować system przed upadkiem. A sam system działa tak długo jak ludzie wierzą, że mogą pójść do banku i podjąć depozyty, bez ograniczeń.  Kontrola przepływu pieniądza jest decyzją administracyjną i tak samo jak w przypadku Cypru, mogłaby być przegłosowana przez nasz parlament. Oczywiście w obecnej sytuacji gospodarki polskiej i systemu bankowego, o niebo lepszej niż cypryjska, taki scenariusz jest czystą teorią. Jednakże wydarzenia dotyczące Cypru, kraju europejskiego a nie afrykańskiej republiki, tworzą precedens, który może dać do myślenia obywatelom Grecji, Hiszpanii czy Włoch. Nie zdziwię się, jeżeli w tych krajach wzrośnie zainteresowanie wypłatami gotówki z banków. Dla wielu wybór pomiędzy trzymaniem pieniędzy w banku, na depozycie oprocentowanym na 1% w skali roku, a trzymaniem za 0% w domu, w „materacu”, będzie prostym wyborem. Dla jeszcze innych jedyną opcją będzie trzymanie poważnej rezerwy w złocie, albo zamiana gotówki w dobro trwałe, np. nieruchomość. Z nieruchomości trudniej obywatela ograbić niż z pieniądza stworzonego przez państwo, przechowywanego w banku będącym częścią systemu kontrolowanego przez biurokratów. Urzędnicy są bardzo pragmatyczni w swoich decyzjach. Sięgają po majątek tam, gdzie jest najłatwiej go pozyskać. Stąd, jeżeli państwo polskie będzie w coraz gorszej kondycji, to rządzący najpierw sięgną po pieniądze z OFE – naszą własność z dość upośledzonym prawem do niej, to tak na marginesie – a nie po pieniądze z naszych kont. Patrzę na przedwojenne obligacje wiszące nad biurkiem, świetnie prezentujące się w stylowych ramkach, i zbyt często przypominam sobie o złotej zasadzie ograniczonego zaufania do władzy … Rozmawiał Paweł Sztąberek Foto.: se.pl

Polska to wolnorynkowy raj! Nie wierzysz?

Czy Leszek Balcerowicz to czołowy polski leseferysta? Czy Polacy naprawdę tak bardzo kochają wolny rynek, że są bardziej święci od Hayeka czy od Adama Smitha? Taki obraz wyłania się z artykułu „Wiara w nieomylność wolnego rynku zmienia nas w socjopatycznych egoistów”.
Autorem tekstu jest Rafał Woś, a ukazał się on w „Dzienniku Gazecie Prawnej” (przedrukował go portal Forsal.pl). Ogólne przesłanie jest mniej więcej takie: Polacy to szaleńcy, którzy z miłości do wolnorynkowej gospodarki, gotowi są nie zauważać ludzkiej krzywdy, której pełno generuje nasz kapitalizm; Polacy to bezkompromisowi przeciwnicy państwowego interwencjonizmu, którzy oburzają się, gdy tylko rząd próbuje coś dotować czy do czegoś dopłacać; Polacy to zagorzali krytycy rządowego pomysłu stworzenia spółki Inwestycje Polskie z powodów - jak wyżej; Polacy to fanatycy niskich podatków i przeciwnicy idei sprawiedliwości społecznej; Polacy to wreszcie rewizjoniści myśli Fryderyka Augusta von Hayeka i Adama Smitha, dla których obaj myśliciele to właściwie socjaliści. Jakby ktoś miał jeszcze wątpliwości, czy polscy wolnorynkowcy mają jakiegoś lidera to autor te wątpliwości rozwiewa. Jest nim Leszek Balcerowicz, o którym pisze, że to „czołowy polski leseferysta”, natomiast najważniejszy wolnorynkowy publicysta to Witold Gadomski z „Gazety Wyborczej”. No i jest jeszcze pewne dzieło książkowe, które w tekście jest wspomniane... To wydane przez fundację Leszka Balcerowicza monumentalne dzieło „Odkrywając wolność”. Można by pomyśleć, że Polacy masowo rozczytują się w tej antologii wolnorynkowych tekstów, a tymczasem osiągnęło ono nakład jedynie 20 tys. egzemplarzy. Autor artykułu określa tę książkę mianem bestsellera, ale cóż to za nakład w tak bardzo wolnorynkowy kraju? Skoro Polacy tak bardzo kochają kapitalizm, a Polska to właściwie – zdaniem red. Wosia - oaza wolnego rynku w świecie pełnym socjalizmu to nakład takiej książki powinien osiągnąć przynajmniej milion egzemplarzy... Ale poważnie... Czytając tekst „Wiara w nieomylność wolnego rynku zmienia nas w socjopatycznych egoistów” można odnieść wrażenie, że jego autor żyje chyba w jakiejś innej Polsce i nie dostrzega, albo też – czego wykluczyć nie można – nie chce dostrzec, że III RP to coraz bardziej etatystyczny kraj. Socjalizmu, zamiast coraz mniej, mamy coraz więcej. Liczba urzędników, zamiast maleć, rośnie w zastraszającym tempie. Realizacja nowej perspektywy budżetowej Unii Europejskiej na lata 2014-2020 wymagać będzie, o czym zazwyczaj w ogóle się nie wspomina, zatrudniania kolejnych urzędników, których zadaniem będzie pisanie programów wydatkowania unijnych miliardów oraz ich rozdzielanie. Nie zdziwię się, jeśli do 2020 roku liczba biurokratów w III RP przekroczy milion. Już teraz jest to – razem z pracownikami różnych funduszy typu NFZ czy ZUS, utrzymywanych w końcu z pieniędzy podatników – coś około 600 tysięcy osób. Gdyby, tak jak pisze autor, Polacy w swej większości, byli zagorzałymi wolnorynkowcami, wówczas zapewne nie oddawaliby swoich głosów w wyborach na przeróżnej maści socjalistów, czy to bezbożnych czy to pobożnych. Władzę w kraju już dawno sprawowałby UPR czy Nowa Prawica, a premierem czy prezydentem nie byłyby jakieś rozmemłane kukiełki tylko konkretny facet szanujący prawo naturalne i ludzką wolność. Sejm nie składałby się z 460 darmozjadów, a co najwyżej z setki zdrowo-myślących polityków, którzy zbieraliby się na sesjach tylko wówczas, gdy zachodziłaby taka konieczność. Gdyby Polacy byli tacy jakimi przedstawia ich autor artykułu z „Dziennika Gazety Prawnej”, zapewne nasz kraj już dawno opuściłby eurokołchoz, którego o co jak o co, ale akurat o wspieranie wolnego rynku posądzić nie można. Wolnorynkowa Polska nie mogłaby przecież trwać i dławić się w socjalistycznej Unii Europejskiej... Jakie przykłady podaje red. Rafał Woś na potwierdzenie swojej tezy, że Polacy to fanatyczni wolnorynkowcy? Proszę bardzo: „Grudzień 2012 r., Aula Uniwersytetu Wrocławskiego. Trwa zorganizowana przez Ośrodek Myśli Politycznej im. F. Lasalle’a debata poświęcona sensowności programu Inwestycji Polskich. Dyskusja szybko przeistacza się w spór fundamentalny dotyczący tego, ile państwa powinno być w gospodarce. Uczestnikami są głównie studenci ekonomii. Sympatie sali zdecydowanie liberalne. „Dlaczego rząd ma zabierać moje pieniądze?”, „Przecież państwo czego się nie dotknie, to zaraz zepsuje”, „Tylko wolny rynek jest idealnym narzędziem nakręcania koniunktury”. Ale to nie jedyny przykład. Autor pisze dalej: „Nie inaczej jest w opiniotwórczych mediach głównego nurtu. Wystarczy krótki przegląd prasy z poprzedniego weekendu. W piątek „Gazeta Wyborcza” piórem swojego czołowego komentatora Witolda Gadomskiego pisze na drugiej stronie: „Im silniejsza jest ochrona pracowników zatrudnionych, im hojniejsze są ich przywileje, z których korzystają, tym większe jest bezrobocie”. W ten sposób publicysta „GW” komentuje propozycje „Solidarności”, by wszystkie umowy-zlecenia obłożyć składką ZUS. „Spowolnienie gospodarcze to najgorszy moment, by podnosić koszty pracy” – puentuje Gadomski. Tylko czy w ciągu ostatnich dwudziestu lat liberałowie nie obiecywali nam wielokrotnie, że obniżanie kosztów pracy i podatków to najlepszy sposób na ograniczenie bezrobocia? Efekt jest taki, że mamy dziś jedne z najniższych w Europie (i to nawet na tle innych krajów posttransformacyjnych) kosztów pracy oraz klina podatkowego (kto nie wierzy, niech zajrzy do danych Eurostatu i OECD). I jednocześnie bezrobocie, które tylko na kilka miesięcy (w 2008 r.) spadło poniżej 9 proc.”. Red Woś ma również za złe publicyście „Rzeczpospolitej” Bartoszowi Marczukowi, że krytykuje rząd za to, iż rzuca kłody pod nogi małym i średnim przedsiębiorstwom. Autor zauważa: „(...) czy pisanie po raz setny o urzędnikach „polujących” na małych i średnich naprawdę tym przedsiębiorcom pomaga? A może zamiast dowodzić na wysokim poziomie ogólności, że urzędnik to bezduszny przedstawiciel państwowego „świata ciemności” i jako taki z zasady musi czynić tylko zło, pokazać, gdzie działanie administracji należałoby faktycznie ulepszyć. (…) Ale droga do tego nie wiedzie przez mniej regulacji, lecz przez regulacje lepsze, podejmowane w interesie ogółu społeczeństwa, a nie grup interesu i lobbystów”. Gdyby w III RP szalał wolnorynkowy kapitalizm nie obowiązywałyby żadne regulacje w gospodarce, jedynie poza tymi, które każdemu gwarantowałyby równość wobec prawa oraz wolność od jakichkolwiek przywilejów. Autor artykułu raczej tego nie czuje, bo gdyby było inaczej nie pisałby takich andronów, jakie wyszły spod jego pióra. Ręce opadają, gdy czyta się artykuł z „Dziennika Gazety Prawnej”. Red. Rafał Woś albo „rżnie głupa” albo... Ubolewa np. że państwo za słabo interweniuje na rynku mieszkaniowym, że za mało dopłaca do kredytów. Właściwie to najlepiej by było, gdyby w całości finansowało Polakom zakup mieszkania, bo wówczas pieniądze nie wydane przez ludzi na mieszkanie mogłyby iść na bieżącą konsumpcję, co napędzałoby popyt wewnętrzny. A tak, biedni Polacy wiążą sobie u nogi żelazną kulę w postaci kredytu na mieszkanie czy budowę domu, którą dźwigać będą do końca życia... Autor sugeruje, że takie coś możliwe jest tylko w kraju, gdzie panują surowe zasady dzikiego kapitalizmu. Czyli np. w III RP... Nie wiem – śmiać się czy płakać... Red. Adam Woś chyba naprawdę żyje na księżycu. Jak zauważa, w tak leseferystycznym kraju jakim jest III RP mocno pogardza się ludźmi pracującymi w sferze budżetowej. Czyli poniżani są nauczyciele, lekarze, urzędnicy, policjanci, żołnierze... Pytanie tylko, czy red. Woś zna sondaże, w których Polacy wypowiadali się, przedstawicielom jakich zawodów najbardziej ufają? Jeszcze nigdy nie spotkałem się z sondażem, gdzie największym zaufaniem mieszkańców III RP cieszyliby się prywatni przedsiębiorcy. A tak przecież, w kraju wolnorynkowym, powinno chyba być? Tymczasem, jak mnie pamięć nie myli, największe zaufanie mają Polacy do lekarzy, nauczycieli, policjantów, żołnierzy... Czyli do tych profesji, które w zdecydowanej większości stanowią tzw. sferę budżetową. Ciekawe też, czy autor artykułu zna marzenia wielu młodych ludzi dotyczące ich przyszłości? Otóż wielu z nich wcale nie marzy o tym, by być prywatnymi przedsiębiorcami. Chcieliby oni być urzędnikami pracującymi na państwowej czy samorządowej posadzie, gdyż traktują ją jako pewną i bezpieczną. Czy to jest sposób myślenia typowy dla ludzi, rzekomo do szpiku kości przesiąkniętych ideami wolnorynkowymi? Dziwactw w tekście red. Wosia jest znacznie więcej (odsyłam do źródła), jak choćby zdanie, iż „krytyka myślenia wolnorynkowego przebija się w Polsce z trudem”. Nawet jeśli autor ma w tym przypadku rację, co jest raczej wątpliwe, to powinien jednak mniej narzekać. Wszak ma on u władzy nie myślicieli wolnorynkowych a etatystów, socjalistów, interwencjonistów i diabli wiedzą, kogo tam jeszcze. Polskiej gospodarce na pewno nie doskwiera nadmiar liberalizmu, na pewno koszty pracy nie są w III RP, podobnie jak podatki, - co autor sugeruje - niskie. Trudno uwierzyć, że red. Woś tego wszystkiego nie wie, dlatego nie wykluczałbym, że ów artykuł to jedna wielka prowokacja. Jeśli tak, to mnie udało mu się sprowokować. Zresztą, teza o prowokacji jest chyba najłaskawsza dla autora rzeczonego tekstu... Paweł Sztąberek Foto.: PSz/Prokapitalizm.pl

Gangrena w świadomości

Dlaczego tak trudno przekonać ludzi do wolnego rynku? Alarm! Ratuj się kto żyw i kto choć trochę wierzy w przebrzydły kapitalizm, w którym wszyscy kierują się chęcią zysku i skoczą sobie do gardeł, albo jak powiedział Pierwszy Przywódca Proletariatu (PPP), sprzedadzą sznur, na którym się ich powiesi. To nie jest degrengolada społeczna, albo coś innego z terminologii psychologicznej. To raczej gangrena, która infekuje coraz większe obszary ciała. To trucizna, która doprowadza do chorób psychicznych, majaków, paranoi. Wyzyskiwana klasa robotnicza co prawda sama nie pogardzi dodatkowym groszem. Niektórzy grają w lotto, inni marzą o podwyżce. Oczywiście to nie czyni ich chętnymi zysku. Woli raczej stawiać się w roli ofiary, jako kompleksu poddańczego, który płynie w krwi  i genach feudalnych. Zresztą, technicznie byłoby niemożliwe utworzenie z proletariatu warstwy wyzyskującej – to jest statystycznie nie do wykonania. Siłą rzeczy więc szara masa patrzy tylko na siebie, znajduje identyfikację w roli poszkodowanego i zyskuje tym samym przychylną opinię rozmaitych kurtyzan tworzących opinię publiczną, od pisarzy do dziennikarzy. Wiadomo, że ofiara, czy to wyzyskiwany robotnik, biedny emeryt, zniewolona kobieta czy gnębiony homoseksualista, zdobędą  sympatię większości (Nawiasem mówiąc, jak większość jest przeciwko gnębieniu, to kto ich tak naprawdę gnębi? Znowu jakaś niezidentyfikowana siła). Miałem jednak rozwinąć wątek gangreny. Rozmawiałem z Niemcem, typowy socjaldemokrata, wierzący w redystrybucję dóbr oraz inne cuda wianki i kochanki. Mówił mi, że bogatemu można zabrać milion euro, bo to dla niego nie zrobi różnicy, najwyżej będzie swój statek (jacht) do tyłu, a zresztą, po co komu jachty? Musiałem przegryźć wargi, by nie wypalić „aksamitny bolszewizm”, określenie, którym nazywam tego typu myślenie. Bastiat uczył jednak, by z sofizmatami rozprawiać się mimo wszystko, niezależnie od ideologicznego zabarwienia. Otóż, moi drodzy socjaldemokraci, socjaliści, komuniści itp. Itd. Milioner nie kupuje samego statku. To jest wytwór dopiero wyższego rzędu. Żeby zbudować ten jacht, ktoś musiał go najpierw zaprojektować. Miesiące spędzone nad kartkami papieru technicznego, bądź też programu obróbki 3D, zrobionego przez firmę zatrudniającą 5 osób. Potem prefabrykaty – blachy, żagle i maszty lub silniki i systemy elektroniczne, w zależności o jakim jachcie mówimy. W jednym i drugim już profituje klasa średnia, zanim w ogóle jacht trafi na linię produkcyjną. Blachy musi ktoś pospawać, nawet śrubki, wkręty trzeba dostarczyć, żagiel trzeba uszyć, ktoś musi dostarczyć wymiarów, płótna, nici i igły lub maszyny. Ten statek lub jacht trzeba złożyć później, zamontować podzespoły, na koniec oblatać. Potem ten niezidentyfikowany milioner musi wykupić ubezpieczenie na tak drogą rzecz, zadokować gdzieś swój nabytek, płacić za paliwo, serwis, konserwację, za opłatę tytułem prawa do żeglugi. Nie będę nawet próbował liczyć, ile osób profituje dzięki temu, że „jakiś-tam-milioner” ma kaprys chcąc kupić sobie statek. Wielu wyzyskiwanych robotników z pewnością, bo stal muszą przygotować hutnicy przy wsparciu górników i elektryków. Co prawda, pieniądze redystrybuowane nie giną od razu. Tylko, że całkowicie zostaje zachwiana racjonalność obiegu pieniądza. Naturalny ład znakomicie lokuje kapitał tam, gdzie jest zapotrzebowanie na usługę i dobre jej wykonanie. Tymczasem urząd socjalny jeden z drugim dadzą pijaczkowi pieniądze z tytułu zasiłku, które racjonalne wydane nie będą. To zresztą najlżejszy przykład. Najcięższym przykładem jest np. jez. Aralskie. Niestety, wyjaśnienie stało się za długie dla mojego rozmówcy. I chyba zbyt skomplikowane. W odbiorze zdecydowanie lepszy jest wrzask demonstracji w stylu :„Żądamy płacy minimalnej! Żądamy godziwej płacy! Zasiłki dla każdego biednego!. Gdy naszła mnie ta myśl, mój rozmówca zaczął prawić elaborat na temat menedżerów, kierowników i dyrektorów, którzy przyznają sobie we własnym gronie wysokie pensje i  premie. Szybką kontrą odpowiedziałem, że prywatny kapitalista zasłużył sobie na to swoim dobrym pomysłem na biznes i że ten problem występuje tylko w państwowych „firmach”. Nawet nie chce się przypominać słynnych słów śp. Stefana Kiesielowskiego. Wychodzi na to, że socjalizm, etatyzm, interwencjonizm i keynesizm walczą same ze sobą. No bo dajmy na to te związki zawodowe, wspierane przez czerwonych, a obok postawmy lewackie parole – płaca minimalna oraz walka z bezrobociem. Jak walczyć z bezrobociem, gdy sytuacja na rynku pracy jest do tego stopnia spaczona? Henry Nietzsche, były poseł CDU, skwitował krótko: „Związki zawodowe mają w nosie bezrobotnych, ponieważ bronią własnych miejsc pracy przez Neukommenden (ang. newcomers – przyp. autor)”. Tak samo płaca minimalna kasuje możliwość pracy młodym i imigrantom, którzy poprzez brak doświadczenia, rozeznania i wiedzy są w stanie konkurować zazwyczaj tylko poprzez niższą cenę usług. Taka karma. Usuwając lub granicząc ten czynnik wymienione przeze mnie ideologie znowu wpadają w sprzeczność. Żeby legalnie działać z firmą budowlaną w Niemczech, trzeba zapłacić rozmaitym urzędom i izbom do 300 €. Trzeba ubezpieczyć od wypadku siebie i swoich pracowników (całe szczęście można przyjąć ich do pracy za pomocą wytrychu i zatrudnić ich jako „podwykonawców”). Ubezpieczenie zdrowotne też obowiązkowo. No i warto mieć pieczątkę od doradcy podatkowego, bo inaczej urząd finansowy ciągle będzie miał jakieś obiekcje. Już na starcie ponosi się ciężkie koszta i marnuje cenny czas, siedząc po urzędach (inna sprawa, że w Niemczech nie trzeba się użerać i ogólnie jest miło). Wyobrażam sobie teraz świat, w którym to nie istnieje. Nagle jest prościej. Nagle mam własne pieniądze w kieszeni. Nagle mam czas na więcej pracy i/lub więcej czasu wolnego (nie muszę walczyć o 48- czy o 40-godzinny tydzień pracy). Nagle nie ściga mnie urząd finansowy i nie muszę płacić kar. Nagle zamiast brać kredyt , odkładam sumki i kupuję laptopa, pralkę czy dobrą gitarę za odłożone pieniądze. Może z samochodem byłoby ciężej – ale kto wie – czy dzięki zwolnieniu z przepisów, kontroli, inspekcji i innych ciężarów i wzmocnieniu konkurencji  poprzez nieblokowanie rynku samochody kosztowałyby tyle, co 5 komputerów? Nagle odkrywam, że mogę wybrać operatora wody, oczyszczalni, służby komunalnej, prądu i wskutek konkurencji oraz małych podatków mam jeszcze więcej pieniędzy w kieszeni. Nagle jadąc autobusem patrzę, a bilet autobusowy do centrum nie kosztuje 2 €, tylko 50 centów. Nagle odkrywam, że aby robić tanie stoły, nie muszę mieć papierka zaświadczającego, że jestem „zdolny do przybijania gwoździ”, że mogę wozić pasażerów na trasie Berlin-Szczecin bez wykupywania linii i ubezpieczeń, a benzyna jest na tyle tania, że i moi klienci płacą taniej. I może wreszcie za pieniądze podatników, zamiast na socjał, wreszcie wypłacono by GODZIWE pieniądze dla policjantów i żołnierzy, a młodym jurystom nie odmawiałoby się zawodu bez korporacyjnego obowiązku aplikacji? No i koronny argument: Że kapitalizm wywołuje wojny. Np. Kolumbia, gdzie obecnie przy medialnej ciszy rozgrywa się drugi Wietnam. W walce z przemysłem narkotykowym zrzuca się chemiczne substancje na pola uprawne, które rykoszetem zgładziły kolumbijskie rolnictwo. I że USA broni zbrojnie kolumbijskiego rządu, bo różne jankeskie firmy, np. Coca-Cola outsource’owały się do Kolumbii. Jak dla mnie, to idealny przykład faszystowskiego korporacjonizmu, ale jak wytłumaczyć, że nie zawiódł tu wolny rynek=kapitalizm, gdy pewne symbole i powiązania siedzą aż tak głęboko w ludzkiej świadomości? Aż ciężko wyobrazić sobie sprzężenia zwrotne, które działałyby na korzyść gospodarki, gdyby biurokracja i podatki nie ciążyły na gospodarce. Niestety, dzisiaj musimy słuchać o przebrzydłych kapitalistach, menedżerach, dyrektorach…. Mój znajomy cieszy się, że Polska będzie miała dużo większe dopłaty do rolnictwa, niż zakładano. Ponieważ mam krewki charakter, prawie wpadłem w furię. Krzycząc, zapytałem: „Czyli jak Niemiec nas okradał, to było źle, ale jak my Niemca okradniemy, to będzie cacy?! Dlaczego Niemiec nie mógłby sam kupić naszego produktu, jeśli będzie dobry i tani?! Dlaczego pieniądz nie mógłby uczciwie krążyć w Europie?!”. Rozmówca widział tylko kasę daną w łapę potomkom Jakuba Szeli. Kamil Kisiel

Dalsza erozja socjal-etatyzmu?

Minister Finansów Jacek Rostowski ogłosił, że przewidywalny deficyt budżetowy na przyszły rok wynosić ma 54 mld złotych. Oznacza to, że rząd po raz kolejny planuje wydatki na poziomie znacznie wyższym niż będzie w stanie ściągnąć do budżetu z wpływów podatkowych. Jak zwykle mówi się, że konieczne będą cięcia, pytanie tylko gdzie? A jeśli cięcia nic nie dadzą, tzn. opór materii po stronie beneficjentów pieniędzy budżetowych będzie tak silny, że rząd nie będzie w stanie się mu postawić? Wówczas zapewne pojawia się stara śpiewka – wypuszczenie obligacji, czyli dalsze zadłużanie kolejnych pokoleń lub wzrost podatków, a najpewniej i jedno i drugie jednocześnie.