Tag Archives: Fryderyk August von Hayek

Im więcej wiemy, tym wiemy mniej

Przyrost ludzkiej wiedzy jest niezwykłym zjawiskiem, które w miarę jak się nasila, może nieść ze sobą wielkie szczęście. Wiemy więcej niż nasi przodkowie 100 lat temu, a wiedza ta przyczyniła się do niebywałej poprawy standardu życia na całym świecie.

Podłoże postaw antykapitalistycznych według F.A. von Hayeka i L. von Misesa

Trzeba zgodzić się, iż różnorodne idee rządziły światem ludzkości w przeszłości, rządzą nim aktualnie i będą rządzić w przyszłości. Pomiędzy poszczególnymi ideami dochodzi - na określonym obszarze i w określonym czasie - do rywalizacji i współzawodnictwa. Jedne z nich odnoszą sukces, drugie ulegają osłabieniu, a jeszcze inne podlegają zmianie. Trudno jednak jednoznacznie odpowiedzieć, jakie czynniki wpływają na rozpowszechnianie i rozwój pewnych idei lub też stopniowy ich upadek. Wypada tylko zauważyć, że we współczesnym świecie istotną rolę w kształtowaniu opinii publicznej odgrywają środki masowego przekazu.

PKB demokracji nie potrzebuje, ale…

Interes narodu jest ważniejszy niż prawo – twierdzą niektórzy politycy. Co jednak jest w interesie narodu? Koniec końców – rozwój gospodarczy i wzrost dobrobytu. Pytanie tylko, jakie prawo i jaki ustrój sprzyja bogaceniu się? 

Fryderyk von Hayek: Enfantin i saintsimoniści – religia inżynierów

Zapraszamy do lektury XIV rozdziału książki Fryderyka Augusta von Hayek'a "Nadużycie rozumu" - "Enfantin i saintsimoniści – religia inżynierów". Książka ta ukazała się niedawno nakładem Wydawnictwa PROHIBITA. Prokapitalizm.pl objął nad nią patronat medialny.

Konkurs PROKAPA: Wygraj książkę Hayek’a – napisz krótki tekst!

Zapraszamy do wzięcia udziału w konkursie PROKAPA. Do wygrania są dwa egzemplarze książki Fryderyka Augusta von Hayek'a "Nadużycie rozumu" (jeden wydany niedawno przez Wydawnictwo PROHIBITA, drugi, nieco starszy, wydany przez Volumen). Jak można wygrać te książki?
Wystarczy napisać krótki tekst (ale minimum 3 tys. znaków), w którym autor odpowie na pytanie, nawiązujące do jednego z najbardziej znanych dzieł Fryderyka Augusta von Hayek'a. Pytanie, a zarazem temat konkursu, brzmi: "Czy Polska znajduje się dziś na drodze do gospodarczego zniewolenia?". Ci uczestnicy, którzy uważają, że tak, winni napisać dlaczego, ci, którzy uważają, że nie, również muszą uzasadnić swoją odpowiedź. Prace muszą być podpisane imieniem i nazwiskiem. Oprócz nagrody książkowej zwycięskie dwa teksty opublikowane zostaną na łamach biuletynu Fundacji PAFERE "IDEE" i oczywiście na naszym portalu. Może to właśnie słynna "Droga do zniewolenia" Fryderyka Augusta von Hayek'a będzie inspiracją dla uczestników konkursu przy pisaniu własnego tekstu. Artykuły konkursowe prosimy przesyłać na adres kapitalizm@poczta.onet.pl do 9 czerwca 2013 roku (w temacie wiadomości prosimy wpisać: "Konkurs Prokapa - Hayek". Wyniki ogłoszone zostaną do 15 czerwca 2013 roku. Prace oceniać będzie jednoosobowe jury :-) w osobie piszącego te słowa... No to, do dzieła!!! Paweł Sztąberek Artykuły konkursowe (uzupełniane na bieżąco): Adam Kwiatkowski - Polskę czeka los Grecji Łukasz Paradowski - Wolność – jak u Orwella – będzie oznaczać niewolę Rajmund Pollak - Polska na drodze do gospodarczego zniewolenia Mateusz Ambrożek - Droga do zniewolenia jest krótka i prosta Paweł Ryndak - Czy Polska znajduje się dziś na drodze do gospodarczego zniewolenia? – degradacja pojęć Marcin Surowski - Polska zniewolona czy tylko z ograniczoną wolnością? Julia Karcz - Własność prywatna, a droga do gospodarczego zniewolenia

Polska to wolnorynkowy raj! Nie wierzysz?

Czy Leszek Balcerowicz to czołowy polski leseferysta? Czy Polacy naprawdę tak bardzo kochają wolny rynek, że są bardziej święci od Hayeka czy od Adama Smitha? Taki obraz wyłania się z artykułu „Wiara w nieomylność wolnego rynku zmienia nas w socjopatycznych egoistów”.
Autorem tekstu jest Rafał Woś, a ukazał się on w „Dzienniku Gazecie Prawnej” (przedrukował go portal Forsal.pl). Ogólne przesłanie jest mniej więcej takie: Polacy to szaleńcy, którzy z miłości do wolnorynkowej gospodarki, gotowi są nie zauważać ludzkiej krzywdy, której pełno generuje nasz kapitalizm; Polacy to bezkompromisowi przeciwnicy państwowego interwencjonizmu, którzy oburzają się, gdy tylko rząd próbuje coś dotować czy do czegoś dopłacać; Polacy to zagorzali krytycy rządowego pomysłu stworzenia spółki Inwestycje Polskie z powodów - jak wyżej; Polacy to fanatycy niskich podatków i przeciwnicy idei sprawiedliwości społecznej; Polacy to wreszcie rewizjoniści myśli Fryderyka Augusta von Hayeka i Adama Smitha, dla których obaj myśliciele to właściwie socjaliści. Jakby ktoś miał jeszcze wątpliwości, czy polscy wolnorynkowcy mają jakiegoś lidera to autor te wątpliwości rozwiewa. Jest nim Leszek Balcerowicz, o którym pisze, że to „czołowy polski leseferysta”, natomiast najważniejszy wolnorynkowy publicysta to Witold Gadomski z „Gazety Wyborczej”. No i jest jeszcze pewne dzieło książkowe, które w tekście jest wspomniane... To wydane przez fundację Leszka Balcerowicza monumentalne dzieło „Odkrywając wolność”. Można by pomyśleć, że Polacy masowo rozczytują się w tej antologii wolnorynkowych tekstów, a tymczasem osiągnęło ono nakład jedynie 20 tys. egzemplarzy. Autor artykułu określa tę książkę mianem bestsellera, ale cóż to za nakład w tak bardzo wolnorynkowy kraju? Skoro Polacy tak bardzo kochają kapitalizm, a Polska to właściwie – zdaniem red. Wosia - oaza wolnego rynku w świecie pełnym socjalizmu to nakład takiej książki powinien osiągnąć przynajmniej milion egzemplarzy... Ale poważnie... Czytając tekst „Wiara w nieomylność wolnego rynku zmienia nas w socjopatycznych egoistów” można odnieść wrażenie, że jego autor żyje chyba w jakiejś innej Polsce i nie dostrzega, albo też – czego wykluczyć nie można – nie chce dostrzec, że III RP to coraz bardziej etatystyczny kraj. Socjalizmu, zamiast coraz mniej, mamy coraz więcej. Liczba urzędników, zamiast maleć, rośnie w zastraszającym tempie. Realizacja nowej perspektywy budżetowej Unii Europejskiej na lata 2014-2020 wymagać będzie, o czym zazwyczaj w ogóle się nie wspomina, zatrudniania kolejnych urzędników, których zadaniem będzie pisanie programów wydatkowania unijnych miliardów oraz ich rozdzielanie. Nie zdziwię się, jeśli do 2020 roku liczba biurokratów w III RP przekroczy milion. Już teraz jest to – razem z pracownikami różnych funduszy typu NFZ czy ZUS, utrzymywanych w końcu z pieniędzy podatników – coś około 600 tysięcy osób. Gdyby, tak jak pisze autor, Polacy w swej większości, byli zagorzałymi wolnorynkowcami, wówczas zapewne nie oddawaliby swoich głosów w wyborach na przeróżnej maści socjalistów, czy to bezbożnych czy to pobożnych. Władzę w kraju już dawno sprawowałby UPR czy Nowa Prawica, a premierem czy prezydentem nie byłyby jakieś rozmemłane kukiełki tylko konkretny facet szanujący prawo naturalne i ludzką wolność. Sejm nie składałby się z 460 darmozjadów, a co najwyżej z setki zdrowo-myślących polityków, którzy zbieraliby się na sesjach tylko wówczas, gdy zachodziłaby taka konieczność. Gdyby Polacy byli tacy jakimi przedstawia ich autor artykułu z „Dziennika Gazety Prawnej”, zapewne nasz kraj już dawno opuściłby eurokołchoz, którego o co jak o co, ale akurat o wspieranie wolnego rynku posądzić nie można. Wolnorynkowa Polska nie mogłaby przecież trwać i dławić się w socjalistycznej Unii Europejskiej... Jakie przykłady podaje red. Rafał Woś na potwierdzenie swojej tezy, że Polacy to fanatyczni wolnorynkowcy? Proszę bardzo: „Grudzień 2012 r., Aula Uniwersytetu Wrocławskiego. Trwa zorganizowana przez Ośrodek Myśli Politycznej im. F. Lasalle’a debata poświęcona sensowności programu Inwestycji Polskich. Dyskusja szybko przeistacza się w spór fundamentalny dotyczący tego, ile państwa powinno być w gospodarce. Uczestnikami są głównie studenci ekonomii. Sympatie sali zdecydowanie liberalne. „Dlaczego rząd ma zabierać moje pieniądze?”, „Przecież państwo czego się nie dotknie, to zaraz zepsuje”, „Tylko wolny rynek jest idealnym narzędziem nakręcania koniunktury”. Ale to nie jedyny przykład. Autor pisze dalej: „Nie inaczej jest w opiniotwórczych mediach głównego nurtu. Wystarczy krótki przegląd prasy z poprzedniego weekendu. W piątek „Gazeta Wyborcza” piórem swojego czołowego komentatora Witolda Gadomskiego pisze na drugiej stronie: „Im silniejsza jest ochrona pracowników zatrudnionych, im hojniejsze są ich przywileje, z których korzystają, tym większe jest bezrobocie”. W ten sposób publicysta „GW” komentuje propozycje „Solidarności”, by wszystkie umowy-zlecenia obłożyć składką ZUS. „Spowolnienie gospodarcze to najgorszy moment, by podnosić koszty pracy” – puentuje Gadomski. Tylko czy w ciągu ostatnich dwudziestu lat liberałowie nie obiecywali nam wielokrotnie, że obniżanie kosztów pracy i podatków to najlepszy sposób na ograniczenie bezrobocia? Efekt jest taki, że mamy dziś jedne z najniższych w Europie (i to nawet na tle innych krajów posttransformacyjnych) kosztów pracy oraz klina podatkowego (kto nie wierzy, niech zajrzy do danych Eurostatu i OECD). I jednocześnie bezrobocie, które tylko na kilka miesięcy (w 2008 r.) spadło poniżej 9 proc.”. Red Woś ma również za złe publicyście „Rzeczpospolitej” Bartoszowi Marczukowi, że krytykuje rząd za to, iż rzuca kłody pod nogi małym i średnim przedsiębiorstwom. Autor zauważa: „(...) czy pisanie po raz setny o urzędnikach „polujących” na małych i średnich naprawdę tym przedsiębiorcom pomaga? A może zamiast dowodzić na wysokim poziomie ogólności, że urzędnik to bezduszny przedstawiciel państwowego „świata ciemności” i jako taki z zasady musi czynić tylko zło, pokazać, gdzie działanie administracji należałoby faktycznie ulepszyć. (…) Ale droga do tego nie wiedzie przez mniej regulacji, lecz przez regulacje lepsze, podejmowane w interesie ogółu społeczeństwa, a nie grup interesu i lobbystów”. Gdyby w III RP szalał wolnorynkowy kapitalizm nie obowiązywałyby żadne regulacje w gospodarce, jedynie poza tymi, które każdemu gwarantowałyby równość wobec prawa oraz wolność od jakichkolwiek przywilejów. Autor artykułu raczej tego nie czuje, bo gdyby było inaczej nie pisałby takich andronów, jakie wyszły spod jego pióra. Ręce opadają, gdy czyta się artykuł z „Dziennika Gazety Prawnej”. Red. Rafał Woś albo „rżnie głupa” albo... Ubolewa np. że państwo za słabo interweniuje na rynku mieszkaniowym, że za mało dopłaca do kredytów. Właściwie to najlepiej by było, gdyby w całości finansowało Polakom zakup mieszkania, bo wówczas pieniądze nie wydane przez ludzi na mieszkanie mogłyby iść na bieżącą konsumpcję, co napędzałoby popyt wewnętrzny. A tak, biedni Polacy wiążą sobie u nogi żelazną kulę w postaci kredytu na mieszkanie czy budowę domu, którą dźwigać będą do końca życia... Autor sugeruje, że takie coś możliwe jest tylko w kraju, gdzie panują surowe zasady dzikiego kapitalizmu. Czyli np. w III RP... Nie wiem – śmiać się czy płakać... Red. Adam Woś chyba naprawdę żyje na księżycu. Jak zauważa, w tak leseferystycznym kraju jakim jest III RP mocno pogardza się ludźmi pracującymi w sferze budżetowej. Czyli poniżani są nauczyciele, lekarze, urzędnicy, policjanci, żołnierze... Pytanie tylko, czy red. Woś zna sondaże, w których Polacy wypowiadali się, przedstawicielom jakich zawodów najbardziej ufają? Jeszcze nigdy nie spotkałem się z sondażem, gdzie największym zaufaniem mieszkańców III RP cieszyliby się prywatni przedsiębiorcy. A tak przecież, w kraju wolnorynkowym, powinno chyba być? Tymczasem, jak mnie pamięć nie myli, największe zaufanie mają Polacy do lekarzy, nauczycieli, policjantów, żołnierzy... Czyli do tych profesji, które w zdecydowanej większości stanowią tzw. sferę budżetową. Ciekawe też, czy autor artykułu zna marzenia wielu młodych ludzi dotyczące ich przyszłości? Otóż wielu z nich wcale nie marzy o tym, by być prywatnymi przedsiębiorcami. Chcieliby oni być urzędnikami pracującymi na państwowej czy samorządowej posadzie, gdyż traktują ją jako pewną i bezpieczną. Czy to jest sposób myślenia typowy dla ludzi, rzekomo do szpiku kości przesiąkniętych ideami wolnorynkowymi? Dziwactw w tekście red. Wosia jest znacznie więcej (odsyłam do źródła), jak choćby zdanie, iż „krytyka myślenia wolnorynkowego przebija się w Polsce z trudem”. Nawet jeśli autor ma w tym przypadku rację, co jest raczej wątpliwe, to powinien jednak mniej narzekać. Wszak ma on u władzy nie myślicieli wolnorynkowych a etatystów, socjalistów, interwencjonistów i diabli wiedzą, kogo tam jeszcze. Polskiej gospodarce na pewno nie doskwiera nadmiar liberalizmu, na pewno koszty pracy nie są w III RP, podobnie jak podatki, - co autor sugeruje - niskie. Trudno uwierzyć, że red. Woś tego wszystkiego nie wie, dlatego nie wykluczałbym, że ów artykuł to jedna wielka prowokacja. Jeśli tak, to mnie udało mu się sprowokować. Zresztą, teza o prowokacji jest chyba najłaskawsza dla autora rzeczonego tekstu... Paweł Sztąberek Foto.: PSz/Prokapitalizm.pl

Jak bronić wolności?

W artykule „Bezdroża pesymizmu” przywołałem przekonania Shumpetera, po to by wywołać głębszą refleksję nad tendencjami, które ujawniają się w działaniach większości demokratycznych rządów. Jeśli chcemy dyskutować o koncepcjach wykonalnych w najbliższej przyszłości, musimy z rozważań wykluczyć projekt libertariański a nadto wszelkie pomysły na rządy autorytarne, jako zbyt radykalne i pozbawione większego zaplecza politycznego. Pozostają nam rozważania wokół koncepcji państwa opartego na rządach prawa (Hayek, Rawls, Habermas). Ale do rządów prawa pretendują co najmniej trzy modele: a. liberalny, podporządkowany  metaprawnym regułom chroniącym prawa jednostek, b. republikański gdzie prawo formułuje władza za zgodą większości (celem jest dobro wspólne-tyrania większości), c. socjalny (opiekuńczy), gdzie swoboda jednostki jest uwarunkowana oceną jej dojrzałości społecznej (troskliwe państwo jak w przedszkolu, by przeciwdziałać wszelkim zagrożeniom, określa w co można się bawić a nadto śledzi przebieg zabawy). Model c. będzie jakimś rozszerzeniem modelu b., ale nie dającym się pogodzić z a. Wprawdzie Hayek w „Konstytucji wolności” stara się wykazać, że nie ma sprzeczności między modelem liberalnym a pewnymi funkcjami państwa opiekuńczego, jednak w moim przekonaniu jest mało przekonywujący. Wielokrotnie podkreśla, że państwo ma obowiązek dostarczyć usługi, które z różnych powodów nie są dostarczane przez wolny rynek (z powodu efektów zewnętrznych, pieczeniarstwa), z drugiej strony pisze „wolne społeczeństwo wymaga nie tylko, żeby państwo miało monopol przymusu, lecz także, żeby był to jedyny monopol”. Jeśli tak, to usługi państwa muszą być poddane konkurencji wolnego rynku, ale jak to zapewnić, gdy są to usługi z założenia nie podejmowane przez rynek, tego Hayek już nie pisze. Z jednej strony dostrzega konieczność przymusu z drugiej podkreśla wynikające stąd zagrożenia. Przyjmując, zaproponowaną przez Hayeka,definicję wolności jednostki jako brak przymusu ze strony innych ludzi, możemy z tej perspektywy zaakceptować usługi państwa pod warunkiem, że nie są one przymusowe, a to oznacza jakiś wybór. Wybór z definicji musi być oparty na porównaniu, ono zaś zakłada wartościowanie. A więc państwo musi dokonać jakiejś wyceny usługi po to, bym mógł ustalić, czy za tę cenę nie  warto dokonać innego wyboru (czy to mi się opłaca). Jeśli odrzucimy redystrybucję jako sposób na zapewnienie dostępności usług dla najbiedniejszych, to wycena sprowadzi się do zwykłej kalkulacji kosztów, ale co zrobić, gdy większość społeczeństwa popiera model finansowania usług „darmowych”... Utrwalanie się takiej większości jest konsekwencją stałego wzrostu kategorii pracowników najemnych. Ludzie ekspansywni, pełni inwencji i wiary we własne siły, będą preferować wolne zawody, pracę na swoim. Pozbawieni tych cech nawet gdy wybiorą zawód lekarza lub prawnika, będą szukać bezpiecznej posady w jednostkach zarządzanych przez innych. Współczesne szkolnictwo w swej masie tłoczy do głów nieaktualną już historię wiedzy, ćwiczy zespołową pracę opartą na bezpiecznych procedurach i zasadach poprawności politycznej, zamiast uczyć jak przełamywać schematy i radzić sobie z ryzykiem. Bo i przemysł zamiast kapryśnych geniuszy woli zespoły fachowców, którymi można dowolnie komenderować (dzięki temu najzdolniejsi zmuszeni są zakładać małe szybko rozwijające się firmy napędzane ich szalonymi z pozoru pomysłami). Czy wobec powyższego jest sposób na to, by godząc się z wolą większości nie zniewolić mniejszości, która bez poczucia wolności, zamiast twórczo uczestniczyć w rozwijaniu gospodarki, stanie się źródłem stałego fermentu . Jeżeli bez szkody dla gospodarki można wyznaczać strefy ekonomiczne, to można rozszerzyć ich formułę, tak by mogły w niej zamieszkać osoby, które rezygnują z określonego pakietu usług państwowych. Ponieważ wtedy osoby te będą musiały  opłacać pełną wartość tych usług na wolnym rynku, powinny otrzymać zwrot podatku w kwocie równej wartości usług z których zrezygnowały. Jest to tylko przykład, bo można sobie wyobrazić całą gamę  innych rozwiązań szczegółowych, których zaprojektowanie i dyskusję nad nimi pozostawię czytelnikom w ramach debaty. Każde rozwiązanie jest do przyjęcia, o ile zagwarantuje wybór między opieką państwa, a ryzykiem łagodzonym przez ewentualne dobrowolne ubezpieczenie. Wojciech Czarniecki

Błędna teoria Hayek’a

Czytając artykuł Władza, która chroni wolność jednostki - unikatowa teoria władzy Fryderyka Augusta von Hayeka, którego autorem jest Paweł Toboła-Pertkiewicz łatwo jest wyobrazić sobie model państwa prezentowany przez Hayek'a. Nietrudno też wypunktować zalety systemu proponowanego przez noblistę w porównaniu do dzisiejszych demokracji wchodzących coraz głębiej w nasze życie. System władzy stworzony przez Hayek'a ma jednak kolosalną wadę, która łączy wszystkie rodzaje władzy, a mianowicie ludzi. Każda władza niezależnie od sposobu jej wybierania składa się z ludzi, podatnych na przekupstwa, prywatę, brak wystarczającej wiedzy na konkretny temat, czy najzwyklejsze ludzkie emocje. Bo czym tak naprawdę różni się monarcha od tyrana wprowadzającego prawo wykraczające poza napiętnowanie przemocy fizycznej i prawa jednostki do wolności i posiadania? Różnica jest niewielka, w pierwszym przypadku zadowolonych z prawa jest znakomita większość, w drugim mniejszość. Zawsze jednak, prawo dzieli społeczeństwo na stojących po przeciwnej stronie barykady, a to oznacza dzielenie społeczeństwa na osiągających korzyści i straty, nawet kosztem maleńkiej mniejszości złożonej z kilku ludzi. Trudno tu nie przypomnieć z historii naszego rodaka Mikołaja Kopernika, którego teoria była w sprzeczności z całym ówczesnym światem nauki. Najmądrzejsi i najświatlejsi ludzie będący w opozycji nie mieli racji. Co daje nam pewność, że nie mylimy się dzisiaj? Jeśli weźmiemy pod lupę arystokratyczne rządy, lub politeiczne to wnioski nasuwają się te same. Albo przestrzegamy kilku podstawowych praw i nie wprowadzamy innych jako prawa ucisku, co oznacza że rząd jako taki nie jest nam potrzebny, albo z każdym wprowadzonym prawem zbliżamy się bliżej do państwa totalitarnego, niezależnie od sposobu wybierania władzy. Pierwsze zdanie artykułu; "Wolność jednostki jest zagrożona w każdym systemie politycznym, który sprzyja uzależnieniu nas od władzy" jest stwierdzeniem odnoszącym się do każdego systemu politycznego i neguje również system zaproponowany przez Hayek'a, gdyż każdy żyjący na terytorium obowiązywania danej władzy (państwie) musi zrezygnować z części wolności uzależniając się od postanowień rządu. Tworzenie nowych teorii opartych na tej samej tezie jest z założenia błędne. Nigdy rząd nie będzie się składał z ludzi czystych i nieskazitelnych, chcących tylko i wyłącznie dobra ogółu. Po pierwsze nie ma takich ludzi na świecie, którzy mieliby wiedzę ogarniającą wszystkie osoby w państwie ich dążenia i potrzeby, ich marzenia i możliwości. Ludzi którzy nigdy nie splamiliby się nawet najmniejszym grzeszkiem i zawsze znajdowaliby rozwiązanie satysfakcjonujące wszystkich. Po drugie ustalanie praw które godzą w interes jednostki, bez ponoszenia konsekwencji tych decyzji jest niemoralne. Tylko jednostka ma prawo podejmować taką decyzję, stosownie do swojej sytuacji. Po trzecie ustalanie praw próbujących rozwiązać jakiś problem jedną decyzją zawsze rodzi napięcia w sytuacjach marginalnych, które są nie do przewidzenia, co z kolei powoduje powstawanie kolejnych praw, które mają kolejne przypadki znajdujące się na krawędzi prawa. Ta spirala prowadzi do powstania systemu, który zaczyna być ważniejszy od człowieka, systemu z jakim mamy do czynienia w niemal wszystkich krajach świata. Przykładem ilustrującym ten przypadek jest prawo ograniczające kontrybucje finansowe dla kandydatów na prezydenta w USA. Aby ograniczyć korupcję rząd wprowadził ograniczenia co do sumy pieniędzy wpłacanych bezpośrednio na konto kandydata. Jest to ograniczenie wolności jednostki, która po uczciwym zarobieniu pieniędzy i odprowadzeniu podatków powinna mieć prawo do dysponowania swoimi dobrami niezależnie od widzimisię członków rządu, czy sądu najwyższego. Własność jest własnością niezależnie czy jej użycie wygląda na korupcję czy nie. Walczący przeciwko temu prawu używali stwierdzenia, że datki polityczne są formą wypowiedzi politycznej i na podstawie pierwszego artykułu konstytucji nie powinny być ograniczone. Nawet dziecko wie, że szelest banknotów nie jest polityczną wypowiedzią, ale meandry prawa zaszły już tak daleko, że sąd najwyższy rozpatruje prawo do dysponowania swoją własnością jako prawo do zabierania głosu. Niemalże natychmiast powstały organizacje zbierające datki na kampanie wyborcze kandydata i w jego imieniu dysponujące pieniędzmi. Kilka tygodni temu sąd najwyższy USA po raz kolejny ograniczył możliwości dawania dotacji finansowych, tym razem na organizacje wyborcze. Spirala prawna nakręca się. A przyczyna korupcji jest taka sama - prawo rządzących do ustanawiania przepisów dających jednym ludziom przywileje kosztem innych. Zabierzmy rządowi to prawo, a korupcja zniknie jak ręką odjął. Nie potrzeba dodatkowych praw i przepisów. Po czwarte - wprowadzanie praw jest jak zmiana reguł gry, a te nie powinny być zmieniane gdyż prawo powinno składać się z reguł uniwersalnych, niezmiennych. Jednakowych dla wszystkich, niezależnie od stanu posiadania i ich pozycji w społeczeństwie. Wszelkie nieporozumienia i konflikty pomiędzy ludźmi powinien rozstrzygać prywatny sąd, w którym sędzia dba o przebieg porządku, zaś decyzję wydają ławnicy, podobnie jak wygląda to dzisiaj w sądzie amerykańskim. Każdy z wydanych wyroków jest brany pod uwagę przy rozstrzyganiu kolejnych spraw, ale nie jest wyrocznią. Stąd kiedy zmieniają się zapatrywania społeczeństwa na międzyludzkie problemy, zmienia się też "prawo". Sąd prywatny gwarantuje większą niezawisłość i obiektywność. Nie dopuszcza także do sytuacji kiedy jednostka występuje przeciwko rządowi i musi płacić ze swojej kieszeni, a rząd występuje przeciwko jednostce korzystając z jej pieniędzy. Skazany przez sąd musi zadośćuczynić poszkodowanemu. Dokładnie jak ma to miejsce w sądach cywilnych, nie jak w karnych, gdzie przestępca po wyrządzeniu szkody jest przetrzymywany w prywatnym więzieniu często na koszt poszkodowanego. Niestety, jednostka jest najlepszym sędzią co dla niej jest najlepsze, potrzebne i jak zamierzony cel osiągnąć. Zresztą znakomita większość praw nie bierze pod uwagę, tego że każdy z nas jest inny. Każdy tworzy wokół siebie inną rzeczywistość. Prawo natomiast podciąga nas pod wspólny mianownik, co jest niedopuszczalne, gdyż w ten sposób zabija w ludziach kreatywność, myślenie, dążenie do własnego celu. Tylko indywidualny człowiek podejmujący decyzje i ponoszący konsekwencje tych decyzji ma prawo do kierowania swoim losem. Dalej autor artykułu pisze; "Myśl liberalna od zawsze postuluje jak najbardziej ograniczony rząd, jak najmniejszą władzę państwa nad jednostkami oraz redukcję przymusu państwa wobec obywateli. W liberalizmie zakorzenione są takie wartości jak wolność, własność, swobodna wymiana dóbr i usług, a także ograniczone funkcje rządu". Otóż pytam, jeśli chcemy ograniczać rząd to ograniczenie jego przywilejów do zera będzie całkowitym zwycięstwem myśli liberalnej? Oczywiście, gdyż każde inne ograniczenie rządu zmieni tylko proporcje w jakich rząd wpływa na nas jako jednostki. Tylko dobrowolne nakładanie na siebie praw ograniczających naszą swobodę ma sens, gdyż wtedy tylko jednostka podporządkowuje się im dlatego, że na tym zyskuje. Przykładem może być tu osiedle. Chcę mieszkać w ładnym osiedlu, ale każdy mając prawo budowania domu jaki mu przyjdzie na myśl z pozoru wyklucza tę możliwość. Sąsiad po lewo może mieć ochotę na mieszkanie w pudle po lodówce. Skoro kupił działkę to może tam robić co mu się żywnie podoba, sąsiad po prawej nie chce inwestować w łazienkę i wystawił niezbyt okazały wychodek za domem. Jak zapobiec tego typu sytuacjom? To proste - broker nieruchomości kupuje połać ziemi, dzieli ją na działki buduje drogi i sprzedaje działki, ale zanim potencjalny kupiec kupi działkę musi podpisać oświadczenie, że dom będzie miał minimum 100 metrów kwadratowych powierzchni, będzie w określonym stylu architektonicznym, będzie w jednym z czterech kolorów, itp. Zainteresowani ludzie mający podobne zapatrywania na sytuację mieszkaniową nabędą działki ograniczające ich "wolność", ale zyskają miłe otoczenie i godziwe warunki życia. Decyzja i konsekwentne ponoszenie jej skutków jest jedyną drogą jaką człowiek powinien podążać. Niezależnie czy wybór ten jest w oczach innych słuszny czy nie. Dalej czytamy; "Innym czynnikiem mającym zapewnić ochronę przed zakusami władzy są rządy prawa." Tu dochodzimy do sedna sprawy. Rząd nie posiada przeciwwagi. Stąd nie ma żadnej możliwości ograniczenia go. Jak podaje inny noblista James Buchanan, rząd będzie rozwijał się jak biznez. Rozrastał i powiększał w miarę możliwości. Te możliwości w stosunku do każdego biznesu są ograniczone przez konkurencję - rząd takiego ograniczenia nie ma. Stąd wnoszę, że żadne zabezpieczenia proponowane przez Hayeka nie są wystarczające. Mogą być lepsze lub gorsze od aktualnie występujących na świecie, ale nie są idealne, a to oznacza, że wcześniej czy później najważniejsze prawo jakim dysponuje człowiek, prawo do wolności osobistej zostanie przez rząd naruszone. Prawa tworzone są przez ludzi, którzy nie są idealni, stąd prawa nie są idealne. Patrząc na przepisy i regulacje opuszczające urzędy wszystkich państw na świecie trudno uwierzyć, że ktoś czyta te ustawy przed głosowaniem. Kodeks pracy, duma wielu rządów w podtekście robi z normalnie myślących ludzi roboty nie potrafiące zawrzeć normalnej umowy. Wrzucając ludzi do jednego koszyka wyrządza krzywdę tym co chcą pracować więcej i tym co chcą więcej odpoczywać. Rząd nie może tworzyć praw, które łamią przywilej zawierania kontraktów pomiędzy jednostkami w społeczeństwie. Jest to sprzeczne z prawem człowieka o decydowaniu o swoim życiu. Każde działanie w sferze życia niesie za sobą konsekwencje. Ludzie tworzący rząd nie ponoszą takich konsekwencji. Rząd nie posiada też konkurencji wymuszającej na nim działanie najlepsze z możliwych. To powoduje że rząd podatny jest na wszelkie czynniki korupcjogenne i żaden z systemów wybierania przedstawicieli narodu nie jest w stanie zapewnić, że to zjawisko zniknie. Błędem w założeniach Hayek'a jest konieczność posiadania ciała ustawodawczego niezbędnego do produkcji nowych praw. W państwie, a raczej na obszarze państwa, gdzie wszystko jest w rękach prywatnych, właściciel jest prawodawcą i on ustala sposób zachowań przez użytkowników jego własności. Jeśli firma AB jest właścicielem drogi z miasta A do miasta B to ona ustala przepisy obowiązujące na tej drodze. Jednakowość przepisów na różnych drogach mogą ustalać między sobą zrzeszenia właścicieli dróg lub inne organy powołane do tego zadania. Brak jednakowych ustaleń na różnych terenach lub nawet na różnych drogach nie będzie przeszkodą, tak jak nie jest i dzisiaj. Różne państwa mają dzisiaj różne przepisy drogowe, a ich zmiana i dostosowanie do wspólnych standardów okupione jest niekończącą się walką parlamentarną. W rzeczywistości wolnej od ustawodawcy zmuszeni przez klientów właściciele dróg szybko ustanowią przepisy dostosowane najlepiej do ich interesów. Historia zna przypadki kiedy społeczeństwa funkcjonowały bez odgórnej pomocy rządu. Jednym z takich ewenementów historii jest Kalifornia w okresie gorączki złota, która rozpoczęła się w 1848 roku. Zjawisko to opisane jest z detalami w książce "A theory of property rights. With application to the California Gold Rush" i jasno przedstawia zasady współżycia ludzkiego podczas absencji odgórnego prawa. Drugie zdanie artykułu; "Jednakże życie poza strukturami państwa ryzyko utraty wolności osobistej powiększa..." jest błędne. "Black Book of Communism" wydana przez Harvard szacuje, że w dwudziestym wieku 170 milionów ludzi straciło życie z ręki wszelkich rządów, w tym swoich własnych. To są przerażające dane, ale dające do myślenia. Wierzę, że tragedie jakie przetoczyły się przez świat w XX wieku, będą pożywką dla ruchów wolnościowych i że śmierć tych ludzi nie pójdzie na marne. Pozbycie się władzy w ogóle jest trudne do wyobrażenia i przypomina koniec XIX wieku kiedy koń był podstawowym środkiem transportu. Nawet najlepsze bryczki, powozy i dyliżanse udoskonalane przez wieki, nie były w stanie rozwinąć prędkości większej niż kilkanaście kilometrów na godzinę na dłuższym dystansie. Aby osiągnąć wyższy poziom podróżowania, czyli skrócić czas samego przemieszczania się i podnieść komfort należało zrezygnować z konia. Jedynego w tych czasach środka lokomocji. Nieprawdopodobieństwo tego zdarzenia było tak wielkie, iż tylko kilkoro ludzi na świecie zajmowało się tym problemem. Tylko dwóm udało się znaleźć rozwiązanie. Aby jeszcze bardziej przyspieszyć przemieszczanie się należało oderwać się od ziemi. W końcu XIX wieku brzmiało to jak herezja. Dzisiaj miliony ludzi korzystają z wynalazku braci Wright, którego stulecie właśnie obchodzimy. A'propos, czy nie jest ironią, że dwaj bracia wydali 1200 dolarów z własnej kieszeni i dzięki swojej inwencji zapisali się na kartach historii, bijąc na głowę rządowy projekt, którego wartość wynosiła ponad 70 tysięcy i przy którym pracowały najtęższe mózgi ówczesnych czasów? Ale czas wrócić do podstawowego problemu jaki stoi przed władzą czyli ochrona obywateli przed zagrożeniem wewnętrznym i zewnętrznym. Tu nie chciałbym się rozwodzić gdyż rozwiązania te są stare jak świat i do dzisiaj nie znalazłem w historii lepszego. Otóż ochrona wewnętrzna to nic innego jak firmy ochroniarskie, które gdy działają dla państwa zwane są policją. Każdy z nas może sobie wybrać organizację - firmę, która chronić będzie jego osoby i jego praw, jeśli firma nie spełnia oczekiwań zrywamy kontrakt i podpisujemy go z inną firmą. Namiastką tego systemu są Stany Zjednoczone, gdzie policja ma prawo jurysdykcji tylko na danym terenie. Jeśli nie podoba nam się ochrona na terenie jakiegoś miasteczka, możemy przenieść się do innego, gdzie ochronę zapewnia inny departament policji. Ochrona zewnętrzna to firmy złożone z najemników chroniących nas przed napadem z zewnątrz jak działo się to przed laty. Ale obie te formy nie są najważniejsze. Kluczem do własnego bezpieczeństwa jest każdy człowiek dla siebie, jego prawo do ochrony swojego życia i mienia. W systemie w którym nie funkcjonuje władza każdy człowiek ma podobne szanse. Nawet najbogatszy nie jest w stanie wygrać z wieloma ludźmi. Zawsze można znaleźć drogę aby unieszkodliwić jednostkę, nawet gdy nie jest to nobliwe. Nawet najszybszego rewolwerowca można zabić strzelając mu w plecy zza rogu. Ten strach jest gwarancją bezpieczeństwa każdego, nawet najsłabszego członka społeczeństwa. Przypomina to pokój który mamy w Europie od pół wieku. Wyrównanie sił pomiędzy wschodem i zachodem doprowadziło do najdłuższego okresu bez wojny w dziejach starego kontynentu. Tego nie da się powiedzieć o systemie władzy, gdyż eliminacja jednostki nic nie znaczy. Myślę, że wizja, którą przedstawia Hayek jest utopijna, jak sam on zaznacza, ale z innego punktu widzenia. Wprowadzenie jej niewiele by zmieniło. Demokracja jest rakiem samym w sobie niezależnie jakim dokumentem jest ograniczona. Czy chcielibyśmy, aby większość głosowała co powinniśmy jeść każdego dnia, albo w co się ubierać? Jeśli odpowiedź brzmi nie, to dlaczego nie chcemy aby rząd wtrącał się w tak mało znaczące sprawy jak następny posiłek albo kilka szmatek na grzbiecie, a bez problemu oddajemy im władzę nad swoim człowieczeństwem i życiowym przesłaniem? Struktura rządów Hayek'a nie jest bardzo odbiegająca od struktury rządu w USA. Kongres, senat, sąd najwyższy, w końcu rząd. Konstytucja amerykańska jest przykładem dokumentu najbliższym ideałowi. Prawa rządu ograniczone są w niej do minimum. Tak może było w 1776 roku. Dzisiaj, dwieście lat później... Janusz Domaszuk (5 stycznia 2004)

Sprawiedliwość a efektywność

 Jeśli chcemy "sprawiedliwie" rozdzielać różnego rodzaju dobra, to musimy pamiętać, że najpierw trzeba je w większości przypadków wytworzyć. Manna ostatni raz sama spadała z nieba, gdy naród wybrany podążał z egipskiej niewoli do Ziemi Świętej. Później już "manny z nieba" więcej nie było. We współczesnej cywilizacji produktywność jest tak wysoka - pisze Hayek - ponieważ zyski tych, którzy osiągnęli jakiś sukces, są przez nich ponownie inwestowane, co przyczynia się w konsekwencji do zwiększenia wartości puli, z której wszyscy czerpią swój udział. Każda próba zrównania dochodów, przesuwając ognisko działalności gospodarczej z produkcji na dystrybucję, ogranicza produktywność i w konsekwencji prowadzi do gry "zerosumowej". Wzrost gospodarczy nie gwarantuje co prawda równych możliwości, gwarantuje jednak większe sumy do podziału na przyszłość, tak że wszyscy mogą mieć uzasadnione nadzieje na poprawę swego bytu materialnego. Tymczasem w stagnacyjnym, nie rozwijającym się społeczeństwie z pokolenia na pokolenie rozdziela się ten sam dochód. Co więcej, w każdym momencie historii dalsza przyszłość ludzkości mogła wydawać się beznadziejnie ponura, a racjonalny rachunek możliwości prowadził do proroctwa zagłady - twierdzi George Gilder. Działo się tak dlatego, że wszelkie plany oparte na obliczalnej teraźniejszości musiały zakładać zmniejszanie się obszaru wyboru i wyczerpywanie zasobów, a co za tym idzie - spadek możliwości. Tymczasem przyszłość gospodarki jest nieprzewidywalna. Nigdy nie wiadomo jakie nowe idee mogą ją zrewolucjonizować, otwierając przed ludzkością możliwości dotąd niewyobrażalne. Pod pustynnymi piaskami Bliskiego Wschodu przez setki lat zalegały bezużyteczne, jak się wydawało, pokłady lepkiej cieczy, dla której twórczy umysł ludzki potrafił znaleźć właściwe przeznaczenie. W przyszłości, z całą pewnością, dokonane zostaną inne wynalazki i odkrycia, które w równie zasadniczy sposób odmienią świat, w którym żyjemy. Musimy tylko pozostawić ludziom odpowiednią sferę wolności działania, podejmowania ryzyka, dokonywania wyborów, nawet na pozór nierozsądnych, w oczekiwaniu nagrody, jaka może ich spotkać. Rywalizacja o nagrody ma w gospodarce podobne znaczenie jak w sporcie, w którym właśnie dzięki niej obserwujemy podnoszenie wyników na coraz wyższy poziom i przekraczanie kolejnych "barier ludzkich możliwości". I choć w większości przypadków są to sukcesy indywidualne, to osiągnięcia mistrzów przyczyniają się do rozwoju całych dyscyplin. Do ciężkiej pracy na treningach skłania sportowców chęć osiągnięcia sukcesu, wstąpienia na podium, zdobycia medalu, sławy, a ostatnio także i pieniędzy. Tym, czym dla nich jest stadion, dla przedsiębiorców jest rynek. Środek do postawionego sobie celu jest taki sam - zdolności i praca. Cel również jest jeden - zwycięstwo w rywalizacji z innymi. Zaś sukces jednostki, zarówno tak, tak i tu przyczynia się do ogólnego rozwoju. Analogia powinna rozciągać się także na system nagród. Należą się one za osiągnięty wynik. Nie zasługi, potrzeby czy nawet wkład pracy mają odgrywać tu rolę, ale wynik. "Każdemu według osiągniętego w rywalizacji rezultatu" - to najlepsze kryterium rozdziału nagród i jedyne sprawiedliwe. Struktury społecznej, tak jak rywalizacji w sporcie, nie da się uporządkować. Nie zawsze zwyciężają faworyci, ci, którzy najwięcej trenowali i osiągali najlepsze rezultaty wcześniej. Losem ludzkości rządzi często przypadek. Krytycy wolnego rynku - pisze Gilder - często wyobrażają sobie, że wykryli skandaliczną cechę systemu, który opiera się na szczęściu (...). Przypadek jest dla wielu ekonomistów czymś złym - dziedzictwem bezcelowości i chaosu (...). Jednak przypadek nie jest elementem anarchii, lecz warunkiem wolności. Nazywamy go przypadkiem, ponieważ leży poza polem widzenia uporządkowanych, racjonalnych procesów. Jest częścią obszaru, który Einstein nazywał >>kołyską prawdziwej sztuki i prawdziwej nauki<< . Loteria jest przecież najważniejszym faktem życia od momentu biologicznego poczęcia pośród milionów plemników. Wszyscy zaczynamy jako zwycięzcy w grze, w której sznsa przegranej sięga liczby astronomicznej. Podczas gdy biologowie, przyrodnicy i fizycy zaczynają przyznawać wolność mikroskopijnym cząsteczkom molekularnym, adepci nauk społecznych nadal skąpią jej istotom ludzkim. Robert Gwiazdowski (27 sierpnia 2007) (Tekst stanowi fragment książki "Sprawiedliwość a efektywność opodatkowania. Pomiędzy progresją a podatkiem liniowym", wydanej w 2001 roku przez CAS, dzięki pomocy Polish-American Foundation for Economic Research and Education Pro Publico Bono i Fundacji Multis Multan. Publikujemy go za zgodą Autora)

Czy demokracja prowadzi do socjalizmu?

Prelekcja wygłoszona na University of Southern California w Los Angeles dnia 28. IX. 2007 roku Odpowiedź na postawione w tytule pytanie wymaga zdefiniowania użytych w nim pojęć, by w epoce chaosu semantycznego, w jakiej żyjemy, nie powiększać pomieszania języków. Przekonałem się o tym, czytając książkę prof. Michaela Novaka "Duch demokratycznego kapitalizmu", która w latach 80-tych została przetłumaczona wydana w Polsce w tak zwanym "drugim obiegu", czyli w wydawnictwie podziemnym. Pamiętam jak moje ogromne zdumienie wzbudził przedstawiony tam pogląd, według którego koniecznym warunkiem rozwoju kapitalizmu jest demokracja.  Taki pogląd nie wytrzymywał konfrontacji z historia Europy, w której taka np. Rosja w drugiej połowie wieku XIX była sceną niezwykle intensywnego i burzliwego rozwoju kapitalizmu w warunkach braku jakiejkolwiek demokracji politycznej. A przecież to, co istnieje, jest tym samym możliwe, w związku z czym teza przedstawiona przez prof. Novaka nie mogła być prawdziwa. Wyjaśniłem tę wątpliwość dopiero w bezpośredniej rozmowie z prof. Novakiem podczas jego pobytu w Warszawie. Zapytałem go o tę kwestię, a z jego odpowiedzi zrozumiałem, ze pod pojęciem: "demokracja" rozumie on zespół instytucji służących wolności, jak np. prawo gwarantujące własność prywatną, niezawisłe sadownictwo, autonomię jednostki wobec państwa itp. Z demokracją polityczną nie musi to jednak mieć nic wspólnego, bo po reformach cesarza Aleksandra II w Rosji prawo gwarantowało własność prywatną nawet chłopom, którzy zostali uwłaszczeni, a pańszczyzna - zniesiona. Rosja otrzymała też niezawisłe sądownictwo, a mimo cenzury prewencyjnej, autonomia jednostki wobec państwa była duża, prawdę mówiąc, pod pewnymi względami znacznie większa, niż w wielu współczesnych państwach demokratycznych. Na przykład w Rosji w tym czasie władze państwowe nie dyktowały osobom cywilnym, jak mają się ubierać. Wyjątkiem było Królestwo Polskie po upadku Powstania Styczniowego w roku 1864. W ramach wprowadzonego wówczas ustawodawstwa stanu wojennego, władze ustanowiły przepisowe kolory ubrań dla cywilów, żeby w ten sposób przeciwdziałać manifestowaniu przez ludność polską żałoby narodowej. Tymczasem we współczesnej Francji, która chlubi się ze swej demokracji, władze zakazują muzułmańskim uczennicom noszenia chust na głowach, a pozostałym - zawieszania na szyi symboli religijnych w postaci krzyży, czy gwiazd Dawida. Uzasadniane to jest bigoterią tak zwanej laickości, ale pomijając to groteskowe uzasadnienie, wypada melancholijnie stwierdzić, że demokracja czasami służy wolności, a czasami nie. Dlatego w żadnym wypadku nie można między wolnością a demokracją stawiać znaku równości, bo każde z tych pojęć oznacza coś zupełnie innego. Demokracja na dwa sposoby Demokrację można rozumieć na dwa sposoby. Po pierwsze - może to być metoda rozstrzygania kwestii spornych w ten sposób, by każdorazowo przyznawać rację większości. Po drugie może to być metoda tworzenia aparatu władzy publicznej w państwach o republikańskim ustroju politycznym. Jeśli chodzi o demokratyczną metodę rozstrzygania sporów, to jest ona oczywiście tak samo dobra, jak każda inna, np. metoda przez losowanie, chociaż wada metody demokratycznej, podobnie zresztą jak metody przez losowanie, widoczna jest już na pierwszy rzut oka. Jest bowiem oczywiste, że większość bardzo często się myli, a nawet - że bywają sytuacje, w których jeden człowiek ma rację przeciwko całemu światu. Zatem demokratyczna metoda rozstrzygania sporów wcale nie informuje nas o tym, po czyjej stronie jest racja, tylko - jakie są mniemania większości. Tymczasem wielu ludzi nie tylko uważa, że większość ma rację, ale nawet wydaje im się, że im większa Liczba, tym słuszniejsza Racja, co jest poglądem nie tylko niemądrym, ale i niebezpiecznym, zwłaszcza gdy przekształca się w tak zwaną demokrację totalną, która polega na przenoszeniu metody demokratycznej na dziedziny nie związane z polityką, np. na teren nauki. Demokracja totalna polega bowiem na ustalaniu faktów przez głosowanie, jak to miało np. miejsce w Światowej Organizacji Zdrowia, która przez głosowanie uznała, że homoseksualizm nie jest chorobą. Takie ustalenie nie poszerza wcale naszej wiedzy o zjawisku, przeciwnie - sprzyja tworzeniu fałszywej świadomości, o czym łatwo się przekonać, wyobrażając sobie powtórne głosowanie w Światowej Organizacji Zdrowia, w tej samej sprawie, ale w innym składzie osobowym. Demokracja totalna pozostaje więc w oczywistej i nieusuwalnej sprzeczności z tkwiącym u podstaw cywilizacji łacińskiej greckim stosunkiem do prawdy. Polega on, jak wiadomo, na przeświadczeniu, że prawda istnieje obiektywnie, to znaczy niezależnie od tego, co ludzie na jej temat mniemają, że wobec tego nie zależy od opinii większości, że nie leży również "pośrodku", tylko tam, gdzie leży i że poznanie prawdy jest możliwe dla umysłu ludzkiego, a nawet - że jest swego rodzaju powinnością człowieka rozumnego. W tej sytuacji jasne jest, ze demokracja totalna prowadzi do zjawiska sprzecznego z cywilizacją łacińską, to znaczy - do szamaństwa, polegającego, jak wiadomo, na usiłowaniu "zaklinania" rzeczywistości. Jest ona, krótko mówiąc, objawem regresu cywilizacyjnego. Widzimy zatem, że demokratyczna metoda jest dość zawodna i że znacznie większą, bo aż 50-procentową pewność, daje metoda losowania. Jeśli chodzi o demokrację, jako sposób tworzenia aparatu władzy publicznej w państwach o ustroju republikańskim, to oczywiście ma ona swoje zalety, ale i swoje wady. Ustrój republikański, jak wiadomo, polega na przyjęciu, że suwerenem jest "naród". W takiej sytuacji ogromnego znaczenia nabiera określenie właściwego sposobu wyrażania przez suwerena jego woli. Jednym z takich sposobów jest właśnie powszechne głosowanie, które służy również do wyłonienia zbiorowego reprezentanta suwerena w postaci parlamentu. Co prawda nie ma też żadnych formalnych przeszkód, by suweren, to znaczy naród, powierzył reprezentowanie siebie jednostce, np. Dyktatorowi chociaż w tym przypadku pojawia się duże ryzyko, że Dyktator nie zechce przyjąć do wiadomości cofnięcia takiego pełnomocnictwa. Ponieważ uznanie narodu za suwerena pociąga za sobą również przyjęcie, że wszyscy ludzie tworzący naród mają identyczny udział w suwerenności, w obecnych demokracjach zwyciężyła zasada równości, to znaczy - uznania, że głos każdego człowieka powinien mieć jednakową siłę. Nie jest to bynajmniej zasada powszechnie aprobowana. Na przykład w Cesarstwie Austro-Węgierskim funkcjonował tak zwany system kurialny, który polegał na tym, iż "naród", czyli wyborcy, podzieleni zostali według kryterium statusu majątkowego, a częściowo i społecznego na pięć grup zwanych kuriami. Każda z nich mogła wybierać posłów do parlamentu, ale np. w kurii wielkiej własności do wyboru posła wystarczało kilkaset głosów, podczas gdy w kurii powszechnego głosowania, do której wchodzili wyborcy nie zaliczeni do żadnej z poprzednich kurii - już kilkadziesiąt tysięcy głosów. Wprawdzie powszechność głosowania została zachowana, ale równość - już nie, bo siła głosu wyborców poszczególnych kurii nie była jednakowa. Wspominam o tym, bo próby łączenia powszechności z równością budzą niepokój wielu myślicieli, zmartwionych systematycznym pogarszaniem się jakości prawa. Na przykład Fryderyk August von Hayek, laureat nagrody Nobla z ekonomii i założyciel Stowarzyszenia Mont Pelerin, kierowany tym niepokojem zaproponował reformę parlamentaryzmu, którą nazwał "demonarchią". Parlamenty powinny być dwuizbowe; pierwsza izba, zwana "izbą rządową" miałaby być wybierana wg dotychczasowych zasad i kompetencje izb niższych, za wyjątkiem jednej - stanowienia prawa. Ta kompetencja, zdaniem Hayeka, powinna być jej odjęta i przekazana Izbie Praw. Bierne i czynne prawo wyborcze do tej izby przysługiwałoby wyborcom, którzy ukończyli 45 lat. Kadencja posła wynosiłaby 15 lat; co 5 lat wymieniałaby się jedna trzecia składu izby, zaś zasiadać w niej, podobnie zresztą jak i głosować w wyborach do niej można by tylko raz w życiu. Innym sposobem minimalizowania ryzyka związanego z połączeniem powszechności i równości głosowania, jest dyskretne zastępowanie demokratycznej metody tworzenia aparatu władzy w ustroju republikańskim przez metodę kooptacji - oczywiście pod osłoną hałaśliwej i podniosłej retoryki demokratycznej. Współczesnym państwem europejskim, które w najszerszym zakresie i oficjalnie stosuje tę metodę, jest Stolica Apostolska. Ma ona wprawdzie ustrój monarchiczny, bo suwerenem jest papież, ale rekrutacja aparatu władzy w postaci duchowieństwa odbywa się w zasadzie metodą kooptacji. Papież osobiście mianuje każdego biskupa, a także kardynałów, którzy tworzą kolegium wybierające jego następcę. Każdy biskup natomiast na podstawie własnej decyzji wyświęca księży. Podobna sytuacja jest w Unii Europejskiej. Jedyny organ, który pochodzi z powszechnego głosowania, to Parlament Europejski, w zasadzie pozbawiony kompetencji stanowiących. Zajmuje się on co prawda szalenie ważnymi sprawami, jak np. ustalanie procentu tłuszczu w jogurcie, ale pozostałe organy Unii, które naprawdę mają władzę, rekrutowane są wyłącznie metodą kooptacji. Wreszcie socjalizm można zdefiniować, jako pogląd, według którego podział dochodu narodowego powinien być dokonywany pod przymusem za pośrednictwem państwa. Przeciwnicy socjalizmu bowiem uważają, że podział dochodu, to znaczy - uczestnictwo w nim, powinno odbywać się na zasadzie dobrowolności i poprzez rynek. Zasada uczestnictwa "Trudniej jest nie dać rządzić sobą, niż rządzić innymi - twierdzi Franciszek ks. de La Rochefoucauld w swoich "Maksymach". Z tego punktu widzenia demokracja idzie na łatwiznę, bo naczelną jej zasadą, a zarazem główną przynętą, jest zasada uczestnictwa we władzy. W demokracji każdy, czy to poprzez powszechne głosowanie, czy też wykonywanie biernego prawa wyborczego, czy wreszcie - przez uczestnictwo w referendach, ma swój udział w sprawowaniu władzy. Problem wszelako polega na tym, że ta władza ma za przedmiot innych ludzi. Krótko mówiąc - uczestnicząc w ramach demokracji w sprawowaniu władzy, każdy człowiek rządzi innymi ludźmi - ale z drugiej strony ci inni ludzie w tym samym stopniu i zakresie rządzą nim. Zatem - wszyscy rządzą wszystkimi, a w tej sytuacji coraz trudniej zachować autonomię jednostki wobec władzy publicznej, która z kolei, właśnie żeby wyjść naprzeciw potrzebie współuczestnictwa i sprostać oczekiwaniom ludzi przynajmniej na okruch władzy nad innymi, musi nieustannie rozszerzać swoje imperium, anektując tym samym coraz to nowe obszary ludzkiej wolności. A ponieważ pierwszym krokiem na drodze zapanowania nad drugim człowiekiem, to znaczy - nad zdobyciem nad nim władzy, jest przechwycenie kontroli nad bogactwem, jakie człowiek ten wytwarza, coraz więcej bogactwa wytwarzanego przez ludzi musi trafiać pod kontrolę władzy publicznej. Jeśli zaś coraz bardziej ludzie tracą kontrolę nad wytwarzanym przez siebie bogactwem na rzecz władzy publicznej, to znaczy, że w coraz większym stopniu to ona decyduje o podziale dochodu narodowego, a ponieważ dla władzy publicznej charakterystyczny jest język nakazów i zakazów, czyli przymusu - podział dochodu w coraz większym stopniu odbywa się pod przymusem. Widzimy więc, że demokracja, z uwagi na przyświecającą jej podstawową zasadę współuczestnictwa we władzy, nieuchronnie prowadzi do socjalizmu. Marsz ten odbywa się tym szybciej, że znaczna część, a może nawet większość ludzi nie rozumie mechanizmu finansów publicznych, a przede wszystkim nie zdaje sobie sprawy, albo nie chce przyjąć do wiadomości, że nie ma darmowych obiadów. Ludzie ci chętnie ulegają perswazjom polityków, obiecujących im różne świadczenia "na koszt państwa". Są to jednak świadczenia na koszt podatników, do których należy również wyborca będący obiektem politycznej perswazji. Zatem również on ponosi koszty dobrodziejstw, którymi obsypywany jest przez polityków. Zabierają oni mu znacznie więcej niż potem oddają, ponieważ część tych pieniędzy przechwytują na własne potrzeby. Jak słusznie zauważył Murray Rothbard, żeby jakiś człowiek uzyskał dochód, musi porozumieć się z drugim człowiekiem i albo coś mu sprzedać, albo wyświadczyć mu jakąś przysługę. Jedynym wyjątkiem są funkcjonariusze publiczni, czyli ludzie władzy, którzy swoje dochody zwyczajnie wymuszają. Wbrew pozorom bowiem, wcale nie mamy do czynienia z umową społeczną, jak naiwnie mniemał Jan Jakub Rousseau. Tenże Rothbard słusznie drwił z wyznawców tej teorii, proponując eksperyment, by zlikwidować przymus płacenia podatków. I zaraz się przekonamy, czy jest jakaś społeczna umowa, czy nie. Jak dotąd żaden z najbardziej płomiennych szermierzy demokracji nie dał się na ten eksperyment namówić, co skłania do podejrzeń, że w głębi duszy nie wierzą w głoszone przez siebie prawdy. W Polsce na przykład, podobnie zresztą jak w innych krajach Unii Europejskiej, suweren, czyli naród, może wypowiedzieć się na każdy temat bezpośrednio, poprzez referendum. Na każdy - za wyjątkiem podatków. Tego suwerenowi zrobić nie wolno i ten fakt więcej wyjaśnia, niż mówi. Stanisław Michalkiewicz (12 października 2007) foto: Piotr Malinowski (Przedruk dozwolony wyłącznie za podaniem źródła) Wersja artykułu w jęz. angielskim dostępna jest na portalu www.pafere.org Does Democracy Lead to Socialism?