Tag Archives: Jezus Chrystus

Między sacrum a profanum – Czy naprawdę wierzymy w Zmartwychwstanie Chrystusa?

Czy gdyby Chrystus nie był Synem Bożym, czy gdyby rzeczywiście nie zmartwychwstał, to w ogóle ktokolwiek, po 2 tysiącach lat, by o Nim pamiętał?

Krzyżacy mistyczni

Krzyżaka chwalić – marne zajęcie. Czyżby? Chyba lepiej właśnie doceniać wroga i aż za dobrze wiedzieć, z kim się ma do czynienia. A może trzeba w nim zobaczyć współbrata w wierze? I czasem… sojusznika? Bo przecież, wbrew pozorom, nasi przodkowie nieraz patrzyli na Krzyżaków jak na chrześcijańskich sojuszników. I podobnie Krzyżacy na nas. Spróbujmy zatem…
Jadąc do stolicy, brat zakonny z daleka już dostrzegał blask złotej sukni, okrytej mozaikowymi płytkami. Odbijało się w nich wschodzące słońce – niczym Chrystus, który co dzień wita Matkę, spoczywając na Jej ramieniu jako Dziecię. Ona zaś dzięki słońcu lśniła tak, jakby wyrzeźbiono ją z kruszcu i szlachetnych kamieni; jakby naprawdę okrywała Ją złota suknia z ciemnoczerwonym płaszczem o błękitnej podszewce i z białą chustą na pięknych, rozpuszczonych włosach. Taka była największa w średniowiecznej Europie statua Najświętszej Maryi Panny wypełniająca wschodnie, zamurowane okno kaplicy zamkowej w Malborku. Niestety, przepadła bezpowrotnie w roku 1945. Wokół figury biegł napis: Maria gute uns in diner hute, kędy indziej zapisywany po łacinie: Salva nos Domina, czyli Zbaw nas, o Pani. A przecie Maryja panowała nad tym miejscem nie tylko za sprawą figury. Niemiecka nazwa Malborka, w spolszczeniu gubiąca znaczenie, to Marienburg, czyli zamek Maryi. Była tu u siebie. Ale jedźmy dalej śladami zakonnego brata. O ile pierwsza scena jego wędrówki przeminęła, druga trwa. Pamiętać ją muszą choćby wielbiciele Pana Samochodzika i templariuszy. Z krużganku Zamku Wysokiego brat wstępował do kaplicy przez Złotą Bramę, czyli gotycki portal o obficie rzeźbionej i malowanej archiwolcie. Nie wszystko tu chyba rozumiał. Nie miał wyższych święceń. Jego narzędziami pracy były miecz i tarcza, nie zaś modlitewnik i pióro. Nie miał też wielkich liturgicznych obowiązków. Te wypełniali niezbyt liczni krzyżaccy księża, do rządów w Zakonie niedopuszczani. A przecież brat chadzał do kaplicy i rozumiał, że z archiwolty Złotej Bramy Panny Mądre i Panny Głupie upominają go: Grzeszniku, bądź roztropny! Nawróć się! I że skłębione pośród kolumn demony to szatan, który jak lew ryczący, krąży szukając, kogo by pożreć (1 P 5, 8). Na szczęście wchodzącego brały zaraz pomiędzy siebie postaci świętych Apostołów, wspierające wspaniałe sklepienie kaplicy. Apostolskie Kolegium szczególnie patronowało rycerzom Maryi Panny, przez wieki stojąc na straży ich państwa. Do czasu, oczywiście. Kiedy z kolei brat nasz przystępuje ku ołtarzowi, ukorzony przed mensą, ponad którą rozłożyły się złote skrzydła ruchomych malowideł, widzi i kontempluje śmierć, zmartwychwstanie i tryumf Syna oraz Matki. Tak w każdym razie było na zamku grudziądzkim, a zapewne i kędy indziej. Wreszcie przystępuje do Najświętszego Sakramentu i widzi otwierane przed nim sakrarium. Za nim lub nad nim – malowaną postać Męża Boleści, który z miłości ku ludziom, pośród cierpienia, dobrowolnie oddaje Ciało i Krew. Brat przyjmuje Jego Ciało. A przed bitwą rozmyśla cicho przy figurze tegoż Pana cierpiącego w Ogrójcu. Spogląda w Jego Oblicze równie spokojne i słodkie, co bolesne i pełne miłosierdzia. Potem – rozważa przerażającą dosłowność konania tegoż Pana rozpiętego na Krzyżu. Jeśli jednak modlił się w katedrze w Kwidzynie, pocieszał go w tych ciężkich chwilach głos błogosławionej pustelnicy Doroty, zamurowanej na własną prośbę w celi przy prezbiterium. Kiedy zaś los szczególnie dał się braciom we znaki, najpotężniejsi z nich mogli jeszcze po wyjściu z kaplicy uklęknąć we własnej komnacie przed niewielką, drewnianą figurą Maryi, która otwierała ramiona i stawała się Matką Miłosierdzia. Pod Jej płaszczem, u stóp Boga Ojca, Syna i Ducha, chronili się komturowie i wielcy mistrzowie. Z nadzieją spoglądali na samych siebie, wymalowanych pod płaszczem Patronki. A wtedy… ale nie uprzedzajmy wypadków. Na razie chciałem tylko pokazać i powiedzieć, że przeciętny brat żyjący w krzyżackim zamku naprawdę myślał o Chrystusie i Jego Matce. Że musiał widzieć i zachowywać w sercu Ich wzniosłe obrazy, które wiodły go do Boskich idei. Że mógł i powinien przyjmować z powagą Ciało i Krew Pańską. A ponadto – że wszystko to było naprawdę bardzo piękne: kościoły, rzeźby, malowidła. Najwyższej klasy w Europie. Miecz Nawrócenia i Wieża Dawidowa A zaczęło się przecież (no i skończyło) inaczej. W tym dziwnym kraju ceglane zamki wyrosły pośród dzikich pól i puszcz wydartych poganom. Historia jest skomplikowana i bywa, że śmieje się nam w nos. My, Polacy, wiemy zwykle tyle, że Zakon zawłaszczył Prusy, nawracał siłą i nas niszczył. Tymczasem z początku był naszym sprzymierzeńcem, walczył także o spokój polskiego pogranicza, pustoszonego przez Prusów. I zawsze czcił księcia Konrada Mazowieckiego, swego dobrodzieja, który zaprosił go, wiedząc, że bracia są rycerzami doświadczonymi we władaniu bronią i od lat swojej młodości zaprawionymi w walkach. Kiedy zaś pogańscy Litwini wdarli się w głąb Ziemi Sandomierskiej paląc i mordując, kronikarz krzyżacki Piotr z Dusburga z podziwem pisał o Leszku Czarnym, który niczym Gedeon stanął do walki i uwolnił jeńców chrześcijańskich, a następnie wrogom wiary zadał dotkliwą klęskę (tu i dalej cytuję przekład Sławomira Wyszomirskiego). Działo się to wszystko w epoce „żelaznej”. Piotr z Dusburga poprzedził opowieść o tych czasach wstępem, w którym tłumaczy, że szlachetnym sposobem odnoszenia zwycięstw jest cierpienie. Zwycięża ten, kto cierpi; jeśli pragniesz zwyciężać, naucz się cierpieć. W litanii loretańskiej Matka Boża to Wieża Dawidowa, na której – wedle słów Pisma Świętego – zawieszono wszystką broń walczących. Piotr wyciąga stąd wniosek, że strażnicy głowy Jezusa Chrystusa powinni posiadać broń, którą tępiąc wrogów broniliby wieży wiary. Na krzyżacką duchowość winny były składać się: walka duchowa i walka mieczem. Dlatego zaraz potem Piotr szczegółowo rozwodzi się nad mistycznym znaczeniem rycerskiej tarczy i miecza, włóczni i puklerza, hełmu i kolczugi, łuku i strzał, które broniły ceglanych zamków krzyżackich przed poganami. Rzeź i cuda I wreszcie przechodzi do opisów straszliwych rzezi, trwogi i okrucieństw, jakie dały początek zakonnemu państwu. Wedle legendy Krzyżacy zbudowali swój pierwszy zamek na wielkim dębie koło przyszłego miasta Toruń. Obsadziło go zaledwie siedmiu pobożnych rycerzy. Kolejne grody, a potem zamki stawiano wśród nieustannych bojów przez lat kilkadziesiąt. Nic dziwnego, że gdy w roku 1260 doszło do wielkiego powstania Prusów, Zakon przeszedł głęboki kryzys. Brakowało chętnych do walki. Krzyżacy nie rodzili się przecież na kamieniu: wstępowali do Zakonu w Turyngii, Frankonii lub Saksonii i stamtąd dopiero wędrowali do Prus. Dodajmy, że nigdy nie było ich zbyt wielu. W podstawowej jednostce administracyjnej – komturstwie – liczono ich zwykle, prócz komtura, dwunastu, ale czasem zaledwie kilku. Reszta – to pachołkowie, miejscowi rycerze służebni (tak zwani servientes) lub najemni czy też goście - krzyżowcy. Owi dość nieliczni bracia zakonni ginęli, bywało, niczym muchy: co roku kilkunastu lub kilkudziesięciu. Któż przychodził na miejsce poległych? Z dokumentów dowiadujemy się, że przyjmowano rycerzy, którzy w swojej ojczyźnie dokonali morderstwa czy podpalenia, a walka za wiarę miała być dla nich oczyszczającą pokutą. Wedle słów Gerarda Labudy, rycerze owi nie nakładali sobie zapewne zbyt wielkich hamulców w walce z Prusami. Kronika Piotra z Dusburga, pisana – pamiętajmy! – z perspektywy następnych pokoleń, podaje nam wciąż jeszcze pamiętane, zatrważające obrazy. Kronikarz, sam przecież zdeklarowany Krzyżak, przesuwa przed naszymi oczami całą galerię takich rycerzy‑zbójów, którzy podstęp i zdradę podnieśli w walce z Prusami do rzędu reguły. Prusowie odpłacali Krzyżakom tą samą bronią. Nic dziwnego, że w obliczu śmiertelnego zagrożenia państwa Krzyżacy stosowali taktykę „spalonej ziemi”. Czy było to usprawiedliwione? Bóg już osądził. Tenże kronikarz opisuje wszakże liczne wizje i cuda, jakie wspomogły podówczas upadający Zakon. Wierzono w nie powszechnie – także i w nieprzychylnej później Krzyżakom Polsce. Bo słuszność walki z poganami nie podlegała dyskusji. A jednak Piotr pisze, iż pewien zakonny rycerz bał się, że nie będzie mógł zbawić swojej duszy w zakonie domu niemieckiego. Chciał więc z niego wystąpić. Wtedy ujrzał we śnie świętych Dominika, Franciszka i Augustyna – którzy odmówili mu przyjęcia do swoich zakonów. Obok za to pojawiła się Matka Boża z wieloma braćmi domu niemieckiego (czyli w towarzystwie zbawionych Krzyżaków) i unosząc w górę płaszcze każdego z braci pokazała mu rany i ślady uderzeń, od których polegli z ręki niewiernych w obronie wiary, i rzekła: „Czyż wydaje ci się, że ci oto bracia twoi nie wycierpieli niczego w imię Jezusa Chrystusa?” I kiedy to powiedziała, widzenie znikło. Brat obudził się, przestał myśleć o wystąpieniu, a niedługo potem poległ z ręki pogan. Jeśli kronikarz pisze prawdę – o zbawieniu tego brata i ja nie wątpię. Ale… no właśnie… Czas złoty Minęło niemal sto lat. We wschodnim oknie malborskiej kaplicy widniał już gigantyczny posąg Matki Bożej, o którym słyszeliśmy na początku. Już stały zamki, tętniły życiem ludne miasta, napełnione głównie germańskim żywiołem. Za miejskimi murami urosły ratusze, klasztory i katedry. Władza Zakonu okrzepła. I oto wielki mistrz Luder z Brunszwiku i krzyżacki brat – rycerz Heryk von Hessler – rymują po niemiecku Księgę Machabeuszy i Apokalipsę. Na świetnych, barwnych miniaturach niemieckim rymom towarzyszą armie Goga i Magoga. Wojownikom szatana krzyżacki malarz dorobił „litewskie” hełmy. Naprzeciwko ukazał zakutych w stal rycerzy spod znaku Krzyża. Krzyżaków po prostu. I krzyżackiego księdza, który chrzci niewiernych – i anioła, który ścina ich króla. Prusy są teraz spokojniejsze i dostatnie, ale polityka Zakonu – nadal bezwzględna. Także wobec chrześcijańskich sąsiadów. W tym samym mniej więcej czasie Władysław Łokietek doprowadzony do rozpaczy utratą Gdańska i Pomorza sprzymierza się z pogańskimi Litwinami, żeby spustoszyć Prusy. Cóż za pociecha? Kiedy indziej Litwini łupią Polskę. Bo dopóki nie przyjmą naszej wiary, będą wrogami zarówno Boga, jak i Polski i Krzyżaków. Litauer Niemniej marzenia krzyżackie płyną ku innej, wymyślonej przyszłości, która nigdy się nie ziści. Opiewa je poemat Litauer (Litwin), najlepsza chyba ilustracja tych mrzonek. Spłynęła spod pióra niejakiego Szondocha, o którym bliżej nic nie wiadomo. Szondoch opowiada rymem, jak pewien litewski król zachodzi w głowę, dlaczego wciąż z Krzyżakami przegrywa? I posyła do Torunia swego szpiega, zaufanego rycerza. Ten widzi, jak gotujący się do wojny bracia idą na Mszę Świętą. Nie rozumie chrześcijańskiej liturgii, nie zna chrześcijańskiej wiary, ale – co za dziw – dostępuje niezwykłego widzenia! Zamiast opłatka dostrzega zbrojnego męża, którego kapłan łamie na trzy części i rozdaje braciom. Szpieg powraca i opowiada swoją wizję królowi, po czym obaj incognito przybywają do Torunia – i teraz… Nieochrzczonym to się stało, Że widzieli ludzkie ciało, Bo się Bóg w osobie stawił I w naturze ludzkiej zjawił, Jako mąż na kształt olbrzyma. Nie krył się przed ich oczyma, Jak przede mną, marnym pyłem (Czymże ja to zawiniłem?)… [tu i dalej przeł. JK] Pod wpływem owej wizji król Litwinów powiada: Już mnie nie zdumiewa wcale, Że mnie pokonują stale, Bowiem, gdy któremu snadnie Pokonanym być wypadnie I rozcięty mieczem runie, Wnet się drugi zeń wysunie… I oto otrzymuje on łaskę wiary w Chrystusa. Zawiera z Wielkim Mistrzem przymierze i chrzci swój lud. Pewno, że ta baśń pozostała fikcją. Jej urodę przecięła Bogurodzica, adresowana do tej samej Maryi, która patronowała Zakonowi. Dlaczego więc Zakon przegrał? Jan Długosz nie miał wątpliwości. I my nie musimy jej żywić. Było bohaterstwo, ale i okrucieństwo; pobożność, ale i zimne wyrachowanie. Potem pycha. I koniec. Nie znaczy to, że mamy gardzić krzyżacka mistyką. Wydała, jak sądzę, przynajmniej tylu świętych, ile wzruszających dzieł sztuki chrześcijańskiej. Jacek Kowalski Jacek Kowalski – historyk, poeta i pieśniarz. Adiunkt na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Miłośnik kultury staropolskiej.

Mimo śnieżycy Jezus Chrystus Zmartwychwstał!

Prawdziwie Zmartwychwstał! Nawet wielki śnieg jaki zasypał Beskidy 31 marca 2013r. dodał tylko uroku temu największemu świętu wszystkich chrześcijan! Takiej śnieżycy nie było tutaj nawet w grudniu. Natura jak zwykle zakpiła sobie z pseudonaukowców, którzy „odkryli” ocieplenie klimatu! Jakie to ocieplenie, skoro mamy najzimniejszy marzec od 100 lat? Jednak we większości domostw panuje gorąca i podniosła atmosfera. Polski to jest zwyczaj uroczystych śniadań w niedzielę Wielkanocną i składania sobie życzeń. Mimo śnieżycy Jezus Chrystus Zmartwychwstał i dodaje nam nadziei na lepsze jutro! Alleluja! Życzę wszystkim Czytelnikom, aby ta radość i ta nadzieja trwała jak najdłużej w każdej rodzinie i w każdym domu. Rajmund Pollak Foto.: PSz/Prokapitalizm.pl

Wielkanocne kazanie o. Jacka Gniadka: Pusty grób

Uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego Dz 10,34a.37–43; Ps 118,1-2.16-17.22-23; Kol 3, 1–4; J 20, 1–9. „Wszedł on do wnętrza grobu i ujrzał leżące płótna oraz chustę, która była na Jego głowie, leżącą nie razem z płótnami, ale oddzielnie zwiniętą na jednym miejscu” – czytamy w dzisiejszej Ewangelii według św. Jana (J 20, 6–7). Pusty grób jest źródłem chrześcijańskiej nadziei i radości. Życie jest tylko przejściowym etapem. Śmierć nie jest końcem wszystkiego. Chrystus zmartwychwstał. Apostoł Piotr ma teraz powód do radości, ale jeszcze kilka dni wcześniej niczego nie rozumiał. Wielu uczniów Jezusa nie wytrzymało próby i uciekło od Niego. Dzisiaj uczestniczą w zwycięstwie swojego Mistrza nad śmiercią. Ta wielka radość, wypływająca z ich wiary, dała im siłę do głoszenia Dobrej Nowiny i przyjęcia własnej śmierci dla Chrystusa, gdyż wszyscy – z wyjątkiem Jego umiłowanego ucznia – ponieśli śmierć męczeńską. Czasowy horyzont Ta radość może stać się również naszym udziałem, ale wszystko zależy od postawy, jaką przyjmiemy wobec pustego grobu. Śmierć jest zawsze punktem odniesienia, obok którego nie można przejść obojętnie. Może być końcem wszystkiego, czyli stratą, ale może być też początkiem czegoś nowego, a więc  zyskiem. Wszystko ma swoje źródło w akcie wiary, która jest poręką tych dóbr, których się spodziewamy, a których jeszcze nie widzimy (por. Hbr 11, 1). Pusty grób jest historycznym wydarzeniem. Wszystko, co dzieje się w świecie i w życiu doczesnym człowieka, także jego relacja z Bogiem, ma miejsce w czasie. Człowiek nie może wyobrazić sobie bezczasowej egzystencji. Bez czasu nie mógłby się pojawić człowiek i świat. Ludzie nie mogliby pielgrzymować ku pełni jedności ze swoim Stwórcą, a sam Bóg nie mógłby dokonać swego dzieła Odkupienia poprzez wejście w dzieje ludzkości w Jezusie Chrystusie – Wcielonym Słowie Boga. Boża ekonomia zbawienia realizuje się w czasoprzestrzeni. Preferencja czasowa Czas zajmuje szczególne miejsce w naszym życiu. Każdy człowiek ceni wyżej dobro, które może otrzymać od zaraz – od dobra, na które musi poczekać. Taki sposób mówienia o czasie jest charakterystyczny dla austriackiej szkoły ekonomii i decyduje o innowacyjności tej szkoły na tle pozostałych nurtów. Zagadnienie preferencji czasowej sformułowane przez austriackich ekonomistów, Eugena Bőhm–Bawerk’a (+1914) i jego ucznia Ludwiga von Misesa (+1973),  nie odnosi się tylko do ekonomii, ale należy również do ogólnych kategorii ludzkiego działania. Preferencja czasowa wyjaśnia, w jakim stopniu aktualna satysfakcja jest bardziej pożądana od takiej samej satysfakcji w przyszłości. Z jednej strony, preferencja czasowa może być wysoka. Wtedy mamy pragnienie jak najszybszej konsumpcji dostępnych nam dóbr. Z drugiej strony, preferencja czasowa może być niska. Występuje ona wtedy, kiedy jesteśmy gotowi do powstrzymania się od konsumpcji bieżących dóbr na rzecz wyższej konsumpcji w przyszłości. Każdy z nas może mieć różną preferencję czasową. Zależy ona od wieku, osobistych upodobań jak i zewnętrznych czynników. To dlatego austriacka szkoła ekonomii utrzymuje, że na wolnym i nieskrępowanym rynku stopa procentowa jest określana wyłącznie przez preferencję czasową wszystkich jednostek, które tworzą gospodarkę. Dzisiaj wzrost lub spadek stopy procentowej zależy od arbitralnej decyzji banku centralnego. Hans–Hermann Hoppe, współczesny niemiecki filozof i ekonomista, zwolennik austriackiej szkoły ekonomii, twierdzi, że w pewnym sensie biologiczne fakty mają bezpośredni wpływ na preferencję czasową. Dziecko zdecydowanie woli dobra teraźniejsze od dóbr przyszłych, gdyż żyje tylko obecną chwilą. W miarę jak dziecko dojrzewa i staje się osobą dorosłą, stopa preferencji czasowej maleje, gdyż osoba dorosła ma już poczucie czasu i wzrasta u niej końcowa użyteczność dóbr przyszłych. Pojawia się motywacja do oszczędzania i inwestowania. W końcu człowiek zbliża się do kresu swojego życia. Stopa preferencji czasowej znowu wzrasta, gdyż przyszłości jest już niewiele. Człowiek w tym wieku nie przykłada już wagi do oszczędzania i inwestowania. Niemiecki ekonomista trafnie zauważa, że sytuacja zmienia się, gdy człowiek posiada rodzinę. Jest wtedy zainteresowany zapewnieniem swoim dzieciom środków do życia. Z tego powodu stopa preferencji czasowej u takiego człowieka, nawet w podeszłym wieku, pozostaje na poziome typowym dla osoby w sile wieku. Człowiek znowu widzi sens w oszczędzaniu i inwestowaniu. Cel naszego życia Ale powstaje pytanie o tego, kto sam jest podmiotem tych działań. A co z jego przyszłością? Biologicznego zegara nie można oszukać. Czy wszystko kończy się w momencie jego śmierci? Życie pokazuje, że można przeciwdziałać efektowi starości i zawiesić jej wpływ na poziom preferencji czasowej. Ale możemy pójść znacznie dalej. Możemy cel naszego życia umieścić poza granicami śmierci. Czy nieśmiertelność nie jest odwiecznym marzeniem człowieka? Wiara w pusty grób poszerza naszą życiową perspektywę. Chrystus zmartwychwstał, a to nadaje naszemu życiu nowy wymiar. Inwestowanie we własne życie nabiera znowu nowego znaczenia. Używając języka zaczerpniętego z ekonomii, możemy powiedzieć, że jako chrześcijanie jesteśmy gotowi do powstrzymania się od konsumpcji bieżących dóbr na rzecz wyższej konsumpcji nie tylko w ziemskiej przyszłości, ale ze względu na dar życia wiecznego. Z perspektywy pustego grobu w inny sposób patrzymy również na cierpienie. Rozumiemy lepiej św. Pawła, kiedy mówi, że cierpień teraźniejszych nie można stawiać na równi z chwałą, która ma się w nas objawić (por. Rm 8, 18). Jesteśmy gotowi – podobnie jak apostoł Narodów – wszystko uznać za stratę ze względu na najwyższą wartość poznania Chrystusa (por. Flp 3, 8). Kruchość życia Życie człowieka jest krótkie i znikome. Księga Mądrości podpowiada nam, że wobec kruchości ludzkiego życia człowiek może przyjąć dwie postawy. Pierwsza to postawa sprawiedliwych, którzy w zaufaniu Bogu widzą przyszłość poza ziemskim horyzontem: „Bo dla nieśmiertelności Bóg stworzył człowieka – uczynił go obrazem swej własnej wieczności”(Mdr 2, 23). Druga postawa to postawa bezbożnych, którzy odrzucają przyszłą zapłatę, mówiąc: „Korzystajmy z tego, co dobre, skwapliwie używajmy świata w młodości!” (Mdr 2, 6). Krótkowzroczną i lekkomyślną postawę bezbożnych Księga Mądrości ocenia jednoznacznie: “Tak pomyśleli – i pobłądzili, bo własna złość ich zaślepiła. Nie pojęli tajemnic Bożych, nie spodziewali się nagrody za prawość i nie docenili odpłaty dusz czystych” (Mdr 2, 21–22). Napięcie pomiędzy doczesnością i wiecznością ciągle trwa. Jest to odwieczny konflikt, który istnieje w sercu człowieka. Ale chrześcijanin to człowiek, który wzrok ma nie tylko nieustannie utkwiony w niebo, ale równocześnie bardzo twardo stąpa po ziemi. Horyzont czasowy ucznia Chrystusa przekracza jego obecne życie, ale nie wyrzeka się on całkowicie tego świata. Świat jest dla niego miejscem i zarazem środkiem do osiągnięcia zbawienia. Taka jest Boża ekonomia miłości. Wiara w niebo podwyższa preferencję czasową, ale biblijne wezwanie do tego, aby uczynić sobie ziemię poddaną (por. Rdz 1, 28), nie pozwala do przesunięcia jej granic do nieskończoności, która mogłaby sparaliżować całkowicie doczesne życie. Moc wiary Wiara w pusty grób, nadaje nowy sens naszemu życiu, ale nie polega ona tylko na twierdzeniach naszego rozumu. Jak trafie zauważył Blaise Pascal (+1662), francuski filozof, jest ona również problemem serca, które daje inne racje niż te, które podpowiada człowiekowi rozum. Te racje stają się intuicjami, których nie sposób udowodnić. Wiara potrzebuje rozumu, ale i rozum potrzebuje wiary. Bł. Jan Paweł II (+2005) na samym początku encykliki o relacjach między wiarą a rozumem Fides et ratio (1998) napisał, że wiara i rozum są jak dwa skrzydła, na których duch ludzki unosi się ku kontemplacji prawdy. Aby odkryć prawdę o zmartwychwstaniu Jezusa musimy najpierw stanąć przed pustym grobem. Musimy uwierzyć, że Chrystus zmartwychwstał i pokonał śmierć. Wtedy zrozumiemy, czym zmartwychwstanie jest dla nas. Przestaniemy się bać śmierci, cierpienia, własnej słabości i upływającego czasu. Wówczas za św. Pawłem będziemy w stanie powtórzyć: „Dla mnie bowiem żyć – to Chrystus, a umrzeć – to zysk” (Flp 1, 21). O. Jacek Gniadek Strona Autora www.jacekgniadek.com/ Foto.: jezuschrystus.net

Kazanie o. Gniadka na Boże Narodzenie: Wcielenie nową formą zawłaszczenia w miłości

Uroczystość Bożego Narodzenia, Msza w dzień. Iz 52,7-10; Hbr 1,1-6; J 1,1-18. „Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli” (J 1,11) – ten fragment pochodzi z prologu św. Jana i jest czytany w Uroczystość Narodzenia Pańskiego podczas Mszy św. w dzień. W trakcie pasterki i Mszy św. o świcie czytane są fragmenty z Ewangelii według św. Łukasza, które opisują scenę narodzenia Jezusa w Betlejem. „Kiedy tam przebywali, nadszedł dla Maryi czas rozwiązania. Porodziła swego pierworodnego Syna, owinęła Go w pieluszki i położyła w żłobie, gdyż nie było dla nich miejsca w gospodzie.” (Łk 2,7). Widzimy tu Boga przychodzącego na świat w ubogich warunkach, które są znakiem Jego uniżenia. Syn Boże stał się człowiekiem bez rozgłosu. Pojawił się w miasteczku, o którym prawie nikt nie słyszał w Rzymskim Imperium. Do tej nieco sielankowej sceny Bożego Narodzenia jesteśmy przyzwyczajeni i nie potrafimy wyobrazić sobie tych świąt bez tradycyjnej szopki. Początek Ewangelii według św. Jana Ale we Mszy sw. w ciągu dnia Kościół daje nam do rozważenia fragment Ewangelii, który wymaga od nas nieco większej uwagi niż łukaszowe opowiadanie o Bożym narodzeniu. Podczas pasterki przeżywanej w środku nocy jest dużo emocji, a takie chwile nie sprzyjają ku temu, aby na chwilę zastanowić się głębiej nad wydarzeniami w Betlejemskiej grocie. W ciągu dnia emocje po pasterce opadają. Jest czas na odprężenie i chwilę refleksji. Św. Jan rozpoczyna Prolog od opisu przyjścia Odwiecznego Słowa na świat. Autor czwartej Ewangelii oznajmia, że Słowo „było” na początku i nazywa je „Bogiem”. Daje nam do zrozumienia, że nie zostało stworzone. Ewangelista nawiązuje tutaj do pierwszych słów księgi Rodzaju: „Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię.” (Rdz 1,1). W ten sposób św. Jan podkreśla, że zanim cokolwiek zaistniało, Słowo było od zawsze w Bogu i wszystko stało się z Jego mocą. Św. Jan mówi dalej, że w nim było życie, ale ciemność moralna i duchowa, która rodzi się z grzechu, doprowadziła człowieka do totalnej destrukcji. Możemy byś jednak spokojni, gdyż ów świat ciemności zbuntowany przeciw Bogu nie jest w stanie Go pokonać. Chrystus, który jest światłością, wydobędzie nas z ciemności i niewoli grzechu. Naród Wybrany szczególną własnością Boga Ale tu pojawia się problem. Słowo było obecne w świecie od początku przed wcieleniem, ale nie zostało rozpoznane. Św. Paweł w liście do Rzymian mówi, że Boga można poznać ze stworzenia za pomocą naturalnego rozumu i wewnętrznego światła (por. Rz 1,20). Odwieczne Słowo było obecne w Narodzie Wybranym, z którym Bóg zawarł przymierze i uczynił go swoją własnością, ale nawet wtedy zostało odrzucone i dlatego św. Jan napisał: „Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli” (J 1, 11). Św. Jan ma na myśli w pierwszym rzędzie Izraela. Ale ma na myśli również każdego z nas, jeżeli nie przyjmujemy Słowa, które Bóg do nas kieruje, a jest Nim Jezus Chrystus. Bóg Stwórca pragnie odnowić relację ze stworzeniem. Nie po raz pierwszy do opisania tajemnicy Boga Biblia sięga po pojęcie „własności”. Według libertariańskiej tradycji prawną ochroną powinny być objęte tylko dotykalne, rzadkie zasoby i tylko takie mogą stanowić własność poszczególnych jednostek. Do takich rzadkich zasobów należał Naród Wybrany. W oczach Boga naród wybrany był jedyny. Księga Powtórzonego Prawa mówi, że stał się on szczególną Jego własnością (Pwt 7,6). Wyjątkowym i niepowtarzalnym jest również sam człowiek. U Psalmisty znajdujemy następujący tekst: „Wiedzcie, że Pan jest Bogiem: On sam nas stworzył, my Jego własnością, jesteśmy Jego ludem, owcami Jego pastwiska” (Ps 100,3). Każdy z nas jest jedyny i niepowtarzalny. Wszyscy należymy więc do rzadkich zasobów tego świata. Słowo stało się prawdziwym człowiekiem Według libertarianskiego pojęcia własności nie tylko rzadkie, ale materialne przedmioty mogą być przedmiotem sporu, gdyż tylko takie mogą stanowić własność poszczególnych ludzi. Dzisiejsza ewangelia podkreśla również ten aspekt. Z jednej strony św. Jan chce pokazać, że Bóg stał się człowiekiem, przyjął ciało i zamieszkał wśród nas. Ewangelista broni wcielenia przed rozpowszechnioną w pierwszym wieku herezją doketyzmu (gr. dokein – wydawać się), według której Jezus Chrystus był tylko człowiekiem „pozornym”, to znaczy miał wygląd człowieka, ale w rzeczywistości był wyłącznie Bogiem. Ciało, o którym mówi św. Jan oznacza tu naturę człowieka z jej słabością, podatnością na cierpienie i śmiertelnością. Słowo stało się prawdziwym człowiekiem, a nie jakąś duchową emanacją „na podobieństwo” człowieka. Stało się człowiekiem realnym i konkretnym, któremu na imię Jezus i które przyszło na świat ponad 2000 lat temu w betlejemskiej grocie. Z drugiej strony mamy podkreślenie różnicy między Stwórcą a stworzeniem. Widzimy, że całe stworzenie stało się za pośrednictwem Słowa w określonym czasie i zaczęło istnieć wskutek stwórczego działania Boga. Ewangelista neguje w ten sposób fałszywy pogląd wywodzący się z myśli greckiej, jakoby materia istniała odwiecznie. Bóg przyszedł do swojej własności, to znaczy do człowieka, który nie jest tylko istotą duchową, ale również składa się z materii i dlatego „słowo stało się ciałem”. Nowe zawłaszczenie W końcu dochodzimy do trzeciego elementu, który składa się na libertariańskie pojęcie własności, a mianowicie zawłaszczenia. Libertarianie w ślad za Johnem Locke’iem uważają, że tylko ten, kto jako pierwszy zawłaszczył lub spożytkował daną rzecz, może być jej naturalnym właścicielem. Słowo, które stało się ciałem pragnie na nowo „zawłaszczyć” człowieka dla jego zbawienia. Nie dzieje się to jednak w sposób automatyczny poprzez sam fakt wcielenia i odkupienia. Takie podejście pomijałoby zupełnie element wolnej woli człowieka. Dochodzi do tego tylko wtedy, kiedy  przyjmujemy Słowo Boga i wchodzimy z Nim w dialog z miłości. Dzięki temu, że Bóg stał się człowiekiem, stajemy się dziećmi Boga jako Ojca. Dzisiaj spełnia się odwieczne pragnienie człowieka, by być jak Bóg, uczestniczyć w jego wielkości i mocy. Kiedyś człowiek chciał to osiągnąć poprzez nieposłuszeństwo wypowiedziane Bogu i ściągnął na siebie grzech i śmierć. Teraz, poprzez wiarę w Słowo, może to otrzymać jako dar. Bóg pragnie „zawłaszczyć” na nowo człowieka, ale nie przy pomocy siły, ale z pozycji betlejemskiej groty: niewinności, słabości, pokory i miłości. To nowe zawłaszczenie w języku biblijnym jest określane jako nowe przymierze. Mówi o tym św. Jan w dzisiejszej Ewangelii. Nowe stworzenie zastępuje stary porządek rzeczywistości. Stare przymierze nie sprawdziło się. Ludzie, którzy pierwotnie byli własnością Boga, odrzucili Go. Bóg pragnie zawrzeć teraz nowe przymierze i dokonuje go w Jezusie Chrystusie. Bóg pragnie odzyskać utraconą własność i na nowo ją zawłaszczyć. Nowy namiot spotkania Zwróćmy uwagę, że dosłowne tłumaczenie słów „zamieszkało wśród nas” (J, 1,14) w języku greckim brzmi „rozbiło swój namiot”. Namiot to nie tylko miejsce na schronienie podczas wakacyjnych wędrówek. Pod namiotami zamieszkiwał Izrael podczas przejścia do Ziemi Obiecanej. Pod namiotem postanowił w sposób szczególny mieć swoją obecność Bóg. Jednym ze znaków przymierza synajskiego był Namiot Spotkania z Arką Przymierza. Ten namiot, a później świątynia w Jerozolimie, były miejscem obecności Boga wśród swego ludu. Tym razem tym namiotem w nowym przymierzu, które zapoczątkowało Wcielenie, a ukoronowane zostało śmiercią Chrystusa na krzyżu i Jego Zmartwychwstaniem, stało się ciało człowieka, będącego jednocześnie Bogiem. „A słowo ciałem się stało i zamieszkało między nami” (J 1, 14). Nowy namiot spotkania wyznacza nowy obszar Bożej obecności w świecie. Miejscem świętym nie jest już skrawek ziemi pod namiotem spotkania. Narodem wybranym i szczególną Boga własnością nie są już tylko Żydzi. Szczególną własnością Boga staje się na nowo zawłaszczony w wydarzeniach Wcielenia cały świat i wszyscy ludzie. I nie jest to relacja własności oparta na prawie, ale na miłości. “Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne.” (J 3,16). Libertariańskie pojęcie własności, które opiera się na rzadkości zasobów materialnych i ich zawłaszczeniu, pozwala pogłębić zrozumienie istoty nowego przymierza, które Bóg zawarł z nami poprzez fakt wcielenia i które zostało opisane przez św. Jana przy pomocy odwołania się do pojęcia własności. Teraz lepiej rozumiemy nie tylko słowa św. Jana z prologu do Ewangelii: „Przyszło do swojej własności”, ale również to, co św. Ireneusz z Lyonu miał na myśli, kiedy powiedział: „Bóg stał się człowiekiem, aby człowiek stał się Bogiem”. O. Jacek Gniadek

Wolnorynkowe kazanie o. Jacka Gniadka: Mój „kairos”

Dzisiaj w Kościele rozpoczynamy nowy rok liturgiczny, którego początek przypada  zawsze na pierwszą niedzielą adwentu. Nazwa „adwent” pochodzi od łacińskiego słowa adventus, które oznacza „przyjście”. W chrześcijaństwie termin adwent stał się klasycznym wyrażeniem na oznaczenie przyjścia Chrystusa zarówno w sensie Wcielenia, jak i powtórnego przyjścia w chwale. Religijny sens adwentu dla człowieka wierzącego stanowi bardzo ważny element indywidualnego przygotowania się na nieuniknione spotkanie z Chrystusem Panem w przyszłości. Czasy eschatologiczne Rozważany dzisiaj fragment Ewangelii należy do mowy eschatologicznej (Łk 21,5-36), w której Jezus zapowiada bliskie zburzenie Jerozolimy, kataklizmy, wojny, prześladowanie swoich uczniów oraz przyjście fałszywych mesjaszów i proroków. Uczniowie nie powinni się jednak niczego obmawiać, gdyż Chrystus powróci w chwale i mocy, aby zgromadzić swoich wybranych. Jezus wzywa swoich słuchaczy do permanentnej postawy czuwania w modlitwie: „Czuwajcie więc i módlcie się w każdym czasie, abyście mogli uniknąć tego wszystkiego, co ma nastąpić, i stanąć przed Synem Człowieczym” (Łk 21,36). Tylko taka postawa ciągłego czuwania może pozwolić człowiekowi na świadomie przeżywanie tajemnicy swojej egzystencji i dostrzec, że celem ludzkiego życia nie jest ziemia, lecz Niebo. Z Ewangelii jasno wynika, że Chrystus powróci. Nikt jednak nie powinien pytać, kiedy to nastąpi. Nie ważny jest dzień. Ważniejsze jest to, jak przygotować się na chwilę Jego przyjścia. Jezus bardzo pragnie, aby każdy był jak najlepiej przygotowany na nadchodzący dzień sądu. „Uważajcie na siebie, aby serca wasze nie były ociężałe wskutek obżarstwa, pijaństwa, i trosk doczesnych.” (Łk 21,34). Jezus wzywa swoich słuchaczy do postawy czuwania i modlitwy.  Nie oznacza to, że Jezus nie jest wśród nas obecny. On przychodzi do nas nieustannie w codzienności. W sposób szczególny jest z nami wśród cierpień i prześladowań. Zmartwychwstały Jezus jest nieustannie „Przychodzącym” do nas, ale to jeszcze nie to, co objawi się nam w całej chwale i mocy wraz z drugim przyjściem Chrystusa. Na czym owe przygotowanie ma polegać? Św. Paweł wzywa Tesaloniczan, aby stawali się coraz doskonalszymi (1 Tes 4,1). Zadanie to nie ogranicza się tylko do modlitwy, lecz obejmuje całe nasze życie. Czuwanie na przyjście Chrystusa nie może zamienić się w bierną poczekalnię, lecz ma być wypełnione wypełnianiem codziennych obowiązków i służbą bliźnim w potrzebie. Sposób czekania zależy od otrzymanego od Boga charyzmatu i z tego będziemy rozliczeni w dniu powtórnego przyjścia Chrystusa. Do tych obowiązków należy w dużej mierze nasza ekonomiczna aktywność na rynku. Produkujemy dobra, sprzedajemy je i kupujemy inne. W świecie, w którym istnieje zamierzona przez Stwórcę rzadkość dostępnych zasobów niezbędnych do przetrwania, bez pracy i wymiany dóbr nie bylibyśmy w stanie fizycznie przeżyć i czekać. Upływ czasu Początek adwentu zachęca nas do refleksji nad czasem. „Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny” (Mt 25,13) – mówi Jezus. Szczególne znaczenie czas odgrywa w życiu ekonomicznym. Według Ludwiga von Misesa, dwudziestowiecznego ekonomisty i filozofa, człowiek nie jest w stanie wyobrazić sobie świata z bezczasową egzystencją i bezczasowego działania. Każde działanie jest poprzedzone przyczyną i nakierowane na zmiany, które odbywają się w czasowym porządku i zawierają w sobie rozróżnienie na pomiędzy „przed”, „w czasie” i „potem’. Klasyczni ekonomiści według Misesa nie zdawali sobie sprawy z faktu, że upływ czasu ma znaczenie na każdą wymianę. Nie rozumieją tego również współcześni ekonomiści, tworząc sztuczne modele neoklasyczne, które redu­kują człowieka do bezosobowego atomu w relacjach społeczno-ekonomicznych. To linearne pojęcie czasu – „przed”, „w czasie” i „potem’, o którym mówi Mises i ten sposób spostrzegania świata zawdzięczamy Biblii. Większość Greków uważała, że historia będzie się toczyć utartym torem. W Biblii dominuje natomiast pojęcie czasu linearne. Żydzi, podobnie jak św. Paweł, spodziewali się, że kulminacyjny moment dziejów nadejdzie w niedalekiej przyszłości. Jest to rewolucja w myśleniu w skali  całego świata. To biblijne rozumienie czasu rozrywa pojęcie czasu cyklicznego, czasu nieustannych powrotów, nieustannego następstwa, a zarazem wieczności wszechświata. Wszystko rozpoczyna się od momentu stworzenia, to znaczy tam,  gdzie zaczyna się Biblia – „Na początku stworzył Bóg niebo i ziemię” (Rdz 1,1), zaś w Apokalipsie – ostatniej księdze – kończy się wezwaniem Jezusa: „Zaiste przyjdę niebawem.” (Ap 22,20). Biblia wytycza więc linearną koncepcję czasu, która na trwałe wyznaczyła sposób, w jaki opisujemy człowieka i jego losy. Czas istnieje w niewystarczającej ilości i działający człowiek musi nim oszczędnie gospodarować, podobnie jak czyni to z innymi rzadkimi dobrami. Gospodarowanie to ma szczególny charakter ze względu na naturę czasu, który upływa i jest niepowtarzalny. Czas w ekonomii Według Misesa niepewność jest zawarta w każdym myśleniu o działaniu. Gdyby człowiek znał przyszłość, nie musiałby wybierać i w konsekwencji działać. Człowiek działa, gdyż wierzy, że jego sytuacja w przyszłości może zostać zmieniona przez jego działanie. Istnieje jednak zawsze obszar niepewności dotyczący przyszłości i sposobu, w jaki się ona rozwinie. I dotyczy to tylko nie sfery duchowej, ale każdego naszego działania, w tym ekonomicznego. Metody nauk ścisłych nie są w stanie przepowiedzieć przyszłości i skutków określonego ludzkiego działania, gdyż ludzkie działanie jest nieprzewidywalne i odnosi się do nieznanej przyszłości. Porażka lub sukces przedsiębiorcy zależy od większej lub mniejszej zdolności przewidzenia przyszłości i dostosowania swojego działania do działania innych. W ciągu ludzkiego życia nie ma więc ani stałości, ani bezpieczeństwa. Niepewność i czas – do tego należy dorzucić jeszcze przyczynowość – są nierozdzielnymi i koniecznymi kategoriami ludzkiego działania, ale nie wystarczają, aby można było podjąć działanie. Według austriackiego ekonomisty muszą jeszcze zostać spełnione trzy inne warunki. Działający musi odczuwać jakieś niezadowolenie z istniejących okoliczności i być zdolnym do wyobrażenia sobie sytuacji bardziej pożądanej niż obecna, oraz wierzyć, że posiada odpowiednie środki do stworzenia wybranego stanu rzeczy. Z tych fundamentalnych założeń charakterystycznych dla każdego świadomego ludzkiego działania Mises wyprowadza wszystkie główne zasady i zależności wolnorynkowej ekonomi. Chronos i kairos Austriacki ekonomista i filozof pisze w sowim ekonomicznym traktacie "Ludzkie działanie" (Warszawa, 2010), że człowiek przychodzi na świat, dojrzewa, starzeje się i umiera. Człowiek ma mało czasu. Sam, jako podmiot własnego działania, podlega upływowi czasu i musi go umie­jętnie wykorzystać. Czas biegnie linearnie i poszczególne działania jednego człowieka mogą następować tylko jedno po drugim. Czło­wiek nie jest w stanie wykonywać w tym samym czasie dwóch czyn­ności i dlatego musi wybierać. Wyboru dokonuje według własnej skali wartości i w danym momencie czasu, który już więcej się nie powtórzy. Dzisiaj ekonomiści mówią o przecięciu się linii podaży i popytu, ale w rzeczywistości to szczególny moment, w którym dwie konkretne osoby dokonują rynkowej transakcji. W podobny sposób na pojecie czasu patrzy św. Paweł. Apostoł Narodów pisze do wspólnoty w Rzymie, aby w swoim czekaniu na powtórne przyjście Chrystusa nie zapominała o chwili obecnej (Rz 13,11). Dla opisania tej chwili św. Pawła używa greckiego terminu kairos. Pismo św. mówi o „czasach” (chronoi) i „chwilach” (kairoi). Te dwa wyrażenia biblijne zawierają dwa odcienie znaczeniowe, bez których adwentowe rozważanie o czasie nie byłoby kompletne. Chronos to czas zwykły. Nad jego upływem czuwa Boża Opatrzność, która rządzi całym światem. Jednak w ten zwykły bieg czasu wpisują się specjalne Boże interwencje. Są to właśnie kairoi – chwile Boże, które człowiek musi rozeznać i na nie odpowiedzieć. Wszystko zależy od naszej skali wartości. To od naszych wyborów zależy, czy wszechobecny dzisiaj świąteczny konsumpcjonizm lub pożądliwe namiętności, przed którymi ostrzega nas św. Paweł, przysłonią nam przychodzącego w codziennych wydarzeniach Chrystusa. Dzisiejsze czytania przypominają nam, że nie możemy naszego adwentu odkładać na później. Dzień powtórnego chwalebnego przyjścia Chrystusa jest nieznany, ale Zmartwychwstały Pan, nigdy nas nie opuścił. Jest z nami podczas każdego naszego wyboru. Nasz czas zbawienia rozpoczął się de facto wraz ze śmiercią i zmartwychwstaniem Chrystusa, który jest bliżej nas, niż nam się to wydaje. O. Jacek Gniadek

Byłem głodny a daliście mi jeść

Uroczystość Chrystusa Króla, Rok A, 20-11-2011, Ez 43,11-12.15-17; 1 Kor 15,20-26.28; Mt 25,31-46 W dzisiejszej Ewangelii Jezus mówi: "Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili" (Mt 25, 40). Najważniejszą cechą wszelkich ruchów lewicowych jest wrażliwość społeczna na ludzką krzywdę. Ludzie lewicy twierdzą, że pomoc charytatywna powinna być w rękach państwa, gdyż pozostawiona w rękach prywatnych na wolnym rynku mogłaby nigdy nie trafić do potrzebujących. Ludwig von Mises, XX-wieczny austriacki ekonomista i filozof bardzo trafnie odpiera te ataki. Wszystkim tym, którzy uważają, że pomoc biednym należy się z mocy prawa i równocześnie oskarżają kapitalizm o nieczułość, Mises wytyka brak logicznej spójności, gdyż miłość bliźniego i oddolną gotowość niesienia pomocy innym zastępują bezdusznymi rządowymi kontraktami. Miłość bliźniego Czym jest więc miłość bliźniego? Odpowiedź mamy w dzisiejszej ewangelii. Musimy się jej bliżej przyjrzeć, gdyż właściwe zrozumienie miłości bliźniego jest niezmiernie ważne. Dzisiejsza Ewangelia nie pozostawia najmniejszych złudzeń, że podstawową materią sądu są uczynki miłości względem człowieka. Miłość bliźniego sprowadza się do czynienia uczynków sprawiedliwości, które istniały już w tradycyjnej żydowskiej etyce poza może jednym wyjątkiem - odwiedzaniem więźniów. Są to uczynki, które w dzisiejszym katechizmie są podawane jako uczynki miłosierdzia co do ciała: głodnych nakarmić, spragnionych napoić, nagich przyodziać, podróżnych w domu przyjąć, więźniów pocieszać, chorych nawiedzać, umarłych pogrzebać. Konkretne działania Osoby usytuowane po prawej stronie na Sądzie nazwane są sprawiedliwymi. Według Ewangelii sprawiedliwym jest ten, kto wiernie realizuje w swym życiu zbawcze zamysły Boga i wypełnia ustanowione przez niego prawa. I nie chodzi tu więc tylko o samą wrażliwość, ale o konkretne działanie. Chrystus poprzez fakt wcielenia utożsamia się z każdym człowiekiem, nawet najmniejszym. Objawiając swoje imię Emmanuel, które oznacza „Bóg z nami”, pragnie mocno zademonstrować, że nie jest Bogiem niedostępnym w zaświatach, ale jest blisko nas na ziemi. Nie wystarczą mu więc piękne słowa „Panie, Panie” (Mt 7, 21), ale oczekuje od nas czynów opartych na bezinteresownej miłości. Będziemy sądzeni przez Boga na podstawie tego, co sami uczynimy innym, zwłaszcza najmniejszym i najsłabszym. Rodzi się więc pytanie, jak możemy to uczynić. Jezus mówi: „byłem głodny, a daliście mi jeść” (Mt 25, 35). Kiedy mogę dać bliźniemu jeść? Mogę to uczynić tylko wtedy, gdy sam ten chleb posiadam. Powstaje drugie pytanie. W jaki sposób dochodzi do tego, że jestem w jego posiadaniu? Odpowiedź jest tylko jedna: przez pracę. Widzimy więc, że nie mogę nic dać, czego wcześniej bym nie posiadał. Własność prywatna Praktykowanie miłości bliźniego zakłada więc posiadanie czegoś na własność. Posiadanie dóbr zewnętrznych umożliwia człowiekowi wypełnienie przykazania przyodziania nagich, nakarmienia głodnych czy udzielenia schronienia bezdomnym. Rozdawanie cudzej własności nie jest dobroczynnością. W kontekście kazań wolnorynkowych musimy postawić sobie jeszcze inne pytanie: czy praktykowanie uczynków miłości bliźniego musi ograniczać się tylko do działalności filantropijnej? Czy piekarz, który z sukcesem produkuje chleb, nie karmi głodnych? Czy krawiec, który szyje ubrania, nie ubiera nagich? W systemie wolnorynkowym właściciel dóbr produkcyjnych jest zmuszony do ich używania dla lepszego zaspokojenia potrzeb konsumentów. Sam fakt posiadania środków produkcji zmusza go już do podporządkowania się życzeniom klientów, gdyż ostatecznym celem każdej produkcji jest konsumpcja. Dla precyzyjnego określenia, jakie rodzaje dóbr mają być produkowane z wykorzystaniem rzadkich zasobów znajdujących się w posiadaniu społeczeństwa, należy właściwie odczytać preferencje konsumenta. Czym więc działanie przedsiębiorcy miałoby się różnić od uczynków miłości bliźniego? Należy podkreślić, ze przedsiębiorca jest właścicielem środków produkcji, ale w istocie jest tylko tymczasowym ich szafarzem, gdyż musi produkować zgodnie z popytem i życzeniami konsumentów. Własność prywatna jest więc naturalnym narzędziem respektowania zasady powszechnego przeznaczenia dóbr. Cena wejścia do nieba Ceną wejścia do nieba jest cnota, czyli trwała moralna dyspozycja do czynienia dobra. W powieści Ayn Rand pt. "Atlas zbuntowany" Francisco d’Anconia, jeden z głównych bohaterów jako jeszcze młody spadkobierca największego imperium miedziowego na świecie wyznaje, że ma nadzieję wejść po śmierci do nieba – mówiąc ironicznie „cokolwiek to, u diabła, jest” – i uważa, że zasłuży na to poprzez powiększenie swojego majątku o sto procent. „Chcę zasłużyć na miano najbardziej cnotliwego ze wszystkich ludzi: człowieka, który zarobił pieniądze”. James Taggart, obłudny prezes przedsiębiorstwa kolejowego, był zaskoczony takim pomysłem, gdyż według niego „byle łapówkarz może zarobić szmal”. Nie widział nic nadzwyczajnego w uczciwym pomnażaniu majątku. Intuicja młodego Franciso była dobra. Pomnażanie bogactwa w uczciwy sposób jest zawsze cnotą, ale może stać się pułapką, gdy stanie się celem w życiu. "Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie; komu więc przypadnie to, coś przygotował?" (Łk 12, 20) – ostrzega nas Jezus w przypowieści o głupim bogaczu. Każdego dnia spotykamy głodnych, spragnionych i nagich. Ale dzisiejsza Ewangelia zaprasza nas do odkrycia czegoś więcej. Nie tylko tego, że ludzie są w potrzebie i powinniśmy im pomóc. Jezus zachęca nas do tego, by w drugim człowieku zobaczyć obecność samego Boga, gdyż każdy z nas został stworzony na Jego podobieństwo. To pozwoli nam zrozumieć, że służba bliźniemu jest zawsze odpowiedzią na miłość Boga, który pierwszy nas umiłował (por. 1J 4,19). Wszystko to, co posiadamy, pochodzi od Boga, a my jesteśmy tylko tego szafarzami. Sytuacje materialnej potrzeby Benedykt XVI w swojej encyklice "Deus caritas est" pisze, że „zawsze będą sytuacje materialnej potrzeby, w których konieczna jest pomoc w duchu konkretnej miłości bliźniego” (28). Będzie to może przedsiębiorca, który wszystko zaryzykował i stracił cały swój majątek. Źle odczytał preferencje klientów na rynku. A może nieodpowiednio docenił konkurencję w swojej branży? A może było w jego działaniu również trochę pychy, gdyż pomyślał przez chwilę, że jest najlepszy na rynku i jego produkcja nie wymaga modernizacji. Przeliczył się. Znalazł się na bruku. Nikt nie jest doskonały. A może będzie wśród nich chory, który zrezygnował z ubezpieczenia, gdyż chciał zaryzykować i postawić wszystko na jedną kartę. Próbuje teraz odnaleźć się na rynku, ale prawo kosztów komparatywnych wobec niego jak na razie nie chce zadziałać. Współpraca z każdym się opłaca i to nawet wtedy, gdy ktoś jest pod każdym względem mniej wydajny. Ale on ma pecha. Rynek nie jest doskonały. Może będzie to złodziej osadzony w więzieniu za bezprawne przywłaszczenie cudzej własności. Są również tacy, którzy pragną wzbogacić się w nieuczciwy sposób. Jesteśmy tylko ludźmi i ulegamy podszeptom szatana. Człowiek sam siebie osądza Mises twierdził, że najlepszą drogą do wyeliminowania ubóstwa i niedostatku jest zwiększenie produkcji. Należy mu przyznać rację. Warto pamiętać, że ten sam austriacki ekonomista pisał i ostrzegał, że wolny rynek nie daje odpowiedzi na wszystkie pytania. Rynek kieruje się swoimi własnymi prawami, których należy przestrzegać. Są one jednak tylko częścią większego planu Stwórcy, który pragnie nas raz na zawsze wyprowadzić z niewoli zła. Z dzisiejszej Ewangelii wynika, że podstawową materią sądu będą uczynki miłości względem bliźniego, z którym Chrystus się utożsamia. Jeżeli dorzucimy do tego przypowieści o talentach, to  miarą sądu będzie współpraca z darem otrzymanym od Boga, czyli z Jego łaską, lub też jej zaniedbanie. Z kontekstu całej Ewangelii wynika, że ludzie będą bez wątpienia także sądzeni ze swojej wiary w Chrystusa. Bóg ofiarował w Nim każdemu człowiekowi możliwość zbawienia i jeżeli odrzuca on tę możliwość, to sam został już osądzony: „Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu; a kto nie wierzy, już został potępiony” (J 3, 18). Jacek Gniadek SVD Foto. PSz/Prokapitalizm.pl

Kto i pod czyje dyktando układa takie przepisy?

Wszyscy chyba znamy Ewangelię o tym, jak to Chrystus wypędził ze świątyni handlarzy. Wydarzenie to musiało być doniosłe, bo (o ile mnie nie myli pamięć) zostało opisane przez wszystkich czterech ewangelistów. Jest to także chyba jedyny przypadek w Piśmie Świętym, kiedy Chrystus stosuje przemoc. Chrystus twierdzi także, że świątynia stała się "jaskinią zbójców". Można powiedzieć, że jest to zapowiedź nowego porządku jaki ma on wprowadzić. Można też zachowanie Jezusa interpretować jako konieczność oddzielenia sacrum od profanum. A dla mnie to proroctwo. Chrystus wygoni globalną lichwę, która organizuje się od przeszło 200 lat. Każda rewolta doprowadzająca do rozpadu tradycyjnych społecznych więzi jest jej sprzymierzeńcem, a największym wmawianie ludziom, że im się coś należy. Przez to politycy licytują się w obietnicach, a potem zadłużają swych wyborców spełniając ich kaprysy. I tak się nakręca globalna spirala niewolnictwa. A wszystko w majestacie prawa, które także podległo politycznie poprawnej mutacji. Kto nie wierzy niech uważnie przeczyta ar. 4 Prawa Zamówień Publicznych: "Art. 4. Ustawy nie stosuje się do: [...] 2)   zamówień Narodowego Banku Polskiego związanych z: a)  wykonywaniem zadań dotyczących realizacji polityki pieniężnej, a w szczególności zamówień na usługi finansowe związane z emisją, sprzedażą, kupnem i transferem papierów wartościowych lub innych instrumentów finansowych, b)  obrotem papierami wartościowymi emitowanymi przez Skarb Państwa, c)  obsługą zarządzania długiem krajowym i zadłużeniem zagranicznym, d)  emisją znaków pieniężnych i gospodarką tymi znakami, e)  gromadzeniem rezerw dewizowych i zarządzaniem tymi rezerwami, f)  gromadzeniem złota i metali szlachetnych, g)  prowadzeniem rachunków bankowych i przeprowadzaniem bankowych rozliczeń pieniężnych; 3)   zamówień, których przedmiotem są: a)  usługi arbitrażowe lub pojednawcze, b)  usługi Narodowego Banku Polskiego, c)  (uchylona), d)  (uchylona), e)  usługi w zakresie badań naukowych i prac rozwojowych oraz świadczenie usług badawczych, z wyjątkiem usług w całości opłacanych przez zamawiającego, zamawianych w celu prowadzenia jego własnej działalności, których rezultaty stanowią wyłącznie jego własność, f)  dostawy i usługi, do których stosuje się art. 296 Traktatu ustanawiającego Wspólnotę Europejską, g)  nabycie, przygotowanie, produkcja lub koprodukcja materiałów programowych przeznaczonych do emisji przez nadawców radiowych lub telewizyjnych, h)  zakup czasu antenowego, i)  nabycie własności nieruchomości oraz innych praw do nieruchomości, w szczególności dzierżawy i najmu, j)  usługi finansowe związane z emisją, sprzedażą, kupnem lub transferem papierów wartościowych lub innych instrumentów finansowych, w szczególności związane z transakcjami mającymi na celu uzyskanie dla zamawiającego środków pieniężnych lub kapitału; 4)   umów z zakresu prawa pracy;" Innymi słowy, byle inspektorzyna w gminie ścigany jest przez przeróżne służby za zakup bez przetargu paczki ołówków, ale można spokojnie poza ustawą zaciągnąć kredyt na 20, 50 miliardów i nikt nawet nie piśnie. A może jest ktoś kto takie usługi jest w stanie oferować taniej? Ależ oczywiście że nie ma, więc po co to zamieszanie? Pytanie tylko kiedy nadejdzie ten, który powywraca stoły i pogoni na cztery wiatry lichwiarzy z naszej świątyni. Pytanie tylko, czy świątynie są jeszcze nasze, bo kamienice (w odróżnieniu od ulic) nie były nigdy. Adam Kalicki