Tag Archives: kobieta

Na tropach fałszu

Współczesne seriale tak są przesiąknięte fałszem wszelakim, że ich twórcy nie są w stanie odróżnić tego co prawdopodobne, od kompletnej bzdury. W naszym ostatnim sztandarowym serialu historycznym dziewki, posługaczki, niewiasty, dworki, nie wyłączając dam, wszystkie one bez wyjątku, narzucają się mężczyznom, co nie ma nic wspólnego z tamtą rzeczywistością historyczną. Scenarzyści nie potrafią sobie chyba wyobrazić, że były kiedyś czasy, gdy to panowie zabiegali o względy dam.

Jak bronić się przed gwałtem, gdy liczą się sekundy?

Czy Hollywood zieje hipokryzją? Nie ma co do tego wątpliwości Savannah Lindquist. Pretekstem do ciekawych rozważań na temat prawa do posiadania broni jest dla niej niedawna gala rozdania Oscarów.

500+ sprzyja lenistwu?

Aktywność zawodowa kobiet pobierających 500+ systematycznie spada. Według najnowszego raportu GUS, jest ona najniższa od co najmniej 19 tat.

Dyskusje o małżeństwie – dlaczego mąż przewodzi żonie?

Tak Sara była posłuszna Abrahamowi, nazywając go panem. Stałyście się jej dziećmi, gdyż dobrze czynicie i nie obawiacie się żadnego zastraszenia“ (1 P 3,6). Abraham i Sara to duchowi rodzice wszystkich usprawiedliwionych z wiary. „Kobieta ma temperaturę otoczenia, w którym żyje: gwałtowna rewolucjonistka albo nieustraszona konserwatystka, zależnie od okoliczności. Reakcjonistką nie może być nigdy.“ (Nicolás Gómez Dávila).

Fatalne skutki niedoboru kobiet czyli twierdzenie Fishera i przypadek azjatycki

Rozmnażanie płciowe to jedna z największych zagadek ewolucji. Wieloletnie próby poczynione przez biologów aby wyjaśnić fenomen płciowości potwierdzają jedynie to, że w tej kwestii istnieje zbyt wiele niejasności i pytań na które być może nigdy nie poznamy odpowiedzi[1] To, kiedy i w jakich okolicznościach pojawiło się rozmnażanie płciowe pozostanie raczej poza zasięgiem ludzkiej wiedzy, przynajmniej na chwilę obecną.

„Dzwoń na policję i giń”

Wiele razy konsultują się ze mną kobiety, które skarżą się, że są śledzone i terroryzowane przez swoich byłych partnerów życiowych. W każdym z takich przypadków nie można wykluczyć najgorszej możliwości, że kobieta taka stanie się kolejną statystyczną ofiarą mordu popełnionego w trakcie separacji lub postępowania rozwodowego.

Trzeba być trochę mądrzejszym

Ta uwaga tyczy się części polskich kobiet (dziewcząt), które są hiperkrytyczne wobec polskich mężczyzn, natomiast zupełnie bezkrytyczne wobec cudzoziemców (wcale nie tylko Arabów), wiążą się z nimi a potem płaczą. Otóż wcale się nie dziwię, że koniec takich związków bywa niekiedy żałosny.

Manify i kontrmanify 2013

Jak co roku Manifa staje się okazją do spotkania wszelkich lewicowych subkultur. Trockistów, anarchistów, socjalistów, antyklerykałów i sodomitów. Takim nowym 1 maja, tylko w mniej sprzyjających okolicznościach przyrody. Dodatkowo samce lewaków, jak co roku, instrumentalnie wykorzystują feministki i ich Manifę do propagowania swoich poglądów i osób.
Najlepiej patriarchalny charakter Manify ukazywało to, że główny transparent marszu nieśli faceci, a głównym celebrytą sabatu był Ryszard Kalisz. Z drugiej jednak strony bez facetów Manifa liczyłaby nie kilkaset osób, tylko kilkadziesiąt (według Czerskiej w Manifie szło kilka tysięcy osób). W tym roku w Warszawie dobre samopoczucie feministek i lewaków zakłóciły nacjonalistki z organizacji „Kobiety dla narodu”. Przedstawicielki Ruchu Narodowego miały trzy transparenty. Pierwszy z zdjęciem zwłok kobiety która poddała się legalnej aborcji i zdjęciem Wandy Nowickiej twierdzącej ze legalne aborcje są bezpieczne. Drugi z hasłem „Wolność słowa dla patriotek”. I trzeci z „Homokracja to manipulacja – myśl samodzielnie”. Obecność nacjonalistek wzbudziła furię lewaków idących w manifie. Kilku z nich rzuciło się na przeciwniczki aborcji i je pobiło. Od pobytu w szpitalu kobiety uratowali kibice Legi którzy uniemożliwili lewakom katowanie kobiet. Policjanci, którym nacjonalistki zgłosiły pobicie odmówili przyjęcia zgłoszenia.   Organizatorki antyaborcyjnego protestu „Kobiety dla narodu” to kilkudziesięcioosobowa inicjatywa Ruchu Narodowego zmierzająca do aktywizacji kobiet. Jedną z liderek ruchu jest Maria Piasecka-Łopuszańska, 25 letnia matka dwójki dzieci, wnuczka Bolesława Piaseckiego założyciela Ruchu Narodowo Radykalnego i wieloletniego powojennego lidera PAX. Synowa Jana Łopuszańskiego, jednego z założycieli ZChN. Uczestnicy Manify, niezależnie od swojego konstruktu kulturowego zwanego płcią, domagali się wyzwolenia swoich macic, i deklarowali że ich ciała są terenem walki. Teza o ciele jako terenie walki natrętnie kojarzyła się z sytuacją psa przed odpchleniem. Dziwił też seksistowski charakter hasła o wyzwoleniu macicy, głuchy na postulat wyzwolenia siusiaka. W oprawie artystycznej Manify widać było regres. Większość transparentów namazana była byle jak i często nieczytelna – nie licząc gigantycznej wycinanki profanującej zabytkową elewacje kościoła świętego Aleksandra na placu Trzech Krzyży. Manifestanci na swoich transparentach domagali się: upowszechnienia aborcji, odebrania ginekologom prawa do odmowy aborcji, zmian w gramatyce, walki z klerem, pacyfizmu, likwidacji kapitalizmu, kosmopolityzmu i upowszechniania sodomii. Czyli wszystkiego tego co ich zdaniem jest troską większości kobiet w Polsce. Hasła na transparentach porażały swoją głębią intelektualną - „Ewa wolała węża niż męża?”, „Polka nie – podległa”, „Moje ciało mój wybór”, „Moje ciało moja sprawa”, „Fundusz kościelny na alimenty”, „Ginekolog bez barier i klauzuli sumienia”, „Moje ciało polem walki”, „Jak chce to ogolę, jak chce to pierdolę”, „Aborcja prawem kobiety”, „Dość seksizmu, dość kapitalizmu”. I ujmowały szczerością jak transparent „Przecinamy pępowinę”, na którym wielkie nożyce przecinały kajdany łączące symbol kobiet od symbolu Polski walczącej, czy na transparencie „Jedyna krew jaką przelewam”, zilustrowanym podpaską z krwią menstruacyjną. Manifa zakończyła się pod sejmem. Gdzie na ruch wolnej macicy czekali już jak zwykle ciekawi życia publicyści z Pyta.pl. Lokalne kopie warszawskich Manif odbyły się też i w innych miastach. W Gdańsku przeciw kilkudziesięcioosobowej Manifie protestowało ponad stu narodowców z: Narodowego Odrodzenia Polski, Obozu Narodowo Radykalnego, Młodzieży Wszechpolskiej, kibiców Lechii Gdańsk i GKS Wybrzeże – podzielony na kilkanaście 14 osobowych pikiet. Tak zwane czternastki nie podpadają pod definicje zgromadzenia zaczynającą się od 15 demonstrantów, które wymaga rejestracji i nie mogą odbywać się w tym samym miejscu co inna demonstracja. Główną atrakcją gdańskiej Manify był poseł Palikota, Robert Biedroń. Jeszcze większą klęską okazała się szczecińska Manifa. Kilkunastoosobowa grupa lewicowców zrezygnowała z przejścia przez miasto. Zapewne powodem rezygnacji był wcześniejszy o kilka godzin kilkudziesięcioosobowy „Marsz dla Zdrowej Rodziny” zorganizowany przez NOP i wsparty przez Młodzież Wszechpolską, ONR, kibiców Pogoni Szczecin. Aktywność nacjonalistów nie ograniczała się tylko do kontrmanifestowania. Ósmego marca w centrum Białegostoku nacjonalistki z Młodzieży Wszechpolskiej zorganizowały akcje informacyjną o proaborcyjnych poglądach feministek. Działaczki MW miały ze sobą transparenty antyaborcyjne i patriotyczne, rozdawały przechodniom antyaborcyjne materiały edukacyjne. Równocześnie młodzi działacze ONR i MW wręczali mieszkankom miasta tulipany. Podobne akcje MW zorganizowała w Krakowie, Wrocławiu, Bielsku Białej.   Aktywność środowisk narodowych, również i ósmego marca, jest niezwykle dolegliwa dla lewicy. Dało temu wyraz Stowarzyszenie Nigdy Więcej. Ta finansowana przez Fundację Stefana Batorego inicjatywa, dostrzegająca wszędzie i nieustannie faszystów, w wydanej przez siebie „Brunatnej księdze 2011 – 2012”, opisała rzekome incydenty „na tle rasistowskim, antysemickim, ksenofobicznym”, neofaszystowskim, które miały miejsce w III RP w przeciągu dwu ostatnich lat. Przejawem rasizmu, faszyzmu i antysemityzmu dla stowarzyszenia Nigdy Więcej stały się protesty antyaborcyjne przeciw feministycznym Manifom, podczas których: „Nacjonaliści skandowali ksenofobiczne hasła: ''Bóg, Honor, Ojczyzna'', ''Wielka Polska katolicka'', ''SLD – KGB'' oraz trzymali transparenty z hasłami: ''Wczoraj Hitler, dziś feminizm'', ''Feminazi stop'' i z wizerunkami tzw. mieczyka Chrobrego (symbol polskiej skrajnej prawicy)”. Innymi zbrodniczymi hasłami nacjonalistów były okrzyki: ''Feministki to nazistki'' i ''Aborcyjny Holokaust''” oraz „transparenty z tzw. falangą (charakterystyczna ręka z mieczem, znak przedwojennych polskich faszystów, współcześnie używany przez przedstawicieli skrajnej prawicy)”. Faszystowską zbrodnią opisaną na kartach „Brunatnej księgi” był protest przeciw Manifie pewnego pana przebranego „ w kostium pingwina”, który trzymał transparent „Żądam 33,3% parytetu we władzy dla pingwinów”. Jan Bodakowski Foto.: Jan Bodakowski

Mit nierównych płac

Z postulatów feministek bardzo często można usłyszeć następujące twierdzenie: „Kobiety zarabiają mniej od mężczyzn, za dokładnie tę samą pracę”. Działaczki na rzecz równego traktowania podają przykłady różnych „wykorzystywanych” pracownic, które skarżą się, że dostają mniej niż kolega zza biurka. Oczywiście szachują one również statystykami – jak donosi strona euractiv.pl „w 2010 roku średnia różnica w wynagrodzeniach kobiet i mężczyzn w całej Unii Europejskiej wynosiła 16,4 proc.” Organizacje feministyczne postulują na tej podstawie, że w Europie mamy do czynienia z nierównością płacową i, że jest to największy problem „obok przemocy względem kobiet i handlu kobietami” oraz jak mówi europosłanka Joanna Skrzydlewska: „W tym roku 97 milionów kobiet w Europie pracowało 62 dni bezzarobkowo” – według pani poseł tyle muszą przepracować kobiety „za darmo”, aby ich płaca zrównała się z płacą mężczyzn.
Nie będę się rozwodził nad tym, czy taki stan rzeczy jest dobry czy nie. Problem polega na tym, że większość osób domagających się równych płac uważa też, iż przyczyną takiego stanu rzeczy są mechanizmy wolnorynkowe. Feministki domagają się, aby „coś z tym zrobić”, czyli konkretniej, żeby ograniczyć wolny rynek przez działania państwowe. Jak mówi wspomniana wcześniej pani poseł: „Mam nadzieję, że działania Unii Europejskiej i państw członkowskich sprawią, że kiedyś nie trzeba będzie obchodzić dnia równości płci” – czyli wniosek jest prosty – nierówność bierze się stąd, że pracodawcy mają za dużo swobody i rządy muszą im tę swobodę ograniczyć. Stąd też postuluje się odpowiednie regulacje, prawa pracy, zakazy zwalniania, kontrole nad działalnością przedsiębiorstw i wreszcie – parytety. W niniejszym artykule chciałbym za pomocą prostego rozumowana, pokazać absurdalność twierdzenia, jakoby wolny rynek był dyskryminujący dla kobiet. „Na wolnym rynku różna płaca za tę samą pracę jest niemożliwa” Przyjrzyjmy się dokładnie stwierdzeniu „Kobiety otrzymują mniejsze wynagrodzenie za dokładnie tę samą pracę” (kładę nacisk na słowo „dokładnie”, gdyż jego ono bardzo istotne dla naszego wywodu). Najpierw należy sobie zadać pytanie: po co wolny rynek miałby doprowadzać do sytuacji, w której dwie osoby dostają różne pensje za wykonanie tej samej pracy? A gdyby już do takiej sytuacji doprowadził, to dlaczego miałby ją tolerować? Czy takie zjawisko byłoby stabilne? I na jakich mechanizmach rynkowych miałoby się opierać? Wyobraźmy to sobie na konkretnym przykładzie. Załóżmy, że przedsiębiorca X jest właścicielem niewielkiego sklepu. Zatrudnia w nim dwóch pracowników: kobietę W i mężczyznę M. Zakładamy, że oboje mają dokładnie te same kwalifikacje, pracują taką samą ilość godzin i wykonują dokładnie tyle samo czynności, o takim samym stopniu trudności. Wkładają w pracę tyle samo wysiłku, zużywają tyle samo energii, itp. Podsumowując: zysk, jaki X osiąga z pracy każdego z nich, jest dokładnie taki sam. Jednak przy zatrudnieniu pojawia się mały problem. Kobieta W nie ma żadnych specjalnych żądań, koniecznie chce mieć pracę, dlatego X oferuje jest standardową, średnią pensję na rynku, powiedzmy 1000 złotych. Za to mężczyzna M stawia konkretne warunki: zgodzi się pracować, ale za minimum 1200 złotych. Ponieważ X szybko potrzebuje pracownika do rozkręcenia biznesu, zgadza się też na to. Umowy zostają podpisane i rozpoczyna się nierówna współpraca kobiety i mężczyzny, w której M dostaje 200 złotych więcej za nic. Jednak zakładamy dalej, że X jest osobą racjonalnie myślącą i zna podstawy matematyki. Dlatego szybko zacznie się zastanawiać: „Skoro z pracy M mam dokładnie taki sam zysk jak z pracy W, to dlaczego M ma dostawać więcej? Czy nie dałoby się jakoś zminimalizować kosztów?”. Przecież dla X, owe 200 złotych nadwyżki jest czystą stratą. Owy „żądny zysku kapitalista” będzie więc przez cały czas kombinować, czy nie dałoby się przypadkiem jakoś zaoszczędzić. Rozwiązanie jest tutaj bardzo proste: zwolnić M i zatrudnić w jego miejsce inną kobietę, która zgodzi się pracować za mniejszą pensję! I z pewnością zrobi to przy pierwszej, nadarzającej się okazji, bądź też wcześniej postawi wcześniej M warunek, że ten ma się zgodzić na równe wynagrodzenie. I M prawdopodobnie przyjmie tę gorszą dla siebie ofertę, z prostego powodu. Jeżeli zakładamy, że wszyscy kapitaliści maksymalizują swoje zyski i minimalizują straty, to żaden inny pracodawca nie będzie tolerować jego wygórowanych żądań. Po prostu każdy dojdzie do takiego samego wniosku: lepiej zatrudnić „tańszą” kobietę. W rzeczywistości fakt, że pensje kobiet są niższe, powinien być atutem tych ostatnich. Skoro można zyskać tyle samo, a zapłacić mniej, to każdy kapitalista zdecyduje się właśnie na taką opcję. W efekcie kobiety okażą się bezkonkurencyjne dla mężczyzn i wszyscy mężczyźni, aby znaleźć pracę, będą musieli obniżyć swoje żądania. Wolny rynek na każdym szczeblu działa dokładnie tak samo – ceny wszystkiego (także pracy) regulują się same. Jeśli na rynku jakiś produkt jest sprzedawany powyżej ceny rynkowej, a pojawi się inny producent, który będzie go oferować za niższą cenę (rynkową), to wszyscy klienci od razu przejdą do niego. Zachłanni producenci, chcąc nie chcąc, będą musieli obniżyć swoje ceny, aby nie zbankrutować. Dokładnie ta sama sytuacja ma się na rynku pracy. Żadne pensje, które figurują powyżej wynagrodzenia rynkowego, nie będą w stanie się dłużej utrzymać. Kiedyś przeczytałem ciekawe, logiczne pytanie: „Skoro kobiety zarabiają mniej za tę samą pracę co mężczyźni, to dlaczego żądny zysku kapitalizm nie zatrudnia samych kobiet?” Jest to jak najbardziej adekwatne do sytuacji opisanej powyżej. Oczywiście można zapytać: co zrobić, jeśli pracodawca nie myśli racjonalnie, nie chce maksymalizować swojego zysku bądź z przyczyn ideologicznych zwyczajnie dyskryminuje kobiety? Odpowiedź jest prosta: nic nie robić! Każdy przedsiębiorca jest właścicielem swojego majątku, więc ma prawo rozporządzać nim tak, jak mu się żywnie podoba. Jeśli ktoś chce płacić komuś pieniądze „za nic”, to nie jest to już wynagrodzenia, ale zwykła darowizna – ma do tego prawo. Za to nikt inny nie może się dopominać, że też ma być obdarowany. Jako właściciel prezentu, ja sam decyduję komu go wręczyć a komu nie. Nie muszę chyba dodawać, że na wolnym rynku, takie sytuacje są niezwykle rzadkie. Kapitalistom można zarzucać wiele rzeczy, ale z pewnością nie rozdawania pieniędzy za nic. Zresztą, chyba właśnie na tym polegają postulaty siewców równości – chcą oni zmusić bogatszych do rozdawnictwa. „Dlaczego mężczyźnie zarabiają więcej?” W porządku, jednak faktem jest to, że dane przytaczane przez feministki są prawdziwe. Rzeczywiście są firmy, w których mężczyźni na tym samym stanowisku zarabiają więcej i niezaprzeczalnym faktem jest statystyka, która mówi, że średnie zarobki mężczyzn są o około 20% wyższe niż kobiet. Dlaczego tak się dzieje? Czy nie jest to źródłem swoistego paradoksu? Osoby walczące o równouprawnienie, piewcy ładu społecznego i absolutnej sprawiedliwości, społeczni inżynierowie i różni inni utopiści pięknej przyszłości chętnie rzucają liczbami, przytaczają przykłady niesprawiedliwego traktowania, podają opisy życiowych tragedii i zła oraz brudu tego nędznego globu. Przy tym tworzą mnóstwo cudownych rozwiązań na to, jak „ustawowo” zmienić świat na lepsze. Niestety, mało która z nich ma ochotę wniknąć głębiej w dane zjawisko i zastanowić się nad jego przyczyną. Wróćmy do naszego inwestora X i jego sklepu. Załóżmy, że pan X, skoro zatrudnia dwie osoby o takich samych kwalifikacjach, na tych samych warunkach i na te same stanowiska, składa im na początku warunek nie do odrzucenia – płacę wam równo po 1000 złotych. Kobieta i mężczyzna zgadzają się na to. Jednak po kilku tygodniach pracy, w ich podziale obowiązków można zauważyć pewną specyficzną prawidłowość. Otóż załóżmy, że zadanie W i M polega na wykładaniu towaru na półki. Z tym, że kobieta jest niższa od mężczyzny i waży mniej niż on (nie będzie fałszem stwierdzenie, że niemal zawsze tak jest – biologia jest nieubłagana i nie obchodzi ją, czy kogoś dyskryminuje czy nie). W efekcie pani W ma problemy z wykładaniem towaru na najwyższe półki, jak też z przenoszeniem najcięższych pakunków. Idzie jej to wolno i nieefektywnie. Dlatego też wszystkie tego typu czynności zleca się panu M. Jednak zakładamy, że pan M ma swój rozum i potrafi kalkulować własne zyski. Prędzej czy później zada sobie oczywiste pytanie: „Skoro wszystkie zadanie, które wymagają użycia największej siły, spoczywają na mnie, to znaczy, że ja pracuję więcej od mojej przyjaciółki. Dlaczego więc zarabiamy tyle samo? Czy nie da się przypadkiem obrócić jakoś tego na moją korzyść?” Oczywiście szybko biegnie do szefa i stawia proste ultimatum: albo podwyżka, albo odchodzi. Pan X ma wtedy do wyboru dwie opcje: albo go zwolni i zatrudni w jego miejsce jakąś kobietę (zakładamy, że każdy inny mężczyzna będzie miał takie same żądania), albo zgodzi się na podwyżkę. Szybko przekalkuluje, że warto zapłacić mu te (powiedzmy) 200 złotych więcej, aby mieć pracownika do noszenia największych ciężarów. Po prostu mu się to opłaca! Straty które by poniósł, każąc to robić mniej efektywnej kobiecie są większe, niż 20% podwyżki dla mężczyzny. Oczywiście na papierze wygląda to inaczej. Kobieta i mężczyzna mają te same kwalifikacje, to samo stanowisko, pracują w tym samym wymiarze godzin, a mężczyzna zarabia te 20% więcej. I właśnie wtedy przylatują feministki z krzykiem: „Cóż za podła dyskryminacja! Facet robi to samo, a ma wyższą pensję niż dziewczyna!” Nie! – to tylko zwykłe, naturalne mechanizmy rynkowe. Kobieta i mężczyzna nie zarabiają tyle samo, gdyż nie wykonują tej samej pracy. Na wolnym rynku zawsze osoba która produkuje więcej, także więcej zarabia. Dlatego skoro wielkie firmy i korporację płacą więcej dla mężczyzn, to znaczy, że zwyczajnie musi im się to opłacać. Na wolnym rynku nie ma nic za darmo. Odpowiedź na pytanie: dlaczego mężczyźni zarabiają więcej? – jest prosta. Po prostu więcej pracują. Zarzut, że kobiety pracują „62 dni bezzarobkowo” jest absurdalną demagogią. Nie ma czegoś takiego jak praca bezzarobkowa (chyba, że niewolnictwo, które jest sprzeczne z ideami wolnego rynku). Problem polega na tym, że w dzisiejszym świecie wyrównywania wszystkiego czego się da, niektórzy ludzie nie są w stanie przyswoić sobie prostego faktu, że jeden człowiek jest w stanie wyprodukować więcej niż inny, w tej samej jednostce czasu. Zwłaszcza dotyczy to oczywistych różnic płci, co w czasach pseudonaukowych tez typu „gender studies”, dla wielu jest herezją nie do zniesienia. A przecież mężczyźni i kobiety różnią się w sposób oczywisty. Nie twierdzę, że jedni są lepsi, a drudzy gorsi – tego się nie da obiektywnie stwierdzić. Ale różnią się w wielu istotnych aspektach życia. Trudno zaprzeczyć, że mężczyźni są średnio silniejsi fizycznie – dlatego też wykonują wszystkie najcięższe zawody. Czy za wykonywanie ciężkiej pracy nie należy się wyższa pensja? Są też bardziej skłonni do ryzyka, dlatego odnoszą większe sukcesy w biznesie. Czy ludzie którzy poszli na całość i zaryzykowali utratę wszystkiego, nie powinni otrzymać większej nagrody, kiedy im się wreszcie uda? Należy też zauważyć, że wykonują większość prac, które niosą z sobą uszkodzenie ciała, ryzyko szkody na zdrowiu bądź pozbawienia życia (żołnierz, policjant, marynarz, budowlaniec). Dlaczego więc nie mają dostawać za to wszystko większych zarobków? „Parytet jest obrazą dla kobiet” Niektóre przedstawicielki płci pięknej mogą mi teraz zarzucić, że łatwo mi to pisać, gdyż jestem mężczyzną i czuję się dumny (słynna męska próżność) z bycia samcem, który uważa się za istotę doskonalszą, lepszą i zaradniejszą od kobiety. Nie ma zbyt wielkiego usprawiedliwienia dla tego typu postawy. Po pierwsze: płeć jest zbyt rozległym i zbyt swobodnym kryterium, aby mogło ono służyć do obiektywnego pomiaru i tworzenia tego typu tez. Dosyć komiczna wydaje się próba porównywania ze sobą dwóch grup społecznych, z których każda jest rozrzucona po całym świecie, występuje w niej wszelaka różnorodność (język, religia, kultura) i która liczy aż (około) 3,5 miliarda członków. Do tego należy zwrócić uwagę na oczywisty (i już wcześniej zauważony) fakt, że kobiety i mężczyźni różnią się między sobą, tak było, jest i będzie. W jednych rzeczach mniej, w innych bardziej, ale się różnią. Raz na korzyść pięknej płci, innym razem brzydkiej. A z tego wynika, że w naturalnych warunkach sytuacja, w której po dokładnym podliczeniu, dwie grupy społeczne będą zarabiały dokładnie po tyle samo, jest właściwie nieprawdopodobna. Jeśli weźmiemy na porównanie grupy, które nie będą pod każdym względem identyczne i zmierzymy osiągane przez nie wyniki w dowolnej dziedzinie, to zawsze któraś z nich będzie wyprzedzać tę drugą. W naszym przypadku padło na mężczyzn – akurat w tej konkretnej kwestii (wysokość zarobków) więcej atutów stoi po ich stronie (według mnie jest to głównie siła fizyczna i większa skłonność do ryzyka). Jest to tylko jedna z dziedzin życia i akurat tak wyszło – tak po prostu jest i tyle, czy się nam to podoba czy nie. Tylko czy dla przeciętnej, zwykłej kobiety (albo mężczyzny) ma jakiekolwiek znaczenie fakt, że jej (jego) płeć przegrywa (dominuje) w statystykach? Na prawdziwie wolnym rynku każdy ma równe szanse i może w dowolny sposób kształtować swoje życie. Fakt, że kobiety przeciętnie zarabiają mniej, nie oznacza jeszcze, że owa konkretna kobieta będzie zarabiać mniej, niż jest w stanie zarobić. Statystyki i ogólne tendencje nie mają żadnego wpływu na życie jednej, szczególnej osoby. Jeśli jakaś kobieta jest równie dobra, bądź lepsza od innych, to będzie sobie też lepiej radziła. I tutaj widzimy fałszywość parytetów. Po pierwsze, parytety uwłaszczają godności kobiet. Wprowadzając parytet, na starcie zakładamy, że są one gorsze i słabsze, a co za tym idzie trzeba im pomóc, dać jakieś fory, wyciągnąć przyjazną dłoń, gdyż same nie są w stanie poradzić sobie w życiu. Pod parytetem kobieta jawi się jako osoba niedorozwinięta i potrzebująca opieki, za to mężczyzna jako osoba silniejsza i dominująca, która była na tyle miłościwa, aby ulitować się nad „słabszą płcią” i dać jej jakieś pozory równości. Nie muszę dodawać jakie to sztuczne i jak niemiłe, oraz jak bardzo oddalone od rzeczywistości jest takie twierdzenie. Ale ciężko jest mi zaprzeczyć takiemu rozumieniu parytetów. Bo czym innym one mają być? Czasem pada argument, że kobiety są lepiej wykształcone od mężczyzn (a raczej, że częściej kończą studia, średnio stosunek wynosi w Europie 55-45 na korzyść pań), więc nie może być tak, że zarabiają mniej od nich. Według zwolenników kontroli państwowej, jest to widocznie jakaś wada rynku i rząd musi ją skorygować. Ale tak właściwie, to dlaczego osoba lepiej wykształcona ma mieć lepsze stanowisko, od tej która nie ukończyła żadnych szkół? Każdy sam decyduje jaką drogę kariery obierze i musi sam rozstrzygnąć co mu się bardziej opłaca. Samo posiadanie papierka z pieczątką i podpisem rektora uczelni, nie jest jeszcze żadną podstawą do otrzymania dobrej pracy. Mój sukces może zależeć od wielu innych cech osobowości, których nie da się nabyć na studiach. „Wykształcenie” można osiągnąć na wiele różnych sposobów, dlaczego więc mamy dyskryminować tych, którzy zdecydowali się nie robić tego w konwencjonalny sposób? Dlaczego ktoś z dyplomem ma być lepszy od tego, kto go nie posiada? Na jakiej podstawie mamy absolutyzować studia i zapewniać osobom po nich jakieś szczególne przywileje? Czasem ktoś ma pretensje, że on z trudem przebrnął przez pięć lat akademickich i tylko zmarnował przez to czas, gdyż nie ma teraz dla niego pracy, a tymczasem jego znajomy ze szkolnej ławki ukończył tylko zawodówkę, a teraz jest już właścicielem dobrze prosperującej firmy. Ale czy ktoś mu kazał iść na te studia? Mógł przecież zostać w domu i razem z kumplem zakładać firmę. Swoją drogą – bardzo wielu miliarderów, rekinów biznesu, twórców wielkich korporacji nigdy nie zdobyło wyższego wykształceniu. Wielu z nich rzucało uczelnię w trakcie, gdyż przeszkadzała im ona w skupieniu się na zarabianiu pieniędzy. Ale w tym wszystkim zdecydowanie najgorsze jest to, że parytety totalnie zaburzają uczciwą konkurencję. Już pomijam fakt, że bardziej uzdolnieni mężczyźni mogą być dyskryminowani na rzecz gorzej uzdolnionych kobiet, ale istotne jest też to, że dyskryminowane będą także uzdolnione kobiety. Dzisiaj, jeśli kobieta dojdzie na wysokie stanowisko, to wszyscy wiedzą, że jest to tylko jej zasługa i wywalczyła to sobie swoją ciężką pracą. Budzi to wśród otoczenia respekt i szacunek. Za to po wprowadzeniu parytetu, powszechna będzie opinia, że każda kobieta, która osiągnęła w życiu coś więcej, zawdzięcza to właśnie parytetowi. Kobiety przestaną być traktowane poważnie. Jeśli mamy radę nadzorczą, która składa się w 80% z panów i z 20% z pań, a po wprowadzeniu parytetu będziemy mieli 50/50, to wszystkie kobiety w tej radzie będą uważane za niekompetentne. Powszechne będzie myślenie, że nie powinny one tam zasiadać, ale tylko ustawa je przepchnęła. Będzie to niesamowicie krzywdzące dla tych 20%, które zdobyły sobie to stanowisko własnymi siłami. Wcale nie twierdzę, że sytuacja kiedy mężczyźni zarabiają więcej jest dobra. Nie twierdzę też, że jest zła – po prostu tak jest i tyle. Uważam, że w najbliższym czasie może to się zmieniać i kobiety mogą stopniowo zbliżać się w swoich zarobkach do mężczyzn. Ale z pewnością nie będzie to zasługa żadnych ugrupować feministycznych czy polityków z Brukseli. Będzie to efekt (przede wszystkim) rozwoju technologii oraz zmian w świadomości społecznej, szczególnie zmian w myśleniu wśród młodych dziewczyn, które wyrwane z pod patriarchalnej opieki coraz bardziej oswajają się z wolnym rynkiem i coraz lepiej rozumieją jak sobie na nim poradzić. To co kiedyś było domeną przeznaczoną tylko dla jednej płci, teraz stanowi już dobro, budowane przy współpracy ich obu. Ale jest to naturalny proces, który ludzie sobie sami zainicjowali. Żadne ustawy i regulacje tego nie przyspieszą, a mogą tylko pogorszyć sytuację. W końcu to piekło jest usłane dobrymi chęciami – ci co chcą dobrze, tworzą to co zwykle. Pozwólmy ludziom samym tworzyć rzeczywistość, uwierzmy w ludzkie działanie! Wojciech Mazurkiewicz Autor prowadzi bloga libertarianin.org

Kobieta w dzisiejszych czasach

Kobieta pracuje wtedy, gdy musi. Dzisiaj media zmuszają kobiety do pracy. Te, które pracują, bo muszą i nie zostały zmuszone do tego medialnie, a sytuacją, same mówią, że wolałyby sobie robić paznokcie i siedzieć w domu. Dzisiaj zajęcie się domem to nie licząc dzieci 2-3 godziny dziennie (wstaw obiad i sprzątaj w tym czasie) - a potem kobieta może uczyć dzieci porządnych i przydatnych rzeczy, grać na instrumencie muzycznym, tudzież sama kształcić się w tym, co naprawdę lubi, a nie tego, na co wysłał ją pracodawca (nabijając kabzę państwu lub znajomkowi z prywatnej uczelni). Luz blues, a nie tak jak dzisiaj, ciężka harówa w korpo, poniżenie jako hostessa albo kawka w urzędzie. Praca naukowa, własna firma? Nadal 10% całości, mimo, że wydaje się niezliczone ressourcy na to równouprawnienie... Jak kobiety by nie musiały pracować i nie zostałyby zmuszane, to od razu popyt na pracę byłby taki, że żaden facet nie byłby bezrobotny i faceci zarabialiby dwa razy więcej (nie mówiąc o tym co by było z niskimi podatkami i zerowymi kosztami płac). Kobiety w domu miałyby lodu tyle, że wreszcie mogłyby spełnić swoje marzenia o paryskiej garderobie i Malediwach co pół roku, hej. Nie mówiąc, że mielibyśmy mniej patologii na ulicach, zwłaszcza jeśliby zmusić dziecko do uprawiania dziennie min. 2 godzin jakiegoś sportu fizycznego. Matki miałyby wreszcie mniej problemów z niewyżytymi dzieciakami i same zajęłyby się nimi jak należy, będąc w domu. Ale do tego trzeba i wysokiej jakości facetów, których się bezustannie niszczy i zniewieścia. Wiadomo, że kobietami (i zniewieściałymi) łatwiej sterować - nie bez kozery kobiety mają marginalną konsumpcję nie mniejszą niż 95%, a czasami nawet poza 100% - przez nabieranie masowo kredytów. Kobiety napędzają obecny konsumpcjonizm i korpo. oszczędzanie? Jaka kobieta oszczędza... każda woli spłacać odsetki i co gorsza, zmusza tym samym facetów do robienia tego samego (bo co to za facet, co ciężko pracuje i mieszka w budzie po to, by w wieku 35 lat mieć jaguara i dom własny - lepiej mieć 25 lat, hondę, kredyt i płacić rachunek za lokal mieszkaniowy...). Mądra panna nie musi "stać w rozwoju" zajmując się domem, bo zajmując się domem, ma o wiele więcej czasu na studiowanie tego, co lubi. Mądra panna wie, jakiego faceta się uczepić, żeby mieć dobrze. Nie rówieśnika, który zostawi ją po pierwszych zmarszczkach, tylko starszego i zarobionego, który ma poukładane w głowie i w spodniach. Jakkolwiek, słówko wyjaśnienia się należy: w kapitalizmie i tak każdy może pracować, jak chce, mając równe szanse (ew. nie mając tak jak inni specjalnych praw). I tylko kapitalizm oceni, której płci praca jest lepsza. Należy jednak wystrzegać się lobbowaniu jednej z płci, bo to zaciemnia obraz i skłóca kobiety z mężczyznami, prowadząc do patologii seksualnych i rozpadu związków. "Wyzwolenie seksualne" kobiet to prosta droga do ich poniżenia, wyczyszczenia z wszelkiej kobiecej treści i zniewolenia przez lewiatana (państwo, związki zawodowe i korporacje z mediami). Taką "wyzwoloną" steruje się wręcz banalnie, wystarczy porozmieszczać odpowiednio magnesy (zdradzający faceci, szowinistyczni kapitaliści, brak socjalu dla matek i anachroniczne stereotypy w mediach) i chodzą jak w zegarku, głosując na lewicę i zielonych. Kobieto, jeśli się szanujesz, jesteś konserwatystką! Jak już być komuś posłusznym, to nie za "wolność dupy" lewiatanowi, tylko mężowi, który z radością dla Ciebie zarobi kasę (jak i na twoje zachcianki), pod warunkiem, że ma obiad, miłe dzieci i ekscytujące wieczory+noce z Tobą. Lewiatan co prawda zmusza cię do pracy i każe ci gadać, jakbyś sama chciała pracować, ale pracując w korpo czy urzędzie raczej staniesz się singielką z kotem, cierpiącą na brak czasu i dobrego gustu, ew. twoje związki będą rozlatywać się jeden po drugim i wszystko, niczym w samonakręcającej się spirali, zwalać będziesz na to, co podkłada ci lewiatan o czerwonym pysku i zielonym kroczu. Na koniec wyrażę ubolewanie, że dzisiaj "dumna kobieta" to będąca po 20 związkach niewydymka, mająca w domu tylko kiepską sztukę nowoczesną oraz kota, popędzająca w ciasnych ubraniach od korpo do wystaw, a jedyną rozrywką walenie w bębenek podczas manif, w międzyczasie robienie fakultetów na uczelniach sztucznie podtrzymywanych rządową kroplówką (dżender stadies) i praca w korpo, bo po 10 latach studiowania okazuje się, że pomysłu na własną firmę tudzież na odkrywczą pracę naukową nie ma i nie będzie. A można było cieszyć się życiem, a nie marudzić na swojego największego sojusznika... Gall Anonim