Tag Archives: interwencjonizm

Socjaliści nie ustają w budowie socjalizmu

Taka ich natura. Socjalizm jako ingerencja w gospodarkę i nasze życie. Nie ma już chyba dziedziny, w którą socjalizm nie wszedłby swoimi mackami, nie objąłby ludzkiej działalności i ludzkiego życia. Co jeszcze wolno? W jakim stopniu można znaleźć się poza systemem? Gdzie można podziać się poza zgiełkiem socjalizmu? Czy jest jeszcze taka cisza, w której można się znaleźć i uciec od tego biurokratycznego ustroju, który depcze ludzką wolność? Żeby nie dopadły nas macki tego Lewiatana?

Dochód ma znaczenie – jak zapobiegać ubóstwu?

Jak podaje profesor nauk neurobiologicznych Kimberly G. Noble, autorka wieloletnich badań z pogranicza neurobiologii i nauk społecznych, dochód w rodzinie ma fundamentalne znaczenie w kwestii redukcji strukturalnego ubóstwa przyszłego pokolenia.

Ludwig von Mises – jak naprawiać gospodarkę w świecie interwencjonistów

Jest bardzo prawdopodobne, że Ludwig von Mises był najbardziej bezkompromisowym, konsekwentnym i pryncypialnym obrońcą klasycznego liberalizmu i gospodarki wolnorynkowej w XX wieku.

Ludwig von Mises – wolność kontra wszechmocny rząd

W gronie jego znajomych znajdowali się: Milton Friedman, Henry Hazlitt, William F. Buckley Jr., Ayn Rand. Był doradcą Fryderyka Augusta von Hayek'a, laureata Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii.

Niepoprawny politycznie przewodnik po kapitalizmie

"Kapitalizm to system, w którym ludzie mają swobodę korzystania ze swojej własności prywatnej bez ingerencji z zewnątrz. Dlatego określa się go również mianem systemu wolnej przedsiębiorczości...

Kwoty mleczne, kwoty cukrowe, kwoty uchodźców…

Wspólnota Sant'Egidio przygotowała na 23-go sierpnia dzień modlitw "Umrzeć z nadziei" za uchodźców, którzy zginęli w drodze do Europy. Dobra inicjatywa, gdyż modlić należy się zawsze. Tysiące ludzi ginie na naszych oczach. Ofiarami są zarówno chrześcijanie jak i muzułmanie. 

Demokracja konsumentów

W systemie ekonomii kapitalistycznej środki produkcji znajdują się w posiadaniu jednostek lub zorganizowanych grup ludzi, takich jak korporacje. Właściciele używają tych środków bezpośrednio do produkcji lub, za odpowiednim wynagrodzeniem, pożyczają je tym, którzy chcą ich użyć w dziedzinie produkcji. Jednostki lub związki ludzi, produkujący za własne, bądź pożyczone pieniądze, zwane są przedsiębiorcami.

Ostrzeżenie przed socjalistycznym dyktatem, czyli państwo według Hayeka

Przedstawiciele austriackiej szkoły ekonomii nie reprezentowali jednolitej wizji państwa. Postulaty klasycznych liberałów ścierały się z libertariańskim definiowaniem wolności i przymusu. Jak wygląda koncepcja państwa F. A. von Hayeka? Dlaczego uważał socjalizm za najbardziej szkodliwy system na świecie? Przed jakimi deformacjami demokracji ostrzegał? I wreszcie, jakie zarzuty stawiali jego główni krytycy?

Grzegorz Braun: Państwo powinno stać na straży wolnej konkurencji, nic więcej!

Z Grzegorzem Braunem, niezrzeszonym kandydatem na Prezydenta Rzeczypospolitej, o roli państwa w gospodarce, o granicach rządowej interwencji, o rozliczeniu komunizmu rozmawia Jan Bodakowski

Mania równości

Najczęściej spotykane w polityce manie to: mania wielkości („to ja panu pozwalam pracować”) oraz mania prześladowcza („za zadymy na warszawskim Marszu Niepodległości 2013 r. odpowiada Jarosław Kaczyński”). Dzięki przyłączeniu Polski do UE dotarła do nas jeszcze jedna mania – mania równości.
Objawia się ona również w sferze gospodarczej poprzez realizację oficjalnych celów UE, czyli „ujednolicenia struktury gospodarczej krajów członkowskich, wyrównania gospodarczego regionów”. Paradoksalnie tak się jakoś składa, że naturalnym warunkiem równowagi gospodarczej jest właśnie nierównowaga. W rezultacie mamy regiony przemysłowe, rolnicze, z dominującą gospodarką leśną itd. Wszystko zależy od dwu elementów – możliwości i opłacalności. Mówiąc wprost – założenie punktu skupu tranu w centrum Doliny Śmierci jest jak najbardziej możliwe, ale nikt tego nie robi ze względu na nieopłacalność przedsięwzięcia. No, ale tu wkrada się jednak powszechna wśród biurokratów mania wielkości – oni zawsze wiedzą lepiej. I równają na potęgę, bez oglądania się na skutki, nucąc pod nosem parafrazę piosenki Wojciecha Młynarskiego „przyjdzie urząd i wyr..., przyjdzie urząd i wyrówna!”. Ot, choćby ostatnio wzięli się za palący problem chaosu w segmencie spłukiwania kibla. Wróćmy jednak do gospodarki, a właściwie – rolnictwa. Tu w pełni objawia się szkodliwy charakter ulegania manii równości. Z jednej strony – dopłaty, czyli tzw. fundusze strukturalne. Redystrybucja i interwencjonizm w czystej postaci, by żyło się lepiej i wszędzie było tak samo. No to logicznie – po co rolnikowi dopłaty? Ano po to, żeby się rozwijać, produkować więcej i lepiej. I tu wkracza druga widzialna ręka biurokracji – kwoty produkcyjne, wprowadzone jako remedium na groźbę nadprodukcji będącej wynikiem  „stosowanych przez UE w produkcji rolnej subwencji, dopłat oraz ulg”. Następstwem tej kwadratury koła jest m.in. kara 4 mln 112 tys. euro nałożona na polskich podatników, którzy nie nauczyli krów czytać i przestrzegać światłych zaleceń UE. Nota bene jest to jednakowoż jaskrawe zaprzeczenie teorii, że UE to takie ZSRS – bis: w sowietach za przekroczenie norm dawali nagrody, UE nakłada kary. Swoją drogą warto się zastanowić, że kryzys nadprodukcji, czyli przewaga podaży nad popytem, najwyraźniej nie dotyczy biurokratów, którzy co i rusz regulują, wydają dyrektywy, wprowadzają normy, przepisy, podejmują uchwały itd. A przydałoby się. Podobnie jak trzeźwe rozważenie, czy faktycznie te unijne dotacje przyczyniają się do rozwoju, czy też raczej do zwoju gospodarki. Dostępne dotychczas opracowania dotyczące skutków wykorzystania unijnych dotacji, takie jak tzw. Raport Hausnera, czy opinia Konfederacji Lewiatan – jedyne jak dotąd obliczenia – wskazują jednoznacznie, że owe fundusze unijne, których politycy pragną jak kania dżdżownic rujnują Polskę i polskie społeczeństwo. No, ale na manię równości nikt jeszcze nie wynalazł skutecznego lekarstwa. I nikt nad takowym nie pracuje. Michał Nawrocki Fot.: MN

Walka biurokracji z bezrobociem

Zjawisko rosnącego bezrobocia w Unii Europejskiej coraz częściej uznawane jest przez unijnych dygnitarzy za katastrofę. Tak nazwał je niedawno minister finansów RFN Wolfgang Schaeuble. To zagrożenie dla spoistości Unii i dla wspólnej waluty – ostrzegają politycy.
Jeśli więc jest problem, to politycy oczywiście mają co robić. Muszą problem rozwiązać. Jednak jakie mogą być efekty tych działań, skoro za rozwiązywanie problemów biorą się ci, którzy je stworzyli, nietrudno się domyślić. Szykują unijny Nowy Ład Niedawno w Paryżu odbyła się konferencja poświęcona „walce z bezrobociem” w Unii Europejskiej. Minister Schaeuble uczestniczył w tym spotkaniu. Towarzyszył mu francuski minister finansów Pierre Moscovici. Obaj zgodnie stwierdzili, że trzeba stworzyć program dla Europy, coś na miarę Nowego Ładu (New Deal) prezydenta Franklina Delano Roosevelta. Już samo porównanie metod, jakimi czołowe osobistości UE zamierzają zmagać się z bezrobociem, do amerykańskiego Nowego Ładu – nie najlepiej wróży na przyszłość. Nowy Ład był bowiem programem szeroko zakrojonego interwencjonizmu państwowego, który wepchnął Stany Zjednoczone na drogę rozwiązań socjalistycznych, z których Ameryka do dziś nie może się wyzwolić. Amerykański ekonomista Thomas E. Woods twierdzi wręcz, że wiele z elementów Nowego Ładu zaczerpniętych było z nazistowskich Niemiec, wdrażanych tam, zanim wybuchła II wojna światowa. Jaki jest zatem plan współczesnych kontynuatorów Nowego Ładu? Jak nietrudno się domyślić – jego rdzeń zasadza się na budżecie Unii. Planuje się, że na „walkę z bezrobociem” – głównie wśród młodzieży, jak podkreślają pomysłodawcy – przeznaczonych będzie około 6 mld euro. Oczywiście mają się one znaleźć w unijnym budżecie, co znaczy, że zrzucić się na ów program będą musieli podatnicy. Część z tych pieniędzy ma być przeznaczona na niskooprocentowane kredyty dla tych, którzy będą chcieli zakładać własne firmy, oraz dla tych firm, które zobowiążą się do zatrudniania ludzi młodych. Tę część programu realizować ma Europejski Bank Inwestycyjny. Spora kwota ma pójść również na przeróżne szkolenia dla młodzieży. Widać więc, że wyjścia z sytuacji unijni dygnitarze upatrują we wzroście podaży pieniądza. Akcja kredytowa oraz zasilanie firm prowadzących szkolenia mogą w pierwszym okresie wywołać pewne ożywienie. O tym jednak, że będzie to ożywienie sztuczne, mało kto chce słyszeć. Pojawiają się oczywiście nieśmiałe propozycje bardziej rozsądnych rozwiązań, np. uwolnienia wielu zawodów czy też poluzowania przepisów prawa pracy w poszczególnych krajach Unii. Ale – na razie – to tylko nieśmiałe sugestie. Niemcy i Francja konserwują socjalizm Podczas wspomnianej paryskiej konferencji narzekano m.in. na różnice w stopach procentowych. Podkreślano, że we Włoszech są one wyższe niż na przykład w Austrii, przez co firmy włoskie z góry skazane są na bycie mniej konkurencyjnymi. Politycy i niektórzy ekonomiści UE jedyny ratunek dostrzegają w unii bankowej, która ich zdaniem pomoże rozwiązać tę kwestię. Ratunek widzą ponadto w gospodarce niemieckiej, która – jak życzą sobie tego co niektórzy – znów miałaby angażować olbrzymie pieniądze na pobudzanie popytu w krajach przeżywających trudności gospodarcze. A mówiąc konkretniej, finansować będzie w tych krajach popyt na własny eksport. W kwestii walki z bezrobociem wśród młodzieży w Unii Europejskiej pomiędzy najważniejszymi graczami, tj. Francją i Niemcami, zaczyna się rodzić konsensus. Niedawno kanclerz Niemiec Angela Merkel poparła pomysł prezydenta Francji François Hollande’a, który niemal w stu procentach pokrywa się z tym, co uradzono podczas paryskiej konferencji z końca maja br. Skąd my to wszystko znamy… Zatem żadne niespodzianki – chodzi o pozytywne niespodzianki – nie spotkają nas ze strony rządzącego Unią establishmentu. Powielanie dotychczasowych błędów dowodzi, że ludzie ci nie są już zdolni do odważnych prowolnorynkowych decyzji, które rzeczywiście mogłyby uzdrowić sytuację w poszczególnych europejskich krajach. Ratowanie bankrutującego eurosocjalizmu aplikowaniem coraz większych jego dawek musi – wcześniej czy później – zakończyć się katastrofą, co zresztą unijni dygnitarze zdają się przewidywać. Widać wyraźnie, że ten model europejskiej integracji najzwyczajniej już się wyczerpał. Polski rząd też „walczy z bezrobociem” Czy polscy politycy mogliby się czegoś nauczyć, obserwując jałowe zmagania swoich kolegów z Zachodu? Zapewne tak, a podstawowa lekcja to: nie robić tego, co oni! Niestety – jest zupełnie odwrotnie… Właśnie minister pracy i polityki socjalnej Władysław Kosiniak-Kamysz pochwalił się, że rząd Donalda Tuska nie tylko mówi o walce z bezrobociem, ale zaczyna także działać. Ogłosił on, że w życie wchodzi powoli program „Pierwszy biznes – wsparcie na starcie”. 12 czerwca 2013 roku podpisana została przez ministra pracy umowa z Bankiem Gospodarstwa Krajowego, która zakłada, że BGK będzie udzielać preferencyjnych pożyczek na zakładanie firm przez absolwentów ostatnich roczników studiów i bezrobotnych. Ma to – zdaniem ministra – spowodować wzrost aktywności zawodowej grup społecznych, które albo już zasilają „rezerwową armię pracy”, bądź też w najbliższym czasie mogą ją zasilić. Zdaniem ministra Kosiniaka-Kamysza, pierwsze pożyczki powinny być wypłacane już w trzecim kwartale tego roku. Maksymalna kwota takiej pożyczki ma wynieść 60 tys. zł, a otrzymają ją ci, którzy zdecydują się na założenie działalności gospodarczej. Na pożyczki ma być przeznaczonych w pierwszym etapie w sumie około 21 mln złotych. Beneficjenci tego programu mogą liczyć na dodatkową pożyczkę, do 20 tys. zł, która ma sfinansować stworzenie miejsca pracy dla bezrobotnego. Ów bezrobotny ma być wskazany przez powiatowy urząd pracy. Żeby jednak móc ją otrzymać, trzeba będzie prowadzić działalność gospodarczą przynajmniej rok. Jak podaje ministerstwo pracy, pożyczka ta może zostać częściowo umorzona, jeśli stworzone stanowisko pracy utrzymane zostanie przynajmniej przez rok. Pomiędzy Bankiem Gospodarstwa Krajowego a beneficjentem pożyczki będzie jeszcze pośrednik. Mają to być banki lub inne instytucje finansowe, które wybrane zostaną – jak podaje ministerstwo – po spełnieniu określonych warunków. Teatr pozorów trwa Program ten, jak widać, więcej ma w sobie z czystej propagandy aniżeli z autentycznej chęci rządzących do rozwiązania problemu narastającego bezrobocia. Już sama kwota przeznaczona na projekt, tj. 21 mln zł, przy pożyczkach 60 tys. zł wydaje się groteskowa. Jeśli bowiem założymy, że każdy z uczestników programu otrzyma pożyczkę 60 tys. zł, wówczas da to w sumie 350 firm. Jeśli po roku każda z tych firm zatrudni jednego bezrobotnego, oznaczało to będzie, że rząd będzie mógł się pochwalić, że przez dwa lata bezrobocie spadło o… 700 osób! Obawiam się jednak, że tak naprawdę nie o to chodzi. Chodzi o bieżący efekt propagandowy, natomiast za dwa lata nikt o wdrażanym właśnie programie nie będzie pamiętał, bo – jak nietrudno przewidzieć – okaże się on kompletną klapą. Jak każdy tego typu interwencjonistyczny projekt, który zamiast wyeliminować przyczyny, próbuje leczyć skutki. Szkoda, że minister pracy nie zada sobie trudu, aby opublikować dane dotyczące dotychczas realizowanych programów bezzwrotnych pożyczek na otworzenie działalności gospodarczej. Okazałoby się bowiem, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, że większość tych biznesów została po roku, czyli po okresie, po którym nie trzeba było już tych pożyczek zwracać, zamknięta. O tym, że tak właśnie było, przekonują mnie obostrzenia, którymi obwarowano nowy program, tzn. że bezrobotnego można będzie zatrudnić „po roku”, i że na częściowe umorzenie pożyczki można będzie liczyć, jeśli przepracuje on w firmie „rok”… Rząd zakłada zatem, że firma będzie istnieć przynajmniej dwa lata. Już samo to dowodzi, że to żadna „walka z bezrobociem”, lecz zwykła zabawa za pieniądze podatników, która przynieść ma określony efekt propagandowy rządzącej ekipie i podnieść sondażowe notowania. Minister pracy zapowiedział, że na razie program będzie wdrażany pilotażowo tylko w trzech województwach. Miejmy cichą nadzieję, że na tym się skończy. Bo, przywołując Frédérica Bastiata, można być pewnym, że ceną tych 700 sztucznie i na pokaz stworzonych nowych miejsc pracy będzie zwolnienie znacznie większej liczby ludzi gdzieś indziej. Ktoś w końcu te rządowe fanaberie musi sfinansować i ponieść ich koszty. Paweł Sztąberek Foto.: naszraciborz.pl Artykuł ukazał się w "Naszym Dzienniku" z 24 czerwca 2013 r.

Polskie Inwestycje, czyli rząd potrafi

Rząd oczywiście potrafi wyłącznie popsuć do reszty to, co do tej pory umknęło jego uwadze. To nie jest kwestia ludzi, ale to cecha immanentnie wpisana w system kierowania gospodarką przez rząd. Cóż, i tak się zdarza – szkoda tylko, że na nasz rachunek.
Miałem ostatnio okazję podczas wystąpienia w Szkole Głównej Handlowej wymienić się poglądami z przedstawicielem Banku Gospodarstwa Krajowego na temat projektu "Polskich Inwestycji". Utwierdziłem się jedynie w przekonaniu, że będzie to kolejna klęska. Zanim przejdę do sedna, najpierw dykteryjka, która pojawiła się w trakcie panelu. Mój kontrrozmówca mimochodem wspomniał o budynku BGK jako jednym z nielicznych, którym udało się przetrwać wojnę (kolokwialnie mówiąc), czyli zagładę Warszawy, mówiąc bardziej precyzyjnie. Budynek przetrwał, bo zajmowała go administracja niemiecka. Dodałem wówczas, że oprócz tego budynku przetrwała także większość zabudowań w rejonie Al. Szucha i ul. Litewskiej oraz Śródmieścia Południowego (ul. Emilii Plater, Wspólna, Wilcza, Hoża itd.). Powód podobny – w Al. Szucha była siedziba Gestapo, a Śródmieście Południowe było zamieszkane w dużej mierze przez Niemców, przede wszystkim oficerów SS. Artyleria Wehrmachtu, która ostrzeliwała stolicę, oraz oddziały SS i Waffen-SS, które równały Warszawę z ziemią, ominęły te rejony miasta, aby nie zabijać swoich. Można by z tego wysnuć wniosek, że tylko dzięki nazistowskim Niemcom zachowała się część oryginalnej architektury Warszawy. Może zatem powinniśmy im jakiś pomnik postawić? "Chwała Gestapowcom" albo "SS-manom – Wdzięczni Warszawiacy". To co – kiedy zbiórka? Nic bardziej błędnego – to typowe pomylenie skutku z przyczyną. Interwencjonizm rządowy, wysokie podatki, regulacje zawodów, gigantyczna biurokracja – to są przyczyny gospodarczej katastrofy potocznie zwanej kryzysem. Więcej rządu w gospodarce jako lekarstwo? Gaszenie pożaru benzyną – czy to może się udać? Rządy polskie najpierw doprowadziły kraj do ruiny, a teraz głowią się nad receptą uzdrowienia, proponując nasilenie stosowania tych samych rozwiązań, które są przyczyną zapaści. To się nie może udać. Trzy kluczowe hasła – finansowanie, ludzie, potrzeby. Wyobraźmy sobie, że proponuję komuś interes. Inwestor pożyczy mi 250 tys. zł. Jeśli biznes wypali, to kiedyś tam pogadamy o zwrocie kapitału i może o zysku. Jeśli nie wypali, to trudno – poszło, przepadło. A jeśli narobię długów, to inwestor je spłaci. Jacyś chętni do współpracy? A tak właśnie wygląda inwestowanie i finansowanie inwestycji w wykonaniu rządu. Jak pójdzie coś nie tak i będzie strata, to frajer, tzn. podatnik, zapłaci. Chyba że rząd wie, które inwestycje się na 100% opłacą. Jeśli tak, to poproszę o informację mailem – sam zainwestuję własne pieniądze. Podobno jak wszystko się uda, będzie nam grozić nadwyżka energii! To chyba dobrze, prawda? Nadpodaż generuje przecież niższe ceny. Tak, ale oznacza to też mniejszy zysk albo wręcz stratę. Jeśli biznes jest prywatny, to jest to problem przedsiębiorcy. A jeśli państwowy? Kto wówczas pokryje ewentualną stratę (nierzadko taką, która nawet nie pozwoli na odtworzenie kapitału)? Tak, tak, ten sam ćwok – podatnik. W efekcie za energię zapłacą taniej ci, którzy z niej korzystają, a reszta dopłaci różnicę w podatkach. Naprawdę świetny interes. Rząd ma rzeszę (nomen omen) wybitnych fachowców od gospodarki i od inwestycji. To oni będą mierzyć i ważyć, ustalać i określać, rozliczać i wyliczać itd. Ja to jednak jestem prosty facet – prosty jak budowa łopaty. Jeśli ktoś umie i lubi strzyc ludzi, to jest fryzjerem. Jak umie i lubi naprawiać samochody, to jest mechanikiem. A jak umie i lubi robić biznes (czyli pieniądze), to… robi biznes. Mam natomiast takie podejrzenie, że jeśli ktoś grzeje dupę na państwowym stołku za pieniądze podatników, to nie dlatego że zna się na biznesie, ale dlatego że umie i lubi grzać dupę na urzędowej posadce. Cóż, jakie są kwalifikacje, takie będą efekty. Mój oponent skwitował to krótko – po owocach ich poznacie. Z pewnością! I zapłacimy za te owoce, nawet jeśli to będą zatrute zgniłki po absurdalnie wysokich cenach. Każde finansowanie przez rząd – obojętnie, czy to są ulgi podatkowe, subsydia, dopłaty do kredytów itp. – ma tę cechę, że premiuje nie te inwestycje, których potrzebują obywatele, ale te, które rząd uważa za jedynie słuszne. Po prostu rząd wie lepiej, co się opłaca, bo co tam może wiedzieć taki obywatel? Przecież to jełop, który służy wyłącznie do dojenia z niego podatków. Jak wychodzą rządowi te kalkulacje, widać po stadionach na Euro2012. Nawet na koncercie megagwiazdy, jaką jest Madonna, rząd nie potrafił zarobić. Tacy to są fachowcy. Mój oponent podał przykład kolei w USA, na których zarobiły głównie banki, jako przykład, że infrastrukturę musi budować państwo i już. Cóż, radzę poczytać cokolwiek na temat ICC – Międzystanowej Komisji Handlowej. Do czasu, zanim ten rządowy nowotwór nie zaczął regulować przewozów kolejowych w USA, amerykańska prywatna kolej była najtańsza na świecie, oferowała olbrzymią ilość połączeń oraz zapewniała standard, którego proporcjonalnie do rozwoju technologii PKP wciąż jeszcze nie osiągnęło. Od kiedy ICC zaczęła regulować przewozy kolejowe, rynek ten przeżył olbrzymią zapaść, której skutkiem była likwidacja dużej liczby połączeń lokalnych, wzrost cen i gwałtowne obniżenie jakości. Rzeczywiście, udany przykład. To co – jesteśmy wdzięczni Niemcom za ocalenie części Warszawy? Umiejętność odróżniania przyczyn od skutków to trudna sztuka, ale jak się ją już posiądzie, przynosi rewelacyjne efekty. To obecność rządu w życiu obywateli jest przyczyną gospodarczej katastrofy, a dawkowanie trucizny jeszcze nikogo nigdy nie uzdrowiło. Naziści nie uratowali części Warszawy, bo to oni ją zburzyli, a to, że nie wszystko udało im się zrównać z ziemią, nie było kwestią przeoczenia, ale braku czasu. Aby nie było wątpliwości – nie twierdzę, że żyjemy pod okupacją analogiczną do okresu II Wojny Światowej, bo byłoby to cokolwiek obraźliwe. Niemniej – tak jak 70 lat temu pisał von Hayek – im więcej państwa i rządu w życiu obywateli, tym mniej wolności. A im mniej wolności, tym bardziej zbliżamy się do państwa totalitarnego, które jest celem każdego interwencjonizmu rządowego. Obecną Polskę od PRLu odróżniają już tylko dwa ostatnie bastiony – własność prywatna jako podstawa prowadzenia działalności gospodarczej oraz wolność słowa. Cała nadzieja, aby uniknąć za kilkadziesiąt lat obozów koncentracyjnych, opiera się na tym, że wcześniej cały ten system zbankrutuje. To znaczy – on już zbankrutował, tyle że włodarze naszej rzeczywistości dzielnie ogrzewają trupa przy ognisku. Tradycyjnie – na nasz koszt… Paweł Budrewicz Autor jest radcą prawnym i ekspertem Centrum im. Adama Smitha. Prowadzi bloga stopsocjalizmowi.pl