Tag Archives: III RP

Scenariusz tąpnięcia

Zdaje im się, że on ucieka, czy tego chce czy nie. Wie być może coś czego my nie wiemy. Wie, że to jest nieuniknione, więc postanowił się ewakuować, oddać władzę opozycji, aby to była jej wina, a nie jego. Taki gracz nie popełnia tylu błędów jeśli nie chce przegrać partii. Chyba, że ktoś życzliwy mu w tym pomaga, a on o tym nawet nie wie.

Licealista w sejmie: Mamy demokrację, nie mamy wolności

Dominik Feliks, młody człowiek, który wziął udział w organizowanym przez Sejm dniu dziecka, wytknął antyobywatelski charakter III RP. Niejednemu słuchającemu go posłowi zapewne opadła szczęka...

Z życia dziennikarzy śledczych, z historią III RP w tle

Czy tzw. dziennikarstwo śledcze ma we współczesnej Polsce jakąkolwiek przyszłość? Z wydanej właśnie przez Wydawnictwo Słowa i Myśli książki „Afery III RP” wynika, że raczej nie. Jest wręcz gorzej - nie tylko dziennikarstwo śledcze zanika, ale w ogóle samo dziennikarstwo schodzi na psy.

Witold Gadowski o nieudolnych rządach kleptokratycznych elit III RP

Polecamy fragment spotkania z dziennikarzem i pisarzem, autorem sensacyjnej książki "Wieża komunistów", red. Witoldem Gadowskim, które odbyło się w Łodzi w dniu 28.04.2014 r.

Resortowe dzieci czyli kto magluje ludziom mózgi w III RP

Nakładem wydawnictwa Fronda ukazała się praca „Resortowe dzieci. Media”. Jej autorami są: Dorota Kania, Jerzy Targalski i Maciej Marosz. Jest to pierwszy tom, kilku tomowego wydawnictwa które przybliży polskim czytelnikom korzenie współczesnej elity. Kolejne tomy mają dotyczyć służb specjalnych, polityków, biznesu i nauki.

Otwartym tekstem o III RP

Zapraszamy do obejrzenia nowego internetowego programu publicystycznego pt.: "Otwartym tekstem". W premierowym odcinku Grzegorz Braun i dr Jan Przybył mówią o problemach związanych z podejmowaniem debat na trudne i politycznie niepoprawne tematy w III RP.  
  Foto.: Marcin Janowski

„Cień tajnych służb” – spotkanie z red. Dorotą Kanią

Dziwne samobójstwa III RP, dziwne zaginięcia, wiele znaków zapytania i sporo dotąd niewyjaśnionych spraw, chociażby sprawa gen. Papały czy Piotra Jaroszewicza. To tematyka książki red. Doroty Kani "Cień tajnych służb". Zapraszamy do obejrzenia relacji ze spotkania z autorką książki, które odbyło się 17 czerwca 2013 roku w Piotrkowie Trybunalskim.
Wkrótce kolejne odcinki...

Jest gorzej niż myślimy

Tak, i to w sferze gospodarczej. A rodacy nie widzą nawet tego, że finansowo są robieni w konia przez rządzących. Bardziej się dziwię nawet temu, niż obojętności wobec kwestii religijno – patriotycznych lub moralnych. Po 20 latach balcerowiczowskiego eksperymentu jesteśmy najbiedniejszym krajem w Unii Europejskiej.
W Polsce brakuje zupełnie wolności gospodarczej, co najlepiej zilustrował film „Układ zamknięty”. Według oficjalnych zasad wypracowanych przy okrągłym stole – prawdziwym przekleństwie naszego kraju i narodu biznesy mogą prowadzić przeważnie swoi (znaczy się związani z SB i WSI). Majątek narodowy został prawie całkowicie wyprzedany w obce ręce; vide Telekomunikacja Polska sprzedana francuskiej firmie państwowej. Pracownicy najemni często traktowani są jak niewolnicy. A uczciwi, dobrzy pracodawcy prześladowani przez tzw. państwo (czytaj służby specjalne). Rolnictwo zniszczone. Przemysł podobnie. A dlaczego napisałem, że jest gorzej? Wybaczyć można byłoby głupotę. Ale ja tu widzę coś dużo gorszego: zdradę narodową i świadome działanie na rzecz obcych (skutek przewerbowania się specsłużb z kierunku wschodniego na zachodni). A najlepszym dowodem tej zdrady narodowej jest nieustanne zadłużanie Polski. Kiedyś Konfederacja Polski Niepodległej postulowała restytucję niepodległości. Oznaczałoby to także odmowę spłacania długów zaciągniętych przez komunistów w PRL. Zachód z oczywistych przyczyn obawiał się tego. A czy dzisiaj nie warto wrócić do tej idei, odcinając się nie tylko od od PRL ale także od tzw. III RP, a raczej PRL – bis? Jacek Łukasik

Czego red. Wybranowski nie napisał w tygodniku „Do Rzeczy”?

W najnowszym numerze tygodnika "Do Rzeczy" (nr 11/2013) ukazał się artykuł Wojciecha Wybranowskiego poświęcony sylwetce posła Antoniego Macierewicza "Desperado w pojedynku z III RP". A konkretnie jego zasługom na niwie wyrywania Polski z PRL-owskich łańcuchów, które pod nazwą III RP oplotły ją ze wszystkich stron.
Pan Wybranowski skupił się, niestety, tylko na najbardziej medialnych aspektach działalności polityka PiS, tj. lustracja, likwidacja WSI oraz badanie przyczyn katastrofy smoleńskiej (co oznacza, że dziennikarze z mainstreamowych mediów są raczej leniwi i zbytnio nie chce im się szperać - choćby w internecie), umknął mu natomiast epizod z działalności posła Macierewicza, który, na upartego, też można by uznać za jego sporą zasługę. A mianowicie jako jedyny poseł (podobny wniosek złożył jeszcze senator Piotr Andrzejewski) miał on odwagę, ale i samozaparcie, by zaskarżyć w Trybunale Konstytucyjnym Traktat lizboński, pozbawiający nasz kraj wielu aspektów państwowej suwerenności. Poseł Macierewicz uczynił to co prawda pod silną presją środowiska związanego z naszym portalem, a także licznych apeli płynących do niego ze strony wyborców okręgu piotrkowskiego, z którego został on wybrany parlamentarzystą, niemniej uczynił to. Gdyby tak red. Wybranowski wspomniał o tym wątku, jego tekst zyskałby zapewne na oryginalności i czymś przynajmniej różniłby się od wielu artykułów, które na temat posła Macierewicza powstawały w przeszłości. Co prawda sprawa z zaskarżeniem Traktatu skończyła się niepowodzeniem, przy niemałej zresztą zasłudze samego wnioskodawcy czyli posła Antoniego Macierewicza, jednak coś próbował on zrobić, w odróżnieniu od całej gromady leni zasiadających w parlamencie, w tym również w jego ugrupowaniu. Gdyby red. Wybranowski odnalazł materiały na ten temat w internecie, artykuł na pewno byłby ciekawszy, a tak - wyszła jedynie laurka na temat jednego z posłów. Jest jeszcze jeden wątek z artykułu red. Wojciecha Wybranowskiego, na który chciałbym tu zwrócić uwagę, który pokazuje, że dystans do tego, co się czyta, nawet w tzw. prawicowej prasie, jest bardziej niż wskazany. Chodzi o historię z ujawnieniem zasobów archiwalnych UB i SB w 1992 roku. Antoni Macierewicz, ówczesny minister spraw wewnętrznych, zobligowany został do wykonania uchwały lustracyjnej autorstwa Janusza Korwin-Mikkego. Na tzw. liście Macierewicza, wśród agentów UB i SB znalazł się ówczesny marszałek sejmu, polityk ZChN, nieżyjący już Wiesław Chrzanowski. Red. Wybranowski wspomina ten wątek w swoim tekście. Ale znów, pojawia się wątpliwość, która artykuł publicysty "Do Rzeczy" czyni trochę jakby niedopracowanym. Autor tekstu cytuje posła PO Konstantego Miodowicza: "Działanie lustracyjne Macierewicza, które było ukoronowaniem jego pracy jako szefa MSW zakończyło się w sposób źle świadczący o jego przygotowaniu. Lista Macierewicza była przygotowana zbyt szybko, znalazły się na niej osoby, które agentami nie były". Po wypowiedzi Miodowicza pojawia się podsumowanie red. Wybranowskiego: "Rzeczywiście, wpisanie na listę Wiesława Chrzanowskiego było błędem". Z kontekstu wynikałoby, że nie było to błędem politycznym, lecz merytorycznym, tzn. że Wiesław Chrzanowski nigdy żadnym agentem nie był... Zobaczmy tymczasem, co o całej historii powiedział w październiku 2012 roku naszemu portalowi poseł Piotr Naimski, szef Urzędu Ochrony Państwa za rządów Jana Olszewskiego, bliski współpracownik Antoniego Macierewicza. W wywiadzie pt. "Wciąż płacimy wysoką cenę za kłamstwo roku 1992" (wersja dźwiękowa - MP3), na moje pytanie o słynną "nocną zmianę": "(...) czy spodziewali się Państwo wówczas takiej reakcji Lecha Wałęsy, że zmobilizuje wokół siebie te środowiska?", Naimski odpowiedział: "Ja powiem inaczej. Ja liczyłem na inną reakcję ówczesnego marszałka sejmu Wiesława Chrzanowskiego. Gdyby ówczesny marszałek sejmu zareagował". Na mój wtręt: "A dziwi to Pana, że jego reakcja była taka, jaka była?", szef UOP z 1992 roku stwierdził: "Tak, byłem zdziwiony, dlatego, że … A właściwie może nie zdziwiony, ale rozgoryczony, dlatego że byłem jedną z osób, które mu ufały i uważałem go za bardzo przyzwoitego człowieka. Kiedy dowiedziałem się o jego uwikłaniach liczyłem na to, że zachowa się jak mężczyzna i patriota tzn. po prostu opowie o tym. A my Polacy jako zbiorowość jesteśmy bardzo miłosierni. Myślę, że gdyby Wiesław Chrzanowski wyszedł wtedy na mównicę sejmową i opowiedział swój życiorys w całości i wyjaśnił te wszystkie problemy, to prawdopodobnie byłby prezydentem Polski i my żylibyśmy dziś w innej Polsce. Ale on postanowił inaczej, on poszedł do Wałęsy i po dwóch godzinach, czy też po półtorej, rozmowy z Wałęsą obydwaj postanowili, że będą kłamać." Można powiedzieć, że to już historia, niemniej dobrze jednak byłoby wiedzieć (skoro wciąż się o tym pisze), jaka była prawda. Czy to jest prawdą, co o marszałku Wiesławie Chrzanowskim pisze red. Wybranowski czy też prawdą jest to, co mówi poseł Naimski, człowiek, który miał dostęp do materiałów UB i SB i którego uznać można za jednego z lepiej poinformowanych o zasobach archiwalnych PRL-owskiej bezpieki. Być może red. Wybranowski, również opisując ten wątek, tylko prześlizgnął się przez temat (mógł w końcu o marszałku Chrzanowskim w swoim artykule nie wspominać). Cóż, nie chciało się poszperać w internecie, a już zwłaszcza poszperać po jakichś tam niszowych portalach? Czytanie PROKAPA nie jest oczywiście żadnym obowiązkiem, niemniej prawda jest taka, że na niszowych serwisach czy blogach można niekiedy trafić na interesujące informacje, z których też coś można wyczytać . Trzeba tylko chcieć zrobić nieco więcej niż tylko odwalić kolejny artykuł do poczytnego tygodnika... Chełpienie się sloganem "dziennikarz niezależny", "niepokorny", czy jaki tam jeszcze, to zbyt mało. Potrzebna jest jeszcze przynajmniej solidność. Paweł Sztąberek

Przedsiębiorcy – „sól tej ziemi”, czy sól w oku Tuska

Gdyby swoją wiedzę o sytuacji gospodarczej Polski opierać wyłącznie na publikowanych od czasu do czasu komunikatach Głównego Urzędu Statystycznego czy opiniach różnej maści ekspertów, wśród których czołowe miejsce zajmują pracownicy wielkich banków (tzw. główni ekonomiści banków) czy instytucji finansowych, to można by popaść w rozdwojenie jaźni. Przekazy te są bardzo często pełne sprzeczności.
W jednym miesiącu GUS ogłasza znaczące gospodarcze spowolnienie, by w kolejnym oświadczyć, że gospodarka odbija się od dna. Bankowi eksperci z kolei, choć sprawiający niekiedy wrażenie zatroskanych o rozwój wydarzeń, zazwyczaj jednak widzą teraźniejszość jak i przyszłość optymistycznie. Zresztą trudno się dziwić – zyski netto sektora bankowego w styczniu 2013 roku wyniosły 1 mld 752 mln zł i były o kilka procent wyższe niż w tym samym okresie roku 2012. Jak zatem widać, kryzys bankom niestraszny, zwłaszcza jeśli nad wszystkim czuwa Europejski Bank Centralny i amerykański FED, drukujące bez umiaru świeże banknoty, przeznaczane między innymi na ratowanie tychże banków, czyli tych, co to są „zbyt wielcy by upaść”. III RP - kontynuatorka PRL-u Żeby zatem wyrobić sobie pełniejszą wiedzę o tym, co w gospodarce naprawdę piszczy i żeby swojego zmysłu spostrzegawczości nie dać zagłuszyć oficjalnej propagandzie warto obserwować to, co się wokół nas dzieje. Wystarczy pofatygować się chociażby do pierwszego lepszego urzędu pracy czy ośrodka pomocy społecznej. Tłumy jakie tam można spotkać świadczą o tym, że coraz więcej ludzi zaczyna wyciągać ręce po państwową pomoc. I choć oficjalna polityka rządu w dużej mierze bazuje na przyzwyczajaniu ludzi do rozdawnictwa i wmawianiu im, że tzw. darmocha to nic wstydliwego - wszak sam premier Tusk wyżebrał w Brukseli miliardy euro - to mimo wszystko nie ma się z czego cieszyć. Bo choć chwilowe łatanie finansowych dziur „złotym deszczem” z Unii Europejskiej może wydawać się nawet fajne, to w dłuższej perspektywie rodzi tragiczne konsekwencje. Jedną z nich, na którą zwraca się mało uwagi, jest zanik odpowiedzialności ludzi za swój los, utwierdzenie ich w przeświadczeniu, że zawsze „im się należy”. Taka postawa nieuchronnie pociąga za sobą degradację moralną człowieka, a co za tym idzie, wyniszczenie narodu i społeczeństwa. Jednym z fundamentów krytyki systemu komunistycznego, czy – jak kto woli - realnego socjalizmu, było właśnie zwracanie uwagi na ten jego aspekt, który kształtował w ludziach postawę tzw. wyuczonej bezradności. Ustrój, gdzie państwo jest jednym wielkim opiekunem, od urodzenia aż po grobową deskę, wytwarzał w ludziach oczekiwanie, że zawsze coś dostaną, że państwo im da i rozwiąże wszystkie ich problemy. Nie, że sami muszą o to zawalczyć, lecz że im się to należy. III RP, krytykowana przez lewicę za rzekomo dziki kapitalizm, paradoksalnie nie zdołała tego sposobu myślenia z ludzi wykorzenić. Jest wręcz przeciwnie, roszczeniowa postawa podsycana jest coraz bardziej przez rządzących, uwikłanych – na własne życzenie – w redystrybucyjny ustrój panujący w Unii Europejskiej. System unijnych dotacji utrwala w ludziach nawyki wyniesione z czasów komunizmu. Skoro jednak wówczas twierdziliśmy, że tamten system niszczył ludzi, to tym bardziej musimy przyznać, że ten robi to samo, być może nawet z większą siłą. Każdy, kto ten system popiera musi zdawać sobie sprawę z tego, że pod tym względem III RP jest godną i bezkonkurencyjną kontynuatorką PRL-u. Ale nie tylko pod tym... Przedsiębiorca – czarny charakter każdego ustroju? Prywatni przedsiębiorcy rzadko gdzie uważani są za bohaterów. System komunistyczny a właściwie ludzie, którzy mu służyli, zwalczali ich z całą siłą. Wielu z nich po prostu wymordowano, resztę wydziedziczono z fabryk i majątków, sprowadzając do roli niewolników. Wielu musiało ratować się emigracją. Ich przedsiębiorczość, pomysłowość i kreatywność przydały się innym narodom, tam gdzie panowała wolność. I choć niespełna półtora roku temu premier Donald Tusk powiedział w Katowicach do przedsiębiorców, że są „solą tej ziemi” i że on nisko chyli głowę przed ich wysiłkami, to praktyka jego rządów pokazuje raczej, że przedsiębiorcy może i solą są, ale chyba w jego oku. A głowę chyli tak nisko dlatego, by móc ich w ogóle dostrzec, jednak chyba tylko po to, by niechcący całkowicie nie wdeptać ich w ziemię. Dziś, podobnie jak za komuny, ludzie coraz częściej głosują nogami. III RP tworząc ramy prawne, w znacznej mierze narzucane przez Brukselę, stworzyła w pewnym sensie klatkę, w której powoli zaczyna brakować powietrza. Dlatego wielu ludzi z pomysłami, kreatywnych i przedsiębiorczych wyjeżdża z kraju i szuka szczęścia gdzie indziej. Nie widzą perspektyw na to, by móc rozwijać się na miejscu. Tutaj najwidoczniej zaczynają się dusić. Tam zakładają firmy i tam wytwarzają bogactwo. Trudno się zresztą temu dziwić. W III RP każda polityczna akcja na rzecz przedsiębiorców okazywała się, jak dotąd, wyłącznie propagandową pokazuchą. Tak było ze słynnymi pomysłami prof. Leszka Balcerowicza, który jeszcze w latach 90-tych ub. wieku zapowiadał odbiurokratyzowanie gospodarki. Tak było z powoływaniem przeróżnych rządowych pełnomocników, ze słynną komisją sejmową „Przyjazne państwo”... I tak też jest obecnie. Dlaczego rośnie liczba bankructw Pokłosiem prawdziwego stosunku polityków do przedsiębiorców jest chociażby rosnąca liczba bankructw prywatnych firm. Statystyki nie napawają optymizmem. Tylko w styczniu i w lutym 2013 z rynku zniknęło ponad 160 firm. Ten ubytek nie został zrekompensowany pojawieniem się podobnej liczby nowych przedsięwzięć. Już w grudniu 2012 roku zanotowano, w segmencie firm jednoosobowych, większą liczbę bankructw niż rejestracji nowych firm. W sumie w całym ub. roku zamknęło się ponad 280 tys. małych biznesów. Przyczyny zamykania firm mogą być oczywiście różne. Można domniemywać, iż wiele z nich powstało tylko dlatego, że pojawił się tzw. „łatwy pieniądz” na rozpoczęcie działalności czyli mówiąc wprost – bezzwrotna unijna dotacja. Wiele osób, gdyby musiało zainwestować własne oszczędności, zapewne nigdy nie zdecydowałoby się na założenie firmy. Jednak „łatwy pieniądz” sprawia, że ludzie bardziej skłonni są do podejmowania nie do końca przemyślanych działań, gdyż za niepowodzenie nie ponoszą w zasadzie żadnych konsekwencji. Skoro pieniądze z dotacji się skończyły, a bieżąca działalność okazała się nietrafiona i niedochodowa, no to firmę trzeba zamknąć. Nie jest jednak tak, że nikt tych konsekwencji nie ponosi. Przenoszone są one na tych, którzy te dotacje sfinansowali. A są wśród nich nie brukselscy czy polscy urzędnicy-dobrodzieje lecz przedsiębiorcy-podatnicy, którzy działają rzeczywiście na własny rachunek, ryzykują własne pieniądze i gdy poślizgnie im się noga, ponoszą prawdziwe konsekwencje. Niestety, fala bankructw zaczyna dopadać także ich. Rządowi dygnitarze tłumaczyć ją będą, co zresztą już czynią, ogólnie złą sytuacją gospodarczą na świecie czyli globalnym kryzysem. Prawda jest jednak taka, że sami nie robią nic, by życie polskim przedsiębiorcom ułatwić choćby poprzez obniżenie kosztów funkcjonowania firm. W styczniu tego roku znów wzrosła płaca minimalna. W 2012 roku wynosiła ona 1500 zł brutto, teraz wynosi 1600 zł. Jaki jest jednak rzeczywisty koszt tzw. płacy minimalnej? Przyjrzyjmy się strukturze tej płacy. Otóż z 1600 zł pracownik dostaje na rękę tylko 1135 zł. Resztę musi oddać państwu: 219,36 zł idzie na opłacenie przymusowej składki na ubezpieczenie emerytalno-rentowe (ZUS), 107 zł to przymusowa składka na ubezpieczenie zdrowotne (NFZ) oraz 121 zł podatku dochodowego (18 proc.) i 17 zł (część składki, która nie podlega odliczeniu od podatku). Ale to nie koniec, ponieważ pracodawca dodatkowo odprowadzić musi za pracownika 331,84 zł przymusowej składki na ZUS. W sumie koszt tzw. płacy minimalnej to 1931,84 zł. Czyli z niemalże 2000 zł, w portfelu pracownika ląduje ostatecznie 1135 zł. Poza tym od stycznia wzrosła również składka na ZUS, którą odprowadzać musi co miesiąc każdy przedsiębiorca, niezależnie od tego czy osiągnie jakiś dochód czy nie. Aktualnie wynosi ona 1026,98 zł. Interwencjonistycznej zabawy ciąg dalszy Czy każdy przedsiębiorca będzie w stanie nadal ponosić te wszystkie koszta? Niestety nie. A co jest najlepszym tego dowodem? Choćby ostatnie statystyki bezrobocia. Okazuje się, że – jak podaje GUS – w lutym tego roku doszło już ono niemalże do 14,5 procenta, co w przeliczeniu na liczby oznacza około 2,4 mln osób. Mimo tych danych uśmiechy nie znikają z twarzy rządzących polityków. Premier Tusk zapowiedział działania, które załagodzić mają dalszej fali bankructw polskich firm i zahamować wzrost bezrobocia. Minister pracy i polityki społecznej w rządzie Donalda Tuska, Władysław Kosiniak-Kamysz, przedstawił właśnie program wali z bezrobociem i bankructwami firm. Mówiąc najkrócej rząd ma dopłacać przedsiębiorcom byleby tylko powstrzymać ich przed zwalnianiem pracowników. Wysokość dopłat ma być uzależniona od kondycji firmy – jeśli wykaże ona, że w określonym okresie jej obroty spadły o 15 procent, no i jeśli będzie nosiła się z zamiarem przeprowadzenia zwolnień. Pieniądze na ten cel pochodzić mają z Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych. Oczywiście przedsiębiorcy będą musieli składać stosowne wnioski. Minister zapowiada, że chciałby aby ustawa weszła w życie w ekspresowym tempie, dlatego skrócony ma być czas konsultacji społecznych. To interwencjonistyczne działanie rządu przypomina zachowanie podpalacza, który najpierw szkodzi wzniecając pożar, a potem kombinuje jak by tu ugasić. Niestety, podpalacz, choćby nie wiadomo jak się starał zawsze pozostanie szkodnikiem. Jego zamiłowanie do podpalania jest tak silne, że nie poprzestanie dotąd, dopóki nie zostanie schwytany. Podobnie jest z interwencjonistycznym rządem. Najpierw narobi bałaganu, licząc na to, że jego późniejsze interwencje jakoś temu zaradzą. Jednak każda kolejna interwencja powiększa zakres gospodarczych szkód. Podobnie będzie z zapowiadaną ustawą mającą zapobiegać kolejnym bankructwom i wzrostowi bezrobocia. W krótkiej perspektywie czasowej przyniesie ona być może jakieś efekty, które posłużą rządowi za propagandowy oręż. Na dłuższą jednak metę, ani nie zapobiegną dalszym bankructwom ani nie ograniczą bezrobocia. Co najwyżej przybliżą III RP jeszcze bardziej do przepaści. Jedyne wyjście to usunąć szkodnika czyli ten rząd. Jeśli jednak zastąpić by go mieli politycy, którzy nie będą mieli na tyle odwagi, by obalić obecny system i zamiast dalszego zawłaszczania – na wzór komunistów – prywatnej własności przywrócić ludziom wolność rozporządzania nią tak, jak oni uznają za stosowne, wówczas gra nie warta jest świeczki. Paweł Sztąberek Foto.: Jan Bodakowski  Artykuł ukazał się w "Naszym Dzienniku"

Kolejna szansa komunistów

5 marca 1940 r. sowieckie politbiuro podjęło decyzję w następstwie której w lesie katyńskim i wielu innych miejscach rozległy się strzały. Ginęli Polacy, którzy w opinii władz sowieckich dochowując wierności złożonym przysięgom stali się wrogami ludu. Równo trzynaście lat później zszedł główny „zleceniodawca” tej i wielu innych zbrodni – Józef Stalin. Wiele wskazuje na to, że nie obeszło się bez pomocy osób trzecich.
Wszędzie tam, gdzie władzę przejmowali komuniści pojawiały się grabież, terror, mordy, obozy koncentracyjne, tortury. Niezależnie od długości i szerokości geograficznej, więc to chyba nie przypadek. Podobno głupota to robienie czegoś wciąż tak samo w nadziei, że osiągnie się inny efekt. W III RP komuniści otrzymali więc kolejną szansę. Od 2002 r. na mocy postanowienia sądu działalność partii komunistycznych w Polsce jest legalna. Uzasadnienie wydaje się cokolwiek kuriozalne – mogą działać dopóki odnoszą się do ideologii ustroju komunistycznego pomijając totalitarne praktyki i metody. Trochę to nielogiczne – wyznawanie ideologii na ogół wiąże się z konkretnymi praktykami i metodami. Dlatego ekolodzy nie wycinają drzew w Dolinie Rospudy, pacyfiści nie zgłaszają się na ochotnika do wojska, a komuniści jako ateiści nie chodzą do spowiedzi i nie przystępują do komunii świętej. Sąd jednak uznał (ciekawe na jakiej podstawie?), że wyznawana ideologia nie wpływa na postępowanie. Historia XX wieku dostarcza aż nadto przykładów, że komunizm zawsze prowadzi do totalitaryzmu. Potwierdzają to sami komuniści, zrzeszeni w Komunistycznej Partii Polski czy Komunistycznej Młodzieży Polski. Już nie chodzi nawet o odpowiedź na banalne pytanie co komuniści mają zamiar zrobić z tymi, którzy nie zgodzą się na życie w „społeczeństwie bezklasowym”, które chcą zbudować? Wystarczy się chwilę zastanowić nad ulubionym hasłem komunistycznej propagandy: od każdego wedle możliwości, każdemu wedle potrzeb. Logiczne jest, że w takiej sytuacji ktoś musi na bieżąco kontrolować możliwości i potrzeby społeczeństwa. To, że w imieniu ludu pracującego miast i wsi ową kontrolę sprawować będą właśnie komuniści, którzy jako jedyni przecież wiedzą co jest dobre a co jest złe dla proletariatu, to oczywista oczywistość. W materiałach zamieszczonych na stronach KPP i KMP nie znajdziemy odpowiedzi na powyższe wątpliwości. Komuniści opowiadają się za patriotyzmem, demokracją, deklarują pracę organiczną nad „budzeniem świadomości własnych potrzeb proletariatu” (czy jakoś tak – czytaj komunistyczną propagandą), odkłamywaniem historii (sic!) i rozbudowywaniem struktur organizacyjnych. Co prawda głoszenie komunistycznej, a więc totalitarnej, propagandy wydaje się sprzeczne z artykułem 256 Kodeksu Karnego, ale jakoś obrońcom demokracji i praw człowieka najwyraźniej nie spędza to snu z powiek. A właśnie – demokracja. Komuniści głośno deklarują poszanowanie demokracji. Znacznie ciszej jednak mówią o jej zniesieniu. W swym Programie KPP oględnie mówi o możliwości koalicji rządzącej z innymi ugrupowaniami politycznymi, wszelako stawia warunek przyjęcia „kierowniczej roli partii” komunistycznej. Komsomolcy nie bawiąc się w wyszukaną semantykę mówią wprost w Deklaracji Ideowo – Programowej o wprowadzeniu „dyktatury proletariatu”. Logiczne jest twierdzenie, że na drodze do budowy komunistycznego „bezklasowego społeczeństwa” demokracja w pewnym momencie stanie się przeszkodą, gdyż lud demokratycznie może odebrać władzę komunistom i wtedy nici z budowania „raju na ziemi”. Wszelako działalność partii komunistycznych nie przeszkadza w niczym salonowym obrońcom demokracji i „praw człowieka” rzekomo zagrożonych przez „faszystowską prawicę”. Tym samym autorytetom medialnym i presstytutkom, którzy z takim zachwytem przyjęli „orędzie”, jakie sędzia Igor Tuleya wygłosił na okoliczność stalinowskich metod CBA. Inna rzecz, że najwyraźniej nie zauważyli, iż sędzia Tuleya jednoznacznie potępił tym samym komunizm i metody ówczesnych utrwalaczy władzy ludowej, od których to „człowieków honoru” ten sam salon nakazuje się „odpieprzyć”. Komuniści dostali kolejną szansę. Bo chcą dobrze. Jak zawsze. Michał Nawrocki Fot.: internet

Edward Gierek – mąż stanu

Nie, nie... to nie dowcip. Są w III RP ludzie, którzy naprawdę tak uważają. Nawet Jarosław Kaczyński mówił podczas ostatniej kampanii prezydenckiej, że za Gierka były pewne osiągnięcia. Cóż zatem dziwić się weteranom lewicy, wspieranym przez swojego posła z SLD, Artura Ostrowskiego?
To właśnie poseł Artur Ostrowski, Stowarzyszenie Weteranów Lewicy oraz Federacja Młodych Socjaldemokratów zapraszają 4 marca 2013 roku do Piotrkowa Trybunalskiego na spotkanie pod tytułem "Edward Gierek mąż stanu". To ciąg dalszy zabiegów mających na celu gloryfikację komunistycznego kacyka, I sekretarza KC PZPR, za którego kadencji doszło do wpisania do konstytucji PRL dozgonnej miłości na rzecz Związku Sowieckiego, czy krwawych zamieszek z Radomia i Ursusa z 1976 roku. To wreszcie za Gierka pojawiły się kartki na artykuły żywnościowe. Pamiętam, jako dziecko, taką piosenkę, śpiewana na melodię "Wsiąść do pociągu byle jakiego...". Jedna z jej zwrotek brzmiała: "Wsiąść do rakiety Hermaszewskiego lecieć, lecieć do sklepu komercyjnego, trzymając w ręku kartki na cukier, patrzeć jak Gierek ma wszystko w dupie..." I właściwie na tym można by zakończyć krótka notkę na temat Edwarda Gierka, gdyby nie informacje upublicznione niedawno przez historyków, z których wynika, że Gierek był sowieckim informatorem, który donosił m.in. na swoich partyjnych współtowarzyszy. W numerze 4/2013 tygodnika "Do Rzeczy" Piotr Gontarczyk pisze: "Towarzysz Gierek dobrze znał reguły gry. Od serwilizmu wobec sowieckich >>rewizorów<<, umiejętnego podlizywania się i eliminowania konkurencji donosem na >>próbę oderwania Polski od ZSRR<< zależały kariera i utrzymanie władzy. Potem, w latach 70., Gierek już jako I sekretarz dalej zdawał drobiazgowe sprawozdania nawet niezbyt wysokim rangą sowieckim partyjnym funkcjonariuszom. Wydaje się, że był to jeden z fundamentów kariery Edwarda Gierka - postaci wyjątkowo marnej, nawet jak na standardy kierownictwa PZPR". W Piotrkowie Trybunalskim przez kilka lat funkcjonowało Rondo im. Gierka. Potem jego emerytowani apologeci, przy wsparciu młodego posła SLD i grupki pożytecznych idiotów, usiłowali doprowadzić do wybudowania w mieście pomnika I sekretarza KC PZPR. Plan nie został zrealizowany. Jak widać, spadkobiercy i wyznawcy PRL-u nie odpuszczają. mają swojego "męża stanu" i nadal mącą ludziom w głowach. Cała ta historia skłania tak naprawdę do smutnej refleksji na temat państwa, w którym obecnie żyjemy - III RP. Jeśli 24 lata po "obaleniu komunizmu" gloryfikuje się Edwarda Gierka, i do tego określa się go mianem "męża stanu", pytanie "W jakim państwie żyjemy?" jest jak najbardziej uzasadnione. Republika "okrągłego stołu" kwitnie w najlepsze, jej architekci chodzą w glorii chwały, a filozofia "grubej kreski" święci triumfy. Ta patologia pokazuje, że Polskę trzeba zbudować na nowo. Oby jak najszybciej. Paweł Sztąberek Foto.: PSz/Prokapitalizm.pl Krótki przegląd rządów Edwarda Gierka...