Tag Archives: feministki

Epoka Antychrysta – powieść dla zagubionych katolików i ateistów

Postanowiłem wrócić do "Epoki Antychrysta", najnowszej powieści Pawła Lisickiego, mimo że niedawno pisałem na PROKAP-ie o tej książce. Wracam po to, by jeszcze raz zachęcić do sięgnięcia po nią. Ja właśnie skończyłem czytanie.

Atak na Michalkiewicza w Poznaniu

Wczoraj w Poznaniu, w księgarni Surcum Corda, odbyć się miało spotkanie autorskie z red. Stanisławem Michalkiewiczem i promocja jego nowej książki. Impreza przerwana została przez grupę lewackich aktywistek, które, przy wsparciu przychylnych dla nich mediów, już od kilku dni zapowiadały protest.

W USA zmarła Phyllis Schlafl – konserwatystka znienawidzona przez feministki

Miała 92 lata. Była pisarką, publicystką, działaczką społeczną. Zasłynęła z radykalnych poglądów antyfeministycznych, domagała się niskich podatków i działań na rzecz trwałości małżeństwa. Jej zdaniem - zrównanie płac kobiet i mężczyzn takiej trwałości nie sprzyjało.

List starej feministki do młodej

Moja Droga Siostro... Zauważyłam ostatnio, że jakaś frustracja cię ogarnia, kiedy patrzysz na środowisko feministyczne i nie wiesz, w którym kierunku poprowadzić własną karierę. Doszłam więc do wniosku, że dojrzałaś do tego, aby cię w sprawy feminizmu lepiej wtajemniczyć.
Tak, zapewne powiesz, że odmian feminizmu jest wiele, i że właśnie skończyłaś studia podyplomowe na ten temat. To jednak nie ma tu nic do rzeczy. Rozumiesz, musimy też na czymś zarabiać, mieć jakieś miejsca pracy, więc studia feministyczne do tego głównie służą. Jednak prawda jest taka, że feminizm to abstrakcja, nie mająca nic wspólnego z rzeczywistością. Z rzeczywistością mają wiele wspólnego feministki, które są całkiem realne i materialne. Aby zrozumieć którędy droga, musisz tu poznać główne rozgraniczenie. Feministki dzielą się na pewne grupy. Najbardziej prestiżową są Feministki Usługujące Koncernom, czyli FUKi. Tak nazywamy same siebie w naszym własnym gronie. Lubimy zresztą wyzywające brzmienie tego akronimu. Publicznie oczywiście się nim nie posługujemy z wiadomych względów. Ktoś inny mógłby przecież go rozwinąć inaczej, np. feministki udające kobiety, albo jeszcze bardziej obraźliwie: feministki u koryta. Tak wiem, może to dla ciebie z początku brzmieć dość szokująco, ale wkrótce zrozumiesz, że nic w tym takiego nie ma. Chyba, że nie chcesz zostać feministką realną, czyli tą FUKą i dalej drzemać w świecie feministycznych fantazji i fantasmagorii. Dawno temu, zdarzały się wśród nas takie przypadki. Były to feministki bezkompromisowe, które próbowały atakować różne instytucje. Na przykład niemiecka organizacja terrorystyczna feministek Rota Zora zaatakowała w 1975 r. sąd federalny w Karlsruhe za decyzję w sprawie prawa aborcyjnego. Tym feministkom chodziło o aborcję bez ograniczeń i pokazały swoje poglądy przy pomocy środków wybuchowych. Ta sama grupa zaatakowała firmę farmaceutyczną Schering za wyprodukowanie primodosu/duogynonu, który był odpowiedzialny za deformacje płodowe. Inne grupy chciały tępić wszelką farmakologiczną antykoncepcję za zatruwanie kobiecego organizmu. Występowały też przeciwko firmom biotechnologicznym odpowiedzialnym za in vitro. Jest nawet ciągle taka w Europie, założona w Holandii, o nazwie FINRRAGE (Feminist International Network of Resistance to Reproductive and Genetic Engineering http://www.finrrage.org/). Słyszałaś o niej? Zakładam, że nie słyszałaś, bo jakie media wysokonakładowe dziś by o nich chciały mówić czy pisać. Jestem za to prawie pewna, że potrafisz wymienić kilka innych organizacji z Holandii, o których w mediach się nie milczy. FINRRAGE to margines. A feministki nie chcą być marginesem. Mają swoje ambicje, chcą coś znaczyć. I potrzebują do tego pieniędzy. Biznes jest więc naszym sprzymierzeńcem. A są to poważne pieniądze. Firmy farmaceutyczne produkujące antykoncepcję i środki farmaceutyczne używane przy in vitro to jeden filar. Wchodzą tutaj również producenci prezerwatyw. Drugi to organizacje pozarządowe zajmujące się dystrybucją antykoncepcji i produkowaniem aparatury aborcyjnej. Trzeci to władza. Znowu tutaj marszczysz czoło, bo przypomina ci się, że feminizm był antysystemowy, miał atakować instytucje patriarchalne. Pamiętaj jednak, że jeśli chcemy coś znaczyć, mieć wpływ na zmianę świata, alians biznesowo-systemowy czyni nas niezniszczalnymi. Tu nie chodzi tylko o dotacje rządowe. Zauważ taką prawidłowość. Dzięki producentowi antykoncepcji możemy mieć pieniądze. Robimy mu za to badania rynkowe w ramach raportów. Subtelnie reklamujemy ich produkty w internecie i w szkołach. Dostajemy przy okazji prezerwatywy do rozdania, część zachowujemy dla siebie (pamiętaj, aby zawsze nosić w torebce!). Na konferencjach, w mediach lobbujemy za przymusową edukacją seksualną w szkołach. Tu jest nam potrzebna władza, żeby to uchwalić w parlamencie na skalę krajową. Inaczej nasi sponsorzy uznaliby, że jesteśmy nieskuteczne. A tak, wyobrażasz sobie naszą użyteczność i pole rażenia? Jeśli bardzo przeszkadza ci współpraca z mężczyznami, prezesami firm, układanie się z politykami, zawsze pamiętaj o tym, że płeć jest dla nas kategorią elastyczną. Nie ma niczego wspólnego z biologią. Patrz więc na nich jakby byli jeszcze nieodkrytymi kobietami. Wracając jednak do podziału na feministki. Drugą znaczącą grupą są Feministki Usługujące Feministkom (FUFy). Znowu uczulam cię, żeby nie używać tego terminu publicznie. Sama powiedz, co lepiej brzmi? FUKa czy FUFa? W której grupie chciałabyś się znaleźć? Przy tej okazji muszę ci szczerze napisać, że relacja między FUKami i FUFami bywa czasem frustrująca i napięta. Sama to widzisz po sobie. Żeby cię pocieszyć napiszę, że nie jest ona inna wśród samych FUK. Sposobem na rozładowanie napięcia jest zabieranie FUF na konferencje aborcjonistów albo warsztaty o edukacji seksualnej. Lepiej zacząć od Szwecji, potem obiecać wyjazd do Nowego Jorku, albo coś zupełnie egzotycznego. Przy czym gratyfikacje należy dawkować. Płacą organizatorzy, ale FUFy nie muszą o tym wiedzieć. Rozumiesz? Należy je zabierać po jednej, maksimum dwie, żeby była między nimi zdrowa rywalizacja, dzięki czemu mogą być bardziej wydajne. Bycie FUFą jest atrakcyjne dla bardzo młodych dziewczyn, które mało o życiu wiedzą, jeszcze mniej o polityce i układach. Rozumieją one za to, że bez nas nie miałyby dostępu do ważnych kontaktów, to znaczy finansów. FUFy są dla nas oczywiście pożyteczne, a nawet niezbędne. Wystawiamy je do działań balansujących na granicy legalności oraz do tych, które mogą się spotkać z dużym oporem (np. rodziców w przypadku edukacji seksualnej). Naganianie klientów firmom produkującym antykoncepcję w szkołach jest dość czasochłonne, ale one wiedzą, że od czegoś trzeba zacząć. Nęcą je zresztą wyjazdy do Szwecji. A do tego lubią rozmawiać o seksie. Czują się wtedy dużo starsze i dojrzalsze. Przejdźmy teraz do twojej sytuacji. Znajdujesz się teraz na rozdrożu. Masz kilka dróg do wyboru. Możesz albo stać się marginesem i przejść w polityczny niebyt, pozostać FUFą albo przejść do feministycznej elity FUK. Wydaje mi się, że wyłożone tu sprawy są dla ciebie jasne i długo przekonywać się nie trzeba. Pamiętaj, że mam co do ciebie szerokie plany i pokładam w tobie wielkie nadzieje. Być może rozważę twoją kandydaturę na stanowisko prezeski organizacji Feministki na rzecz Koncernów? To również nieoficjalna nazwa. Stamtąd już tylko droga na europejskie salony. Życzę ci powodzenia w twoim zadaniu, Twoja Siostra Foto.: Jan Bodakowski Tekst ukazał się na www.pch24.pl. Dziękujemy Autorce za nadesłanie go na nasz portal...

Manify i kontrmanify 2013

Jak co roku Manifa staje się okazją do spotkania wszelkich lewicowych subkultur. Trockistów, anarchistów, socjalistów, antyklerykałów i sodomitów. Takim nowym 1 maja, tylko w mniej sprzyjających okolicznościach przyrody. Dodatkowo samce lewaków, jak co roku, instrumentalnie wykorzystują feministki i ich Manifę do propagowania swoich poglądów i osób.
Najlepiej patriarchalny charakter Manify ukazywało to, że główny transparent marszu nieśli faceci, a głównym celebrytą sabatu był Ryszard Kalisz. Z drugiej jednak strony bez facetów Manifa liczyłaby nie kilkaset osób, tylko kilkadziesiąt (według Czerskiej w Manifie szło kilka tysięcy osób). W tym roku w Warszawie dobre samopoczucie feministek i lewaków zakłóciły nacjonalistki z organizacji „Kobiety dla narodu”. Przedstawicielki Ruchu Narodowego miały trzy transparenty. Pierwszy z zdjęciem zwłok kobiety która poddała się legalnej aborcji i zdjęciem Wandy Nowickiej twierdzącej ze legalne aborcje są bezpieczne. Drugi z hasłem „Wolność słowa dla patriotek”. I trzeci z „Homokracja to manipulacja – myśl samodzielnie”. Obecność nacjonalistek wzbudziła furię lewaków idących w manifie. Kilku z nich rzuciło się na przeciwniczki aborcji i je pobiło. Od pobytu w szpitalu kobiety uratowali kibice Legi którzy uniemożliwili lewakom katowanie kobiet. Policjanci, którym nacjonalistki zgłosiły pobicie odmówili przyjęcia zgłoszenia.   Organizatorki antyaborcyjnego protestu „Kobiety dla narodu” to kilkudziesięcioosobowa inicjatywa Ruchu Narodowego zmierzająca do aktywizacji kobiet. Jedną z liderek ruchu jest Maria Piasecka-Łopuszańska, 25 letnia matka dwójki dzieci, wnuczka Bolesława Piaseckiego założyciela Ruchu Narodowo Radykalnego i wieloletniego powojennego lidera PAX. Synowa Jana Łopuszańskiego, jednego z założycieli ZChN. Uczestnicy Manify, niezależnie od swojego konstruktu kulturowego zwanego płcią, domagali się wyzwolenia swoich macic, i deklarowali że ich ciała są terenem walki. Teza o ciele jako terenie walki natrętnie kojarzyła się z sytuacją psa przed odpchleniem. Dziwił też seksistowski charakter hasła o wyzwoleniu macicy, głuchy na postulat wyzwolenia siusiaka. W oprawie artystycznej Manify widać było regres. Większość transparentów namazana była byle jak i często nieczytelna – nie licząc gigantycznej wycinanki profanującej zabytkową elewacje kościoła świętego Aleksandra na placu Trzech Krzyży. Manifestanci na swoich transparentach domagali się: upowszechnienia aborcji, odebrania ginekologom prawa do odmowy aborcji, zmian w gramatyce, walki z klerem, pacyfizmu, likwidacji kapitalizmu, kosmopolityzmu i upowszechniania sodomii. Czyli wszystkiego tego co ich zdaniem jest troską większości kobiet w Polsce. Hasła na transparentach porażały swoją głębią intelektualną - „Ewa wolała węża niż męża?”, „Polka nie – podległa”, „Moje ciało mój wybór”, „Moje ciało moja sprawa”, „Fundusz kościelny na alimenty”, „Ginekolog bez barier i klauzuli sumienia”, „Moje ciało polem walki”, „Jak chce to ogolę, jak chce to pierdolę”, „Aborcja prawem kobiety”, „Dość seksizmu, dość kapitalizmu”. I ujmowały szczerością jak transparent „Przecinamy pępowinę”, na którym wielkie nożyce przecinały kajdany łączące symbol kobiet od symbolu Polski walczącej, czy na transparencie „Jedyna krew jaką przelewam”, zilustrowanym podpaską z krwią menstruacyjną. Manifa zakończyła się pod sejmem. Gdzie na ruch wolnej macicy czekali już jak zwykle ciekawi życia publicyści z Pyta.pl. Lokalne kopie warszawskich Manif odbyły się też i w innych miastach. W Gdańsku przeciw kilkudziesięcioosobowej Manifie protestowało ponad stu narodowców z: Narodowego Odrodzenia Polski, Obozu Narodowo Radykalnego, Młodzieży Wszechpolskiej, kibiców Lechii Gdańsk i GKS Wybrzeże – podzielony na kilkanaście 14 osobowych pikiet. Tak zwane czternastki nie podpadają pod definicje zgromadzenia zaczynającą się od 15 demonstrantów, które wymaga rejestracji i nie mogą odbywać się w tym samym miejscu co inna demonstracja. Główną atrakcją gdańskiej Manify był poseł Palikota, Robert Biedroń. Jeszcze większą klęską okazała się szczecińska Manifa. Kilkunastoosobowa grupa lewicowców zrezygnowała z przejścia przez miasto. Zapewne powodem rezygnacji był wcześniejszy o kilka godzin kilkudziesięcioosobowy „Marsz dla Zdrowej Rodziny” zorganizowany przez NOP i wsparty przez Młodzież Wszechpolską, ONR, kibiców Pogoni Szczecin. Aktywność nacjonalistów nie ograniczała się tylko do kontrmanifestowania. Ósmego marca w centrum Białegostoku nacjonalistki z Młodzieży Wszechpolskiej zorganizowały akcje informacyjną o proaborcyjnych poglądach feministek. Działaczki MW miały ze sobą transparenty antyaborcyjne i patriotyczne, rozdawały przechodniom antyaborcyjne materiały edukacyjne. Równocześnie młodzi działacze ONR i MW wręczali mieszkankom miasta tulipany. Podobne akcje MW zorganizowała w Krakowie, Wrocławiu, Bielsku Białej.   Aktywność środowisk narodowych, również i ósmego marca, jest niezwykle dolegliwa dla lewicy. Dało temu wyraz Stowarzyszenie Nigdy Więcej. Ta finansowana przez Fundację Stefana Batorego inicjatywa, dostrzegająca wszędzie i nieustannie faszystów, w wydanej przez siebie „Brunatnej księdze 2011 – 2012”, opisała rzekome incydenty „na tle rasistowskim, antysemickim, ksenofobicznym”, neofaszystowskim, które miały miejsce w III RP w przeciągu dwu ostatnich lat. Przejawem rasizmu, faszyzmu i antysemityzmu dla stowarzyszenia Nigdy Więcej stały się protesty antyaborcyjne przeciw feministycznym Manifom, podczas których: „Nacjonaliści skandowali ksenofobiczne hasła: ''Bóg, Honor, Ojczyzna'', ''Wielka Polska katolicka'', ''SLD – KGB'' oraz trzymali transparenty z hasłami: ''Wczoraj Hitler, dziś feminizm'', ''Feminazi stop'' i z wizerunkami tzw. mieczyka Chrobrego (symbol polskiej skrajnej prawicy)”. Innymi zbrodniczymi hasłami nacjonalistów były okrzyki: ''Feministki to nazistki'' i ''Aborcyjny Holokaust''” oraz „transparenty z tzw. falangą (charakterystyczna ręka z mieczem, znak przedwojennych polskich faszystów, współcześnie używany przez przedstawicieli skrajnej prawicy)”. Faszystowską zbrodnią opisaną na kartach „Brunatnej księgi” był protest przeciw Manifie pewnego pana przebranego „ w kostium pingwina”, który trzymał transparent „Żądam 33,3% parytetu we władzy dla pingwinów”. Jan Bodakowski Foto.: Jan Bodakowski

Zwolennicy aborcji biją kobiety na Manifie

Zanim policja zdążyła zareagować, na dziewczęta z plakatem Fundacji Pro - prawo do życia rzuciło się kilku mężczyzn, sympatyków ruchu feministycznego. Jak mówiła potem jedna z młodych kobiet trzymających plakat, Jadwiga, w trakcie ataku na nie, starały się nie tylko uchronić plakat przed zniszczeniem, ale też uniknąć skopania przez krewkich feministów.

Najbardziej demagogiczne hasło feministek

To oczywiście hasło "Równa praca za równą płacę". Niby słuszne. Tylko czy ta praca jest naprawdę równa? U nas w Polsce słyszy się często, na przykład: "te pudła są ciężkie. Powinni je nosić faceci". Nie obruszałbym się na te słowa, gdyby nie wspomniane przeze mnie wyżej demagogiczne, feministyczne hasło. Skoro cięższą pracę z reguły wykonują zdecydowanie częściej mężczyźni, to czyż sprawiedliwym i oczywistym nie jest to, że zarabiają oni więcej?
Dodam od siebie, że wykonują częściej pracę nie tylko cięższą, ale i bardziej niebezpieczną niż kobiety. Częściej padają też ofiarami wypadków przy pracy. Mężczyzna w domu często myśli o pracy, a kobieta w pracy często myśli o domu. I nie ma w tym nic złego. Bardzo dobrze, że się różnimy od siebie i wzajemnie uzupełniamy. Natomiast, czy prywatny pracodawca zatrudniając mężczyznę lub kobietę nie ma prawa kierować się własnym interesem? Kolejny raz, okazuje się, że feministka to z reguły nie osoba nie tyle zdolna i pracowita, co bezczelna i zaborcza i poprzez to, by otrzymać awans gotowa zmobilizować poprawność polityczną, cenzurę uniwersytecką, media i prawodawstwo. Takiej nie przejdzie przez głowę, że wolny rynek zatrudnienia przynajmniej w znacznej mierze doprowadziłby do rozwiązania wielu problemów. Najbardziej oburza mnie w postawie wielu kobiet takie podejście: Tam gdzie jest to wygodne dla nas, zachowajmy patriarchalne (sic!) przywileje, a gdzie jest też dla nas wygodne wprowadźmy zasady feministyczne. No, takim paniom, to jakoś nie umiem współczuć wydłużenia wieku emerytalnego. Szczególnie, jeżeli plotą androny, jak to mężczyznom jest lepiej. Będą miały tego okazję doświadczyć namacalnie przynajmniej w jakiejś mierze na własnej skórze. A swoją drogą na Zachodzie wprowadzono wiele zasad feministycznych, ale jednocześnie kobiety musiały zrezygnować z wielu tradycyjnych przywilejów. Niekoniecznie musi być tak w Polsce, ale uważam to za postawę dużo uczciwszą niż wspomniana wyżej przeze mnie. Jacek Łukasik

Feministyczne aborterki

Nie traktujemy feministycznego zagrożenia wystarczająco poważnie. A przecież szkolące swoje międzynarodowe siostry feministki z USA mają krew na rękach. W czasach zakazanej aborcji, same ją organizowały, a nawet zabijały nienarodzone dzieci własnymi rękami. Bez użycia rękawiczek.
Takich feministycznych grupek było kilka. Kooperatywa „Jane” z Chicago funkcjonowała jak lukratywny biznes, podobnie jak grupa z Kalifornii, która utworzyła nawet sieć wielu klinik aborcyjnych. Kobiety te łączyło skażenie horrorem własnej aborcji, co przerodziło się w fanatyzm i radykalizm w działaniu mającym na celu zarażenie nim jak największej liczby kobiet. Praktykowały aborcję w czasach jej zakazu, a po legalizacji mogły zajmować się haniebnym procederem w swoich własnych, legalnych klinikach. Nie ma się więc co dziwić, że feministki tak niezmordowanie walczą o licencję na zabijanie. Wielu chodzi o to, żeby móc prowadzić własne interesy bez ryzyka interwencji policji i więzienia. I reklamują ją po to, aby było jej jak najwięcej i aby tym samym zagwarantować bardziej przystępną cenę, najlepiej obciążającą podatnika. A w legalnych klinikach nadal dzieją się horrory i to nawet z punktu widzenia feministek. Chirurgiczne aborterki z Chicago Początki jednego „prosperującego aborcyjnego biznesu”- jak piszą w „A Woman’s Book of Choices” feministki Rebecca Chalker i Carol Downer sięgają 1964 r., kiedy to Heather Booth, jedna z założycielek chicagowskiego ruchu wyzwolenia kobiet stworzyła w akademiku własną organizację odsyłającą kobiety na aborcje. Autorki wyjaśniają, że jej działalność polegała głównie na kontaktowaniu abortera z kobietami. Do spotkań dochodziło na ulicy, skąd były one zabierane z zawiązanymi oczami, aby zapewnić mu anonimowość. Aborcja kosztowała wtedy od 600 do 1000 dol., a feministki uznały, że mogły coś zrobić, żeby była tańsza. Postanowiły zagwarantować mu większą liczbę klientek, aby w ten sposób uzyskać cenę 500 dol. Przy okazji udało się również zarobić, gdyż po rozwinięciu kooperatywy powstało kilka płatnych stanowisk. Po czasie, kiedy okazało się, że aborterzy nie są lekarzami, feministki uznały, że mogą wziąć sprawy zupełnie w swoje ręce. Dosłownie i przenośnie. Wymusiły więc na jednym szkolenie w aborcji. Początkowo- jak tłumaczą, był on niechętny, ale w końcu się zgodził. Dokonywały skrobanek za cenę około 100 dol., 20- 30 dziennie przez trzy dni w tygodniu. Chwaliły się, że zabijały nienarodzone dzieci zarówno 11-letnim dziewczynkom, jak i 50- letnim kobietom. W razie komplikacji feministki improwizowały, aby zatrzymać krwawienie, albo zawoziły kobiety do szpitala. Aby nie popaść w kłopoty z prawem, nie wchodziły z nimi do środka, ale dokładnie instruowały je, co mają, a czego nie mogą lekarzowi wyjawić. Generalną zasadą było: udawaj głupią. Nie ma się co dziwić, że dochodziło do powikłań, w tym śmierci jednej z kobiet, skoro feministki wszystko robiły same. Wykonywały nawet późne aborcje, nie nosiły rękawiczek, a do pewnego czasu nie mierzyły kobietom ciśnienia. W „Seizing the means of reproduction: an illegal feminist abortion collective- how and why it worked” Pauline Bart wyjawia również, że ich klientki nie były świadome, że aborcje były wykonywane przez feministki i osoby, które udawały lekarzy. W ramach edukowania kobiet rozdawały im m.in. książkę „Our Bodies Ourselves”, tłumaczoną zresztą potem w różnych krajach. W 2004 r. książkę wydała również proaborcyjna organizacja Network of East- West Women Polska pod tytułem „Nasze ciała, nasze życie”. Z książek feministek dowiemy się nie tylko tego, jak zorganizować aborcję, ale co zrobić z ludzkimi szczątkami. Do tej czarnej roboty nazwanej „poważnym problemem logistycznym”,  czasem wysyłały mężczyzn, którzy pod osłoną nocy wyrzucali szczątki w workach do śmietników supermarketów. Pomimo, że raz znaleziono zabity płód, zbrodnia nie została powiązana z feministkami z „Jane”. Zapewne policji nie przyszło na myśl, żeby do nich zawitać i sprawdzić, czym się naprawdę zajmują. Może dlatego, że i ona nie traktuje feministycznego zagrożenia zbyt poważnie? Opisująca tę szokującą działalność proaborcyjna Bart podaje mimo wszystko informacje, które powinny zastanowić również feministki. Nawet w tym radykalnym środowisku aborcja nie zawsze dochodziła do skutku. Jedna czwarta kobiet nie zgłaszała się na nią po konsultacji. Niewiele kobiet chciało być aborterkami. Niektóre odstraszał obowiązujący wtedy zakaz. Co więcej, z relacji Laury Kaplan, jednej z członkiń tej kooperatywy, wynika, że nawet feministki nie wytrzymują horrorów... aborcji innych kobiet. Dwie z głównodowodzących przeszły załamanie nerwowe objawiające się nagłym płaczem, wybuchami złości, wychodzeniem w trakcie przeprowadzanej przez siebie aborcji, krwawymi snami. Jedna z nich nawet sama zapisała sie na oddział psychiatryczny. Może to będzie dla niektórych przestrogą. Niestety członkinie „Jane”, pomimo zatrzymania przez policję nigdy nie trafiły do więzienia.. Jak opowiadają, przychodziły do nich po aborcję żony, dziewczyny i córki policjantów. Po legalizacji aborcji w 1973 r. niektóre z feministek założyły klinikę aborcyjną Emma Goldman Women’s Health Center, nazwaną na część tej radykalnej ateistki, socjalistki i feministki o eugenicznych poglądach. Działała ona do połowy lat 80-tych w Chicago. „Ekstrakcja miesiączki” feministek z Kalifornii Kilka tysięcy kilometrów dalej, swoją niewielką grupkę skupioną wokół poznawania kobiecego ciała, założyła w Kalifornii Carol Downer. Chodziła podglądać aborcje w nielegalnej klinice aborcyjnej Harvey Karmana, fałszywie podającego się za lekarza, który w latach 50-tych doprowadził do śmierci kobiety, wykonując na niej aborcję przy użyciu dziadka do orzechów. Pomimo, że Karman miał na sumieniu wyrok dwóch lat więzienia i fatalną opinię wśród niektórych feministek, nie przeszkadzało to im z nim współpracować. Karman obsługiwał zresztą nie tylko Kalifornię, ale również kooperatywę „Jane” w Chicago. Gdyby policja wsadziła go na dobre do więzienia, obie grupy straciłyby swojego mentora. Przez ospałość policji do tego niestety nie doszło. Tymczasem Downer zaczęła przekonywać inne kobiety podczas spotkań w księgarni (kiedy to pokazała wszystkim obecnym własną szyjkę macicy), że używany przez Karmana aspirator do aborcji jest prosty w obsłudze. Obecna przy prezentacji Lorraine Rothman postanowiła jeszcze go ulepszyć, stosując części zakupione w sklepach przemysłowych, po czym nastąpiła faza praktyki, którą nazwały ekstrakcją miesiączki. Według nich, kończyła się często niedokończonymi aborcjami. Po czasie feministki postanowiły dogadać się z lekarzem pracującym w szpitalu i do niego odsyłać na aborcje. Lekarz ten wykorzystywał znajomego psychiatrę, który wydawał na nią zezwolenia pod pretekstem poważnych problemów psychicznych kobiet. Po legalizacji aborcji na żądanie feministki wzięły pożyczkę i założyły kilka klinik aborcyjnych. Metoda reklamowana przez feministki do prywatnego użycia była tak szokująca i oczywiście bolesna, że (trzeba mieć nadzieję) zainteresowała niewiele kobiet. Niestety informacje o niej trafiły do świata, przede wszystkim do krajów z nielegalną aborcją: Chile, Nikaragui, czy różnych krajów Europy. Niewykluczone, że niektóre kobiety same wypróbowywały ją na sobie, a winę za wszelkie traumatyczne przeżycia i powikłania feministki zwaliły na brudnych i chciwych aborterów z podziemia. W tym samym czasie zresztą aktywiści tzw. planowania rodziny (np. z International Planned Parenthood Federation, która ma polski oddział obecnie zwany Towarzystwem Rozwoju Rodziny, należącym do Federacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny) wykorzystywali praktycznie identyczną metodę, ale pod różnymi nazwami: indukcja, aspiracja, czy regulacja miesiączki i szkolili w niej kobiety w wielu krajach. Feministyczna metoda ekstrakcji miesiączki wypłynęła więc jednak na wielkie wody. Była bezpieczna z punktu widzenia legalności nawet w krajach z zakazem aborcji, gdyż przed jej użyciem nie wykonuje się testu ciążowego. Według jej pomysłodawców nie można więc mówić ani o ciąży, ani o zamiarze jej usunięcia. Plastikowe aspiratory reklamuje i sprzedaje organizacja Ipas. Nic dziwnego, że Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny z nią współpracowała i skorzystała z jej pieniędzy. Feministki z grupy „Jane” najwyraźniej stanowią wzór dla polskich aborcjonistek. Widać to w projekcie ustawy, którą przygotowały przed kilkoma miesiącami. Swoboda zabijania dzieci i praktykowania morderczego zawodu – oba bez ograniczeń, zmuszanie lekarzy i szpitali do dokonywania aborcji, demoralizacja młodzieży- oto esencja ich projektu. Widać wyraźnie, że wsparcie z zza Oceanu dotyczy nie tylko finansów, ale i „know how”. Czy scenariusz amerykański powtórzy się w Polsce?  To zależy od nas. Bierność ludzi sumienia to przyzwolenie na mordercze prawa i praktyki. Nasza aktywność ocali wiele dzieci przed śmiercią i rodzin przed zniszczeniem. Natalia Dueholm

Feministyczna ustawa aborcyjna

Feministyczny projekt ustawy przepadł, jednak powinniśmy się nad nim zatrzymać, nie tylko dlatego, że wyciągnął go teraz Palikot. Pomiędzy artykułami i paragrafami kryje się bowiem bardzo złożona strategia zapewniająca lobby aborcyjnemu praktycznie nieograniczoną aborcję i antykoncepcję, jak również sterylizację i in vitro. Może skutkować powstaniem nieregulowanych poradni czy klinik z antykoncepcją, aborcją farmakologiczną i dokonywaną aspiratorami. Wszystko ze szczególnym uwzględnieniem nieletnich i na koszt podatnika. Amerykański kontekst Projekt ten, poparty 30 tys. podpisów, zawiera postulaty i strategie środowiska aborcyjnego (ukrywającego się pod nazwami planowania rodziny, świadomego rodzicielstwa), które w dużym stopniu już funkcjonują w USA. Projekt feministek miałby właśnie stworzyć taką rzeczywistość w Polsce. Polskie lobby aborcyjne jest sterowane przez międzynarodowego giganta aborcyjnego: International Planned Parenthood Federation (IPPF), która praktycznie stworzyła Federację na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny (Federacja) do celów lobbingowych.
  Większość aborcji w USA dokonywana jest w prywatnych klinikach Planned Parenthood (należącego do IPPF), zaś niewielki procent w szpitalach i prywatnych gabinetach lekarskich. Kliniki te zajmują się poradnictwem, antykoncepcją, badaniami nad chorobami przenoszonymi drogą płciową i aborcją. Większość wczesnych aborcji dokonywana jest metodą farmakologiczną. Polega ona na użyciu tabletki RU- 486 (mifepristone), zatwierdzonej w przyspieszonym procesie uzyskania atestu w 2000 r., produkowanej w Chinach (przez producenta znanego rządowej agencji z produkcji skażonych leków) oraz misoprostolu. Metoda ta niesie za sobą częste powikłania, a nawet może doprowadzić do śmierci kobiety i w jednej trzeciej przypadków wymaga dodatkowo zastosowania metody chirurgicznej. Wykorzystywane są do tego zarówno plastikowe aspiratory zwane MVA (manual vaccum aspirator), produkowane przez Ipas (przyznał dotacje Federacji), jak i aspiratory elektryczne. Kliniki cieszą się statusem non profit, który zwalnia z płacenia podatków i pozwala inwestować zarabiane pieniądze, praktycznie także nie przechodzą rządowych inspekcji. Częste jest w nich zatrudnianie personelu bez odpowiednich kwalifikacji ustalonych w regulacjach prawnych i łamanie regulacji funkcjonowania klinik (sposoby pozbywania się szczątków ludzkich, posiadanie USG, dokonywanie późnych aborcji, itp.). Aborcja i antykoncepcja jest w nich dotowana, równocześnie po odcięciu dotacji istnienie takich klinik staje się zagrożone. Organizacja wysyła swoich przedstawicieli do szkół na lekcje o seksualności i przenika do krajowych organizacji (np. Girl Scouts), aby wpływać na jak najmłodsze dzieci. Istotne jest również, że w USA nie istnieje wiarygodny system zgłaszania powikłań czy śmierci poaborcyjnych, gdyż jest on zależny od dobrej woli aborterów, w których interesie jest ukrywanie przypadków powikłań i śmierci. Do wszelkich komisji zajmujących się aborcją na szczeblu krajowym (ustanawianych jako bezstronne) przenikają aborterzy, którzy kontrolują informacje podawane do wiadomości publicznej. Wszyscy członkowie szeroko rozumianego lobby aborcyjnego (producenci, aktywiści, kierownicy klinik, wolontariusze) mają miejsca pracy i pensje, praktycznie dotowane z pieniędzy podatników. Podobnego rozwoju sytuacji należałoby się spodziewać w Polsce po uchwaleniu feministycznego projektu ustawy. Aborcja i antykoncepcja bez ograniczeń: powstanie klinik aborcyjnych Projekt ten wprowadziłby aborcję na żądanie do 12 tygodnia i bez ingerencji lekarza czy nawet jego nadzoru, co mogłoby skutkować otwarciem zupełnie nieregulowanych „poradni” (klinik aborcyjnych), dotowanych z pieniędzy podatników, posiadających kontrakty z NFZ na aborcję farmakologiczną  i dokonujących aborcji przy użyciu aspiratorów. Choć może się to wydawać szokujące i nierealne, w USA feministki prowadzą właśnie takie kliniki aborcyjne. Zresztą robiły to nawet przed legalizacją aborcji w 1973, same szkoląc się w technikach aborcyjnych. Według tego projektu feministek aborcja po 12 tyg. mogłaby być dokonywana „pod nadzorem lekarskim”, co w praktyce mogłoby oznaczać lekarza na telefon lub w ramach telemedycyny i aborcję wykonywaną przez paramedyka. Tak czy inaczej, projekt ten legalizowałby dokonywanie aborcji przez personel nielekarski w trakcie 9 miesięcy ciąży. Przyjmowanie czasowych progów legalności aborcji na okres 12 tygodni (dla wszystkich kobiet), 18 tygodni (czyn zabroniony), 24 tygodni (w przypadku upośledzenia lub choroby płodu) i dla ratowania zdrowia i życia bez ograniczeń nie ma żadnych podstaw medycznych. Poza tym władza nie miałaby żadnych sposobów kontroli czy ustalane granice są utrzymywane przez aborterów w szpitalach, a tym bardziej w klinikach czy poradniach, skoro każdy mógłby jej dokonywać. Feministki w USA od dawna szkolą kobiety (dając im dokładne instrukcje), w jaki sposób wymusić aborcję udając u psychologa i psychiatry afektywną chorobę dwubiegunową, grozić popełnieniem samobójstwa, udawać gwałt, kłamać w sprawie przyjętych lekarstw powodujących deformację płodu. Można założyć, że środowisko aborcyjne w Polsce mogłoby zbudować siatkę współpracowników - psychologów i psychiatrów, a może nawet w policji, która zapewniłaby im skuteczną operatywność w ramach wyjątków aborcyjnych. Kontrola informacji i nieletni Nieprzypadkowo feministyczny projekt ustawy stara się wprowadzić kontrolę nad informacją dotyczącą antykoncepcji i aborcji. Jego uchwalenie zapewniłoby szerokie wejście do szkół trenerów i edukatorów seksualnych do nauczania obowiązkowego od pierwszej klasy przedmiotu wiedza o seksualności człowieka. Należy założyć, że najlepiej wykwalifikowane do jego uczenia byłyby feministki i absolwenci studiów genderowych. Co więcej, istotne jest również, że informacje dla kobiet dotyczące aborcji po 12 tygodniu miałyby być dostarczane wyłącznie przez aborterów (art. 9, 9). Zaś organizacje pozarządowe (prawdopodobnie Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, Towarzystwo Rozwoju Rodziny) miałyby wyręczyć organy państwowe w szkoleniu społeczeństwa w zakresie reprodukcji. Organy państwowe zapewne z chęcią z tej propozycji by skorzystały. W przypadku nieletnich, ustawa wprowadziłaby instytucję tzw. legal bypass (poprzez zwrócenie się do sądu opiekuńczego), który umożliwiłby im uzyskanie zgody na aborcję de facto bez zgody i wiedzy rodziców. Mechanizm ten powstał w USA dla teoretycznych przypadków, w których dziewczyna nie może powiedzieć o ciąży rodzicom z uwagi na zagrożenie zdrowia lub życia (np. gdy została zgwałcona przez ojca). Przypadki takie są rzadkie, a mechanizm służy jako fortel do uzyskania aborcji dla wszystkich nieletnich,  gdyż klinika aborcyjna może współpracować z konkretnym sędzią, który wyda taką zgodę. Oprócz tego ustawa dawałaby nieletnim prawo do darmowej antykoncepcji (również wyjątkowo niebezpiecznej postkoitalnej) bez wiedzy rodziców. W praktyce wpuszczenie na rynek masowej antykoncepcji postkoitalnej mogłoby skutkować ukrywaniem przestępstw seksualnych na nieletnich (pedofilia, prostytucja). Podobnie zresztą jak objęcie personelu aborcyjnego tajemnicą „zawodową”, gdyż aborter ani personel medyczny nie mógłby zeznawać (art. 12 , 1). Mechanizm ten na pewno zadowoliłby sutenerów, którzy bez problemów skorzystaliby z aborcji dla (nieletnich) prostytutek na koszt podatników. Takie przypadki zdarzały się w USA w klinikach Planned Parenthood. Koszt Według danych podanych w tym projekcie rocznie w Polsce dokonuje się 190 tys. aborcji. Jeśli przyjmiemy obecną cenę aborcji w szpitalu: około 1300 zł, same aborcje kosztowałyby podatników: 247 mln. W projekcie podana suma 25- 50 mln pokazuje, że feministki biorą swoje dane z powietrza. Nie znają rozmiarów tzw. czarnego rynku aborcyjnego (którego nikt nie zna), ani nie wiedzą, ile kosztowałaby swobodna aborcja dla kobiet i nieletnich. Inne oszacowane w ustawie koszta (np. in vitro) także należy włożyć między bajki. W szacunkach pominięto m.in. zupełnie koszty pensji dla nauczycieli wiedzy o seksualności i zatrudnienia dochodzących aborterów do szpitali publicznych. Nie jest prawdą, że ustawa nie ingerowałaby w przedsiębiorstwa, gdyż pociągnęłaby za sobą rozwój klinik aborcyjnych, które - choć zapewne chciałyby działać jako non- profit - de facto byłyby dotowanymi przedsiębiorstwami. Beneficjenci Feministyczny projekt otwarcie zapewnia pracę organizacjom pozarządowym (np. feministycznym) z obszaru praw reprodukcyjnych. Nie trudno się domyślić, że projekt zapewniłby pracę wielu kobietom z tzw. ruchu praw kobiet i feministkom. Etaty za pieniądze podatników mogłyby zapewne dostać dziewczyny z Pontonu, studentki studiów podyplomowych (gender mainstreaming, gender, itp.), psycholożki i pedagożki współpracujące z Federacją i Towarzystwem Rozwoju Rodziny (TRR), które według ustawy miałyby prowadzić poradnictwo. Nie da się również pominąć faktu, że otwarłby szeroko rynek firmom farmaceutycznym (tabletka aborcyjna, antykoncepcja postkoitalna, której producentem jest np. Gedeon Richter, który przyznał dotacje Federacji) i organizacjom, które zajmują się jej promocją i sprzedażą. Na ustawie zyskaliby również producenci aparatury aborcyjnej, np. producent aspiratorów Ipas (kolejny dawca pieniędzy dla Federacji). Na dotowanej aborcji i antykoncepcji zyskają również prostytutki, pedofile i sutenerzy. Skutki społeczne Dla społeczeństwa polskiego projekt ten przynosi druzgocące skutki. Jest to projekt nieludzki z punktu widzenia nienarodzonych dzieci- co oczywiste. Jest tak również z punktu widzenia kobiet, gdyż aborcja jest zawsze traumatyczna. Autorzy ustawy wyjaśniają, że embrion nie jest przedmiotem praw, co oznacza, że nie mógłby otrzymać spadku, a pobita czy zabita kobieta w ciąży (i jej rodzina) nie miałaby żadnych praw dochodzenia szkód po utraconym dziecku nienarodzonym. W przypadku in vitro, rodzice nie mieliby żadnych praw do zamrożonych embrionów. Projekt jest też niezwykle niebezpieczny i szkodliwy dla lekarzy, gdyż groziłby im więzieniem za błędne diagnozy i porody dzieci niepełnosprawnych. Ustawa pozbawiłaby rodziców wiedzy i kontroli nad rozwojem seksualnym ich dzieci. A ojców poczętych dzieci wszelkich praw do dziecka (dyskryminacja). Wykształciłaby u młodzieży postawy tzw. uprawiania seksu (bez ponoszenia konsekwencji) i traktowania aborcji jako „świadczenia zdrowotnego”. Ponadto potencjalnie chroniłaby przestępców seksualnych, w tym pedofilów i sutenerów. Lobby aborcyjne nie śpi. Warto więc poważniej zastanowić się nad ich celami, gdyż mogą być wcielane również innymi drogami (Palikot już ją próbuje) . Żadna z polskich ustaw nie definiuje praw reprodukcyjnych, żadna nie traktuje aborcji jako swobodnego świadczenia zdrowotnego. I oby tak pozostało. Lobby aborcyjne jest jak Goliat – jednym, potężnym ciosem, który mógłby je znacznie odepchnąć byłoby wprowadzenie całkowitego zakazu aborcji. Natalia Dueholm foto: PSz/Prokapitalizm.pl

Zabójcza klęska feministek

Rozmowa z Mariuszem Dzierżawskim z Fundacji PRO- Prawo do życia (organizującej wystawy przedstawiające zdjęcia z aborcji), pełnomocnikiem komitetu, który zebrał 600 tys. podpisów pod projektem ustawy wprowadzającej ochronę życia wszystkich nienarodzonych dzieci.

Ratujmy nasze Panie!

Zgodnie z teorią Karola Marksa zasadniczym celem współczesnej demokracji jest mutacja w socjalizm, który jako ustrój, jak zauważył Stefan Kisielewski, bohatersko walczy z problemami nieznanymi w żadnym innym ustroju (zwłaszcza normalnym). A że niewydolność gospodarcza jest trwale wpisana w socjalistyczną teorię, więc orędownikom jedynie słusznego ustroju nie pozostaje nic innego, jak zająć się ostatecznym rozwiązywaniem różnych kwestii „społecznych”. Jest to zresztą również wpisane w socjalistyczną teorię, która zakłada przekształcenie świadomości społecznej do poziomu permanentnej bezmyślności, niezbędnej do zaakceptowania stanu niewolniczego. W konwencję doskonale się wpisują żądania wszelkiej maści „parytetów”, uzasadnianych – jakże by inaczej – mityczną równością. Kolejna odsłona w tym teatrzyku, to „niewiążąca rezolucja” PE (konia z bajpasami temu, kto wyjaśni po kiego takie rezolucje są podejmowane?) zakładająca, że „Kobiety powinny obejmować 30% najwyższych stanowisk w największych europejskich firmach do 2015 roku i 40% do 2020. Jeśli dobrowolne rozwiązania nie przyniosą postępu w tej kwestii, sprawa powinna zostać uregulowana przez wprowadzenie odpowiedniego prawa na poziomie UE”. Innymi słowy wszystkie deklaracje o „rozwijaniu konkurencyjności” i „wolności” zapisywane w różnych unijnych dokumentach między bajki można włożyć. Jak to mówią: papier zniesie wszystko. Możliwe zresztą, że europosłowie piszą szybciej niż czytają, czytają bez zrozumienia i na dodatek nie myślą wiązać się tym, co sami napisali. W sumie to i tak na jedno wychodzi. Jak obrazowo uzasadnia  wiceprzewodnicząca PE, posłanka – sprawozdawczyni Rodi Kratsa – Tsagaropoluou „Europy nie stać na marnowanie talentów. Wzmocnienie pozycji kobiet w zarządzaniu przedsiębiorstwami to nie tylko kwestia etyki i równości, ale także sprawa wzrostu gospodarczego i konkurencyjnego rynku wewnętrznego”.  Konkluzja: „Zdaniem posłów, Komisja Europejska i państwa członkowskie powinny stworzyć programy przygotowujące kobiety do zarządzania przedsiębiorstwami, sieć specjalistycznego doradztwa, organizować ustawiczne szkolenia. Jednocześnie państwa członkowskie powinny wprowadzić system dostępnych usług w zakresie opieki nad dziećmi, osobami starszymi oraz zachęty podatkowe dla firm, aby umożliwić kobietom i mężczyznom zatrudnionym w przedsiębiorstwach godzenie życia rodzinnego i zawodowego”. Cóż, widać te „talenty” to takie jakieś „specjalnej troski (super)”, skoro „doskonały” program edukacji wymaga uzupełniania innymi „specjalnymi programami”. Warto też, aby europosłowie poważnie rozważyli kryzys „dostępnych usług w zakresie opieki nad dziećmi, osobami starszymi” o którym piszą we wnioskach. Na to, że „zachęty podatkowe dla firm” aby politykę zatrudnienia uzależniły od przyrodzenia, potraktowali jako ewidentną dyskryminację, liczyć raczej nie ma co. Z powodów opisanych w dwu pierwszych akapitach. Jedyna nadzieja w Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych, która „niezobowiązującą rezolucję”, zanim ta stanie się obowiązującym prawem, rozpatrzy pod kątem felietonu Rafała A. Ziemkiewicza, który w sierpniu 2009 r. pisał: „W ogłoszonych właśnie badaniach na temat alkoholizmu w Polsce uwagę zwraca przede wszystkim rosnąca liczba dotkniętych tą chorobą kobiet [...] Wśród kobiet upijają się nałogowo głównie te z najwyższej półki. Komentujący stan rzeczy naukowcy twierdzą wręcz: uzależnienie od rozładowującej stresy i napięcia gorzały to u kobiet „cena za sukces”. Upraszczając – mężczyzna chla, kiedy nie potrafi odnieść sukcesu w życiu zawodowym, kobieta wtedy, gdy jej się to uda”. Ratujmy nasze panie! Jeśli nie z miłości, to z cynicznego pragmatyzmu - NFZ może kolejnego zwycięstwa świetlanego postępu nie wytrzymać. PS. Serdecznie pozdrawiam te wszystkie wspaniałe Panie, którym żadna protekcja  potrzebna nie jest, by osiągnąć sukces zawodowy, gdyż są świadome swojej wartości i bez tego. I nieważne, czy macie dyplom inżyniera, lekarza, historyka, czy też stoicie za ladą w sklepie – kocham Was, dziewczyny. Bez Was ten świat byłby nie do zniesienia. Bądźcie sobą, please! Michał Nawrocki

Julia Pitera: Feminizm to zasłona dymna dla robienia kariery politycznej

...Tak uważa Julia Pitera, a właściwie ... uważała. To znaczy, dziś też być może tak myśli, jednak czy powiedziałaby to głośno? W ramach cyklu przypominania archiwalnych wywiadów, które przeprowadzałem z różnymi postaciami życia publicznego, portal Prokapitalizm.pl zamieszcza wywiad z p. Julią Piterą. Wywiad nagrany został 25 listopada 1995 roku, kiedy to dzisiejsza minister od zwalczania korupcji w rządzie Donalda Tuska, była aktywną działaczką Unii Polityki Realnej, członkiem Rady Głównej tej partii. Julia Pitera na wstępie wywiadu próbuje tłumaczyć kontrowersyjne wypowiedzi Janusza Korwin-Mikkego na temat roli kobiet w społeczeństwie, wyraża swoje poglądy na temat feminizmu i feministek, opowiada także o kobietach w UPR. Przypomnijmy, że p. Julia Pitera zanim znalazła się w UPR była działaczką partii Jarosława Kaczyńskiego - Porozumienie Centrum. Po opuszczeniu UPR zasłynęła z aktywności w Lidze Republikańskiej, wspólnie z Mariuszem Kamińskim, późniejszym szefem CBA. Wreszcie znalazła się w PO. Co dalej, Pani Minister? Pobierz wywiad z Julią Piterą... (MP3, 950 KB) Foto z 1995 roku. PSz/Prokapitalizm.pl