Tag Archives: firma

8 typów pieczątek przydatnych w każdym biznesie

Jest jednym z ważnych elementów identyfikacji wizualnej firmy. Pozwala na pozyskanie nowych Klientów, a także zwiększenie wydajności pracy. Choć w świetle przepisów prawnych nie ma obowiązku jej posiadania, to ze świecą szukać przedsiębiorcy, który z niej nie korzysta. Pieczątka firmowa, bo o niej mowa idealnie sprawdza się w toku działalności gospodarczej. Pytanie tylko, którą wybrać? Jakie są dostępne możliwości?

Czy Roman Kluska dorobił się następców? Kolejna firma do zniszczenia

Co ma zrobić firma, której majątek w wysokości 33 mln zł został zajęty przez organa kontrolne i nie jest zwracany, mimo korzystnych dla firmy wyroków sądu? Niestety - ogłasza upadłość.

Firma od A do Z – jak założyć, jaki system opodatkowania wybrać?

Jak pokazują statystyki, Polacy częściej przechodzą na samozatrudnienie. Często decyzja podyktowana jest koniecznością ze strony obecnego pracodawcy, który szuka oszczędności na pensjach pracowniczych, a sam pracownik chce utrzymać swój stały dochód. Jest też duże grono młodych przedsiębiorców, którzy od początku wolą wziąć sprawy w swoje ręce i zamiast tygodniami poszukiwać wymarzonej pracy, tworzą coś od postaw, robiąc na własny rachunek. Jednak, czy założenie własnej działalności jest takie proste?

Wyjazdy dla firm jako sposób na poprawienie produktywności

Dobrze zgrana załoga to absolutna podstawa efektywnej pracy. Jeśli chcemy wykorzystać całkowity potencjał swoich pracowników, powinniśmy zadbać o to, aby dobrze się ze sobą poznali. Tylko w ten sposób mamy szansę na zasypanie podziałów pomiędzy poszczególnymi działami, które są zmorą niektórych, szczególnie większych, przedsiębiorstw, zwłaszcza tych o większych rozmiarach.

Wyjdź poza schematy, czyli innowacyjna impreza firmowa

Imprezy firmowe kojarzą się głównie z typowymi spotkaniami biesiadnymi przy dobrym jedzeniu i, ewentualnie, muzyce. Jeśli jednak chcesz zorganizować event, który Twoi goście dobrze zapamiętają i zamierzasz zapewnić im naprawdę dobrą zabawę, wyjdź poza utarte schematy.

Co musi mieć polityk, aby dobrze rządził gospodarką państwa?

W toku obserwacji przedwyborczych wydarzeń dotarło do mnie, że polityka i biznes mają jedną wielką wspólną płaszczyznę, która z pewnych względów nie jest w ogóle widoczna.

Wyróżnienie i zobowiązanie

Program Rzetelna Firma powstał w celu honorowania firm, które w swojej działalności kierują się wyższymi wartościami, którym nie przyświeca tylko chęć zysku, ale także wysokie normy etyczne. Na certyfikat przyznawany przez Rzetelną Firmę zasługują przedsiębiorcy, którzy udzielają się społecznie i w szczególny sposób dbają o swoich pracowników.

Zarządzanie firmą nie jest trudne, jeśli masz solidne wsparcie

Obecnie chyba nikt nie wyobraża sobie prowadzania firmy i zarządzania nią bez wsparcia systemów komputerowych. Systemy wykorzystywane są w obszarze księgowości, kadrowo-płacowym, sprawozdawczości czy zarządzania sprzedażą i magazynem. O ile łatwiejsze jest zarządzanie firmą, kiedy wszystkie potrzebne dane można mieć zebrane w jednym miejscu, zawsze aktualne i gotowe do użycia, kiedy są potrzebne.

Audyt finansowy w praktyce

Wiele spółek co roku wykonuje audyt finansowy, ale nie wszystkie wiedzą, że mają prawo wymagać od współpracujących firm audytorskich bardzo uporządkowanego i strategicznego podejścia do procesu badania. Tymczasem audyt finansowy musi być wykonywany z maksymalną starannością na każdym etapie, nawet jeśli badana firma nie należy do grona największych korporacji. Sposób pracy audytora w jednej fazie warunkuje dobre efekty w kolejnej, aż do zakończenia badania i raportu końcowego. Z punktu widzenia spółki wiedza o etapach audytu jest więc o tyle ważna, że pozwala się przygotować – zaplanować odpowiednią ilość czasu, zawczasu zebrać dokumenty, ewentualnie wybrać pracowników, którzy będą odpowiedzialni za kwestie organizacyjne.

Obrzydliwy świat zysku

Chęć zarobienia szmalu to jak wiadomo najgorsza cecha obrzydliwego kapitalisty. Tłusta burżuazyjna świnia nie kiwnie nawet palcem, jeżeli wskutek tego kiwnięcia nie zarobi choćby grosza. A przecież każdy szanujący się komunista wie, że zysk budzi w ludziach jak najgorsze instynkty i pcha do najbardziej podłych zachowań.
Czy jest możliwy wspaniały świat bez zysku? Kiedy? Jak? Gdzie? Oczywiście, że taki świat jest możliwy. Wszystko jest możliwe. Czy świat powstał z wielkiego bum, czy z woli Boga, jest tak niesamowitym tworem, że nie można się ograniczać. Zostając przy akcie stworzenia i parafrazując Julesa Winnfielda z "Pulp Ficiton", możemy spodziewać się dosłownie wszystkiego – nawet zamiany coli w pepsi. Czemu zatem nie stworzyć świata, w którym nie będzie zysku? Zresztą, co tam świat! Jedno państwo chociażby! Jasne, proszę bardzo – pofantazjujmy. Najsamprzód, jak mawiał Pawlak w "Samych Swoich", trzeba poddać kontroli cały handel, produkcję, usługi, generalnie – cały biznes. Dlaczego i po co? Bo jak się tych łajdaków kapitalistów nie kontroluje, to cholery zaraz cichaczem ubiją jakiś geszefcik. Człowiek ani się obejrzy, a zaraz jeden drugiemu coś sprzeda i na tym zarobi. Choćbyś ich nie wiem jak pilnował, to te prywaciarze potrafią przehandlować cokolwiek – miejsce do robienia biznesu, metodę produkcji, dane kontaktowe klientów, a nawet informację, co zamierza konkurencja albo jaki robi procent. Normalnie rzygać się chce. Tylko całkowita państwowa kontrola może wyeliminować zysk, bo tylko w takiej sytuacji możliwe jest prześledzenie całej ścieżki produkcji – od pierwszego pierdnięcia towarzysza dyrektora w papier pod nazwą "zapotrzebowanie na produkcję" aż do ostatniego "i pan mnie też" wypowiadanego przez ekspedienta w państwowym sklepie w odpowiedzi na "pocałuj mnie pan w dupę". W realnym socjalizmie był to najczęściej spotykany zwrot "grzecznościowy" na pożegnanie w sklepie. Jako że wówczas w sklepie był wyłącznie tzw. sprzedawca oraz grupa mocno potencjalnych klientów, a nie było towaru, wymiana informacji handlowej polegała głównie na dzieleniu się tego rodzaju uprzejmościami. Okay, co dalej? Skoro państwo kontroluje cały proces dostarczania produktu konsumentowi (fuj, zabrzmiało zgniłokapitalistycznym marketingiem), to znaczy, że już w chwili owego pierwszego pierdnięcia państwo musi wiedzieć, ile i czego ludzie będą chcieli kupić, gdzie mieszkają ci ludzie, ile będzie kosztować produkcja, opakowanie, transport i logistyka oraz – uwaga! bo to najważniejsze – że wartości te nie zmienią się przez cały proces wytwarzania i dostarczania dóbr. To ostatnie ociera się już cokolwiek o metafizykę, ale to nieistotny szczegół. Ten cudowny sposób dystrybucji budzi dwie wątpliwości. Pierwsza jest dość oczywista – co się stanie, jeśli w trakcie tego procesu część ludzi nie kupi jednak towaru albo część będzie chciała kupić więcej? W pierwszym przypadku będzie można odtrąbić sukces (produkcja rośnie – wiadomo: dostatek!), w drugim trzeba będzie znaleźć winnego (sabotaż, wroga propaganda, sytuacja światowa itp.). Problem prawdziwy to jednak opinia publiczna i media – ci mogą po prostu nie uwierzyć w tak proste wyjaśnienia. Mogą na przykład zakwestionować sukces nadmiaru, argumentując, że skoro mamy towar, którego nikt nie chce kupić, to ponieśliśmy stratę. Aby zaradzić temu problemowi, wystarczy uciszyć media, czyli wprowadzić cenzurę i państwową kontrolę środków przekazu. Druga wątpliwość dotyczy ludzi. Część kosztów to zarobki, a więc nie niezbędne koszty materiałowe i techniczne, tylko miękki pieniądz na miękkie wydatki. Co więcej – wynagrodzenia pracowników można odczytać jako element udziału w zysku, a przecież państwo powszechnej szczęśliwości społecznej pokonało tę chorobę. Stąd pomysł, że to wyłącznie od pracowników zależy sukces przedsiębiorstwa, a wynagrodzenia to nic innego jak udział w tworzeniu środków produkcji. Jak widać, zysk nie jest potrzebny do produkowania czegokolwiek. Wystarczy tylko ustalić, ile czego trzeba wyprodukować, wyprodukować to, dostarczyć ludziom, a potem już tylko cieszyć się wyższością socjalizmu nad kapitalizmem. W ten sposób zbudowana była gospodarka PRL. Skąd zatem powszechny w tym systemie niedobór wszystkiego, od papieru toaletowego zaczynając, poprzez szynkę na święta, a na samochodach osobowych skończywszy? Zaiste, potężne musiały być macki wrogów ludu, że udało im się przez ponad czterdzieści lat sabotować dosłownie każdy aspekt produkcji każdego produktu. Że też po 1989r. zaprzestali tej działalności… Przecież byli już u celu. Dziwnym zaś trafem wszystko, co nas otacza, zostało wyprodukowane i sprzedane wyłącznie z jednego powodu – z chęci zysku. Jako że sprzedać można wszystko, przesądzające znaczenie ma wyłącznie potrzeba konsumenta, a nie dyrektorskie pierdnięcia w plan produkcji. Tak długo jak istnieją ludzie, którzy chcą coś kupić, znajdą się inni ludzie, którzy im to sprzedadzą. Nie po to, żeby budować gospodarkę narodową, tworzyć PKB, uszczęśliwiać czy zbawiać ludzkość ani pokazywać wyższość jednego systemu nad drugim, ale wyłącznie po to, żeby nachapać się szmalu, nabić sobie kiesę, natłuc mamony. Gdyby nie ten obrzydliwy zysk, nawet nie ruszyliby tyłka, żeby cokolwiek komukolwiek sprzedać. Amerykanie stworzyli powiedzenie "robić pieniądze". Robienie biznesu to robienie pieniędzy, czyli generowanie zysku. Jeśli nie umiesz robić pieniędzy, zajmij się czymś innym, bo tylko marnujesz czas. A czasu – w przeciwieństwie to innych aktywów – kupić się nie da. Można kupić cudzy czas, ale nigdy swój – dlatego należy robić maksymalnie duży zysk. Tylko po co? Tym, czego lewactwo kompletnie nie jest w stanie zrozumieć, jest istota zysku. Wyobraźmy sobie pana Henia, który sprzedaje jakieś graty – na przykład kosiarki do trawników (tak, tak, przykład jest specjalnie z kręgów burżuazji – kiedy przyjdzie socjalizm, skończą się trawniczki, ogródeczki i inne dupersznyty). Wynajmuje sklep wraz z zapleczem magazynowym, zatrudnia dwóch ludzi, płaci za wodę, prąd i gaz, trzyma na stanie (tzn. kupił od hurtownika albo producenta) po cztery sztuki każdego rodzaju kosiarek, a do tego – masę dodatków typu zamienna rączka, kabel, ostrza, pojemniki na trawę czy inne badziewia. Jak mu co zejdzie, dokupuje, żeby konsument nie marudził. Jeśli pan Henio skalkuluje w cenie kosiarki jedynie koszty, jakie ponosi bezpośrednio, osiągnie niewątpliwie sukces – nie zapłaci podatku dochodowego (zapłaci podatek ZUS i NFZ, ale powiedzmy, że rzecz dzieje się na jakimś cywilizacyjnym zadupiu, gdzie te cudowności jeszcze nie dotarły). Nie zapłaci, bo dochodu nie będzie. Problem jest taki, że brak dochodu oznacza nie tylko to, że pan Henio marnuje czas (bo gdyby nic nie robił, jego dochód byłby dokładnie taki sam), ale że po prostu zdechnie z głodu. Jeśli pan Henio tak skalkuluje cenę, żeby nie zdechnąć z głodu (uwzględniając podatek dochodowy), np. generując zysk w wysokości tej samej, ile wynosi pensja netto jego pracowników, pojawi się kolejny problem. Za co pan Henio kupi następne kosiarki, skoro przychód ze sprzedaży będzie równy już poniesionym kosztom? Część zysku musi zostać w firmie, żeby w następnym miesiącu kupić towar, zapłacić koszty i wypłacić wynagrodzenie pracownikom. Kiedy pan Henio upora się z tym problemem, pojawi się następny. Może się bowiem okazać, że trzeba będzie przyjąć zwrot kosiarki od klienta, albo jedną kosiarkę ktoś nomen omen zakosi, albo się zepsuje, albo transport nawali i trzeba będzie oddać pieniądze klientowi, który pójdzie do konkurencji itd. itd. W przeciwieństwie do wszechwiedzącego wielkiego planisty pan Henio nie wie, ile kosiarek ludzie kupią. Ba! pan Henio nie ma żadnej pewności, czy w następnym miesiącu w ogóle ktoś kupi chociaż jedną cholerną kosiarkę. Te wszystkie zdarzenia kosztują, a pan Henio będzie musiał zostawić kolejną porcję zysku na sfinansowanie tych wszystkich przykrych okoliczności. Jeśli odda pieniądze klientowi za uszkodzoną kosiarkę, to albo zabraknie na zakup sprawnej w przyszłym miesiącu, albo w tym – zabraknie mu forsy na żarcie. Kolejna pozycja do sfinansowania z zysku. I wreszcie ostatnia kwestia. Może się okazać, że pan Henio wydaje co miesiąc kilka tysięcy złotych na zakup kosiarek, kilka tysięcy na pracowników i kilka tysięcy na inne koszty, po to tylko, żeby zarobić na czysto tyle, ile jego pracownicy, czyli tysiąc złotych. Bez urlopu i chorobowego oraz ryzykując cały ten biznes własnym majątkiem. Ma to sens? Żadnego. Skoro tysiąc złotych można zarobić u kogoś, to po cholerę męczyć się z własnym biznesem? Dla zasady? Jest tylko jedna zasada – robisz biznes, rób pieniądze. Za każdym razem, kiedy słyszę jakiegoś mądralę z OPZZ "Solidarność" czy jak to się nazywa, który mówi, że to pracownicy w całości tworzą zysk firmy, więc to im wszystko się należy, mam propozycję nie do odrzucenia. Czy ktoś was, do cholery, trzyma siłą w robocie? Załóżcie własną firmę i tłuczcie szmal. Bez ograniczeń, bez szefa, bez kapitalistycznego krwiopijcy. Mechanizm zysku jest prosty, ale spróbujcie go wytłumaczyć lewakowi, związkowcowi czy innemu "intelektualiście" ich pokroju. To już prościej zmienić colę w pepsi :) Paweł Budrewicz Foto.: Jan Bodakowski Autor jest radcą prawnym i ekspertem Centrum im. Adama Smitha. Prowadzi bloga stopsocjalizmowi.pl

Niemcy 2010 – czyli jak się zakłada firmę u naszych sąsiadów

W odpowiedzi na tekst Pana Wojciecha Popieli kreślę sprawozdanie z otwarcia własnej działalności gospodarczej w Niemczech. Po pierwsze wypadałoby się zameldować, ba, wynająć mieszkanie i ten adres wpisać w miłym dla oka arkuszu A4 "zameldowanie firmy". Przed wynajęciem mieszkania trzeba za 5 € pobrać poświadczenie o niezaleganiu z kredytami. W Niemczech za otwarcie firmy płaci się haracz w wysokości 26 €. Czeka się od 15 minut do paru godzin, zależnie od ludności rejonu, w którym jest Urząd Porządkowy (co za faszystowska nazwa). Potem w Urzędzie Skarbowym trzeba złożyć zeznanie podatkowe (nie zarabiając nawet € trzeba zameldować, ile przypuszczalnie się zarobi!). Druk ma sześć stron i jest pisany urzędniczą łaciną, ale i tak łatwo jest, jeśli prowadzi się samą działalność. Jeśli ma się inne dochody - np. najem mieszkania, spadek, zyski kapitałowe, lub przekracza progi podatkowe, lub jakiekolwiek zmiany w życiu - od przeprowadzek po ożenek - to nie sposób wypełnić tych 6 stron bez doradcy podatkowego. Doradca podatkowy to jakieś 100 €, ale że my skorzystamy z pomocy znajomego - 20 €. Dodam, że w łaskawości swojej Urząd Skarbowy przyjmuje dokumenty bez czekania, ale że prawie na pewno czegoś się zapomni - można spodziewać się poczty. Mając zameldowaną firmę i numer podatkowy można (po jakimś tygodniu) pojechać do Urzędu Dzielnicowego i prosić o pozwolenie na pobyt - 10 €. Urzędy Dzielnicowe są zawalone jak cholera, więc siłą rzeczy warto zarezerwować sobie dzień. Pozwolenie na pobyt wysyłamy do Urzędu Porządkowego (lub Urzędu Porządku). Darmo, nie licząc kolejnej koperty i kolejnego znaczka. Na tym nie koniec. Trzeba zarejestrować się w cechu... godzina na dojazd, godzina wypełniania papierów i .... 80 do 185 € do zapłacenia. Nie mając dochodu, zanim się w pełni legalnie wystartuje, trzeba zapłacić obecnie w Niemczech min. 250 €. Po pewnym czasie zatroskane związki zawodowe przysyłają kolejne dokumenty i listę pytań do odpowiedzi. Chcą wiedzieć, czy troszczymy się o pracownika i czy ubezpieczamy go należycie... W zamian za to przysyłają czasopisemka o propagandzie sukcesu w branży i inne bibeloty... Pamiętaj, że Ty też musisz się ubezpieczyć. 80 € prywatnie (bez profilaktyki i dodatkowych kosztów) i 200 € "gesetzlich" (ustawowo), za co ma się w zasadzie pełną opiekę (nie licząc 10 € haraczu w przychodniach). Wszystko powyższe zaczyna się komplikować, jeśli:
  • jesteśmy w związku cywilnym
  • mamy dzieci
  • pobieramy lub pobraliśmy świadczenia socjalne
  • na dzieci pobierane są świadczenia socjalne
  • mamy kapitał w postaci gotówki, konta lub nieruchomości
  • mamy remont...
  • przekraczamy progi podatkowe
  • przejmujemy cudzy kapitał
  • zmieniamy jakiekolwiek dane osobiste - trzeba "niezwłocznie" powiadomić wszelkie urzędy.
I na koniec: Urzędy to zazwyczaj największy betonowy prostokąt w okolicy, a rozmiary tych największych (np. Pośredniaki+Agencje Pracy) to molochy, o jakich nie śnił nawet Orwell, gdy pisał o Ministerstwach Prawdy i Miłości... Kamil Kisiel