Tag Archives: Henry Hazlitt

Światowy Dzień Ubóstwa

Papież Franciszek ustanowił ostatnią niedzielę (19 listopada 2017) przed Uroczystością Chrystusa Króla Światowym Dniem Ubogich. Papież pragnie zwrócić uwagę, że miłość wobec bliźniego w potrzebie musi wyrażać się w konkretnych czynach. Papież emeryt Benedykt XVI w swojej encyklice o miłości "Deus caritas est" napisał, że „zawsze będą sytuacje materialnej potrzeby, w których konieczna jest pomoc w duchu konkretnej miłości bliźniego”.

Książka dla każdego: „Elementarz” Ballvé jak „Elementarz” Falskiego

Wszystkich pragnących poznać podstawowe zasady ekonomii, ale także tych będących z ekonomią za pan brat, zachęcam do przeczytania książki Faustino Ballvé "Elementarz ekonomii – zwięzłe omówienie podstawowych reguł i doktryn", która  właśnie została opublikowana przez Fijorr Publishing.

Henry Hazlitt – „Cofnięcie czasu”

Nie pamiętam, gdzie dokładnie natknąłem się na wzmiankę o „Cofnięciu czasu”. Podejrzewam, że był to przypis jakiejś „poważniejszej” ekonomicznej rozprawy. A może jakiś artykuł Rothbarda? Trudno powiedzieć... W każdym razie byłem dość zaskoczony, gdy poszperałem trochę na temat tej książki. W końcu, wiadomo – Hazlitt.

Projekt „Sprzątamy ekonomiczne mity” czyli wolnościowa praca u podstaw

Postępujący kryzys finansowy, coraz wyraźniejsze widmo rozpadu strefy euro i rosnące ceny podstawowych dóbr i usług – czynniki te powodują, że coraz więcej młodych ludzi kwestionuje słuszność decyzji podejmowanych przez krajowych i unijnych polityków.

Henry Hazlitt – powieściopisarz

Henry Hazlitt, jeden z największych ekonomistów XX wieku, znany jest w Polsce przede wszystkim dzięki słynnej Ekonomii w jednej lekcji. W polskim przekładzie ukazały się jeszcze tylko dwie prace z jego bogatego dorobku. Tymczasem ma on również na swoim koncie jedną powieść, wydaną niemal równolegle ze słynnym dziełem Orwella Rok 1984. O ile jednak Orwell przedstawiał z niezrównaną siłą intelektualny paraliż i duchową deprawację spowodowane przez systemy totalitarne, ich wpływ na życie gospodarcze pozostawił bez komentarza (nie licząc przedstawienia straszliwych konsekwencji dla konsumentów). Jego książkę zamyka ton całkowitej desperacji. Cofnięcie czasu, z jego obietnicą rozwoju materialnego i duchowego odrodzenia, jest w gruncie rzeczy odpowiedzią na czarny pesymizm Roku 1984. Choć książka rozpoczyna się właściwie w tym samym punkcie co opowieść Orwella, kończy się zupełnie inaczej. Jest również, w gruncie rzeczy, odpowiedzią na Looking Backwards Bellamy’ego z roku 1888 (wyd. polskie pod tytułem: W roku 2000 ukazało się w 1890 roku), ponieważ odwraca sytuację opisaną przez tegoż autora do góry nogami. Jednak – jak pisze w przedmowie Henry Hazlitt – Cofnięcie czasu nie było pomyślane ani jako odpowiedź na powieść Bellamy’ego, ani też Orwella. Książka napisana została jako pozytywne przedstawienie tematu dla niego samego. Jej los pozostaje więc zależny od jego atrakcyjności dla Czytelnika. Zapraszamy więc do lektury pierwszej prokapitalistycznej antyutopii, jaka ukazała się na polskim rynku. Zaczynają się wakacje – książka Hazlitta wydaje się być idealną lekturą na urlop. Wciąż bowiem słychać krytyczne głosy, że wolnorynkowcy zamykają się w sztywnych ramach podręczników akademickich, traktatów ekonomicznych, a brak pozycji lekkich, łatwych i przyjemnych, po które mogliby sięgać również niewtajemniczeni w ekonomię. Ta pozycja wychodzi naprzeciw tym licznym oczekiwaniom. Mamy nadzieję, że Cofnięcie czasu, która tak naprawdę powinna ukazać się w polskim przekładzie przynajmniej 20 lat temu, dołączy do kanonu takich książek jak Rok 1984, Nowy wspaniały świat Huxleya czy My Zamiatina, których nie wypada nie znać. Poniżej prezentujemy państwu pierwszy rozdział Cofnięcia czasu. Rozdział I Peter Uldanow czekał już dobre pół godziny. Podszedł do okna i spojrzał na ulicę biegnącą jakieś trzydzieści pięter niżej, później jego wzrok powędrował do góry, na stojące naprzeciw szare budynki, wreszcie ponad samo miasto, aż wszystko, co widział, stopiło się z mglistym horyzontem. Widok, który rozpościerał się za oknem, pełen był zaniedbania. A więc to jest Moskwa! Stolica Wonworldu! Budynek, w którym się znajdował, był nowy, wysoki i pomalowany na czarny, błyszczący kolor. Zdążył rzucić nań okiem wysiadając z taksówki. Jednak z obecnej perspektywy nie widział przed sobą niczego, co posiadałoby minimalny choćby urok, niczego, co miałoby czysty i świeży wygląd. Był to pierwszy dzień Petera w Moskwie od wczesnego dzieciństwa. Kiedy skończył osiem lat, wysłano go razem z matką i tabunem służących oraz preceptorów na odizolowaną od świata jedną z wysp należących do Bermudów. Teraz, kiedy patrzył na ponurą rzeczywistość za oknem, stanął mu przed oczami tamten biały dom z białym dachem i niesamowity błękit morza graniczącego z jego ogrodem. Dlaczego ojciec posłał po niego? Nie widzieli się od lat. Pamiętał jak przez mgłę ciemnego, wysokiego mężczyznę, przed którym drżał w panicznym lęku. Jego ojciec był dyktatorem Wonworldu, zarządzał niezliczonymi ludami świata, co przynosiłoby, jak mniemał, Peterowi wielkie korzyści, pod warunkiem wszakże, że ktokolwiek by o tym wiedział. W jakimś stopniu odczuwał dumę z tego faktu, ale była ona stale zastępowana uczuciami niechęci i strachu, których nauczył się od matki. Ta też przyczyna stała się powodem, dla którego marzył o jednej, jedynej rzeczy:  aby pozostawiono go w spokoju i by mógł  zajmować się muzyką. Czegóż zatem mógł chcieć od niego ojciec właśnie teraz, po dziesięciu latach rozłąki? Obrócił się i beznamiętnie rozejrzał po pokoju. Jedyną rzeczą na ścianie był sporych rozmiarów kalendarz. Dzień Lenina, 30 kwietnia 282 A.M. A.M.: After Marx; Po Narodzeniu Marksa. Marks urodził się jeszcze pod rządami starego, burżuazyjnego kalendarza w ówczesnym roku 1818. Gdyby go nie zmieniono, mielibyśmy teraz burżuazyjny rok 2100. Dziwne, ale nigdy dotąd nie zdarzyło się Peterowi dokonać takiego przeliczenia. Nikt od dawna nie interesował się minionym, kapitalistycznym, zatrutym światem, który został zmieciony z powierzchni ziemi ponad sto lat wcześniej. Wreszcie do pokoju wszedł osobisty sekretarz towarzysza Stalenina, Siergiej, i powiedział: – Jego Najwyższość przyjmie cię teraz. Peter podążył za swoim przewodnikiem najpierw przez gabinet, który musiał należeć do sekretarza, a następnie został wprowadzony do o wiele większego, ze ścianami pokrytymi boazerią. Za ogromnym biurkiem ustawionym w przeciwległym rogu pokoju, po lewej stronie, siedział towarzysz Stalenin, dyktator Wonworldu. Jak przez mgłę dotarło do Petera, że to właśnie jest jego ojciec. Tymczasem sekretarz ukłonił się i wycofał. Dyktator wstał zza biurka i zbliżył się do gościa. Miał o wiele bardziej poszarzałą twarz i zmęczony wygląd niż na oficjalnych portretach, które – odkąd Peter sięgał  pamięcią – nigdy się nie zmieniały. Miał jednak w sobie tę samą drzemiącą, ogromną siłę, którą tak dobrze pamiętał. Czoło miał szerokie, włosy krótko przycięte, głowa, ramiona i pierś wyglądały jak granitowy pomnik wzniesiony na środku jakiegoś placu. Ręce ojca spoczęły teraz na ramionach syna, a oczy bacznie mu się przypatrywały. Peter ze zdziwieniem dostrzegł, że ojciec wcale nie jest od niego wyższy. Sam mierzył nieco ponad sześć stóp, ale teraz zdał sobie sprawę, że przez całe życie bezwiednie uważał ojca za kogoś obdarzonego nadludzkimi proporcjami. Zapewne przyczyniły się do tego wszechobecne, gigantyczne portrety. Było coś szokującego w tym, że wielki Stalenin okazał się być podobnym do ludzi, w tym do niego samego. Ich oczy spotkały się teraz na tym samym poziomie. Wyraz twarzy dyktatora, dotąd surowy, przybrał nieco łagodniejszy wygląd. – Jesteś dość przystojny – powiedział. – A nawet robisz wrażenie. To bardzo dobrze. To ważne. Znów spojrzał na Petera. – Powiedziano mi, że jesteś znakomitym pianistą i kompozytorem. Miło mi to słyszeć. Jeśli ktoś wykazuje się talentem w małych, trywialnych sprawach, może też sporo dokazać w wielkich. Peter obruszył się. Muzyka jest trywialna? A zresztą co ojciec mógł wiedzieć o jego zamiłowaniu do muzyki? Nigdy do siebie nie pisali, nie kontaktował się też z matką, poza jednym wyjątkiem, kiedy w ubiegłym roku zmarła i wymienili przy tej okazji jedyny list na przestrzeni dziesięciu lat, odkąd ojciec go odesłał. Kto był jego informatorem? Stalenin uśmiechnął się teraz tajemniczo i zapytał: – Pewnie zastanawiasz się, dlaczego po ciebie posłałem? Peter milczał. – Z pewnego powodu – kontynuował Stalenin – zdecydowałem wziąć się w końcu za twoją edukację. Pewnie tego nie wiesz, ale jesteś największym ignorantem w całym Wonworldzie. – Ależ, Wasza Najwyższość, zawsze mówiono mi, że mam najlepszych nauczycieli… – Wiem wszystko o twoich nauczycielach. Ich zadaniem było chronić cię przed powzięciem jakiejkolwiek prawdziwej wiedzy o współczesnym świecie. Dyktator wrócił do biurka i nabił sobie fajkę. – Żyłem z twoją matką aż do momentu, kiedy skończyłeś osiem lat. Po tym, jak zostałem dyktatorem, a było to w 268., kiedy miałeś  zaledwie pięć lat, jej osoba zaczęła stwarzać mi problemy. Nazbyt żywo występowała przeciwko Wielkiej Czystce w 271., pewnie dlatego, że zmiotła też jej brata. Ale była niezbędna dla zapewnienia Wonworldowi bezpieczeństwa. Twoja matka jednak znienawidziła zarówno mnie, jak i to wszystko, co sobą reprezentowałem. Wydawało jej się, że próbuję cię „skorumpować” zapewniając ci taką samą komunistyczną edukację, jaką odbierają wszystkie dzieci w naszym kraju. Ośmieliła mi się sprzeciwić. Pewnie zdawało jej się, że każę ją torturować, wydobędę przyznanie się do zdrady albo od razu obetnę jej głowę. Dyktator na chwilę przerwał. – Poprosiłem ją, żeby powiedziała mi dokładnie, co by ją usatysfakcjonowało. Odpowiedziała, że marzy o wyjeździe gdziekolwiek, na jakąś samotną wyspę, z dala od Wonworldu, gdzie odzyskałaby syna i mogłaby go sama wychowywać bez najmniejszej wzmianki czy to o mnie, czy o naszej ideologii, wreszcie o tak zwanych „cudach” Wonworldu… Zgodziłem się na to szaleństwo. Wysłałem was na tę małą wyspę na Bermudach, a propos, jaką ona właściwie ma powierzchnię? – Około trzech hektarów. Stalenin kiwnął głową i podjął: – Zarządziłem, żeby nikt nie miał wstępu na wyspę oprócz służby dostarczającej wam zaopatrzenie. Wszystkie produkty, jak wiesz, przywożono regularnie z największej wyspy małą motorówką. Twoja matka chciała, by to miejsce stało się czymś w rodzaju, jak to sama nazwała, oazy na oceanie Wonworldu. Dlatego też prosiła, żebyś był uczony tylko tych rzeczy, które ona wybrała. Zgodziłem się na wysłanie najlepszych  nauczycieli. Uczyli cię muzyki, matematyki – tak przy okazji, rozumiem, że masz ją opanowaną w podobnym stopniu jak dyplomowany inżynier? Zresztą sprawdzimy to. Czego jeszcze cię uczono? – Fizyki, chemii, astronomii, psychologii, biologii, ogrodnictwa, meteorologii… – I, rzecz jasna, uprawiałeś jakieś sporty – wtrącił Stalenin. – Powiedziano mi, że pływasz jak zawodowiec. I że jesteś świetnym szachistą. To podoba mi się najbardziej: dowodzi, że masz umysł stratega. Jednak niezależnie od tego – powiedział wertując leżące przed nim akta. – Nadszedł czas, żeby uświadomić ci, jakim ignorantem jesteś w kwestiach, o których powinien posiadać wiedzę każdy współczesny człowiek. Widzę, na przykład, że jesteś absolutnym zerem, jeśli chodzi o historię, politykę, socjologię, ekonomię. Nie miałeś najmniejszego kontaktu z naszą wspaniałą literaturą propagandową. Nikt nie nauczył cię marksistowskiej logiki, nie  możesz zatem choćby przymierzać się do zrozumienia materializmu dialektycznego… Będzie trzeba  sporo się nad tobą napracować – tu spojrzał bacznie Peterowi w oczy. – Gdyż dopóki nie przekonasz mnie, że jesteś w stanie nauczyć się prawidłowo myśleć i stać się użytecznym członkiem społeczeństwa… Ostatniego zdania nie dokończył. – Przez następne dwa tygodnie jesteś całkowicie wolny – kontynuował po chwili. – Rozejrzysz się, zwiedzisz to wielkie miasto, liźniesz trochę wiedzy. Dostałeś swoją porcję kartek? Peter sięgnął do kieszeni i wyjął z nich sporo bloczków w różnych rozmiarach i kolorach. – Dowiedz się, do czego służą – powiedział Stalenin, a jego głos stał się odrobinę przyjemniejszy dla ucha. – Czy wiesz, co oznacza szary mundur, który masz na sobie? – Rano, zanim opuściłem hotel, kazano mi go włożyć. – To jest oficjalny ubiór Proletariuszy – oznajmił poważnym na powrót głosem Stalenin. – To wyjątkowy status. Proletariusze stanowią trzy czwarte społeczeństwa i oczywiście w związku z tym to oni rządzą. Wonworld to dyktatura proletariatu. Ja jestem tylko narzędziem w jego ręku, jego rzecznikiem – tu uśmiechnął się ponuro. – Musisz się też nauczyć rozpoznawać inne uniformy i,  po pierwsze, odpowiednio traktować tych, którzy je noszą,  a po drugie, wiedzieć, jak masz być przez nich traktowany. Przede wszystkim musisz nauczyć się rozpoznawać Protektorów. To ci w czarnych mundurach, chyba że któryś jest oficerem armii, wtedy nosi jasnoczerwoną górę. Protektorzy to nasi najwyżej usytuowani towarzysze, stanowią około jednego procenta ludności. Po nich idą Zastępcy. Ich kolor to granat. Około dziesięciu procent. Są wśród nich intelektualiści, technicy, niżsi kierownicy – słowem ludzie, którzy mogą w przyszłości dostać się do grona Protektorów. Protektorzy i Zastępcy tworzą coś, co czasem nazywamy Żelazną Ramą. Są jak zawodowi i nadterminowi oficerowie w siłach zbrojnych. Na samym dole zaś mamy klasę Niepewnych Społecznie. Niestety, ciągle jest ich prawie dwadzieścia procent. Albo popełnili oni przestępstwo przeciwko komuś należącemu do Żelaznej Ramy, albo okazali się niezdolni  do bycia dobrymi Proletariuszami. Wysyła się ich do obozów pracy… albo zdychają z głodu. Noszą brązowe uniformy, oczywiście czasem już tylko z nazwy. W żadnym wypadku nie powinieneś szukać z nimi kontaktu. Zastępcom powinieneś okazywać należne poważanie. A co do Protektorów, to masz ich kochać, szanować i we wszystkim słuchać. Jakieś pytania? – Gdzie będę mieszkał, Wasza Najwyższość? – Znajdziesz swój nowy adres w papierach, które ci dano. Będziesz miał własny pokój – niewielu Proletariuszy cieszy się takim przywilejem. I jeszcze jedno: przynajmniej na razie nie chwal się, że jesteś moim synem. – Ale co z moim nazwiskiem? – A nic, podawaj je każdemu, kto cię o nie zapyta. Poza Politbiurem nikt pewnie nie pamięta, że naprawdę nazywam się Uldanow, a nawet jeśli, to pewnie pomyśli, że to zbieg okoliczności. Zresztą dobry Proletariusz nie ma zbyt wielu okazji do używania nazwiska. Przez większość czasu będziesz używał swojego osobistego numeru. Jutro o niego wystąpisz. Coś jeszcze? – Kiedy znów będę miał okazję ujrzeć Waszą Najwyższość? – Dam ci znać. Przy okazji, jutro jest Pierwszy Maja i mamy jak zwykle pochód. Oczywiście pójdziesz go zobaczyć. _________________________________________________________________________ Henry Hazlitt, Cofnięcie czasu, Wydawnictwo PROHIBITA, Warszawa 2011, s. 376. Portal Prokapitalizm.pl jest patronem książki. Książkę można nabyć: http://www.multibook.pl/2375,henry-hazlitt-cofniecie-czasu.html

Antysocjalistyczna szczepionka!

Wydawnictwo PROHIBITA Paweł Toboła-Pertkiewicz opracowuje do powszechnego stosowania najskuteczniejszą na świecie szczepionkę antysocjalistyczną według receptury samego Frédérica Bastiata. Szczepionka jest uniwersalna – może być z powodzeniem aplikowana u ludzi w każdym wieku, szczególnie pozytywne i niemal natychmiastowe efekty przynosi u ludzi skażonych mentalnością socjalistyczną. Szczepionka, po pomyślnym zakończeniu tłumaczenia, jest właśnie poddawana w laboratorium zabiegom redaktorskim. Jej masowa produkcja rozpocznie się na przełomie sierpnia i września. Na rynku pojawi się 19 września 2009 roku. Szczepionka nie będzie posiadać żadnych międzynarodowych certyfikatów ani nie będzie wpisana na listę leków refundowanych przez Ministerstwo Zdrowia, można ją natomiast zamówić już dziś bez recepty i bez kolejek. Za rekomendacje tej szczepionki niech wystarczą trzy opinie: Friedrich von Hayek pisał o wynalazcy i twórcy tej receptury , że „był geniuszem publicystyki”, a Ludwig von Mises poszedł krok dalej pisząc nawet, że „Bastiat wniósł nieśmiertelny wkład w obronę ludzkiej wolności”. Henry Hazlitt stwierdził jednak najdobitniej, że „Każdy, kto przeczyta i zrozumie Bastiata, może uważać się za skutecznie i dożywotnio zaszczepionego na protekcjonistyczną chorobę umysłu czy mrzonki o państwie opiekuńczym. Bastiat zabił protekcjonizm i socjalizm po prostu wyśmiewając je”. W przeciwieństwie do innych leków: aplikowanie szczepionki w postaci Dzieł zebranych Bastiata to sama przyjemność! To zarazem najskuteczniejsza metoda zabicia w ludziach socjalistycznego myślenia. Nie zwlekaj zatem i już dziś zamów tę szczepionkę! Wydawnictwo PROHIBITA Paweł Toboła-Pertkiewicz przygotowuje do druku Dzieła zebrane francuskiego geniusza ekonomii i mistrza wyszukiwania absurdów, Frédérica Bastiata i dzięki temu każdy z Państwa będzie mógł dożywotnio zaszczepić się przeciw socjalizmowi. Będzie to pierwsze polskie wydanie w jednym zbiorze wszystkich najważniejszych dzieł wielkiego francuskiego myśliciela. Wzorujemy się na pierwszym na świecie wydaniu dzieł zebranych, które opublikował amerykański Mises Institute w 2007 roku. Wszystkie prace zamieszczone w naszych Dziełach zebranych są tłumaczone z oryginalnej wersji językowej, tj. języka francuskiego. Dzieła zebrane zostały podzielone na dwa tomy. W pierwszym tomie znajdą się następujące dzieła: Co widać i czego nie widać Prawo Państwo Przeklęty pieniądz Kapitał i zysk z kapitału Ekonomiczne sofizmaty cz. 1 i 2 W drugim tomie znajdą się dwie części najważniejszego dzieła Bastiata: Harmonie ekonomiczne cz. 1 i 2. Na końcu drugiego tomu zamieszczone zostanie Kalendarium życia Autora. Ponieważ nasze wydawnictwo nie uczestniczy w procesie, który Frédéric Bastiat zwykł nazywać legalną grabieżą, nie korzystamy z żadnych państwowych dotacji, subwencji i innych form przymusowego finansowania z pieniędzy podatnika naszych projektów wydawniczych. Wydawane przez nas książki są finansowane z prywatnych pieniędzy. Ponieważ jednak wydanie Dzieł zebranych Bastiata jest w historii naszego wydawnictwa największym i najdroższym przedsięwzięciem, zwracamy się z propozycją wykupienia subskrypcji po bardzo atrakcyjnej cenie. Cena detaliczna za oba tomy wynosić będzie 120,00 zł (sto dwadzieścia złotych). W subskrypcji Dzieła zebrane kosztują 80,00 zł (osiemdziesiąt złotych), z wliczonymi już kosztami wysyłki. Dodatkowo, wszyscy subskrybenci, którzy wykupią subskrypcję do końca czerwca 2009 roku, otrzymają wraz z Dziełami zebranymi książkę Wielkie mity Wielkiego Kryzysu autorstwa Lawrence’a W. Reeda (PROHIBITA 2009). Nie zwlekaj! Zamów szczepionkę w postaci Dzieł zebranych już dziś! Szczegóły na www.prohibita.pl/bastiat.html bastiat-okladka

Terror podatku liniowego

Powszechną praktyką jest angażowanie się przez ekonomistów w bezsensowne dyskusje. I tak na przykład wolnorynkowcy kłócą się o to, czy lepszy jest VAT, czy PIT. Czy lepiej mieć stawkę liniową, czy progresywną itd. Zwróćmy uwagę na kilka błędów, jakie pojawiły się w niedawnej propozycji wprowadzenia podatku liniowego.  W całym bałaganie przypomnijmy uniwersalne prawdy o podatkach, o jakich uczył nas wiele lat temu Jean-Baptiste Say w swoim traktacie ekonomicznym. Przede wszystkim warto pamiętać, w którym miejscu książki pojawia się problem opodatkowania - w księdze "Konsumpcja". Nic dziwnego, ponieważ podatki w momencie ściągania przez władzę oznaczają konsumpcję środków, których właścicielem jest podatnik. Wartość przepada w samym momencie nałożenia podatku, jak pisał francuski klasyk. Podatki są szkodliwe, ponieważ utrudniają akumulację kapitału i poszerzanie dobrobytu. Pieniądze zamiast zostać przeznaczone na rzeczy produktywne (lub precyzyjniej: takie, które w oczekiwaniach podmiotów na rynku przyniosą większą produktywność), zostają przekazane na konsumpcję urzędników, którzy wydają te pieniądze w zależności od politycznych interesów. Często powtarzanym mitem jest stwierdzenie, jakoby wydatki państwowe mogły służyć inwestycjom. Nie. Tak nie jest. Państwo nie inwestuje w prawdziwym tego słowa znaczeniu - wszelkie jego wydatki są aktualną konsumpcją władzy, która tu i teraz dekretuje wydawanie pieniędzy na określone cele (z drugiej strony, aby mówić o inwestowaniu, należy pamiętać, że trzeba wcześniej coś oszczędzić; państwo się tutaj nie trudzi). Twierdzenie, że podatki zwiększają dobrobyt Say od początku nazywa absurdem. Prywatne jednostki, aby uzyskać pieniądze, muszą służyć ludziom w dostarczaniu rozmaitych dóbr i usług, które ci są skłonni nabyć po określonych cenach. Państwo natomiast nie sprzedaje komukolwiek jakichkolwiek usług - wprost przeciwnie, jego działanie jest zaprzeczeniem złotych zasad wolności. Say również w swoim geniuszu zwraca słusznie uwagę na częste pomyłki w trakcie debat podatkowych oraz tendencję do mylenia przyczyny i skutku. Niektórzy zwracają uwagę, że bogatsze kraje mają często wyższe podatki niż biedniejsze. Niestety bezmyślna empiryczna obserwacja może poprowadzić do błędnych wniosków - dlatego też zawsze musimy szukać związków przyczynowo-skutkowych. I Baptysta tak robi. Bogate kraje nie są bogate dzięki podatkom, ale pomimo tych podatków - zaś ich aktualne bogactwo bierze się ze wcześniejszego rozwoju i długoletniej budowy struktury kapitałowej.  Say przypomina trywialną prawdę, iż dokładnie tyle, ile wyda państwo, o tyle jest pomniejszone bogactwo obywateli. Tak więc sam akt przechodzenia przez budżet pieniądza nie kreuje dobrobytu, miejsc pracy, dodatkowej podaży dóbr i usług. Tę ekonomiczną "zasadę zachowania energii" można odnaleźć później dokładnie rozpisaną u Bastiata znaną jako dylemat rozbitej szyby, rozpropagowany przez Henry Hazlitta. Dzisiejsi ekonomiści powołują się na magiczny mnożnik (wyczarowany w latach 30 przez Richarda Kahna), sprawiający, że każdy wydany przez państwo pieniądz tworzy dodatkowo więcej miejsc pracy niż działanie rynku. Podekscytowany tym John Keynes zaaplikował tę całkowicie błędną teorię do swojej książeczki w pięknym matematycznym opakowaniu. Do tego kilka przyjemnych wykresów i zdań owiniętych w profesjonalną terminologię i już mamy "teorię naukową". Niestety stalaktyty i stalagmity słowne przybudowane nawet najśliczniejszymi rycinami i skomplikowanymi wzorami nie przeskoczą czegoś, co jest od wieków nazywane zdrowym rozsądkiem. Skutkiem ignorowania tego oczywistego faktu są chociażby przesycone błędami polskie podręczniki z ekonomii. Jest jednak zasadnicza różnica między pieniędzmi wydawanymi przez państwo a pieniędzmi wydawanymi przez prawowitego właściciela. W drugim przypadku pieniądze trafiają w miejsca zgodne z preferencjami konsumenta. W pierwszym natomiast trafiają w miejsca dokładnie przeciwne. Stąd też w momencie przejścia pieniędzy przez ręce władzy nie jesteśmy w tym samym miejscu - jesteśmy w miejscu znacznie gorszym. Dlatego właściwe podejście do podatków podsumowuje teza Saya: najlepszy podatek to taki, który jest najmniejszy. Pomińmy kwestię, gdzie taki radykalizm nas zaprowadzi oraz jego analogię do tezy Thomasa Jeffersona, że najlepszy rząd to taki, który rządzi najmniej, i skupmy się na niedawnej propozycji Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych. Pierwsza teza, jaka pojawia się w komunikacie PKPP to, że podatek liniowy jest dla polskiej gospodarki "najkorzystniejszy" i "najbardziej sprawiedliwy". Nonsens. Jak uczył nas Say, najkorzystniejszy podatek to taki, którego nie ma. Im mniejsze podatki, tym lepiej dla gospodarki i korzystających z niej obywateli. Sama forma nie ma absolutnie żadnego znaczenia, bo liczy się ogólny poziom obciążenia fiskalnego. Twierdzenie, że podatek liniowy jest "najbardziej korzystny" dla gospodarki to absolutnie pusta, a właściwie zupełnie absurdalna teza. Obciążenie wszystkich 100% stawką to też podatek liniowy, podobnie jak obciążenie 1%. Jak sami widzimy, nieważna jest matematyczna procedura, lecz wielkość podatku.  Takim samym błędem jest twierdzenie, że podatek liniowy jest najbardziej sprawiedliwy ze wszystkich. Co ma być takiego sprawiedliwego w tym, że nalicza się procentowo wszystkim tak samo przymusowe świadczenie? Co jeśli wszystkie ceny na rynku byłyby zależne od dochodu i naliczane w stosunku do zarobku? Jaki sens wtedy miałoby bogacenie się? To jedna kwestia. Druga to smakowita przeróbka cytatu o darmowych obiadach w wykonaniu Murraya Rothbarda. There is no such thing as a fair tax. Nie ma czegoś takiego jak sprawiedliwy podatek, ponieważ wszystkie są przymusowe. Nie rozumiem, gdzie ma być sprawiedliwość w liniowości. Weźmy sobie podatek 10% dla wszystkich. Osoba zarabiająca 1000 złotych płaci 100 złotych, a osoba zarabiająca 2000, płaci 200 złotych. Teraz wprowadźmy dwie stawki 1% i 10% przy progu w wysokości tysiąca. Osoba zarabiająca 1000 zapłaci 10 złotych, a osoba zarabiająca 2000 tysięcy, zapłaci 110 złotych. Co jest u licha niesprawiedliwego w drugiej sytuacji, co może znaleźć sprawiedliwe odzwierciedlenie w sytuacji pierwszej? Poza matematyczną proporcjonalnością oczywiście, która jak widzieliśmy wyżej jest zupełnie pusta (100% podatek "sprawiedliwy"). Poza tym ja zdecydowanie wybieram opcję drugą. PKPP proponuje na wstępie 18% stawkę liniową powyżej "niezbędnego do życia minimum" nałożoną na wszystkie dochody (także od lokat kapitałowych) przy jednoczesnej likwidacji ulg poza ewentualną na dzieci (to już są dwie stawki). Oczywiście system ma "uwzględniać sytuację budżetu". Tutaj wychodzi coś, co może być nazwane "terrorem podatku liniowego", który fundują nam rozmaite środowiska "wolnorynkowe". Do nich także zaliczają się enigmatyczni Lafferzyści, którzy z pewnej krzywej zrobili prawdziwy talizman, jaki swoim błyskiem zapewni świetlaną przyszłość każdej gospodarce, w której tnie się marginalne stawki podatkowe i obciąża wszystko, co się da, jednolitą stawką. Tak więc zadajmy sobie pytanie: co jest wspaniałego w zachowaniu takich samych przychodów budżetowych i zamykaniu możliwości ucieczki przed podatkiem? W cięciu podatków chodzi o to, żeby jednocześnie ciąć wydatki i zmniejszać sektor publiczny, w przeciwnym razie cięcie podatków to jakiś przekręt. PKPP żali się, że wypełnianie sterty papierów w celu uzyskania ulg jest nieproduktywne i marnuje czas podatników. Wprost przeciwnie. To wypełnianie i uciekanie w koszty przez przedsiębiorców sprawia, że pieniądze są wyrywane ostatkiem sił z rąk urzędników. Receptą na tę sytuację zdaniem Konfederacji jest likwidacja takiej możliwości. No proszę! System z kategoriami A, D, E itd., który pozwala niektórym osobom uniknąć porwania zwanego "wypełnieniem patriotycznego obowiązku" jest niewydolny i marnuje dużo energii na to uciekanie z armii. Używając do końca analogii, jaka jest recepta PKPP? Zlikwidować w ogóle możliwość uniknięcia służby wojskowej i kazać wszystkim brać w niej udział. Cóż za oszczędność! Oczywiście, chociaż nie muszę dodawać, to jednak to zrobię, prawdziwy wolnościowiec opowiada się za zniesieniem przymusu poborowego jak również za likwidowaniem podatków. Ściślej: za wprowadzeniem ulg podatkowych dla wszystkich, a nie za zlikwidowaniem ich dla wszystkich. Różnica jest naprawdę zasadnicza. Sam wysuwam propozycję, która wydaje mi się znacznie ciekawsza niż ta przyjęta przez PKPP. Mnie osobiście bardziej odpowiada system podatkowy (nie opowiadam się za nim, choć byłby lepszy niż to, co proponują nasi rzekomi "wolnorynkowcy") z super progresją. Konkretnie system z aż dziewiętnastoma stawkami podatkowymi. Pierwsza to 0%, następna 1% i tak aż do 18%. Proszę mi teraz powiedzieć, który system będzie "sprawiedliwszy" tudzież "mniej socjalistyczny" albo "bardziej korzystny"? Oczywiście ten super progresywny, ponieważ mniej kradzieży (z prakseologicznego punktu widzenia rząd to rodzaj złodzieja) oznacza krok w stronę sprawiedliwości, ponieważ niższy podatek sprzyja wzrostowi gospodarczemu i ponieważ obniżka obciążeń fiskalnych oznacza krok w stronę desocjalizacji. PKPP chce także zapędzić KRUSowców do ZUSu w celu "oszczędności budżetowych". Czy naprawdę nie lepiej po prostu zlikwidować przymus ubezpieczeń zamiast sypać potworkami a'la "oszczędności budżetowe"? Które są tak absurdalną frazą jak zdanie "przez unikanie podatków państwo traci 10 miliardów złotych" (bo oczywiście Capone "traci" na tym, że Scorsese sprzeda Coppoli rower). Niech pozostanie nam w głowie uniwersalna sayowska prawda: najlepsze podatki to podatki jak najniższe, nie jakieś "liniowe". Chodzi przede wszystkim o to, aby dokładnie rozumieć naturę procesu rynkowego i państwowej ingerencji w jego pokojową strukturę. No i oczywiście o to, aby nie mieszać się w pustą i absolutnie zbędną dyskusję ideologiczną o rzekomej sprawiedliwości liniowego. Jeśli budownictwo jest zwolnione z VAT, to ja jak słowo daję, nie widzę niczego korzystnego, ani sprawiedliwego w tym, że państwo w imię integracji z UE, nałoży na ten sektor stawkę podatku od wartości dodanej, taką samą jak w innych sektorach. Mateusz Machaj (17 marca 2003)

Podatki mają konsekwencje

O przyczynach koniecznej reformy systemu podatkowego  Parafrazując tytuł książki Richarda M. Weaver'a "Ideas Have Consequences" można powiedzieć, że podatki, jak idee, też mają swoje konsekwencje. Istnieje związek przyczynowo-skutkowy między filozofią społeczną i głoszonymi hasłami politycznymi, a sposobem funkcjonowania społeczeństwa, zachowaniami poszczególnych jego członków i całych grup społecznych oraz stanem gospodarki. Jeśli głosimy jakąś ideę, to nie możemy się dziwić skutkom, które ona wywołuje. Z kolei każdy podatek wywiera bezpośredni wpływ na alokację zasobów w gospodarce i jest źródłem tak zwanego efektu akcyzowego. Jeżeli coś opodatkowujemy, to, z definicji, tego czegoś jest mniej. Gdy opodatkowujemy dochód, mamy mniejszy dochód, o czym przekonuje się każdy, kto bezpośrednio rozlicza się z fiskusem, a czego mogą nie odczuwać jedynie osoby, za które podatki płaci zakład pracy lub ZUS. Gdy opodatkowujemy oszczędności to też jest ich mniej - a w konsekwencji ilość kapitału dostępnego na rynku jest mniejsza. Państwo zabiera podatnikom tę część dochodów, która mogłaby zostać przez nich zaoszczędzona i przeznaczona na finansowanie rozwoju gospodarczego. Zaś rząd, który przechwytuje pieniądze podatników, kieruje się w swoich decyzjach najczęściej kryteriami politycznymi i finansuje te przedsięwzięcia, które mają szanse uzyskać największy poklask klienteli wyborczej, rokując największą "polityczną stopę zwrotu". Gdy bezpośrednio opodatkowujemy kapitał, też jest go mniej, albowiem kapitał wybiera takie miejsca inwestycji, w których fiskus nie jest nadmiernie zachłanny, a spodziewane zyski są najwyższe. Jak zmniejsza się ilość kapitału, którym można finansować inwestycje, to ilość inwestycji zostaje ograniczona. Mniejsze inwestycje z kolei to zmniejszenie ilości pracy dostępnej na rynku. Gdy dodatkowo opodatkowujemy tę pracę, bezpośrednio, czy w jakiś sposób pośredni (składki na ZUS), stawką dochodzącą w skrajnych przypadkach do 100% wysokości zarobków netto, to tej pracy jest jeszcze mniej. Jak jest mniej pracy, to bezrobocie jest większe, a w konsekwencji mniejszy jest popyt wewnętrzny. Jeśli równocześnie opodatkowujemy konsumpcję (VAT, cło akcyza), to popyt zmniejsza się jeszcze bardziej. W konsekwencji zmniejsza się produkcja, na którą brakuje zapotrzebowania, a zatem zmniejsza się jeszcze bardziej zapotrzebowanie na siłę roboczą i jeszcze bardziej rośnie bezrobocie. Tempo wzrostu gospodarczego maleje. Dochody budżetu spadają, a pogarszająca się sytuacja rodzi presję społeczną na zwiększenie wydatków socjalnych - a więc wydatki budżetu rosną. Rośnie też deficyt budżetowy, którego sfinansowanie pochłania coraz większą część i tak zbyt niskich oszczędności. To sprawia, że mimo spadającej inflacji stopy procentowe są nadal wysokie - koło przyczyn i skutków się zamyka, stagnacja gospodarcza przybiera na sile. Podatki mają bowiem konsekwencje. Zły podatek od nieruchomości był przyczyną secesji Niderlandów od Hiszpanii w XVI wieku, a obecnie jest przyczyną upadku centrów wielu miast amerykańskich. Złe podatki były też przyczyną "tej osobliwej łatwości z jaką mahometanie dokonali swoich zdobyczy" - jak pisał Monteskiusz. "W miejsce nieustannych udręczeń, jakie wymyśliła chciwość cesarzy, ludy spotykały się z daniną prostą, łatwą do płacenia i do ściągania: wolej im było podlegać barbarzyńcom, niż skażonemu rządowi." Wszystkie rządy, zarówno te despotyczne, jak i obecnie demokratyczne, pomijają długofalowe konsekwencje podejmowanych przez siebie decyzji. Henry Hazlitt w wydanej w roku 1946, wielokrotnie wznawianej i tłumaczonej na kilkanaście języków, książce "Ekonomia w jednej lekcji" postawił słynną tezę, że powodem błędów w ekonomii są z jednej strony wewnętrzne trudności samego przedmiotu, ale "po tysiąckroć pomnaża je działanie czynnika, który nie odgrywa roli w, na przykład, fizyce, matematyce czy medycynie - jest nim specjalne zaangażowanie ze strony egoistycznych interesów". Uzupełnia je drugi czynnik, którym jest "trwała skłonność ludzi, by widzieć tylko bezpośrednie skutki danej polityki, jakie przynosi ona konkretnej grupie, zaniedbywać zaś badanie odległych jej skutków - nie tylko dla danej grupy, ale dla wszystkich". Błąd ten polega więc na pomijaniu wtórnych konsekwencji. Tragedia zaś polega na tym, że "już dziś cierpimy z powodu długoterminowych skutków programów podejmowanych w odległej czy bliskiej przeszłości. Dzień dzisiejszy, to jutro, które wczoraj lekceważyli źli ekonomiści". Twierdzenia te odnoszą się co prawda do teorii ekonomicznych, ale z równym powodzeniem można je zastosować do oceny różnych koncepcji podatkowych, których autorzy, podobnie jak ekonomiści, występując w służbie różnych grup interesów, lansują różne koncepcje podatkowe, abstrahując od ich długofalowych skutków dla całej gospodarki. Jak twierdzi Hazlitt, "na każdy dolar, wydawany na inwestycje rządowe przypada dolar odbierany podatnikom (...) Jeżeli rząd buduje most to widzimy ludzi zatrudnionych przy jego budowie, widzimy postępy ich pracy (...) Ale są inne rzeczy, których nie widzimy, ponieważ - niestety - nie pozwolono im powstać (...) Opodatkowanie na cele publicznego budownictwa niszczy w innych gałęziach gospodarki tyle miejsc pracy, ile tworzy w budownictwie. Przynosi także skutek w postaci prywatnych domów, których się nie buduje". Podobny pogląd wypowiada Milton Friedman. Jego zdaniem, "jakkolwiek by rząd nie zdobywał pieniędzy, które wydaje, to towary i usługi które kupuje lub które kupowane są przez ludzi, którym rząd przekazuje pieniądze, nie mogą być skutkiem tego użyte w innym celu". Dlatego Hazlitt konkluduje: "musimy podjąć specjalny wysiłek wyobraźni - a wydaje się, że zdolni są do niego nieliczni - aby przyjrzeć się drugiej stronie zapisów księgowych". Amerykanie ten wysiłek już podjęli. W słowie wstępnym do członków Narodowej Komisji do spraw Wzrostu Gospodarczego i Reformy Podatkowej (National Commission on Economic Growth and Tax Reform) powołanej przez 104 Kongres Stanów Zjednoczonych lider większości republikańskiej w Senacie Bob Dole i Przewodniczący Izby Reprezentantów Newt Gingrich przypomnieli słynne historyczne słowa, że "opodatkowanie bez przedstawicielstwa jest tyranią", które pomogły wzniecić rewolucję w Ameryce ponad dwa wieki temu, dodając, "że u progu XXI wieku Amerykanie patrzą na system podatkowy, którego złożoność i stawki podatkowe ustawicznie wzrastają i dochodzą do wniosku, że możliwość opodatkowania z udziałem przedstawicieli narodu również nie była zbyt dobrym pomysłem". Jack Kemp, Przewodniczący tej Komisji podkreślił, że jednym z celów jakie przyświecały jej pracom było to, aby "poinformować cały świat, w szczególności nowo powstające demokracje, że celem polityki podatkowej jest wzrost dochodu, a nie redystrybucja dobrobytu". Te "nowo powstające demokracje" to przecież także Polska. Inny członek Komisji, John Gardner zauważył, że "w przełomowych momentach historii pojawiają się ożywiające wybuchy energii i motywacji, nadzieja, zapał i wyobrażenia, które pozwalają ludziom uwolnić się z więzów, które normalnie krępują ich pełne możliwości. Drzwi są otwarte, a uwięziony w klatce orzeł wznosi się w powietrze. Ten orzeł, symbol naszego narodu, reprezentuje duch kreatywności, talenty i aspiracje. Zadaniem tej Komisji i zamierzeniem naszych zaleceń jest otworzenie drzwi i pomoc w uwolnieniu orła w każdym z nas". Warto podkreślić, że orzeł jest także symbolem polskiego narodu i też powinniśmy pozwolić mu polecieć. Dr Robert Gwiazdowski robert.gwiazdowski@adam-smith.pl (tekst opublikowany na SP w 2002 roku) * * * Czytaj także: Dzień Wolności Podatkowej - Manifest Podatkowy Prof. Tadeusz Tyszka - Reakcje ludzi na wysokie podatki