Tag Archives: kasa fiskalna

Co ma wspólnego pedałowanie z podatkami?

Na marginesie klasycznego wyścigu kolarskiego Paryż - Roubaix, którego kolejna, 116 edycja, odbyła się 8 kwietnia br. nasuwa się pewna refleksja. W sumie raczej smutna.

„Loteria paragonowa” – czyli pognębić maluczkich, oszczędzić gigantów

Każdy rzemieślnik, każdy taksówkarz, każdy farmaceuta, a nawet każdy ajent kiosku z prasą ma obowiązek posiadania kasy fiskalnej. Ileż to propagandowej wody wylano na reklamę kas fiskalnych w TVP, TVN, Polsat i prasie wszelkiego kalibru.

Zaciskanie podatkowej pętli trwa

Około 100 mln zł chce wyciągnąć od podatników rząd Ewy Kopacz. A to za sprawą wprowadzenia kas fiskalnych tam, gdzie dotąd nie było to konieczne.

Terrain Awareness Warning System Off

Jest taki system w samolotach cywilnych, który ostrzega pilota, że maszyna jest za blisko ziemi. Co tam ostrzega! To wyjadło, które krzyczy pilotowi "pull up!" – wolant do siebie i samolot w górę! Choć oczywiście to do pilota należy decyzja co zrobić.

„W trosce o konsumenta”

Następny ostry atak ministerstwa na małych i średnich przedsiębiorców został ogłoszony w najmniej spodziewanym momencie. Przez jakiś czas już było spokojnie i nagle jak grom z jasnego nieba: Musicie wymienić kasy fiskalne na nowe, bo ministerstwo doszło do wniosku, że obecnie taśma papieru jest zbyt wąska. Swoją drogą czekam, kiedy urzędasy zarządzą zmianę szerokości zupełnie innych rolek papieru.
Najbardziej ciekawa jest argumentacja. Mianowicie urzędasy wykombinowały w swoich przestrzeniach międzykomórkowych, że to dla dobra klienta, bo ten, nie jest w stanie odczytać na kwitku co kupił. Argumentacja mocno naciągana z dwóch powodów: Po pierwsze. Robiąc zakupy w zwykłym małym sklepiku zazwyczaj kupujemy kilka artykułów i bardzo łatwo możemy zorientować się, która pozycja co oznacza. Ponadto jesteśmy w bezpośrednim kontakcie ze sprzedającym i możemy dopytać się co ile kosztuje, co zresztą czasami czynimy. Inna sytuacja jest w wielkich marketach, gdzie jesteśmy obsługiwani taśmowo i robimy o wiele większe zakupy. Pozycji na takim rachunku może być i trzydzieści, wtedy pojawiają się problemy. Dlatego projekt ten mógłby odnosić się do takich właśnie sklepów. Po drugie. Czy zmuszanie sprzedawcy do wydania kilku tysięcy złotych (koszt kasy, fiskalizacji, czyli urzędowego uruchomienia kasy, i koszt zaprogramowania, do tego stracony czas) jest działaniem na rzecz klienta? Przecież sprzedawca będzie musiał podnieść ceny albo po prostu zamknie sklepik. I jedno i drugie rozwiązanie godzi w interesy klienta. Co jest przyczyną tak kuriozalnie głupich działań? Chęć wykazania się przed przełożonymi połączona z zapalczywością? Nieznajomość tematu? Głupota? Biorąc pod uwagę to, że na całej tej akcji zarobi kilka firm produkujących i sprzedających kasy, a wszyscy inni stracą, pytania można by mnożyć. Zastanawiam się nawet, czy zmiana kas nie jest pomysłem na urzędniczo rozbójnicze wymuszenie opłat mających podreperować budżet? Koszt wymiany kasy to w potężnej części ukryty podatek. Podwyżka cen to podwyżka wpływów z podatków… itd. Pomysł wydaje się tak głupi, że całkiem realny. Przypomnijmy sobie akcję z fotoradarami. Znowu wszyscy na tym stracimy. Wiele sklepów padnie, a handel przejmą wielkie markety i sieciówki wyspecjalizowane w niepłaceniu podatków i transferowaniu zysków za granicę. Wzrostu wpływów z podatków nie będzie! I wreszcie najważniejsze pytanie: Czy można inaczej, tak normalnie, po ludzku? Oczywiście, że można. Przepis powinien dotyczyć tylko nowo sprzedawanych kas fiskalnych. Każda kasa i tak ma ograniczony czas działania i ilość operacji. Po kilku latach trzeba ją wymienić. W przeciągu paru lat sama dokona się wymiana na lepsze, bez szkodliwych skutków urzędniczej nadgorliwości. A odczuwana poprawa będzie już w ciągu roku, dwóch, bowiem w ciągu roku wymienia się ok. 15% kas, do tego dochodzą te nowo kupowane. Na koniec prośba do ministerialnych wybździbąków (poza tymi nielicznymi normalnymi ludźmi w urzędach). Nie zachowujcie się jak słoń w składzie porcelany. Wystarczy tylko trochę pomyśleć. Jeżeli macie z tym kłopot, zawsze służę pomocą. Dyplomowany Technik Budowlany: Konrad Osmycki Ruch Wolności

Brakuje dwa zeta do piwa…

W wielu polskich miastach można spotkać specyficznych osobników. Charakteryzują się bełkotliwą mową, niepewnym krokiem oraz spojrzeniem błądzącym na granicy świata poznawalnego i niepoznawalnego. Łatwo ich rozpoznać także w nocy z uwagi na specyficzny bukiet zapachów. Ich mowa jest prosta i krótka: "poratuj, szefie/szefowo, bo dwa zeta do piwa zabrakło". Nikt przy zdrowych zmysłach nie uzna tych ludzi za wzór godny do naśladowania. Każdy człowiek posiadający chociaż odrobinę zdrowego rozsądku zrobi wszystko, aby uchronić siebie i własne dzieci przed takim losem. A jednak jest ktoś, kto nie tylko chwali taki styl, ale wręcz czyni z niego życiową strategię.
Kto to taki? Polski rząd. Niedawno powrócił jak bumerang pomysł wprowadzenia obowiązku posiadania kasy fiskalnej przez przedsiębiorców, których roczny obrót jest nie niższy niż 20 tys. złotych. Oznacza to, że państwowi reketierzy zajrzą pod strzechy ludzi, którzy tłuką niesamowity szmal w wysokości 1667zł brutto miesięcznie. Nareszcie tłusta burżuazyjno-imperialistyczna świnia dostanie po dupie i będzie musiała wziąć udział w sprawiedliwości dziejowej pn. "redystrybucja". Pomijając kwestię oczywistej potrzeby sięgnięcia do kieszeni ludzi, którzy do tej pory nie musieli rejestrować każdej transakcji, a więc nie brali udziału w ogólnonarodowym dziele budowy jedynie słusznego ustroju, nasuwają się jednak cokolwiek praktyczne refleksje. Rzecz jasna kwestionowanie decyzji rządu z tak rewolucyjnych pozycji jak praktyka, zdrowy rozsądek czy logika, może się zakończyć wizytą facetów z ABW, ale mimo wszystko warto spróbować. Przede wszystkim pojawia się kwestia kosztów zakupu kasy fiskalnej. Nasz wspaniały rząd ma tak szeroki gest, że "dofinansowuje" w części taki zakup. To znaczy – pozwala zarobić producentom i sprzedawcom kas, a cenę płacą wszyscy podatnicy. Ot, taka skromna redystrybucja odwrócona – taki Janosik, co to zabiera rzeszy biednych, żeby wesprzeć grupkę zaprzyjaźnionych bogatych. Na tym szczodrość nasza, podatników, się jednak kończy. Serwis i utrzymanie kas to już problem jej właściciela. Zachciało mu się kasy, to niech teraz zarobi na jej posiadanie. Fakt, że chodziło mu o kasę, a dostał kasę fiskalną, to tylko drobna różnica semantyczna. Podobnie jak pomiędzy krzesłem a krzesłem elektrycznym. Jednak do tego momentu rządowi nie można odmówić pewnej logiki. Nakazuje bardzo drobnym mikroprzedsiębiorcom rejestrować wszystkie transakcje, bo pomimo zwrotu części kosztów zakupu takiej kasy w dłuższej perspektywie cała operacja jest przecież skazana na sukces. Niebagatelne kwoty wpływu podatkowego z rejestrowanego obrotu pchną Polskę w niedalekiej perspektywie na trwałą i stabilną ścieżkę wzrostu. I tu pojawia się zasadniczy problem. Może się okazać, że część przedsiębiorców nie będzie uczciwa. Nie kupi kasy. A nawet jak kupi, to nie będzie rejestrować wszystkich transakcji. Narazi to rząd na utratę krociowych zysków, a co za tym idzie – osłabi finansowane z budżetu centralnego moce obronne Rzeczypospolitej, porządek publiczny, wymiar sprawiedliwości czy tak kluczowe dla funkcjonowania państwa instytucje jak pełnomocnik ds. równego traktowania. Stąd już krok do zachwiania budżetu państwa, anarchii, upadku i Apokalipsy. Konieczne zatem okaże się wysłanie w teren rekieterów, którzy sprawdzą, czy w sklepie "Janusz" w Koziej Wólce rejestruje się aby na pewno każdą sprzedaż. W razie wątpliwości czujny urzędnik skarbowy dokona zakupu kontrolowanego lizaka za pięćdziesiąt groszy albo batonika za złotówkę. Odpowiednio niecałe cztery albo niecałe osiem groszy podatku VAT zawartego w tym wolumenie sprzedaży to powód, aby urzędnik skarbowy w asyście funkcjonariuszy ABW dokonał spektakularnego zatrzymania nieuczciwego sklepikarza, po czym pociągnął łobuza do odpowiedzialności. Kary będzie pewnie ze dwadzieścia złotych, ho ho! To się budżet wzbogaci, nie ma co… Opisałem we wstępie "dżentelmenów", którzy nie pogardzą każdą złotówką, bo każdy pieniądz ma dla nich realną płynną wartość. Biorąc pod uwagę skalę działalności, powszechność występowania oraz – co tu kryć – stosunkowo łatwą rozpoznawalność tej grupy, proponuję, aby ich także objąć obowiązkiem posiadania kasy fiskalnej. Myślę, że postulat ten przyjmą ze zrozumieniem, bo ich także – jak nasz rząd – interesuje każda forsa, nawet najdrobniejsza. Byle tylko cel był szczytny. A i tu widzę pewne punkty styczne. Wracając na koniec do bumerangu – najprostsza definicja tego narzędzia, jaką usłyszałem, brzmiała: to coś, czego ile razy byś nie wyrzucał, i tak wróci, żeby walnąć cię w mordę. Nasz rząd i jego poprzednicy od lat rzucają ten nieszczęsny bumerang – a to koszty pracy podnoszą, a to nowy urząd otwierają, a to znowu kolejną koncesję ustanawiają. Nie chciałbym krakać, ale mam wrażenie, że ten bumerang jest już na trasie powrotnej, a uderzenie może być silne i bolesne. Co Panu Premierowi i Panu Ministrowi Finansów poddaję życzliwie pod rozwagę. Paweł Budrewicz Autor jest radcą prawnym i ekspertem Centrum im. Adama Smitha. Prowadzi bloga stopsocjalizmowi.pl