Tag Archives: gospodarka

Rocznicowa propaganda z braku sukcesów

Państwo wybaczą, ale na wstępie będę się chwalić. Otóż dzięki wszelkiej maści sondażowniom wiem, że jestem nieprzeciętny / niereprezentatywny dla ogółu społeczeństwa, co poczytuję sobie za komplement. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że nigdy nie zgłoszono się do mnie w ramach badania opinii publicznej? Tedy, mając powyższe na uwadze, sceptycznie podchodzę do wyników tego typu badań, szczególnie w zakresie preferencji politycznych, gospodarczych itp.

Przyszłość gospodarcza Ukrainy – same wątpliwości

Premier Rosji, Dmitrij Miedwiediew zaproponował niedawno, by na półwyspie krymskim utworzyć specjalną strefę ekonomiczną. Już teraz wiadomo, że wszystkie firmy działające na Krymie, które przeszły pod jurysdykcję Rosji, zwolnione byłyby do końca 2014 roku z płacenia podatku dochodowego.

Rosyjski gambit w potrzasku

Stanowcze zaangażowanie się Federacji Rosyjskiej w sprawy Ukrainy wzbudziło zachwyt i przesadny entuzjazm sporej części polskich konserwatystów, którzy upatrują w postaci Władimira Putina jakiegoś dziejowego mesjasza, powstrzymującego rewolucję i rozlewającą się zarazę neoliberalizmu.

Czarna Śmierć i podatki – ich związek jest ściślejszy, niż może się zdawać

Kiedy Mongołowie oblegli czarnomorski port Kaffa, zaczęli ginąć od niewidzialnych strzał zarazy, która Jedwabnym Szlakiem podążała za nimi z suchych równin Azji Centralnej. Oblegani Genueńczycy bezpiecznie siedzieli w mieście, a ciała zmarłych najeźdźców piętrzyły się za murami. Wojownicy Złotej Ordy zrobili wtedy coś bez precedensu zarówno w historii wojen, jak i w historii epidemii.

Nie daje, kto nie ma

Jak wiadomo rząd codziennie traci miliardy złotych tylko dlatego, że podatki są takie, jakie są, a nie wyższe. I choć politycy udają, że nie słyszeli o krzywej Laffera, to jakimś szóstym zmysłem wyczuwają, że dalsze podnoszenie podatków może się negatywnie przełożyć na słupki sondażowe a nawet wyniki przy urnach. Chcąc nie chcąc stosują więc różne sztuczki prawne i semantyczne, byle tylko korytko było pełne.

Papież Franciszek i ekonomiści

Ostatnie stwierdzenia Papieża Franciszka, zawarte w jego Adhortacji Apostolskiej Evangelii Gaudium, odczytane zostały jako wezwanie do wyboru systemu gospodarczego „trzeciej drogi”, nadzorowanego przez ekspertów i ludzi dobrej woli: „Rozwój sprawiedliwości wymaga czegoś więcej niż wzrostu gospodarczego, chociaż go zakłada; wymaga decyzji, programów, mechanizmów i procesów specyficznie ukierunkowanych na lepszą dystrybucję dochodów, stwarzanie źródeł zatrudnienia, i integralną promocję ubogich, która  wykracza poza zwykłą dobroczynność”.
Franciszek nie nawołuje do uspołecznienia systemu gospodarczego i nie podaje żadnego kraju totalitarnego za przykład. Podkreśla, że Adhortacja „nie jest to dokument społeczny” i zaleca zapoznanie się z Kompendium nauki społecznej Kościoła jako podstawowym przewodnikiem do studiów i refleksji. Niemniej, jako że Papież, w Swej Adhortacji,  nie zawarł odniesień do punktu 42 Encykliki Centessimus Annus, Jana Pawła II, który sankcjonuje system wolnej przedsiębiorczości oparty na prawie szanującym godność ludzką, a także ze względu na fakt, że język Franciszka wydaje się być niekiedy wrogi wobec wolnego rynku, wielu ekonomistów chrześcijańskich i mędrców politycznych podniosło alarm. Pojawiły się pytania, czy negatywnego wpływu na Papieża nie wywarła argentyńska kultura peronizmu, którego jednym z filarów jest system gospodarczy pośredni między socjalizmem a kapitalizmem. Juan Domingo Peron był jednym z  wczesnych głosicieli  takiej „trzeciej drogi” (....). Alejandro Chafuen Cały artykuł czytaj na stronie Fundacji PAFERE... Foto.: pafere.org

Mania równości

Najczęściej spotykane w polityce manie to: mania wielkości („to ja panu pozwalam pracować”) oraz mania prześladowcza („za zadymy na warszawskim Marszu Niepodległości 2013 r. odpowiada Jarosław Kaczyński”). Dzięki przyłączeniu Polski do UE dotarła do nas jeszcze jedna mania – mania równości.
Objawia się ona również w sferze gospodarczej poprzez realizację oficjalnych celów UE, czyli „ujednolicenia struktury gospodarczej krajów członkowskich, wyrównania gospodarczego regionów”. Paradoksalnie tak się jakoś składa, że naturalnym warunkiem równowagi gospodarczej jest właśnie nierównowaga. W rezultacie mamy regiony przemysłowe, rolnicze, z dominującą gospodarką leśną itd. Wszystko zależy od dwu elementów – możliwości i opłacalności. Mówiąc wprost – założenie punktu skupu tranu w centrum Doliny Śmierci jest jak najbardziej możliwe, ale nikt tego nie robi ze względu na nieopłacalność przedsięwzięcia. No, ale tu wkrada się jednak powszechna wśród biurokratów mania wielkości – oni zawsze wiedzą lepiej. I równają na potęgę, bez oglądania się na skutki, nucąc pod nosem parafrazę piosenki Wojciecha Młynarskiego „przyjdzie urząd i wyr..., przyjdzie urząd i wyrówna!”. Ot, choćby ostatnio wzięli się za palący problem chaosu w segmencie spłukiwania kibla. Wróćmy jednak do gospodarki, a właściwie – rolnictwa. Tu w pełni objawia się szkodliwy charakter ulegania manii równości. Z jednej strony – dopłaty, czyli tzw. fundusze strukturalne. Redystrybucja i interwencjonizm w czystej postaci, by żyło się lepiej i wszędzie było tak samo. No to logicznie – po co rolnikowi dopłaty? Ano po to, żeby się rozwijać, produkować więcej i lepiej. I tu wkracza druga widzialna ręka biurokracji – kwoty produkcyjne, wprowadzone jako remedium na groźbę nadprodukcji będącej wynikiem  „stosowanych przez UE w produkcji rolnej subwencji, dopłat oraz ulg”. Następstwem tej kwadratury koła jest m.in. kara 4 mln 112 tys. euro nałożona na polskich podatników, którzy nie nauczyli krów czytać i przestrzegać światłych zaleceń UE. Nota bene jest to jednakowoż jaskrawe zaprzeczenie teorii, że UE to takie ZSRS – bis: w sowietach za przekroczenie norm dawali nagrody, UE nakłada kary. Swoją drogą warto się zastanowić, że kryzys nadprodukcji, czyli przewaga podaży nad popytem, najwyraźniej nie dotyczy biurokratów, którzy co i rusz regulują, wydają dyrektywy, wprowadzają normy, przepisy, podejmują uchwały itd. A przydałoby się. Podobnie jak trzeźwe rozważenie, czy faktycznie te unijne dotacje przyczyniają się do rozwoju, czy też raczej do zwoju gospodarki. Dostępne dotychczas opracowania dotyczące skutków wykorzystania unijnych dotacji, takie jak tzw. Raport Hausnera, czy opinia Konfederacji Lewiatan – jedyne jak dotąd obliczenia – wskazują jednoznacznie, że owe fundusze unijne, których politycy pragną jak kania dżdżownic rujnują Polskę i polskie społeczeństwo. No, ale na manię równości nikt jeszcze nie wynalazł skutecznego lekarstwa. I nikt nad takowym nie pracuje. Michał Nawrocki Fot.: MN

Irracjonalizacja czyli gospodarka według PiS

Główną troską polityków są finanse publiczne co nie dziwi zważywszy, że sami się z nich utrzymują. A jak w kasie zabraknie, to może się okazać, że „przedstawiciele społeczeństwa” zamienią nam swoje diety poselskie na diety bezmięsne.
Problem w tym, że walcząc o naprawę finansów publicznych (a kto je popsuł?) zapominają, że owe finanse są pochodną zamożności społeczeństwa, nie odwrotnie. Choć rzecz jasna są tacy, którzy zbyt długo oderwani od rzeczywistości uważają, że to akurat urzędnicy tworzą miejsca pracy i pozwalają ludziom pracować. Jak rząd Tuska walczy o naprawę finansów publicznych – wiadomo. Kolejne pomysły to: zwiększenie uprawnień skarbówki, lustracja kont bankowych, ułatwienia fiskusowi zajmowania majątku podatników, osłabienia interpretacji podatkowych i rzecz jasna wpisanie w ordynacji podatkowej klauzuli obejścia prawa. Uzasadnienie dla tej ostatniej jest co najmniej kuriozalne: „ma uniemożliwić obniżenie sobie podatku lub jego uniknięcie legalnymi sposobami”. To po cholerę ustanawiać takie prawo, z którego korzystanie jest przestępstwem zagrożonym karami? A co proponuje w takim razie największa partia opozycyjna, czyli PiS? Pełnego programu nie ma, ale z kolejnych wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego wynika, że nie ma co liczyć na uwolnienie polskiej gospodarki. Zresztą sam Kaczyński mówi wprost, że „mechanizm wierzący w niewidzialną rękę rynku i skrajny indywidualizm jest zabójczy dla Polski”, choć jeszcze kilka dni wcześniej deklarował mówiąc o lustracji biznesu „Porządne państwo i dobrze działający rynek — gdzie nie trzeba łapówek i znajomości — same to uregulują”. Rzecz jasna państwo będzie czuwać nad „procesem racjonalizacji przedsiębiorstw działających na rynku”. Oto garść racjonalizatorskich pomysłów PiS: 39 procentowy PIT dla najlepiej zarabiających z ulgami inwestycyjnymi, podatek obrotowy od transakcji finansowych, hipermarketów, dużych sieci handlowych i telekomunikacyjnych, uszczelnienie systemu VAT, ulgi na dzieci i mieszkaniowe, karne podatki dla przedsiębiorców za mało płacących i wreszcie – przywrócenie prawa pracy. Problem w tym, że ta paskudna „niewidzialna ręka rynku” działa zawsze, niezależnie od systemu. Drobny przykład – gdy w PRL wprowadzono kartki na wódkę rozkwitły tzw. „meliny”. Nie inaczej będzie, gdy PiS zacznie realizować swój program gospodarczy, którego głównym skutkiem może być masowy exodus przedsiębiorców z Polski. Wszak nikt, ani lud pracujący miast i wsi tak przez wszystkich kochany, ani znienawidzeni przez wszystkich przedsiębiorcy nie pracują by płacić podatki, tylko żeby mieć z czego żyć na początek. Zamiast więc przywracać trzeci próg podatkowy onegdaj zlikwidowany przez rządy PiS (warto tutaj przypomnieć, że RPO z nadania PiS - Janusz Kochanowski – zaskarżył podatek progresywny do Trybunału Konstytucyjnego) i wprowadzać różne ulgi lepiej zwyczajnie wprowadzić podatek liniowy likwidując tym samym główną przyczynę unikania opodatkowania. Zamiast wprowadzać podatek obrotowy dla niektórych podmiotów – wprowadzić jeden dla wszystkich – podobnie nie będzie przesłanek do kombinowania jak to obejść. Wreszcie przestać się wygłupiać z karnymi podatkami za zbyt niskie płace, bo podatki po pierwsze nigdy nie są nagrodą, a po drugie przedsiębiorcy sami wiedzą lepiej od urzędników (bo kto to będzie ustalać czy płaca jest za niska?) ile mogą zapłacić pracownikowi i jeśli zatrudniają ludzi na umowach cywilno – prawnych, to w dużej mierze właśnie przez koszty pracy, w tym płacę minimalną. Tylko pozostawienie pieniędzy w rękach obywateli zwiększy konsumpcję, popyt a tym samym również podaż i przełoży się na racjonalny rozwój gospodarki, o który tak się martwi Jarosław Kaczyński. Jako podsumowanie tekstu przypomnę pewne zdarzenie – debata Donalda Tuska i Aleksandra Kwaśniewskiego. Tusk zapytał interlokutora „Czy wie pan, jak zakłada się w Polsce firmę? Tak krok po kroku” Kwaśniewski uczciwie odpowiedział „Nie jestem przedsiębiorcą. Ale mogę Panu powiedzieć jak się zakłada partię. Mogę też Panu powiedzieć jak się wygrywa wybory prezydenckie, krok po kroku”. Dlatego niech każdy się zajmie swoim – politycy polityką, pracownicy pracą a przedsiębiorcy – biznesem. Wszyscy na tym skorzystają. Michał Nawrocki

Kopernik i OFE

Kolejny rajd Tuska na OFE komentowany jest jednoznacznie – czas na pogrzeb. OFE już w trumnie, lecz wciąż nad nią lamentują obrońcy żądając reanimacji i przytaczając różną argumentację. Trudno się nie oprzeć wrażeniu, że robią wszystko, by rozbawić zgromadzoną publiczność.
Ot, na przykład twierdzą, że „Przeniesienie środków z OFE do ZUS (…) to przewłaszczenie środków będących WŁASNOŚCIĄ OFE…” (Izba Gospodarcza Towarzystw Emerytalnych). No bomba, a – pytając za Robertem Gwiazdowskim – czyją własnością są środki odebrane pod przymusem podatnikom na rzecz OFE? Skoro przeniesienie do ZUS to nacjonalizacja, to jak nazwać taki proceder? Wyłudzeniem, wymuszeniem, przywłaszczeniem czy jeszcze inaczej? Szczyty kpin pobiła jednak ostatnio agencja Reutersa publikując następujący komentarz: „Przez lata Polska była marzeniem liberalnego ekonomisty: rząd podejmował decyzje w oparciu o logikę rynkową, a nie ambicje polityczne, które często wtrącały się w inne sytuacje. Decyzja o reformie Otwartych Funduszy Emerytalnych położyła jednak temu kres” (oryginał). W dodatku porównała Tuska do... Victora Orbana! Kopernik też była kobietą! Michał Nawrocki Fot.: internet

Zastosować właściwy wzór

Premier Tusk na Forum Ekonomicznym w Krynicy ogłosił początek końca kryzysu, który Polska odparła niczym bolszewików w 1920 r. Ogłosił to, gdy na „zielonej wyspie” trzeba nowelizować budżet, bo manko w kasie wynosi jakieś 30 mld zł, a żeby go skutecznie znowelizować – trzeba zawiesić konstytucyjny próg ostrożnościowy.
Jednakże co tam okoliczności coraz bardziej otaczającej nas rzeczywistości – grunt, to optymizm. Wprawdzie parafrazując znane powiedzenie optymista, to też pesymista, tylko niedoinformowany, ale tu w sukurs premierowi Tuskowi przychodzi poważna instytucja – GUS, który podał, że polska gospodarka przyspiesza. I to pomimo tego, że spadły dwa tak istotne (według obowiązujących jedynie słusznych doktryn ekonomicznych) dla PKB wskaźniki: konsumpcja i inwestycje. W tym drugim przypadku – inwestycji – coś jednak może być na rzeczy. W końcu zgodnie z twierdzeniem Miltona Friedmana to mniej pieniędzy wyrzuconych w błoto. No a skoro mówimy o spadku konsumpcji, to może warto zwrócić uwagę na wzrost liczby złożonych wniosków o upadłość. Firmy nie mają pieniędzy na zapłacenie należności, niekiedy wręcz bankrutują, więc i ci, którym są winni też wcześniej czy później poniosą straty. Tak jak podatki, tak i straty są przerzucalne, gdyż gospodarka to naczynia połączone. A upadające przedsiębiorstwa, to wzrost bezrobocia i spadek wpływów podatkowych. To spadek inwestycji i konsumpcji, czyli dalsze upadające przedsiębiorstwa, wzrost bezrobocia i spadek wpływów podatkowych. I tak dalej, aż do skutku. W Krynicy premier Tusk wysyłał pesymistów na drzewo. Rok temu, gdy pesymiści twierdzili, że ustawa budżetowa jest nierealna – również. Dlatego, zarażony optymizmem premiera w swym pesymizmie sugeruję, aby odtąd przyspieszenie polskiej gospodarki obliczać według wzoru na swobodne spadanie. Powinien być właściwy. Michał Nawrocki Fot.: internet  

Związki zawodowe – ofiary własnych metod

A miało być tak pięknie... Długi rosną, gospodarka się wali, na socjał brak kasy, więc związki zawodowe umyśliły sobie ponownie wystąpić w roli męża opatrznościowego. I poszły na wojnę z rządem domagając się jego dymisji. Ba, na wrzesień zapowiedziały zablokowanie Warszawy, chociaż nie bardzo wiadomo, co im to miasto i jego mieszkańcy złego zrobili?
Nadto, logicznie rzecz biorąc, Tusk jest z Pomorza, a HGW zablokowała poruszanie się po stolicy lepiej, niż wszystkie związki zawodowe razem do kupy. Zatem – gdzie tu sens, gdzie logika? No i się szanowni związkowcy przeliczyli. Premierowi Tuskowi najwyraźniej donieśli w porę, że w policji i straży miejskiej też są związki zawodowe, więc nie poszedł za radą Lecha Wałęsy, by związkowców tradycyjnie pałować. Premier wykorzystał przeciwko związkom dokładnie ten sam mechanizm, który stosują one od lat: władzę ustawodawczą. W efekcie pojawił się projekt nowelizacji ustawy o związkach zawodowych, likwidujący różnorakie przywileje związkowców, takie jak: prawo do płatnego zwolnienia z obowiązku świadczenia pracy na czas pełnienia funkcji związkowych, pozbawienie związków prawa do korzystania z pomieszczeń i urządzeń technicznych na terenie zakładu oraz zwolnienie pracodawców z obowiązku przekazywania składek związkowych na konta organizacji. Projektu zmian rząd nie raczył skonsultować ze związkami. Na takie dictum związkowcy zareagowali nerwowo. Piotr Duda stwierdził, że spowoduje to gwałtowne zahamowanie rozwoju ruchu związkowego i grozi jego likwidacją. Problem w tym, czego najwyraźniej nie rozumie Piotr Duda, że tak właśnie działa państwo – kto ustanowił, ten może zmienić, a nawet znieść. Skoro związki zawodowe wymuszały na rządzie porozumienia dotyczące sposobu zatrudniania, płacy minimalnej czy przywilejów związkowych (np. tych, które rząd chce zlikwidować) itp. dzieląc cudze, czyli ponad głowami pracodawców, to nie powinny się teraz dziwić, że rząd chce im to odebrać. I nie robi tego w imię interesu przedsiębiorców, tylko dla własnej korzyści. Tak po prostu działa „demokratyczne państwo prawa realizujące zasady sprawiedliwości społecznej”, gdzie urzędnicy decydują o wszystkim - wedle własnego uznania i aktualnych potrzeb konstruując takie czy inne rozwiązania prawne. Jedynym sposobem, by spełnić marzenie przewodniczącego Dudy o „związkach zawodowych niezależnych od pracodawców i partii politycznych” jest wprowadzenie zasady, że państwo nie miesza się w sprawy prywatne obywateli; nie miesza się do tego co, za ile i na podstawie jakich umów robią, również na wniosek związków zawodowych. Inaczej przedsiębiorcy, pracownicy i związki zawodowe zawsze będą w pełni zależni od partii politycznych. Z widocznym skutkiem. Michał Nawrocki Fot.: internet  

Czy Polska znajduje się dziś na drodze do gospodarczego zniewolenia? – degradacja pojęć

Wyjściem do rozważań na temat drogi Polski do gospodarczego zniewolenia jest analiza pojęć, które leżą u podstaw tego zagadnienia. Chodzi przede wszystkim o definicję gospodarczego zniewolenia i jego antonimu, czyli wolności gospodarczej.
Wnikliwa analiza tych terminów z pewnością doprowadzi wiele osób do zaskakujących dla nich wniosków. Okaże się bowiem, że to co dziś potencjalnie nazywane jest wolnością gospodarczą wcale nią nie jest. Jednak poznanie tego zagadnienia wymaga analizy trzech słów: wolności, zniewolenia i gospodarki. Zaczniemy od gospodarki. Jak współcześnie definiowana jest gospodarka? Jak definiowany jest rezultat gospodarczy? Jak definiowane jest we współczesnym ujęciu bogactwo? W odpowiedziach na te pytania znajdziemy pewne niedorzeczności. Po pierwsze w wielu definicjach gospodarki pomijana jest kwestia konsumenta. Zapomina się, że to co dzieje się w gospodarce jest w uproszczeniu wypadkową zachowań konsumentów i zgłaszanego przez nich zapotrzebowania. Zatem to nie produkcja jest tutaj najważniejsza. Można produkować i jednocześnie nie znajdować na wyprodukowane dobro nabywcy. Jaki sens miałoby dziś produkowanie w Polsce butów pasujących na obie nogi? Dawniej takowe produkowano. Dlaczego dziś praktycznie się ich nie produkuje? Bo zmieniły się preferencje konsumentów, którzy zgłaszali popyt na nowocześniejszy model butów. Zatem to nie producent jest najważniejszym uczestnikiem procesów gospodarczych, a konsument. Innym zdegenerowanym współcześnie pojęciem odnoszącym się do gospodarki jest bogactwo narodu. Dziś bogactwo odnosi się do ujęcia pieniężnego. Jest to podejście niewłaściwe, z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze oparte jest ono o wiarę w fikcję – wiarę w to, że współczesny pieniądz ma jakąkolwiek wartość. Pieniądz nie ma pokrycia praktycznie w żadnym towarze jak to było dawniej. Z tego nieporozumienia wynika druga sprzeczność w postrzeganiu bogactwa. Przez to, że pieniądz oparty jest na fikcyjnej wartości zaczęto mylić funkcję środka wymiany z realnym bogactwem. Pieniądz jest tylko ogniwem, które wymianę ułatwia. Otrzymanie zapłaty za wykonaną usługę lub wyprodukowane dobro nie kończy procesu wymiany. Aby proces ten dobiegł końca potrzebna jest jeszcze wymiana na dobro lub usługę, którą za otrzymane pieniądze można nabyć. Zatem celem jest wymiana dobra lub usługi na inne dobro lub usługę. Pieniądz w tym tylko pośredniczy. Pieniądz nie jest bogactwem. Bogactwem jest to, co uzyskano w zamian. Aby rozwiać wszystkie wątpliwości proponuję zadać sobie pytania: czy na pustyni za bogactwo będę uważał bukłak wody, czy oparte na fikcyjnej wartości kwity pieniężne? Czy najem się chlebem za 3 złote, czy też dziś na talerzu wylądują monety? Pozostają jeszcze wolność i zniewolenie. Terminy te należy analizować równolegle z tego powodu, że dziś w wielu przypadkach wolność traktowana jest jak zniewolenie i odwrotnie zniewolenie uważane jest za wolność. Jak to możliwe? Idąc za tokiem rozważań Friedricha von Hayeka łatwo można dojść do pewnych konkluzji. Po pierwsze ludzie zapomnieli lub została u nich zatarta wiedza na temat tego, że to wolność jest stymulantem rozwoju i bogactwa, a nie rozrastający się rząd, który w dłuższym okresie będzie dążył za wszelką cenę do kontroli każdej ludzkiej aktywności – w tym gospodarczej. Po drugie ludzie rodzą się w pewnym momencie i zastany stan uznają za coś stałego, coś co było od zawsze. Daje to miejsce do niebezpiecznej degeneracji pojęć. Jeżeli pojawia się nagle instytucja, która mówi, że coś komuś da za darmo (np. zasiłek, mieszkanie itd.) to naturalnie człowiek ten będzie chciał z tego korzystać. Jeżeli w tym momencie powie mu się, że to zasługa wolności to nie ma co się dziwić, że młodzi ludzie chcą mieć wolność „do” (np. do posiadania mieszkania). Użycie w tym znaczeniu słowa wolność jest niebezpieczne bo ma charakter roszczeniowy. Ktoś kto pragnie wolności „do” tak naprawdę chce zniewolenia tego, kto ma przyczynić się do spełnienia jego postulatów. Podobnie jest w drugą stronę. To co nazywa się zniewoleniem ma często jak najbardziej znamiona wolności. Weźmy bardziej kontrowersyjny przykład – szumne hasło krwiożerczego kapitalizmu i wyzysku pracowników. Uznając fakt nazywania dziś jakiegoś systemu kapitalistycznym za dobry żart zwróćmy uwagę, że powszechnie wyzysk uważany jest za zniewalanie pracownika. Tymczasem nikt nie zadaje sobie pytania: dlaczego ten pracownik nie odejdzie z tej pracy? Przecież nikt go do niej nie zmusza. Zatem słuszne jest wnioskowanie, że to jego wolny wybór powoduje, że podejmuje on pracę w tym, a nie innym miejscu, że wykonuje pracę najemną, a nie próbuje swoich sił jako przedsiębiorca itd. Zatem w tym wypadku zniewolenie jest w rzeczywistości wolnością, a nie odwrotnie jak współcześnie zostałoby to zinterpretowane. Ktoś może powiedzieć: to tylko teoretyczne gdybanie, a jak ma się to do gospodarczego zniewolenia Polski? Przykładów potwierdzających słuszność powyższych rozważań jest bardzo dużo. Jednak w niniejszym artykule zostaną przywołane tylko wybrane z nich. Nie chodzi bowiem o wskazywanie wszystkich niedoskonałości, a jedynie o pokazanie jak degradacja i odwrócenie pojęć wpływają na obecną sytuację Polski. Przykładem doskonale ilustrującym degradację pojęć są wszelkiej maści świadczenia o charakterze socjalnym. Państwo dokonuje następującej operacji: daje pod pozorem wolności i równości obywatelowi X, jednocześnie pod przymusem zabierając obywatelowi Y. Działanie to zniewala tego drugiego, ponieważ ogranicza jego swobodę dysponowania swoim mieniem, swoimi pieniędzmi. W tym przykładzie pojawia się jeszcze kwestia podatków. Im podatki wyższe, tym wyższy stopień zniewolenia. Na potwierdzenie tej tezy wystarczy odpowiedzieć sobie na pytanie: czy wolnością jest odbieranie komuś pod przymusem jego dochodów i rozporządzanie nimi za niego? Mechanizm ten charakteryzuje raczej ustroje niewolnicze, a nie oparte na wolności. Kolejnym przykładem gospodarczego zniewalania są wszelkiego rodzaju regulacje prawne w zakresie licencjonowania zawodów, czy poszczególnych sektorów gospodarki. Zniewolenie w tym zakresie polega na podporządkowaniu grupie przedsiębiorców czy pracowników pozostałych jednostek. Ponadto hamuje to spadek wzrostu realnego bogactwa narodu, ponieważ ograniczanie dostępu do zawodów czy branż powoduje wzrost cen. W efekcie konsumenci płacą więcej za dobro, które w wolnorynkowych warunkach byłoby tańsze. Idąc w ślad za Fryderykiem Bastiatem można stwierdzić, że rzadko zdarza się, aby większość zniewalała mniejszość. Zazwyczaj to mniejszość zniewala większość. Przykłady ograniczania wolności gospodarczej, a tym samym zniewalania gospodarczego można by mnożyć. Stanowiące osnowę dla zniewalania prawo, przymus ubezpieczeń, wszelkiego rodzaju dotacje, kontrola urzędnicza – to tylko nieliczne z nich. Mało optymistyczna jest sytuacja, w której zniewolenie odbywa się pod przykrywką wolności. Zatem można wysunąć tezę, że Polska znajduje się na drodze do gospodarczego zniewolenia, a w pewnych obszarach już ono występuje. Jeszcze gorsze jest to, że gospodarcze zniewolenie prowadzi do zniewolenia w każdej dziedzinie życia. Skoro można kogoś zniewolić w jakimkolwiek zakresie, to dlaczego nie zniewolić go całkowicie? Paweł Ryndak Artykuł nadesłany na Konkurs PROKAPA „Czy Polska znajduje się dziś na drodze do gospodarczego zniewolenia?”. W konkursie wygrać można książkę Fryderyka Augusta von Hayek’a „Nadużycie rozumu”. Konkurs zakończony został z 9 na 10 maja 2013 roku o północy. Wyniki ogłoszone zostaną do 15 czerwca 2013 roku.