Tag Archives: finanse

„Dzieje kapitalizmu” – ciemna strona medalu

Stare porzekadło głosi, że chcąc coś dobrze ukryć najlepiej jest to położyć na widoku. Pod latarnią – najciemniej.

„Wojny walut a światowy kryzys” – sejmowa konferencja z udziałem Song Hongbinga

Dwa pierwsze tomy książki "Wojna o pieniądz", chińskiego eksperta finansowego Song Hongbinga cieszyły się w Polsce dużą popularnością. Wydawnictwo WEKTORY wypuściło właśnie na rynek kolejny, trzeci tom tej pracy. Jego autor, na zaproszenie wydawnictwa, gościł niedawno w naszym kraju.

Finansowy potwór czyli cała prawda o Rezerwie Federalnej

To, że świat finansów pełen jest niejasności to sprawa oczywista. Jednak niewielu ludziom udało się zajrzeć za kulisy i na własne oczy ujrzeć jak wstrząsająca jest prawda na jego temat.

Wszystko o finansach w jednym miejscu

Internet jest źródłem wiedzy ale daje też możliwość zapoznania się z różnymi ofertami. Optymalnym rozwiązaniem jest korzystanie z wszelakich porównywarek, które ułatwiają wybór oszczędzając czas i wskazując najlepsze produkty. Dotyczy to także finansów.

Kapitulacja złota czyli uzdrawianie świata finansów z gorączki złota postępuje

Złoto od zawsze budziło wiele emocji wśród ludzi. Czym zatem ono jest? Jest jednym z najrzadszych zasobów Ziemi. Wielokrotnie w historii ludzkości służyło jako środek płatniczy. W dobie kryzysów finansowych złoto jest uznawane jako zabezpieczenie przeciwko hiperinflacji, która nadchodzi w związku z nadmiarem drukowania papierowych walut przez największe gospodarki świata. Poza tym fajnie się błyszczy, fascynuje ludzi i jest symbolem bogactwa.

Rocznicowa propaganda z braku sukcesów

Państwo wybaczą, ale na wstępie będę się chwalić. Otóż dzięki wszelkiej maści sondażowniom wiem, że jestem nieprzeciętny / niereprezentatywny dla ogółu społeczeństwa, co poczytuję sobie za komplement. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że nigdy nie zgłoszono się do mnie w ramach badania opinii publicznej? Tedy, mając powyższe na uwadze, sceptycznie podchodzę do wyników tego typu badań, szczególnie w zakresie preferencji politycznych, gospodarczych itp.

Świąteczne finanse

Święta to dla większości z nas magiczny czas, który mogą spędzić z rodziną i najbliższymi. Nie ulega jednak wątpliwości, że wszelkie przygotowania z nimi związane generują bardzo duże koszty. W związku z tym, wiele osób podejmuje starania mające na celu zaoszczędzenie niezbędnej sumy w taki sposób, aby nie obciążać domowego budżetu. Niestety, niektórych sytuacji nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Życiowy bieg z przeszkodami Nagła awaria samochodu, choroba czy usterki w mieszkaniu, wymagające zakupu określonego sprzętu lub przeprowadzenia nawet niewielkiego remontu to tylko kilka najczęściej występujących przeszkód, spotykanych na drodze do oszczędzania. Co więcej, wymagają one poniesienia sporych wydatków, które zazwyczaj niezwykle ciężko odłożyć w czasie. Sięgając po zaoszczędzone do tej pory środki oczywiście pozbędziemy się problemu, ale w takim przypadku perspektywa zbliżających się świąt nie napawa już takim optymizmem. Tradycja ich obchodzenia jest głęboko zakorzeniona w naszej kulturze, więc rezygnacja z czegokolwiek, a zwłaszcza z prezentów dla zniecierpliwionych oczekiwaniem pociech, jest ostatnią braną pod uwagę możliwością. Szybka pomoc finansowa W takiej sytuacji pierwszym, nasuwającym się na myśl rozwiązaniem jest pożyczenie potrzebnej kwoty od członków rodziny, co jednak wiąże się z poczuciem ogromnego dyskomfortu. Alternatywnym wariantem, z którego chętnie korzysta coraz więcej osób, jest internetowa pożyczka, udzielana przez parabanki, specjalizujące się w udzielaniu krótkoterminowych mikrokredytów. Dzięki temu, niemal w dowolnej chwili możemy dokonać wszelkich formalności, które zostały sprowadzone do niezbędnego minimum. Uzyskanie pożyczki z takiej firmy nie wiąże się z wypełnianiem niezliczonej ilości dokumentów, dostarczaniem różnego rodzaju zaświadczeń czy długim oczekiwaniem na decyzję, jak ma to miejsce w wielu tradycyjnych bankach. Jak to działa? Będąc osobą pełnoletnią, posiadając rachunek bankowy i podając podstawowe dane osobowe, już po kilkunastu minutach możemy otrzymać odpowiedź na złożony wniosek, a w porównywalnie krótkim czasie również przelew na wskazany numer konta. Za pierwszym razem suma zobowiązania najczęściej kształtuje się w okolicach kilkuset złotych, przy czym rzetelni klienci przy każdej następnej pożyczce mogą liczyć na większy kredyt zaufania ze strony firmy. Internetowa pożyczka, np. na kredito24 to świetne rozwiązanie dla osób, które w wyniku nieoczekiwanego splotu zdarzeń znajdą się w potrzebie uzyskania szybkiego dostępu do pieniędzy. Zaciągnięcie mikrokredytu w krótkim czasie przy minimum formalności umożliwiają właśnie funkcjonujące na rynku parabanki, czym jednocześnie zyskują ogromną popularność i uznanie wielu klientów.

Symboliczny sznurek

Jak wiadomo socjalizm to ustrój bohatersko walczący z problemami, których sam jest źródłem. W latach 80. XX wieku symbolem owej walki był produkowany przez państwo sznurek do snopowiązałek, którego zawsze brakowało wtedy, gdy był najbardziej potrzebny. Czyli w okresie żniw.
Obecnie rolę owego sznurka przejęli urzędnicy. Rzecz jasna sami w sobie urzędnicy są nieszkodliwi. Dopóki ktoś (czyli inni urzędnicy) nie da im władzy absolutnej nad życiem reszty populacji. Ot, proszę bardzo – rodzice piszą pismo do ministra edukacji z pytaniem, czy mogą sami płacić i decydować o dodatkowych zajęciach w przedszkolach, ustalać ceny za godzinę owych zajęć i decydować kiedy będą się owe zajęcia odbywać. Albo powszechnie znana samowola urzędnicza w odbieraniu rodzicom dzieci... Czyli mamy koszmar z cyklu III RP w praktyce. Niestety, jak uczy doświadczenie, naprawianie socjalistycznego koszmaru można przerodzić się jedynie w absurd. Nie inaczej jest tym razem: najpierw państwo dało urzędnikom uprawnienia decydowania według własnego widzimisię, a teraz powołuje... pełnomocnika rządu do spraw ochrony rodziny przed nadużyciami urzędników, czyli pełnomocnika Ministra Sprawiedliwości ds Konstytucyjnych Praw Rodziny. Czyli będzie urząd chroniący obywateli przed resztą urzędników. Paradoks biurokracji, nie ma co. Zamiast refleksji i wywalenia na śmietnik durnych przepisów a wraz z nimi samowoli urzędniczej, będziemy mieć nowego urzędnika. O, pardon, i jeszcze chórek, tfu!, zespół specjalistów do pomocy. Wszyscy od nadmiaru władzy urzędników nad rodzinami. Jakby co, to ja podrzucam temat do zbadania dla nowo powołanego pełnomocnika. Piotr „Staruch” Staruchowicz, lider kibiców Legii Warszawa na dzień swojego ślubu dostał wezwanie na policję. Rzecz jasna – policja wcale nie wiedziała, że się żeni. Ale terminu przesłuchania nie udało się przełożyć. Władza ma, jak wiadomo, monopol nie tylko na przemoc, ale również na brutalność. A żeby było zabawniej (choć po prawdzie nie ma się z czego śmiać) Piotr Staruchowicz jest podejrzany, że nie stawił się na dozór policyjny, na co jest stosowny artykuł w Kodeksie Karnym. A że nie stawił się, bo w tym czasie siedział w Areszcie Śledczym Warszawa – Mokotów? A kogo to obchodzi, obywatel ma obowiązek, władza ma prawo. No, tylko, że ślub, jeśli się nie mylę, to wydarzenie ważne w życiu każdej rodziny. A nawet dwóch. Pełnomocnik – do dzieła! Michał Nawrocki Fot.: internet

Kwestia mentalności

Doprawdy, obserwując kierunek rozwoju polskiej gospodarki trudno powstrzymać się od refleksji, znanej z PRL – u. Że chcieli dobrze, ale wyszło im jak zawsze. Normalnie człowiek czegoś się uczy na błędach, ale nie politycy. Dlaczego? Moim zdaniem to kwestia mentalności. Dziś na pierwszym planie mamy tzw. aferę taśmową. Co z niej wynika? Nic nowego. Sektor publiczny traktowany jest jak prywatny folwark polityków, i podkreślić trzeba – wszystkich, bez względu na barwy klubowe. Z kolei sektor prywatny jest „uspołeczniany” mnożącymi się jak króliki przepisami i „kompetencjami” urzędników. W rezultacie polska gospodarka nie jest, jak zapisano w Konstytucji RP ani „społeczna” ani „rynkowa”.
Sama afera potwierdza doskonale znane zwolennikom wolnego rynku twierdzenie, że tylko na styku polityki i biznesu dochodzi do korupcji i nepotyzmu. Ten drugi niewątpliwie pojawia się również w prywatnych przedsiębiorstwach, ale jego kosztami nie jest obarczane całe społeczeństwo, jak to się ma w przypadku urzędów i tzw. spółek skarbu państwa, a to zasadnicza różnica. Wróćmy jednak do tytułowej kwestii mentalności. Oto wyszło na jaw, że były minister skarbu w rządzie Donalda Tuska, Aleksander Grad, ma zostać prezesem państwowych spółek PGE Energia Jądrowa oraz PGE EJ 1, z uposażeniem w wysokości „tylko” 110 tysięcy zł miesięcznie. Na metr w głąb wbija tłumaczenie komentującej doniesienia Ewy Kopacz, że „zarobki powinny odzwierciedlać pracowitość, kompetencje i zakres odpowiedzialności”. Nie wiem, jak się mają kompetencje inżyniera geodety do energii atomowej, ale już to, co pokazał podczas „prywatyzacji” polskiego przemysłu stoczniowego raczej powinno dyskredytować p. Grada do zajmowania jakichkolwiek państwowych stanowisk kierowniczych. Tak w ramach odpowiedzialności. O p. Kopacz już nie wspominając. Ważne jest tutaj jednak coś innego – w prywatnym przedsiębiorstwie wynagrodzenie kierownictwa powinno zależeć od osiąganych wyników, co stosunkowo łatwo osiągnąć wykorzystując system premiowy. Ale nie w sektorze publicznym! Tutaj wszystko po staremu – czy się stoi, czy się leży to wypłata się należy. Cóż, po pięciu latach rządów Tusk & Co nie wiem, kim trzeba być, by łudzić się, że ta ekipa przeprowadzi prorynkowe reformy. Jednak po drugiej strony barykady też jest ciekawie. I nie chodzi tu o SLD czy Ruch Poparcia Palikota. Solidarna Polska założona została przez osoby wcześniej związane z PiS – em. W ostatnim numerze „Uważam Rze” (nr 30 (77) 2012) można przeczytać wywiad z Jackiem Kurskim, europosłem SP. W wywiadzie padają ważkie słowa tyczące obniżenia składki rentowej przez minister Zytę Gilowską: „Jaki sens miało obniżenie składki rentowej? […] Przyszła do Kaczyńskiego Gilowska i wymusiła na nim sprzeczne z programem zwinięcie 25 mld, które leżały na stole i które można było wydać, by polepszyć sytuację Polaków”. Z cytowanej wypowiedzi wynikają jasno dwie rzeczy. Po pierwsze, że zdaniem J. Kurskiego (a pewnie i jego klubowych kolegów) tzw, składka rentowa to nie żadne „zabezpieczenie na wypadek niezdolności do pracy”, tylko zwykły podatek, którym politycy chcą dysponować wedle własnego widzimisię. Po drugie – że p. Kurski najwyraźniej uważa, że Polacy sami nie potrafią sensownie zagospodarować 25 mld zł i muszą to za nich zrobić urzędnicy. Ciekawe, że przez tyle lat urzędnicy wydają pieniądze podatników na „polepszenie sytuacji Polaków”, a ona się wciąż pogarsza. Być może dlatego, że politycy zgodnie z Elżbietą Jakubiak (PiS, PJN, PO) uważają, iż to urzędnicy pozwalają ludziom pracować. Niestety, spójrzmy prawdzie w oczy – z takim rządem i taką opozycją jedyne, co czeka polską gospodarkę, a tym samym Polaków, to katastrofa. Tylko co potem? Michał Nawrocki Fot.: internet

Szczyt hipokryzji

Nie minął tydzień  jak Legendarny Inwestor Warren Buffett wezwał Kongres, żeby go bardziej opodatkował (http://blog.gwiazdowski.pl/index.php?subcontent=1&id=1008) jak Bank of America poinformował, że sprzedał należącej do Buffetta Berkshire Hathaway 50.000 uprzywilejowanych co do dywidendy akcji za 5 mld USD. I otrzymał dodatkowo opcję kupna 700.000.000 akcji zwykłych w przeciągu najbliższych 10 lat po ustalonej cenie. 7, 14 USD za akcję.
„Jestem pod wrażeniem ich umiejętności generowania zysków” – powiedział Buffett który, jak Archimedes odkrył nowe możliwości inwestycyjne w wannie. No pewnie. Każdy jest pod wrażeniem tego, jak banki generują „zyski” w ostatnich kilku latach dzięki podatnikom. Może Buffett przeczytał na Bloombergu informację, że w 2008 roku BofA dostał z FED 91,5 mld USD! http://blog.gwiazdowski.pl/index.php?subcontent=1&id=1012 Wówczas jednak Buffett obstawiał innego finansowego giganta – Goldmana. Jako, że jest duże prawdopodobieństwo, iż FED będzie znów musiał ratować ich płynność. 6% z każdego jednego miliarda USD to 60 mln USD. A jak tych miliardów będzie znowu koło setki??? Co się dziwić, że Buffett wielomyślnie obiecuje, że się chętnie z rządem podzieli i zapłaci nawet trzydzieści kilka procent z pieniędzy, jakie rządu zabierze podatnikom i da Buffettowi. To się nazywa dobroczynność. Albo raczej hipokryzja. Robert Gwiazdowski Przedruk za http://www.blog.gwiazdowski.pl za zgodą Autora...

Monetarna wojna państwa z rynkiem

W świetle trwającego kryzysu gospodarki amerykańskiej i rozwijającej się monetarnej „tragedii wspólnoty” strefy euro, niezaskakująca była decyzja inwestorów, by uciec do bezpiecznej przystani oferowanej przez szwajcarskiego franka. Wynikłe z tej decyzji umocnienie się szwajcarskiej waluty nie tylko dało inwestorom (przynajmniej chwilowe) wytchnienie od „reżimowej niepewności” wytworzonej przez światowe rządy i ich banki centralne, ale też zwiększyło siłę nabywczą (a więc i stan posiadania) wszystkich właścicieli franka, zwłaszcza osób o stałym dochodzie, takich jak emeryci, nauczyciele czy pracownicy najemni.
Wieści, które niedługo potem obiegły media finansowe, zawierały podręcznikową niemal wyliczankę wszystkich dogmatów współczesnego inflacyjnego merkantylizmu i zalecanych przez tę doktrynę „naprawczych środków”. Oto mający stanowić siłę napędową szwajcarskiej gospodarki eksporterzy, przy cichym, lecz gorącym wsparciu posiadaczy kredytów we frankach, wystosowali żądanie pod adresem centralnych planistów lokalnego systemu monetarnego, aby ci natychmiast podjęli kroki mające na celu osłabienie szwajcarskiej waluty. W odpowiedzi bank centralny ochoczo spełnił ich roszczenie, zalewając rynek świeżo wytworzonymi pieniędzmi i grożąc, że w razie dalszych prób „gry na zwyżkę” franka ucieknie się on do „rozwiązań” takich jak wprowadzenie ujemnych stóp procentowych od depozytów rezydentów i czasowe usztywnienie kursu franka i euro. W parze z tymi deklaracjami prędko poszły stwierdzenia medialnych rezonerów, że oto ponownie widzimy jak istotną rolę w poskramianiu rządzących giełdą „zwierzęcych instynktów” odgrywa finansowa biurokracja. W kontekście tego rodzaju oświadczeń przedstawiciele wygłaszających je środowisk rzadko zadają sobie pytanie, dlaczego decyzje wąskiej grupy urzędników rozporządzających pozarynkowym, przemocowym monopolem mają mieć pierwszeństwo nad decyzjami ogółu suwerennych konsumentów, producentów i przedsiębiorców, których wypadkową są w reżimie swobodnie fluktuujących walut narodowych ich kursowe relacje. Rzadko też pojawia się w tym kontekście analiza (nawet polemiczna) wniosku Ludwiga von Misesa, iż każda siłowa ingerencja podmiotów politycznych we wzmiankowane wyżej rynkowe decyzje jest w sposób logicznie konieczny oderwana od systemu zysków i strat, a więc z gospodarczego punktu widzenia wykonywana po omacku, kierowana wyłącznie bieżącymi politycznymi nastrojami. To samo tyczy się wniosku Friedricha von Hayeka, zgodnie z którym podobne ingerencje zaburzają swobodny przepływ informacji przekazywanych przez sygnały cenowe, niezbędne do sprawnego funkcjonowania rynków, w tym także, a może przede wszystkim, rynków finansowych. Dla formalności trzeba tu też wspomnieć o równie nieczęsto przywoływanej w komentarzach głównonurtowych środowisk konstatacji Frédérica Bastiata, iż polityczne interwencje – mówiąc współczesnym językiem – „instytucjonalizują pokusę nadużycia”, a więc nie tylko poprawiają sytuację grup nierozważnych i krótkowzrocznych (w tym przypadku frankowych kredytobiorców, jak również części liczących na tani zysk szwajcarskich eksporterów) kosztem reszty społeczeństwa, ale też zachęcają te grupy do podejmowania podobnie lekkomyślnych działań w przyszłości. Wymowne jest wreszcie niezadawanie przez rzeczone środowiska naturalnego, zdawałoby się, w tym temacie pytania, najpełniej zbadanego przed Szkołę Wyboru Publicznego, czy rzekomym „zwierzęcym instynktom” łatwiej ulegają ryzykujący swą fortunę przedsiębiorcy, czy może mogący obciążyć innych kosztami swoich błędów i porażek biurokraci. Bo gdyby skupić się na tych i im podobnych kwestiach, mogłoby się okazać, że zjawiska takie, jak urzędowe dekretowanie obowiązującego na danym obszarze środka płatniczego, centralne sterowanie stopami procentowymi i podażą pieniądza, oraz wykupywanie bankrutujących rządów i ich klienteli kosztem produktywnych sektorów gospodarki, nie tylko nie mają nic wspólnego z zasadami wolnego rynku, ale też coraz bardziej pogrążają tenże rynek w bagnie inwestycyjnej niepewności, roszczeniowej mentalności i regulacyjnego zniewolenia. Wyartykułowawszy jasno i jednoznacznie podobne wnioski, można by poważnie rozważyć powyższych zjawisk eliminację. Zamiast tego coraz śmielsze stają się wysuwane przez polityków, a z dawna przewidziane w ramach czarnych scenariuszy przez rzetelnych komentatorów propozycje, takie jak wprowadzenie na obszarze całej Unii Europejskiej niesławnego podatku Tobina, czasowe zakazy dokonywania krótkiej sprzedaży, oraz powołanie „europejskiego rządu gospodarczego”, a więc dokonanie kolejnego kroku w kierunku fiskalnej centralizacji i etatyzacji już i tak bardzo zaawansowanej na tej drodze Europy.  Podobne reakcje wpisują się znakomicie w opisany przez von Misesa proces, w ramach którego podmioty polityczne najpierw powodują problemy gospodarcze poprzez swoje przemocowe ingerencje w swobodne działanie rynku, potem zaś – celem „rozwiązania” tych problemów – jeszcze bardziej owe ingerencje intensyfikują, czego skutkiem jest jeszcze większa intensyfikacja wynikających z nich kłopotów. I nawet gdy w najgłębszej fazie wywołanego w ten sposób kryzysu biurokratyczna machina interwencyjna pada i kurczy się pod ciężarem swoich zobowiązań finansowych, jej rozmiar nigdy nie cofa się do poziomu przedkryzysowego, które to zjawisko historyk gospodarczy Robert Higgs określił jako „efekt zapadki”. Istnienie powyższych procesów nie ma jednak w sobie nic z logicznej konieczności. Jak dobitnie przekonywał Étienne de La Boétie, urzędnicza i polityczna samowola bierze się w pierwszej kolejności z posłuszeństwa tych, którzy jej ulegają, choćby stanowili oni przeważającą większość. Jeśli tylko owa większość zrozumie, że solidny pieniądz to krwiobieg wolnej i dostatniej gospodarki, zrozumie ona również, że tyczące się go decyzje nie powinny pochodzić od podmiotów nie będących jej częścią. A zrozumiawszy, podejmie działania mające na celu odzyskanie stosownych kompetencji. Jakub Bożydar Wiśniewski Foto. PSz

U progu wielkiego kryzysu gospodarczego

Ekonomiści głównego nurtu boją się prawdy. Żyją w strachu, że ich fałszywe paradygmaty wkrótce się rozsypią. Zdają sobie jednak doskonale sprawę z tego, że prawdziwa wiedza to potęga. To klucz otwierający wrota do prawdy. Wiedza i prawda - dwa elementy idealnie ze sobą współgrające, naturalni towarzysze wędrówki ludzkości. Bez wiedzy nie dotrzemy do prawdy, bez prawdy wiedza będzie fałszywa. Stoimy dzisiaj u progu kryzysu gospodarczego, który bardzo silnie wpłynie na główny nurt ekonomii. Informacja ta wciąż ma trudności, żeby przeniknąć do świadomości społecznej. Musimy się upewnić, że winą za załamanie gospodarcze zostaną obarczone właściwe osoby. Kiedy rozpoczął się kryzys gospodarczy w 2008 roku, lewicowi ekonomiści niemalże jednomyślnie zaatakowali rynek jako głównego winowajcę. Dla przeciętnej osoby jest to logiczne wytłumaczenie. Wszak doszło do załamania na rynku hipotecznym, którego przyczyną były kredyty o dużym stopniu ryzyka, udzielane przez instytucje finansowe. Były szef Rezerwy Federalnej (Fed) - Alan Greenspan podczas przesłuchania w Kongresie przyznał, że to jego polityka doprowadziła do kryzysu. Wskazał jednak na błędny aspekt tej polityki. Stwierdził, że jako prezes Fed dał zbyt dużo swobody bankom w zakresie udzielania kredytów. Bezczelnie oświadczył, że to wolny rynek zawiódł. Jest to typowe mieszanie ludziom w głowach. Wolny rynek w USA skończył się wraz z utworzeniem Fed w 1913 roku. Od tamtej pory jesteśmy świadkami ręcznych manipulacji polityką pieniężną, która jest bezpośrednią przyczyną największych kryzysów gospodarczych XX wieku. Pieniądz stanowi współcześnie połowę niemalże każdej transakcji. Drugą połową jest nabywany towar. Jeżeli więc ten, kto nadzoruje pieniądz, zaczyna ręcznie manipulować jego podażą i stopami procentowymi, to zaczyna oddziaływać na praktycznie cały rynek w tym na poziom cen i ich strukturę. To swoiste centralne sterowanie gospodarką zza tylnego siedzenia. Nieograniczone możliwości dla takich praktyk stwarza pieniądz fiducjarny (papierowy), który nie ma pokrycia w żadnych trwałych dobrach. Możliwości jego kreacji są nieograniczone. O jakim więc wolnym rynku wspominał Greenspan? Zapomniano, że pieniądz jest takim samym towarem, jak każdy inny. Ten fakt kompletnie wyrugowano ze świadomości społecznej. W przeszłości za pieniądz służyły najróżniejsze towary. W Wirginii był to tytoń, w Egipcie miedź, a w Szkocji nawet gwoździe. O tym, który towar aktualnie stawał się pieniądzem, decydował rynek. Niepraktyczność wymiany barterowej (towar za towar) skłoniła ludzi do znalezienia powszechnie występującego towaru, który byłby pośrednikiem w większości zawieranych transakcji. I tak piekarz z kolonialnej Wirginii, sprzedając pieczywo, otrzymywał np. 0,25 kg tytoniu od swojego klienta. Mógł następnie ten tytoń wymienić na inne produkty, które były mu potrzebne. Wraz z upływem czasu rynek wybrał sobie powszechnie dwa surowce, które zaczęły spełniać funkcje pieniądza. Było to złoto i srebro. Obecnie używane pieniądze papierowe, zostały sztucznie narzucone rynkowi i nie posiadają żadnej realnej wartości. Funkcjonują jako środek płatniczy jedynie dzięki temu, że państwo posiada monopol na ich druk. Za pomocą tego monopolu urzędnik państwowy daje gwarancję, że papierki są coś warte, czyli po prostu oszukuje społeczeństwo. W rzeczywistości mają one taką samą wartość, jak dowolny skrawek papieru z nadrukowanymi liczbami. Należy powiedzieć wprost, że za kryzysem z 2008 roku, jak i za zbliżającym się wielkimi krokami dużo potężniejszym załamaniem gospodarczym, stoi nie "wolny rynek", a interwencjonizm państwa w gospodarkę oraz polityka banków centralnych na czele z Fed. Sztuczne wywoływanie wzrostu gospodarczego za pomocą niskich stóp procentowych, prowadzi do powstawania baniek spekulacyjnych, które w końcu nie wytrzymują i dochodzi do recesji gospodarczej. Taką bańką były właśnie kredyty hipoteczne. Do nierozsądnej polityki banki komercyjne zostały zachęcone z pewnością również za pośrednictwem gwarancji państwowych, które powodują zanik motywacji w zakresie racjonalizowania ryzyka. Po co uważać skoro podatnicy i tak uratują instytucję przed upadkiem, gdyby coś poszło nie tak? Receptą na kryzys gospodarczy z 2008 roku według Fed jest ekspansja kredytowa, u podłoża której leży zjawisko, które można w uproszczeniu nazwać po prostu beztroskim dodrukiem dolarów. Kierownictwo tej instytucji nazywa takie praktyki "luzowaniem ilościowym". Mamy za sobą już dwie tury i powoli zaczyna się mówić o trzeciej. Fed pożycza na procent drukowane z powietrza pieniądze. Celem takiej polityki ma być rzekomo tworzenie miejsc pracy. Pieniądze te trafiają jednak do bardzo ograniczonej grupy osób. Zyskują nieliczni, a tracą wszyscy pozostali. Ten, kto otrzymuje świeżo wydrukowane ponad limit pieniądze jako pierwszy, zawsze skorzysta najbardziej. Ma w portfelu więcej środków przy takich samych cenach rynkowych. Może więc chwilowo więcej kupić. Tworzy się w ten sposób większy popyt na towary, co powoduje wzrost ich cen. Oczywiście wzrost nie przebiega równomiernie. Jedne ceny rosną szybciej, inne wolniej, część w ogóle nie rośnie do pewnego czasu. Wynika to z faktu, że przepływ środków pieniężnych nie jest identyczny w całej gospodarce. W najgorszej sytuacji są więc ci, którzy znajdują się na samym dole tej piramidy, czyli zwykli ludzie. Wzrost cen ich dotyka, a wcale nie mają w portfelu większej ilości środków, które pozwoliłyby go zniwelować, bo zwyczajnie jeszcze one do nich nie dotarły. Nie ma też 100% gwarancji, że kiedykolwiek dotrze wystarczająca ich ilość, a jeśli nawet, to ceny będą do tego czasu jeszcze wyższe. Jak słusznie zauważył świetny Kongresmen i potencjalny kandydat na prezydenta USA Ron Paul, jesteśmy obecnie świadkami znaczących wzrostów cen żywności oraz niektórych surowców na rynkach światowych. Ceny bawełny wzrosły o 170% w porównaniu z poprzednim rokiem. Ceny ropy naftowej podskoczyły o 40% (link). Złoto i srebro biją kolejne rekordy. Analizując przyczyny tych wzrostów, nie możemy zapominać, że światową walutą rezerwową jest psuty obecnie na masową skalę dolar. Logiczne jest, że główną przyczyną tych wzrostów jest inflacyjna polityka Fed. Trzeba raz jeszcze podkreślić, że za stały wzrost cen odpowiada zbyt duża podaż pieniądza realizowana przez banki centralne. Pozostałe czynniki (np. powódź, nieurodzaj, wojna) mogą oddziaływać na ceny jedynie przejściowo. Inflacja, którą wytwarza Fed, zrujnuje gospodarkę nie tylko Stanów Zjednoczonych, ale poważnie wpłynie na to, co stanie się w innych krajach. Obecny wybór, przed którym stoją suwereni monetarni w USA, to pozostawić stopy procentowe na nienaturalnie niskim poziomie, dzięki czemu można będzie chwilowo dalej udawać, że kryzys został zażegnany, jednocześnie doprowadzając do olbrzymiej inflacji cen, albo podnieść stopy procentowe i znieść fałszywą maskę ożywienia gospodarczego. Podejrzewam, że z uwagi na partykularne interesy, zdecydują się na to pierwsze. W obu przypadkach jednak czeka nas poważny kryzys gospodarczy. Warto pamiętać, że starożytny Rzym upadł właśnie z powodu psucia pieniądza przez cesarzy. Współcześnie pożyczamy, żeby konsumować. Cała ta sytuacja nie byłaby tragiczna, gdybyśmy pożyczali, żeby produkować. Mało kto jednak pamięta, że prawdziwy kapitalizm opiera się na oszczędzaniu i produkcji. Ważne stało się wyłącznie tu i teraz. Nikogo nie obchodzi już, co stanie się za kilka miesięcy, nie mówiąc już o latach. Ten stan powoli dobiega końca. Będziemy świadkami poważnego kryzysu gospodarczego oraz kryzysu monetarnego, który zostanie dodatkowo pogłębiony przez gigantyczny dług publiczny, który posiadają Stany Zjednoczone. Należy przypomnieć, że w okresie Wielkiego Kryzysu gospodarczego z lat 30. XX wieku (także wywołanego przez Fed w wyniku podobnych mechanizmów, jak w przypadku kryzysu z 2008 roku), ceny lawinowo spadały. Obecnie niezależnie od tego, czy mamy wzrost gospodarczy, czy kryzys, ceny z drobnymi wyjątkami nieustannie rosną. To właśnie efekty inflacyjnej polityki banków centralnych. Poważna recesja połączona z inflacją cen produktów da katastrofalne efekty. Jednocześnie spowoduje powrót do solidnej gospodarki opartej na oszczędzaniu i produkcji. Rozwiązaniem problemów gospodarczych jest odrzucenie polityki ludzi, którzy zostali wyprani z jakiejkolwiek moralności, a ich egzystencja ogranicza się do perspektywy kolejnych wyborów. Ludzi, którzy są wyznawcami bożka hedonizmu. Stoimy dzisiaj u progu poważnego kryzysu gospodarczego. Takie rzeczy mają miejsce wtedy, kiedy społeczeństwo zaczyna bać się władzy. Naturalnym stanem jest strach władzy przed społeczeństwem z jednej strony i strach przed prawem z drugiej. Trzeba ten stan restytuować. Niezbędne jest przywrócenie kleszczy, pośród których znajdą się rządzący. Łukasz Stefaniak