Tag Archives: GUS

500+ sprzyja lenistwu?

Aktywność zawodowa kobiet pobierających 500+ systematycznie spada. Według najnowszego raportu GUS, jest ona najniższa od co najmniej 19 tat.

Fikcyjny dochód narodowy Polski

PKB, czyli Produkt Krajowy Brutto, którym operują nasi najbardziej eksponowani ekonomiści zarówno rządowi jak i z wyższych uczelni ekonomicznych jest jedną wielką mistyfikacją! 

Mamy jednak sukces!!!

Okazuje się, że wcale nie jest tak źle, jak to nieraz piszemy na naszym portalu. Polska gospodarka kwitnie, o czym niedawno łaskawie poinformował nas GUS, a politycy podskoczyli pod sufit. Być może nie na próżno CBA aresztowało niedawno wiceprezesa GUS. Sukces odnotowaliśmy również na froncie unijnym, a konkretnie krowim.
"Polska będzie musiała zapłacić do unijnej kasy kare za nadprodukcję mleka (czyli przekroczenie tzw. kwot mlecznych) w roku rozliczeniowym 2012/2013" - informuje "Rzeczpospolita". Według szacunków limity przekroczyło ponad 57 tysięcy dostawców hurtowych mleka w Polsce. Ale gdzie tu ten sukces? - spyta Czytelnik. Otóż jest. Jak twierdzi Agencja Rynku Rolnego sukcesem jest to, że "przekroczenie kwoty mlecznej jest niewielkie, bo to zaledwie 13 mln kg na skupione od producentów 9,821 mld kg czyli przekroczenie sięgnęło 0,14 procent". Niby mało a jak cieszy... Nieprawdaż? Nie sposób nie wspomnieć tu jeszcze o sukcesie odnotowanym w notce w "Rz". Chodzi o wysokość kary jaką Polska ma zapłacić. Otóż gazeta podaje, że to 3,7 mld euro czyli ... 15,6 mln zł. Cóż za niezwykłe wzmocnienie złotego względem euro nastąpiło! Rząd powinien się z tego cieszyć, bo wówczas niemal każdą unijną karę płaciłoby się z przyjemnością. Gorzej jednak jeśli unijnym dygnitarzom taki kurs się spodoba i ów drukarski chochlik potraktują na serio, a wtedy z grubych miliardów euro unijnych dotacji skapną nam jedynie skromne miliony złotych. P

Zastosować właściwy wzór

Premier Tusk na Forum Ekonomicznym w Krynicy ogłosił początek końca kryzysu, który Polska odparła niczym bolszewików w 1920 r. Ogłosił to, gdy na „zielonej wyspie” trzeba nowelizować budżet, bo manko w kasie wynosi jakieś 30 mld zł, a żeby go skutecznie znowelizować – trzeba zawiesić konstytucyjny próg ostrożnościowy.
Jednakże co tam okoliczności coraz bardziej otaczającej nas rzeczywistości – grunt, to optymizm. Wprawdzie parafrazując znane powiedzenie optymista, to też pesymista, tylko niedoinformowany, ale tu w sukurs premierowi Tuskowi przychodzi poważna instytucja – GUS, który podał, że polska gospodarka przyspiesza. I to pomimo tego, że spadły dwa tak istotne (według obowiązujących jedynie słusznych doktryn ekonomicznych) dla PKB wskaźniki: konsumpcja i inwestycje. W tym drugim przypadku – inwestycji – coś jednak może być na rzeczy. W końcu zgodnie z twierdzeniem Miltona Friedmana to mniej pieniędzy wyrzuconych w błoto. No a skoro mówimy o spadku konsumpcji, to może warto zwrócić uwagę na wzrost liczby złożonych wniosków o upadłość. Firmy nie mają pieniędzy na zapłacenie należności, niekiedy wręcz bankrutują, więc i ci, którym są winni też wcześniej czy później poniosą straty. Tak jak podatki, tak i straty są przerzucalne, gdyż gospodarka to naczynia połączone. A upadające przedsiębiorstwa, to wzrost bezrobocia i spadek wpływów podatkowych. To spadek inwestycji i konsumpcji, czyli dalsze upadające przedsiębiorstwa, wzrost bezrobocia i spadek wpływów podatkowych. I tak dalej, aż do skutku. W Krynicy premier Tusk wysyłał pesymistów na drzewo. Rok temu, gdy pesymiści twierdzili, że ustawa budżetowa jest nierealna – również. Dlatego, zarażony optymizmem premiera w swym pesymizmie sugeruję, aby odtąd przyspieszenie polskiej gospodarki obliczać według wzoru na swobodne spadanie. Powinien być właściwy. Michał Nawrocki Fot.: internet  

Ile naprawdę wynosi inflacja w III RP?

W ostatnim 10-leciu podaż pieniądza w Polsce wzrosła o 183 procent. Oznacza to, ni mniej ni więcej, że coś co kosztowało kiedyś 10 zł, dziś kosztuje 28,30 zł. Wyliczenie to zaprezentowane zostało na blogu independenttrader.pl. Autor tekstu zastanawia się, dlaczego, skoro w ciągu 10 lat nastąpił taki skok cenowy, rząd co rusz ogłasza, że inflacja w Polsce wynosi 1 procent.
Autor bloga przytacza definicję inflacji (za Słownikiem Webstera z 1970 roku), jaka obowiązywała przez kilkadziesiąt lat. Według niej, inflacja to "wzrost ilości pieniądza w obiegu, połączony ze znaczną i nagłą utratą wartości objawiającą się poprzez wzrost cen". Po 1970 roku definicja ta została poddana pewnej obróbce, co - zdaniem independenttrader.pl - związane jest ze wzrostem podaży pieniądza wywołanym przez politykę banków centralnych. Stwierdzono, że inflacja to wzrost cen towarów i usług. Jak podaje bloger: "Głównym powodem zmiany była próba zerwania linku pomiędzy wzrostem cen, a wzrostem podaży pieniądza. Przeciętny Kowalski ma za wzrost cen obarczać chciwe firmy, a nie bank centralny czy wiecznie zadłużający się rząd". "Inflacja jest niczym innym jak tylko kolejnym podatkiem. Tym groźniejszym, że nie dostrzeganym i nie rozumianym przez większość osób. Gdyby ludzie zdali sobie sprawę z rzeczywistej wielkości inflacji szybko dostrzegliby jaka część ich oszczędności jest konfiskowana, ile realnie zabiera im państwo lekkomyślną polityką" - czytamy dalej. Independenttrader.pl wyjaśnia, jak to się dzieje, że inflacja oficjalnie podawana jest tak niska, podczas gdy w rzeczywistości wynosi ona znacznie więcej. Jedna z metod służących ukryciu prawdziwej skali inflacji polega na sztuczkach statystycznych sprowadzających się do dobierania różnych współczynników w taki sposób, aby oficjalna inflacja nie była zbyt wysoka. "Z inflacji wyłącza się np. ceny administrowane tj. czynsze mieszkaniowe, zaopatrzenie w wodę, kanalizację, wywóz nieczystości, zaopatrzenie w nośniki energii (gaz, energia elektryczna, ciepła woda, centralne ogrzewanie), transport mieszany, usługi pocztowe. Kolejną grupą podlegającą wyłącznie są tzw. ceny najbardziej zmienne tj. usługi administracji państwowej czy usługi prawne. Ostatecznie z wyliczeń inflacji wyłącza się także ceny żywności i energii" - czytamy na blogu. Politycy mają bardzo duży interes w tym, by wiedza o rzeczywistej skali inflacji nie dotarła do społeczeństwa. Dlaczego? "Gdyby społeczeństwo zdało sobie sprawę z rzeczywistej wysokości inflacji rozbudziłoby to szybko oczekiwania związane z waloryzacją wynagrodzeń oraz płac." - odpowiada Independenttrader.pl. I dodaje: "Niska inflacja jest uzasadnieniem dla utrzymywania niskich (negatywnych) stóp procentowych. Te z kolei pozwalają kartelom bankowym tanio się zadłużać dzięki czemu rozkwita najbardziej dochodowa inwestycyjno – spekulacyjna część bankowości, która jest przyczyną obecnego kryzysu". Jakie jeszcze sztuczki związane z inflacją może stosować rząd? Jest ich sporo, a jedna z nich dotyczy sposobu pomiaru wzrostu gospodarczego: "Aby określić czy mamy wzrost gospodarczy czy recesję, zliczamy wszystkie wyprodukowane dobra oraz usługi i porównujemy ich wartość do poprzedniego roku. Od różnicy w ujęciu procentowym odejmujemy oficjalną inflację. Dzięki niskiej inflacji rząd może zazwyczaj często chwalić się wzrostem gospodarczym pomimo 3-4 % depresji". Independenttrade.pl przywołuje - dla zobrazowania rzeczywistej skali inflacji - kilka przykładów. Oto przykładowe ceny z roku 1998 oraz 2013: - przeciętne wynagrodzenie 1239 zł – 3740 zł – (wzrost o 200%) - litr benzyny 1,85 – 5,6 zł (wzrost o 202%) - cena 1 m2 w wielorodzinnym budynku mieszkalnym – 1900 – 4020 (wzrost o 111%) Powyższe dane nie mówią nam o niczym innym, jak tylko o tym, aby dane podawane co miesiąc przez państwową instytucję, jaką jest Główny Urząd Statystyczny, traktować przynajmniej z lekkim przymrużeniem oka. O ile w ogóle nie patrzeć na nie jako na stek kłamstw. Okazuje się bowiem, że GUS-owska (rządowa!) statystyka rządzi się sobie tylko wiadomymi prawami. Życie natomiast płynie własnym rytmem. Wcześniej czy później i tak zweryfikuje ono wiarygodność danych podawanych przez rządowe instytucje. Paweł Sztąberek Za pafere.org Foto.: nbp.pl

Zaklinanie rzeczywistości trwa

Minister Pracy i Polityki Socjalnej Władysław Kosiniak-Kamysz stwierdził ostatnio, że bezrobocie w Polsce będzie wynosiło na koniec 2013 roku mniej niż 14 procent. Według danych zaprezentowanych ostatnio przez GUS w kwietniu bez pracy pozostawało 14 procent Polaków.
Minister w euforię może nie wpada, ale jak widać stara się udawać gościa z dobrym humorem. Bezrobocie w kwietniu spadło... O 0,3 procenta. Liczby te nic tak naprawdę nie znaczą, ale już wystarczają dla ministra aby odtrąbić mały sukces. A dlaczego bezrobocie mogło spaść? Odpowiedź na to pytanie nie wydaje się trudna. Gros bezrobotnych to ludzie, którzy od lat nie wykonywali żadnej pracy. Często są to osoby nadużywające alkoholu, żyjące z zasiłków z pomocy społecznej. Wystarczy, że kilkuset (może nawet kilka tysięcy) takich delikwentów zapije na tyle, że nie będą w stanie "odhaczyć się" następnego dnia w PUP i od razu zdejmowani są z ewidencji osób bezrobotnych na 4 miesiące, albo - w zależności o sytuacji - na pół roku. Inna grupa to ci, którzy przebywali na "zwolnieniu lekarskim" dłużej niż 90 dni. Jeśli przekraczają ten okres, automatycznie (takie są przepisy) zdejmowani są z ewidencji osób bezrobotnych (osobiście znam kilka takich przypadków z ostatniego czasu, więc w skali kraju zapewne jest ich niemało). Kolejna grupa to ci, którzy przechodzą na tzw. świadczenie pielęgnacyjne. Jest to zasiłek, który można otrzymać od państwa w zamian za opiekę nad osobą chorą ("całkowita niezdolność do pracy" - według nomenklatury ZUS lub "znaczny stopień niepełnosprawności" - według nomenklatury pomocy społecznej). Od niedawna może to być nawet realizowane w małżeństwie (mąż opiekuje się żoną lub żona mężem). Warunkiem jednak jest "zrezygnowanie z zatrudnienia", co w wielu - jeśli nie w większości - przypadków oznacza rezygnację ze statusu osoby bezrobotnej. Tak więc osoba przechodząca na świadczenie pielęgnacyjne automatycznie zdejmowana jest z ewidencji powiatowych urzędów pracy. Świadczenia pielęgnacyjne są obecnie na topie, więc zapewne sporo osób przestało być bezrobotnymi z tego właśnie powodu. Jednak nadal pozostają one na utrzymaniu państwa. Kolejną wreszcie grupą są ci, którzy któryś raz z rzędu odmówili przyjęcia oferty pracy (bo, mimo wszystko, jakieś oferty jeszcze się od czasu do czasu zdarzają). Takie osoby również z automatu zdejmowane są z ewidencji bezrobotnych, choć najczęściej nadal pozostają na państwowym garnuszku, wisząc na zasiłkach w pomocy społecznej. Ale sam fakt zdjęcia z ewidencji PUP już wystarczy, by naszemu ministrowi pracy, Władysławowi Kosiniakowi-Kamyszowi, poprawić samopoczucie. No... dochodzą do tego jeszcze przeróżne szkolenia (za unijne pieniądze), z których najczęściej nic potem nie wynika czy przeróżne staże, które (ostatnio modne są staże dla osób w wieku 50 + ...) oczywiście opłacane są z państwowych (gminnych pieniędzy), przy czym po takim stażu osoba, która go odbywa najczęściej wraca do ewidencji PUP. Nie można oczywiście wykluczyć, że w końcu 2013 roku bezrobocie rzeczywiście spadnie poniżej 14 procent. Stać się to może dlatego, że rząd Tuska przygotowuje plan "walki z bezrobociem". Państwo będzie dopłacać pracodawcom pod warunkiem, że ci nie będą zwalniać pracowników. Nawet jeśli dla danej osoby nie będzie, w pewnym okresie czasu, pracy, wciąż będzie ona pozostawała na etacie, tyle że pensję płacić jej będzie Tusk, czyli - mówić wprost - ci obywatele, którzy naprawdę pracują. Widać zatem, że zaklinanie rzeczywistości trwa i im bardziej notowania obecnej koalicji będą spadać, tym więcej zaklęć będzie, z ust rządowych dygnitarzy, padać. Jak długo jeszcze potrwa ta fikcja? I czy minister Rostowski to już gdzieś zwiał, bo ostatnio jakoś go nie widać... Paweł Sztąberek Foto.: pup.krapkowice.ibip.pl

Rostowski: w drugiej połowie roku polska gospodarka ruszy z kopyta

Minister finansów Jacek Rostowski zasugerował Radzie Polityki Pieniężnej, iż przy swoich kolejnych decyzjach dotyczących polityki finansowej powinna uwzględnić ostatnie dane GUS i rozważyć obniżenie stóp procentowych. Zdaniem Rostowskiego może to pozytywnie wpłynąć na ożywienie gospodarcze.
Przypomnijmy, że w piątek 18 stycznia br. GUS ogłosił dane z polskiej gospodarki, z których wynika, że produkcja przemysłowa spadła o prawie 11 procent w skali roku. Ministerstwo Finansów, tego samego dnia wydało komunikat, w którym przyznało, iż spodziewało się takiego wyniku. Dziś, minister Rostowski stwierdzi, że dane GUS "są zgodne z oczekiwaniami", a w drugiej połowie roku polska gospodarka zacznie przyspieszać. Ostatnie dane GUS nie są - według ministra finansów - "dramatycznym tąpnięciem", a druga połowa roku będzie pod znakiem wyraźnego odbicia. Szkoda, że w cytowanej przez agencje prasowe wypowiedzi ministra Rostowskiego nie podano, z jakich przesłanek wypływa jego optymizm. Może i nam zrobiłoby się wówczas lżej na sercu. PSz

Produkcja przemysłowa spada, optymizm … rządu rośnie

Analitycy ekonomiczni to taka nacja, która co rusz musi tłumaczyć, dlaczego ich analizy są warte funta kłaków. Polega to na tym, że najpierw się dziwią, że ich prognozy się nie sprawdziły, po czym zaczynają snuć kolejne prognozy, które tym razem już na pewno mają się sprawdzić.
Właśnie GUS podał, że produkcja przemysłowa w Polsce zanurkowała ostro w dół. Spadek wynosi 10 procent w skali roku. Jest to najgorszy wynik od 2009 roku, kiedy to przemysł spadł o 12 procent. Analitycy są oczywiście zaskoczeni, gdyż oni prognozowali spadek w granicach 6,9 procent. Zastanawiające, jak w ogóle można przewidzieć stan gospodarki tak szczegółowo... Dlaczego wyszło im 6,9, a nie np. 6,8 procent? Sprawa wygląda podobnie z analitykami rynku walutowego. Oczywiste, że ci prognostycy coś muszą robić, ale na jakiej racjonalnej przesłance można wywróżyć, że cena euro na koniec roku będzie wynosiła np. 4,26 zł? Jakieś "progi wsparcia", "globalne sentymenty" itp. słowa zaklęcia robią pewnie wrażenie na wielu czytelnikach ich prognoz, jednak wydaje się, że więcej mają w sobie z szarlatanerii niż realnej analizy gospodarczej. Minister Jacek Rostowski prognozuje, że rok 2013 będzie trudny, ale nie tragiczny, że na pewno nowelizacja budżetu nie będzie konieczna, a nasza gospodarka wciąż będzie na plusie. Każdy, kto obraca się trochę wśród normalnych ludzi, obserwuje rozwój wypadków na swoim lokalnym podwórku wie, że zapewnienia ministra Rostowskiego już dziś można włożyć między bajki. Zapewne będziemy obserwować wzmożoną aktywność Inspekcji Transportu Drogowego i "drogówki", wszak z mandatów ma wpłynąć (według założeń ministra) 1,5 mld zł więcej niż w ub. roku, ale czy to uratuje budżet? W naszym otoczeniu wciąż bankrutują firmy, ludzie tracą pracę, budżety domowe kurczą się coraz bardziej, coraz gorsze są rokowania na przyszłość, nastroje ludzi też są coraz gorsze... Czy zapowiadana przez premiera Tuska ofensywa na rzecz wejścia do strefy euro nie będzie jednym z elementów kolejnej maskirowki? Czy klęski "polityki miłości" nie będzie się aby chciało przykryć euroofensywą? Jeśli nas przyjmą to oczywiście dobrze dla rządu, bo albo eurobiurokraja weźmie nas na swój garnuszek, zwalniając tubylczy rząd z jakiejkolwiek odpowiedzialności za kraj, albo też nas przyjmą ale od garnuszka odtrącą dzięki czemu rząd będzie miał na kogo zwalić swoją klęskę. Jeśli nas jednak nie przyjmą, rząd też będzie miał na kogo zwalić swoją porażkę: na tych co nas nie przyjęli, jak i na tych, którzy tu, na unijnej prowincji się temu sprzeciwiali. Póki co komunikat GUS to poważny sygnał, że coś zaczyna się sypać. Tylko patrzeć, jak za chwilę wypróbowani analitycy zaczną się prześcigać w prognozach, że nie będzie tak źle i że w tym roku uda nam się utrzymać wzrost gospodarczy na poziomie 2,56 procenta, że euro kosztować będzie w grudniu 4,1456 zł, natomiast Polacy kupią do końca roku 103 476 mieszkań. Wzorem Jana Krzysztofa Bieleckiego, który powiedział niedawno, że "nie obawia się wzrostu cen po wejściu Polski do strefy euro". No jasne, gdybym miał tak zasobne konta jak p. JKB, biznesmen z państwowego nadania, to też bym się niczego nie obawiał... Z ostatniej chwili! Ministerstwo Finansów wydało komunikat na okoliczność danych z GUS: "Wyniki te są zgodne z prognozami Ministerstwa Finansów dot. rozwoju gospodarki, które zakładają że obecny rok będzie lepszy niż 2009 r. Dzisiejsze dane GUS, jak również spadająca inflacja (2,4 proc.) zapewne będą wzięte pod uwagę przez członków Rady Polityki Pieniężnej". Czyli jednym zdaniem: przewidzieliśmy; będzie lepiej; trzeba drukować więcej forsy! Paweł Sztąberek

Obchody 100-lecia inflacji

100 lat? Nie ma jak okrągła rocznica. Oczywiście bystry umysł niejednego czytelnika odpowie zdziwieniem na taki tytuł – przepraszam, czy inflacja jest zjawiskiem tak młodym, zaledwie stuletnim? Nie jest. Znamy chociażby inflację spowodowaną napływem złota z Ameryki do Hiszpanii w XVI wieku. Natomiast możemy mówić o młodej i starej definicji inflacji. Współcześnie mierzona inflacja odnosi się do zmian cen produktów i usług wchodzących w skład koszyka inflacyjnego, podczas gdy klasyczna definicja inflacji odnosiła się do zmian (wzrostu) podaży pieniądza. Czy zmiana definicyjna coś dla nas oznacza? Kto jest jej promotorem? O tym wszystkim poniżej …
Dla społeczeństw żyjących przed stu laty i wcześniej, inflacja nie była zjawiskiem tak powszednim jak dla nas dzisiaj. Inflacja jest jak opad deszczu, raz większa, innym razem mniejsza. Ktoś ją mierzy, ktoś ją komentuje. Żyjemy z nią, jest częścią otaczającego nas świata. Inflacja jest zjawiskiem monetarnym, które się nasiliło wraz z pewnymi, przełomowymi zmianami w świecie finansów. Mówiąc o zbliżającym się 100-leciu inflacji, myślę o takich wydarzeniach jak powstanie FEDu (1913), czy zerwaniem ze standardem złota (1914). Odtąd ludzkość nie może już liczyć na taki stan gospodarki jak cytowany przez szwajcarskiego bankiera Ferdinanda Lipsa w książce Złoty Spisek: „Od czasu restauracji Stuartów (...), aż do I wojny światowej Wielka Brytania stosowała nieograniczony standard złota. Od 1661 do 1913 roku, z wyjątkiem okresu napoleońskiego, istniała pełna wewnętrzna i zewnętrzna wymienialność na złoto (…). Ówczesny brytyjski system cen był nie tylko stabilny, lecz wykazywał też stałą i zdrową tendencję do utrzymywania się w równowadze. (…) Pozostaje faktem, że przez cały ten czas, przez 252 lata ceny spadły o 10%: od 100% w 1661 roku do 91% w 1913.” Z dzisiejszej perspektywy tak niska inflacja jest zjawiskiem nieobserwowalnym. Obecny porządek monetarny, oparty na papierowym pieniądzu i stabilności „gwarantowanej” przez banki centralne, wydaje się wciąż dla wielu niewzruszalny – jak Układ Warszawski 40 lat temu .. Warto zwrócić uwagę, że sama definicja inflacji ewoluowała od definicji opartej na nadmiernej podaży pieniądza do definicji mówiącej o wzroście cen jakiegoś, określonego koszyka towarów. Stąd mamy współcześnie inflację mierzoną np. jako indeks cen konsumpcyjnych, indeks cen producentów itd. Co ciekawe, o ile wiele osób jest w stanie opisać inflację – np. z własnego doświadczenia – o tyle mało kto wie, jak inflacja (a właściwie ów wskaźnik zmiany cen konsumpcyjnych), ogłaszana przez GUS, jest kalkulowana. Metodologia systematycznego mierzenia inflacji narodziła się na początku XX wieku, a jej ojcem jest amerykańskie Biuro Statystyki Prac (BLS). Nie jest rzeczą nadzwyczajną, że metodologia liczenia inflacji nie została opracowana przez biznes, prywatne przedsiębiorstwa. One nie potrzebowały takiej wiedzy, ponieważ nie znały (do czasu) inflacji istniejącej w takiej skali do jakiej urosła ona w ciągu ostatnich stu lat. Mało kto wie, ale jako pierwszy kalkulowany był przez BLS indeks cen producentów. Było to związane ze zbieraniem danych o cenach w związku z potrzebą oszacowania wpływu ustaw celnych na gospodarkę (1902r.). Kalkulowanie indeksu cen konsumpcyjnych rozpoczęto w USA w trakcie I wojny Światowej i informacje o zmianach cen miały służyć dokonywaniu korekt zarobków (wojna zazwyczaj niesie ze sobą wyższe ceny, nie tylko z tytułu puszczania w ruch prasy drukarskiej). Od kiedy rządy zaczęły zajmować się liczeniem wskaźnika inflacji odzwierciedlającego zmiany cen produktów i usług „jakiegoś” zdefiniowanego na podstawie ankiet koszyka, definicja klasyczna – odnosząca się do podaży pieniądza – była wypychana na margines. W ten sposób uwaga publiczności została skierowana na miarę definiowaną i kontrolowaną przez państwowych biurokratów. Czyż nie jest czymś pięknym i pociągającym położenie ręki na metodologii i definicji? Inflacyjne środowisko zubaża społeczeństwo. Nie jest przypadkiem, kiedy słyszymy od znajomych, że ich odczucia co do poziomu zmiany cen rozmijają się z oficjalnie publikowanym wskaźnikiem. Przeciętny obywatel ma łatwiejszy dostęp do „państwowej” miary która wpływa – np. poprzez indeksację – na jego pensję, rentę, emeryturę, składkę ubezpieczeniową, niż do miar podaży pieniądza. I tak patrząc na tę „państwową” miarę przeciętny obywatel nie wiąże ze zjawiskiem inflacji pojawiających się baniek spekulacyjnych na giełdzie czy też na rynku nieruchomości. One są poza wskaźnikiem. Jak to jest z tym koszykiem inflacyjnym? To co warto wiedzieć – koszyk ma skład zmienny. Oznacza to, że porównywanie w czasie wartości inflacji przypomina porównywanie jabłek i gruszek. Ingerencja w skład koszyka – której może też być blisko do manipulacji albo w najlepszym razie do małej precyzji – jest źródłem owych rozbieżności teorii z praktyką. Zadaniem składu koszyka jest pokazanie bieżących preferencji (a może bardziej możliwości) zakupowych konsumenta. Oczywiście koszyk jest wspólny dla wszystkich konsumentów, więc z definicji inflacja dla górala i dla mazura to wciąż ta sama inflacja. Niestety koszyk inflacyjny nie odnosi się do jakości towarów i usług weń włożonych. Stąd pomija utrwalone (lub jeszcze przed chwilą dostępne) preferencje konsumenta. Jest to oczywiście ważne gdy preferencje konsumenta przesuwają się w kierunku gorszych wyborów w związku ze wzrostem cen dotychczas konsumowanych produktów. Mamy wówczas do czynienia z obniżeniem standardu życia, podczas gdy „państwowy” wskaźnik inflacji nie idzie w górę tak mocno jak ceny które konsument obserwuje na sklepowej półce. Jak to jest możliwe? Koszyk składa się z różnych produktów i usług posiadających swoje udziały w koszyku (sumujące się do 100%). O ile dobrze pamiętam koszyk GUSowski zawiera ponad 300 pozycji, od cen benzyny po cenę usług szewskich. A teraz uproszczony przykład, pokazujący jak się oblicza „urzędową” inflację. Załóżmy, że w koszyku mamy dwa produkty: kiełbasę jałowcową i ser, z udziałami po 50%. Rok temu ceny wynosiły 30 pln i 25 pln, odpowiednio. Dzisiaj ceny wzrosły i wynoszą: 36 pln i 30 pln. Notujemy zmianę cen o 20%. Czy taką samą 20% zmianę zobaczymy w oficjalnym wskaźniku inflacji? Nie. Ponieważ dzisiaj jest drożej musimy liczyć się z wydatkami. Nasza adoracja jałowcowej (preferencja) względem sera ulega brutalnej rewizji. Z relacji jałowcowej do sera 50/50 przechodzimy do relacji 20/80. Konsumentów nie stać na dawny styl życia, co wyłapią ankiety GUS. W związku z tym „urzędowa” inflacja byłaby skalkulowana, z grubsza, tak: Poziom cen w koszyku rok temu: 50% x 30 pln + 50% x 25 pln = 27,5 pln Poziom cen w koszyku dzisiaj: 20 x 36 pln + 80% x 30 pln = 31,2 pln Stąd inflacja = 31,2 / 27,5 = 1,13(45) czyli prawie 13,5% Czy teraz dostrzegasz Drogi Czytelniku o ile zmieniły się ceny według Ciebie a o ile według urzędu? Damian Kot

W uścisku światowej finansjery

Chyba wszyscy macherzy od finansów na całym świecie, jakoś szczególnie upatrzyli sobie nasz kraj. Ledwo Główny Urząd Statystyczny ogłosił, że tempo wzrostu gospodarczego w Polsce drastycznie spadło, zaraz następnego dnia niezawodna agencja Moody's ogłosiła świetne rokowania dla polskiej gospodarki, prognozując wzrost polskiego PKB. Ma tak się dziać mimo rozpoczynającej się w krajach Europy Zachodniej recesji. Jednocześnie też, jakby wbrew komunikatowi ZUS, złotówka, nieznacznie bo nieznacznie, ale zaczęła się następnego dnia po komunikacie umacniać. Tego samego dnia również ogłoszono, że Polska przekaże do MFW na ratowanie strefy euro 8 mld dolarów, czyli ok. 8 procent rezerw dewizowych Polski. Sam prezes NBP, Marek Belka miał oznajmić: "Stać nas na to".
Wszystkie te wydarzenia, jak mi się zdaje, z logiką - na pierwszy rzut oka - nie mają zbyt wiele wspólnego. Ale tylko na pierwszy rzut oka. Bo z jednej strony gospodarka zaczyna dołować (według GUS i chyba według zwykłych ludzi, którzy na co dzień zaczynają to czuć), z drugiej zaś pojawiają się komunikaty przeczące temu. Więc albo jest kiepsko, albo ktoś robi z nas jeleni... Czyż nie nasuwa się tu podejrzenie, że agencja Moody's swoim piątkowym komunikatem nie nagrodziła aby polskich decydentów za to, że aż 8 mld dolarów wycisną z Polaków, byleby wesprzeć dogorywającą strefę euro? I czy los polskiej waluty, której umacnianiem tak bardzo szczyci się rząd, nie jest tak naprawdę w rękach cwanych spekulantów, którzy trzymają nas w garści i będą tak robić dopóki polscy decydenci potulnie będą spełniać wszystkie życzenia światowej finansjery? Paweł Sztąberek

Meandry statystyki sprzedaży

26 marca 2012 roku, GUS opublikował dane o sprzedaży detalicznej w lutym. W ujęciu rok do roku sprzedaż wzrosła o 13,7%. Hurra!! A teraz na poważnie. Wśród przeglądanych przeze mnie komentarzy do tej wiadomości, niewielu ekonomistów zauważyło, że tak naprawdę nie mamy zbyt wielu powodów do radości.
Wiemy jak to jest ze statystyką – diabeł tkwi w szczegółach. A szczegóły trzeba dobrze znać aby wiedzieć co się komentuje. Mianowicie jedną z wielu składowych danych o sprzedaży detalicznej jest kategoria „pozostała sprzedaż w niewyspecjalizowanych sklepach”. I ta składowa wzrosła w stosunku rocznym o 33,9%. Zanim drogi Czytelniku zaczniesz się głowić w poszukiwaniu takich sklepów w twojej okolicy – bo może warto tam się starać o pracę skoro im sprzedaż tak dobrze idzie – podpowiem: to supermarkety i sklepy dyskontowe. Tak duży wzrost w tej kategorii jest spowodowany następującymi faktami, przemilczanymi przez wielu komentujących: - wskaźnik pokazuje wzrosty nominalne, więc … im wyższe ceny (inflacja cenowa) tym wskaźnik … (nie muszę kończyć?) - ekspansja supermarketów i dyskontów w ostatnich latach oraz poszukiwanie przez konsumentów lepszych cen powodują, że sprzedaż zwiększa się w tej kategorii a spada w kategorii „pozostałe”. A w pozostałych mamy małe sklepy, w tym rodzinne, osiedlowe konkurujące z „niewyspecjalizowanymi”! I to widać w statystyce – w danych styczniowych sprzedaż w kategorii pozostałe wzrosła rok do roku o 11,8%, a w lutowych o marne 2,6%. Nawet jeżeli sprzedaż w sklepach „niewyspecjalizowanych” jest lekko przeszacowana w statystykach, nie ma powodów do hurraoptymizmu.
Na zakończenie wyjaśniania meandrów oficjalnej statystyki przypomnę, że z dwóch wskaźników publikowanych przez tą samą instytucję wynikają sprzeczne sygnały. O ile sprzedaż detaliczna wzrasta, to udział konsumpcji w PKB spada. Jak to jest – z tą statystyką – panie prezesie GUS? Damian Kot

Czy godzina prawdy wreszcie nadchodzi?

Główny Urząd Statystyczny doniósł na początku tygodnia, że „produkcja sprzedana przemysłu w lutym 2012 r. była o 1 proc. niższa niż w styczniu bieżącego roku”... Nie jest to pierwsza nie najlepsza wiadomość dotycząca kondycji polskiej gospodarki. Wcześniej, bo w lutym tego roku, podano informację, że bezrobocie w styczniu 2012 roku wzrosło o niemalże 1 procent. Danych za luty dotyczących wzrostu bądź spadku bezrobocia dotąd nie podano. A może być jeszcze gorzej, bowiem fakt wzrostu płacy minimalnej oraz wzrostu składki rentowej od lutego tego roku, nie mogą pozostać obojętne w stosunku do gospodarczej dynamiki.
Przez ostatnie tygodnie, a w zasadzie miesiące, wiodące media bombardowały swoich odbiorców o świetnej kondycji naszej gospodarki. Mogło się wydawać, że Polska jako „zielona wyspa” to żaden mit. Do tego dochodziły jeszcze euforyczne zachwyty nad siłą rodzimej waluty. Złotówka szła w górę, a analitycy licytowali się kiedy euro spadnie poniżej 4 zł, a dolar poniżej 3. Miała to być kwestia czasu. Te paroksyzmy radości podsycane były na dodatek przez agencje ratingowe oraz banki, np. Goldman Sachs, które wróżyły III RP świetlaną przyszłość i zapewniały, że nasze walory (obligacje, waluta) są jednymi z najbezpieczniejszych na świecie. W tym samym czasie jednak, każdy, kto sam robi zakupy, kto sam prowadzi firmę, kto ma własną rodzinę, kto samodzielnie opłaca rachunki, wreszcie, kto twardo stąpa po ziemi, zaczął dostrzegać, że niemal przy każdej wizycie w sklepie, za te same towary zapłacić musi coraz więcej, że za każdy kolejny rachunek trzeba zapłacić coraz więcej. Nijak się to miało do wizerunku Polski jako „zielonej wyspy”, do optymistycznych filipik panów pokroju Jana Krzysztofa Bieleckiego zachwycającego się nad stanem naszej gospodarki (pan ów, odchodząc z banku PEKAO S.A. otrzymał kilkumilionową odprawę - cóż więc się dziwić, że jest optymistą). To potoczne wyobrażenie o kondycji gospodarki trochę zatem nie przystawało do tej sielanki lansowanej przez usłużne władzy media oraz Goldman Sachs. Nie ma się zatem co dziwić, że ostatni komunikat GUS-u przeszedł jakby nieco bez echa. GUS nie mógł, widać, inaczej, jednak czy trzeba o tym od razu tak głośno bębnić? Okazuje się, że nie trzeba. Nawet teraz, gdy giełda znów zaczyna dołować, gdy spekulanci zaczynają pozbywać się złotówki, nie słychać specjalnych lamentów. Widać za to zadowolonego z siebie Jana Krzysztofa Bieleckiego, który po raz tysięczny zachwala reformę emerytalną Tuska, nie mogąc zrozumieć, dlaczego Polacy nie chcą żeby zmuszano ich do pracy do 67 roku życia. Mówi się, że bogaty nie zrozumie biednego... Coś w tym pewnie jest, ale obawiam się, że dotyczy to wyłącznie tych bogaczy, którzy stali się takimi nie dzięki własnej pomysłowości i przedsiębiorczości, ale wyłącznie dzięki politycznym koneksjom. Ot tak, jak to się zwykle dzieje w republikach bananowych. Paweł Sztąberek