Tag Archives: konstytucja

Zdzisław Gromada czyli historia pewnej petycji

„Źle się dzieje w naszej ojczyźnie. Większość sejmowa nie prowadzi z opozycją merytorycznej debaty jak rozwiązywać nasze problemy. Obywatele oraz opozycja sejmowa „nie mają prawa głosu”. Mogą wyłącznie „przeszkadzać” większości w budowaniu „nowej Polski”. Jeśli chcemy mieć nadzieję na dobre jutro, powinniśmy to zmienić” - tymi słowami p. Zdzisław Gromada rozpoczął 18 marca 2017 roku swoją walkę o – jak sam to określa - „demokrację XXI wieku”.

Dlaczego potrzebujemy nowej ustawy zasadniczej?

Przedstawiam swój głos w sprawie zmiany konstytucji i w sprawie referendum konstytucyjnego. Nie będą to żadne prawdy objawione prawnika-konstytucjonalisty tylko zdanie przedsiębiorcy, osoby myślącej zdroworozsądkowo o zapatrywaniach wolnościowych. Jestem jednym z wielu rodaków, którzy chcą w sposób swobodny, zgodny ze sprawiedliwymi i prostymi zasadami „dążyć do szczęścia” i konstytucja musi im w tym pomagać, a na pewno nie przeszkadzać.

Zdrada panowie, ale stójcie cicho

A więc pan prezydent Andrzej Duda wkroczył na drogę przetartą przez Kazimierza Marcinkiewicza i wypowiedział posłuszeństwo swojemu wynalazcy – bo taką rolę odegrał prezes Kaczyński przy wyniesieniu go do godności prezydenta. Najwyraźniej Andrzej Duda musiał mu się zaprezentować jako osobnik pozbawiony własnego zdania, bezbarwny i bez inicjatywy - i dlatego go wynalazł.

Stanisław Michalkiewicz – Czy Konstytucja RP chroni własność prywatną

Czy akt prawny, w którym jeden z artykułów stanowi, iż Rzeczpospolita urzeczywistnia zasady sprawiedliwości społecznej może naprawdę ochraniać własność prywatną?

Naturalna konsekwencja starych decyzji

Wprowadzenie w Niemczech płacy minimalnej, która dotyczy wszystkich bez względu na obywatelstwo i wykonywane czynności zelektryzowało wszystkich. Wykraczanie skutków niemieckiego prawa poza granice tego kraju, co jest cechą charakterystyczną imperiów, musiało spotkać się choćby z symbolicznym oburzeniem co niektórych mężyków stanu.

Suweren na folwarku

W słusznym oburzeniu wywołanym publikacją taśm „WPROST” politycy jak i dziennikarze niczym dyabeł święconej wody unikają sedna sprawy. To, że urzędnicy państwowi traktują Polskę i instytucje publiczne jak prywatny folwark tylko w części wynika z przymiotów ich osobowości.

Nie daje, kto nie ma

Jak wiadomo rząd codziennie traci miliardy złotych tylko dlatego, że podatki są takie, jakie są, a nie wyższe. I choć politycy udają, że nie słyszeli o krzywej Laffera, to jakimś szóstym zmysłem wyczuwają, że dalsze podnoszenie podatków może się negatywnie przełożyć na słupki sondażowe a nawet wyniki przy urnach. Chcąc nie chcąc stosują więc różne sztuczki prawne i semantyczne, byle tylko korytko było pełne.

Czy Viktor Orbán gra na wyrzucenie z Unii?

Warto obserwować rozwój sytuacji na Węgrzech. To co ostatnio zrobił tam premier Viktor Orbán w dużej mierze zasługuje na uznanie. Tym bardziej, że - póki co - nic nie wskazuje na to, by - mimo silnej międzynarodowej presji - miał się ze swoich decyzji wycofać.
Warto przyglądać się rozwojowi sytuacji w Budapeszcie jeszcze z innego powodu. Kto wie, czy nie jest to test na to, na ile można być suwerennym w obszarze Unii Europejskiej. Dokonana kilka dni temu nowelizacja węgierskiej konstytucji spowodowała ostre protesty ze strony unijnych kacyków oraz - jak podawano - administracji USA. Zmiany uderzają ponoć w demokrację. Jeśli zamachem na demokrację ma być jednoznaczne sprecyzowanie w konstytucji, że małżeństwo to związek mężczyzny i kobiety, to znak, że taką demokrację trzeba kopnąć w d...pę. I im szybciej się to stanie tym lepiej. 13 marca 2013 roku szefowie grup politycznych Parlamentu Europejskiego zapowiedzieli wszczęcie dochodzenia w sprawie zmian wprowadzonych do konstytucji węgierskiej. Zwrócili się w tej sprawie do przedstawicieli Rady i Komisji Europejskiej. Zdaniem tych śmiesznych gremiów zmiany jakie mają miejsce na Węgrzech "są jawnym zamachem na zasady i pryncypia, którymi kieruje się Unia Europejska". Według tych pajaców, Węgry muszą ponieść za swoje decyzje surowe konsekwencje. Warto zatem obserwować, co się będzie działo. Czy gremia unijne rzeczywiście będą zdolne do podjęcia działań, które zmuszą Orbána do wycofania się ze zmian? Czy zapadnie decyzja o zakręceniu kurka z forsą? Czy może wyślą na Węgry "bratnią pomoc", wcielając w życie unijną "doktrynę Breżniewa"? I na koniec jeszcze jedna kwestia... Czy Victor Orbán nie robi aby tego, co robi z pełną premedytacją, chcąc doprowadzić unijnych kacyków do ostateczności po to, by pokazać, że są to tak naprawde impotenci niezdolni do rzeczywistych działań? A może Orbán świadomie stawia sprawę na ostrzu noża po to, by doprowadzić do wyrzucenia Węgier z Unii Europejskiej? No bo jak lewactwo będzie mogło tolerować w swoich szeregach "faszystę"? Być może jedyną decyzją na jaką będzie tych impotentów stać będzie właśnie wyrzucenie naszych bratanków z Unii... Paweł Sztąberek

Wolność mediów w Polsce

W demokratycznym państwie prawa realizującym zasady sprawiedliwości społecznej władza zwierzchnia należy do Narodu, który sprawuje ją przez przedstawicieli lub bezpośrednio. Tak przynajmniej stanowi Konstytucja RP, która wszelako nie wymienia o który Naród konkretnie chodzi, co może budzić pewne podejrzenia. Załóżmy jednak na chwilę, że z tą demokracją i Konstytucją, to wszystko na poważnie.
Na co dzień Naród, jako suweren, zajęty jest zdobywaniem środków na życie i spożycie, więc nie ma czasu na bezpośrednie sprawowanie władzy, jak również kontrolowanie radosnej twórczości swych przedstawicieli. Obowiązek kontroli poczynań władzy spoczywa zatem na barkach dziennikarzy, którzy winni informować Naród o działaniach władzy zagrażających wolności. Teoretycznie. Władza też jest tego świadoma, dlatego usilnie dąży do spacyfikowania / zblatowania mediów w duchu jedności frontu przekazu, zgodnie z leninowską dewizą o organizatorskiej roli prasy. Widać to chociażby w konstytucyjnych zapisach dotyczących wolności prasy. Art. 54 każdemu zapewnia wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji. Z kolei art. 14 zapewnia wolność prasy i środków społecznego przekazu. I tu, jak mawiał pułkownik Wieniawa – Długoszowski, kończą się żarty, a zaczynają schody. Albowiem drugi ustęp przywołanego art. 54 stanowi, co następuje: Cenzura prewencyjna środków społecznego przekazu oraz koncesjonowanie prasy są zakazane. Ustawa może wprowadzić obowiązek uprzedniego uzyskania koncesji na prowadzenie stacji radiowej lub telewizyjnej. W ewidentnej zatem sprzeczności z postanowieniami Konstytucji stoją podejmowane przez władzę działania na froncie walki z „mową nienawiści” czy wymierzone w niezależność internetu porozumienia typu ACTA, zresztą nie pierwsze i niewątpliwie nie ostatnie. Niemniej ciekawe jest  poznanie odpowiedzi na pytanie, dlaczego koncesjonowanie prasy jest passe, ale radia i telewizji już nie? Czyżby dlatego, że zdecydowana większość Narodu swą wiedzę o otaczającej rzeczywistości czerpie jednak z radia i telewizji, a nie gazet? Konsekwencją tego stanu prawnego jest łatwo zauważalny fakt, że o ile prasa drukowana czy internet mają zróżnicowane komentarze, to tyle radio i telewizje, zarówno komercyjne jak i publiczne, są zadziwiająco zbieżne w ocenach. A ponieważ władza, która „może” koncesjonować radio i telewizję skwapliwie korzysta z tej możliwości, gdy już nie ma innego wyjścia – podnosi ad absurdum stawki opłat koncesyjnych tak, by uciszyć niepokornych, np. Radio Maryja i TV Trwam. Jeśli ktoś z Państwa miał okazję porównać serwis informacyjny „zaprzyjaźnionych z władzą mediów” z serwisami informacyjnymi mediów toruńskiego redemptorysty, to zapewne poczuł się jak w innej rzeczywistości. Jeśli nie – to zachęcam, chociażby do odwiedzenia stron internetowych Radia Maryja czy TV Trwam i porównania treści z innymi portalami opiniotwórczymi. Swoją drogą, to ciekawe co by się stało, gdyby blisko 2,5 miliona osób, które podpisały petycję w obronie TV Trwam wystąpiło z inicjatywą ustawodawczą znoszącą koncesjonowanie radia i telewizji? Z tą wolnością prasy, to po prawdzie też pic na wodę. Bo wprawdzie Konstytucja zabrania prewencyjnej cenzury, ale nie zabrania zamieszczania reklam. I tak zaprzyjaźnione z władzą media mogą liczyć na dopływ „państwowej” (czytaj: podatników) gotówki poprzez reklamy, a pozostali mogą co najwyżej pomarzyć. Kuriozalnym przykładem jest to, że „największy opiniotwórczy dziennik w Polsce” jednego dnia zamieszcza 5 reklam prywatnych oraz 30 publicznych . Jak wpływa to na finanse konkretnych tytułów prasowych, chyba nie trzeba tłumaczyć.  A przecież ta sama władza wydaje biuletyny informacyjne oraz zamieszcza ogłoszenia w internecie na rządowych stronach. Wszystko finansowane z podatków. Albert Einstein twierdził, że wolność nauczania i wyrażania opinii w książkach i prasie stanowi podstawę zdrowego i naturalnego rozwoju każdego społeczeństwa, zatem każda forma cenzury (oficjalnej bądź ekonomicznej) prowadzi do degeneracji społeczeństwa. Otwarta pozostaje kwestia, czy w takiej sytuacji elity degenerują na obraz i podobieństwo społeczeństwa, czy też jest dokładnie odwrotnie? Michał Nawrocki

Poseł Krystyna Pawłowicz: Wierzę, że kryzys doprowadzi do rozpadu UE

"Jestem antyunijna, natomiast partia Jarosława Kaczyńskiego nie jest. Ale ja od samego początku nie kryłam swoich poglądów. Zresztą nie jestem członkiem PiS, ale nawet gdybym była nie zmieniłabym poglądów" - twierdzi posłanka klubu PiS, Krystyna Pawłowicz w wywiadzie jakiego udzieliła portalowi Onet.pl. Pani prof. Pawłowicz poddaje ostrej krytyce Unię Europejską oraz tych, którzy doprowadzili do tego, że naród polski nie jest już suwerenem, a konstytucja RP stała się niewiele wartym dokumentem. "(...) Polakom zmieniono suwerena. Naród polski nie jest suwerenem. Nie Sejm i Senat są najważniejsze, ale organy unijne. To nie rząd polski odpowiada za politykę gospodarczą i bezpieczeństwo państwa, ale organy unijne. Trybunał Konstytucyjny przestał być obrońcą Konstytucji RP w pełnym zakresie, dlatego że są obszary regulacji wspólnotowej, z których Trybunał został wyłączony. Obalono konstytucyjną hierarchię źródeł prawa, dlatego że Konstytucja nie jest już najwyższym prawem. Byt i sens UE polega na przejmowaniu suwerennych kompetencji państw członkowskich. Polacy przekazali ponad 70- 80 proc. spraw gospodarczych do rozpatrzenia UE. Te sprawy nie są już przedmiotem regulacji strony polskiej. Jako prawnik jestem przeciwnikiem tworzenia dwutorowego systemu prawa" - twierdzi prof. Pawłowicz.
Na pytanie o kryzys w UE, pani poseł wyraża zadowolenie, że ma on miejsce, ponieważ to - jej zdaniem - być może przyspieszy rozpad Unii Europejskiej. "Ale inne państwa UE potrzebują pomocy. Grecja, Hiszpania…" - zauważa dziennikarz. Pani poseł odpowiada: "Ale co mnie obchodzi Hiszpania? Mnie obchodzi Polska. Nie interesują mnie inne kraje, tak jak innych państw nie obchodzi Polska". Prof. Pawłowicz w wywiadzie mówi także o zniszczeniach jakie członkostwo Polski w UE spowodowało w dziedzinie prawa: "Dokonano aktu zniszczenia polskiego systemu prawnego. Polska Konstytucja jest w większości martwym aktem prawnym. Polska prawna siatka pojęciowa jest niszczona. Nie ma wolności gospodarczej w UE, panuje socjalizm, czyli jak dawniej u nas gospodarka centralnie sterowana. Nie można mówić o równości w UE. Przykładem jest sytuacja polskich rolników, czy rybaków. UE jest spółką, w której siła głosu zależy od wielkości wkładu. Polska jest słabym krajem, który został złowiony przez UE po okresie PRL i socjalizmu. Pieniądze, które Polska dostaje z UE są z powrotem wytransferowane do Unii, czego przykładem jest budowa dróg na Euro 2012. Mam nadzieję, że UE się rozpadnie, a Polska się wyzwoli". Zdaniem pani poseł, szok po rozpadzie Unii mógłby być dla Polski impulsem, który uaktywniłby potencjał jaki tkwi w Polakach. "Najważniejsze, że Polska po rozpadzie UE odzyskałaby suwerenność. Zaczęlibyśmy budować polską gospodarkę znów od podstaw, głównie w oparciu o istniejący polski kapitał" - dodaje prof. Pawłowicz. PSz

Jak upadała Argentyna?

Dlaczego kraj, który niegdyś był wymarzonym rajem dla wielu emigrantów, który słynął z poszanowania prawa i własności prywatnej stał się miejscem, w którym ogniskują się wszystkie najgorsze cechy współczesnych państw socjalnych? Jak upadała Argentyna? Odpowiedź na to pytanie przynosi interesujący artykuł z amerykańskiego magazynu The Freeman, autorstwa Ariela Barbero.Jego polskie tłumaczenie przeczytać można w całości w serwisie Fundacji PAFERE... Opisana w nim historia powinna być przestrogą dla wszystkich polityków, którzy uwielbiają gmerać tam, gdzie nie powinni...
"(...) Kraj z żyzną ziemią, łagodnym klimatem, wielkimi rzekami, niewielką liczbą ludności, która była kiedyś dobrze wykształcona, bez poważnych konfliktów i podziałów rasowych rzeczywiście wydawałby się trudny do zatopienia. Jest skazany na rozkwit. Mimo to my, Argentyńczycy, zademonstrowaliśmy rzadką umiejętność unikania sukcesu. Na szczęście los — dobry czy też zły — nigdy nie jest nieodwracalny. Ludzie często podkreślają, że dwie Koree (tak jak kiedyś dwa państwa niemieckie) są dobrym przykładem znaczenia rządów prawa dla życia narodu. Argentyna jest kolejnym przykładem zmian, które zachodzą, kiedy poszanowanie praw — w tym prawa własności — przestaje być uważane za istotne. Tyle tylko, że w przypadku Argentyny podział nie dotyczy miejsca, lecz czasu. My, Argentyńczycy, zaczęliśmy bardzo dobrze. Ludzie zapominają często, że do 1928 r. Argentyna zajmowała szóste miejsce na świecie pod względem wielkości produktu krajowego brutto (PKB). Dochód na jednego mieszkańca był zbliżony do niemieckiego. Rozwijała się literatura oraz muzyka. Imigranci postrzegali Argentynę jako miejsce, w którym ciężka praca pozwalała ludziom na rozwój. Była uznawana za równie obiecującą co Kanada, tylko o łagodniejszym klimacie. Ludzie głosowali nogami, czyli w najbardziej uczciwy i rozważny sposób, przybywając do Argentyny tysiącami. Pochodzili z Hiszpanii i Włoch, ale też z Walii oraz Danii. Do Argentyny przybyli też Żydzi i odkryli, że mogą cieszyć się równym traktowaniem przez prawo. Jeden z ich potomków napisał powieść opisującą życie "judíos gauchos", tj. żydowskich gauchos. Tak samo jak inni, żydzi mogli osiedlić się w Argentynie, nabyć kawałek ziemi i dowolnie go uprawiać. Kolumbijski poeta, Ruben Dario, poświęcił Argentynie swój wiersz, w którym podziwiał żydowskich osadników: "dobrze zbudowana młodzież i słodkie Rebeki o czystych oczach". Co umożliwiło ten rozkwit? Oczywiście odpowiednia ziemia i ciężka praca. Ale też mądre zasady i szlachetne ideały. Po okresie wojen domowych Argentyna przyjęła sensowną konstytucję, która w wielu miejscach odwoływała się do konstytucji Stanów Zjednoczonych (...)". Czytaj całość... Ariel Barbero - Droga do upadku Argentyny

Stęchlizna unosi się nad Świętem Konstytucji 3 maja

Święto Konstytucji 3 maja jest z założenia świętem radosnym. Jego obchody są jednak w pewnym zawieszeniu w stosunku do kształtu dzisiejszego państwa. Niewiele z radości widać na corocznych obchodach. Konstytucja 3 maja to był ważny dokument, ale z pewnością nie idealny. Oczywiście dopiero praktyka pokazałaby, w którym kierunku potoczyłby się system polityczny. Wątpię, że byłby to system etatystyczny znany z dzisiejszej Polski. Perfekcyjne byłoby połączenie niektórych elementów tzw. wolności szlacheckiej, ale dla całego społeczeństwa, z silną władzą, jaką wprowadzała Konstytucja 3 maja. Konstytucja powinna nie tylko stabilizować organy państwowe, ale także poważnie je ograniczać. Większość współcześnie żyjących jednak zgadza się, co do meritum, czyli że Konstytucja 3 maja to próba podkreślenia niepodległości i niezależności Polski. Dlatego powinno to być święto obchodzone z wielką pompą. Osoby, które domagają się wprowadzenia radosnych świąt do kalendarza państwowego, są zwykle krytykowane za oderwanie od rzeczywistości i niezrozumienie polskiej historii. Rzecz w tym, że zaczynamy się już dusić w tych krematoryjnych oparach. Szczególnie mocno doświadcza tego moje pokolenie i młodsi ode mnie. Brakuje wentyla, który wprowadziłby nieco świeżego powietrza. Cały ten ponury nastrój jest potęgowany przez wydarzenia ze współczesnej Polski (np. katastrofa smoleńska). W obchodach państwowych niemalże całkowicie pomija się okres I Rzeczypospolitej. Wolimy mówić o porażkach, niż o sukcesach wielkiego państwa dwóch narodów, jakim był nasz kraj od XVI w. Ciężko jest mi znaleźć drugi kraj na świecie, który z takim uparciem dążyłby do świętowania porażek. Zdaję sobie sprawę z tego, że zapewne zostanę skrytykowany za brak wrażliwości historycznej. Niektórzy mogą mi nawet zarzucić brak szacunku dla ofiar walczących za Polskę. Nic bardziej mylnego. Problem, który poruszam polega na tym, że nie można na tym opierać całej polityki państwa. Ciągłe wałkowanie tematu ucisku, tego jak nas gnębili i poniżali sprawia, że społeczeństwo polskie zaczyna mieć kompleks niższości wobec innych krajów. Nikt mi naprawdę nie wmówi, że świętowanie porażek jest czymś całkowicie normalnym. To z pewnością nie mobilizuje, a raczej przybija i zniechęca. Zastanawiał się ktoś, co dzieje się z dzieckiem, któremu ktoś ciągle wmawia, że przez cały okres swojego życia było pomiatane i gnębione? Co ujrzałem podczas dzisiejszej transmisji z obchodów Święta Konstytucji 3 maja? Na początek kilkuminutową rozprawę o ówczesnej sytuacji, po czym znacznie dłuższe wywody o tym, że po jej uchwaleniu nastąpił upadek I Rzeczypospolitej. Jedna pani historyk stwierdziła w relacji, że nie było szansy uratować wtedy Polski i co byśmy nie zrobili, skończyłoby się to tragedią. Cóż za wspaniała perspektywa! Nie wspomniano ani słowa oczywiście o konfederacji targowickiej, ani tym bardziej o przystąpieniu do niej Stanisława Augusta Poniatowskiego, który był opłacany z pensji rosyjskiej. A to właśnie te elementy przesądziły o porażce całego przedsięwzięcia. Nie to jest jednak głównym przedmiotem tego tekstu. Po tych mętnych wywodach, obliczonych najwyraźniej na to, żeby każdemu się przypodobać i nikogo przypadkiem nie urazić za to pobudzić u wszystkich kompleks niższości, ujrzeliśmy wywiad z osobami noszącymi mundury z epoki porozbiorowej. Dlaczego nikt nie rozmawiał z osobami noszącymi tradycyjne stroje szlacheckie? Sam trzon obchodów jest podobny i trudno tutaj wprowadzać jakieś rewolucyjne zmiany. Przyglądając się jednak przemówieniu prezydenta Bronisława Komorowskiego, można mieć sporo zastrzeżeń. Pomińmy już fakt, że wciskanie kitów o praworządności, przez człowieka wywodzącego się z Platformy Obywatelskiej, jest co najmniej wątpliwe. To na czym wolałbym się skupić, to fakt nawiązania do dzisiejszej demokracji. Desperackie próby wiązania tego dokumentu ze współczesnym ustrojem, są co najmniej śmieszne. Konstytucja 3 maja nie była dokumentem demokratycznym, stąd poza samym faktem istnienia dokumentu zasadniczego, nie ma wiele wspólnego z dzisiejszymi strukturami państwowymi. Wystarczy przypomnieć władzę wykonawczą, którą miał sprawować nie jak dotąd elekcyjny król (czyli de facto dożywotni prezydent), a król dziedziczny. Ponadto pozbawiono prawa głosu szlachtę gołotę. Dokument z 1791 roku wprowadzał monarchię konstytucyjną i w rzeczywistości ograniczał demokrację. Ciekawe, kiedy współczesne społeczeństwo ujrzy zagrożenia, które niesie ze sobą nadmierna demokratyzacja? Patrząc na obchody tego jednego z bardzo nielicznych, radosnych świąt państwowych, trzeba sobie zadać pytanie, czy w tych obchodach było coś, co mogłoby przyciągnąć młode pokolenie. Według mnie nie było nic. Obchody są zwykle mało interesujące i w ponurej atmosferze. Siedmo- czy ośmiolatek przyprowadzony na tę quasi-stypę, wynudziłby się niemiłosiernie. Później wszyscy dziwią się, że w młodym pokoleniu zanikają uczucia patriotyczne. Jak mają nie zanikać, skoro robi się wszystko, żeby tak właśnie było? A obok władz organizujących w kiepski sposób obchody świąt państwowych, przodują w tym centralnie narzucone programy nauczania. Zastanawiam się, ile "produktów" tego chorego systemu edukacji stawiłoby się dzisiaj na wezwanie w przypadku zagrożenia zewnętrznego dla naszego kraju? Nie dochodzę do optymistycznych wniosków. Jaką motywację może mieć wezwany do obrony człowiek, skoro w jego świadomości są wyłącznie obrazy "śmierci z honorem". Wychowujemy niewolników. W I Rzeczypospolitej raczej nie było z tym problemów, bo wartości patriotyczne były przekazywane przez rodzinę, a nie państwowych funkcjonariuszy i programy edukacyjne, z których "dobrodziejstw" rodzice są zmuszeni korzystać. Pogrążamy się całkowicie w martyrologii. Smutne święta państwowe powinny być smutne, ale u nas radosne święta państwowe też są smutne. Nie mówiąc już o tym, że jest ich dosłownie garstka. O edukacji dzieci decydują władze Unii Europejskiej. Rodzice nie mają tutaj nic do gadania. Nie mogą wybrać szkoły kładącej większy nacisk na polskość niż europejskość. Baza programowa musi wszak być zrealizowana. Próby przeciwstawienia się tej indoktrynacji, mogą skończyć się odebraniem dzieci. Dyskutujemy dzisiaj jedynie nad sposobem wykorzystania tego przymusu. Wszystkie dominujące siły polityczne współczesnej Polski są za przymusem, ale pod warunkiem, że będzie realizowana ich własna koncepcja przymusu. Nie chcą się go wyrzec. Nie rozumieją, że ochronić ważne dla nich wartości przed zakusami innych, można tylko likwidując przymus, bo w przeciwnym wypadku wcześniej czy później pojawi się ktoś, kto ten przymus wykorzysta do swoich celów. Czy jest szansa w przyszłości zmienić ten stan rzeczy? Szansa jest zawsze, ale propaganda państwowa znacząco ją osłabia. Jeżeli rodzice chcą zrealizować swoją koncepcję wychowania, to kształcenie musi odbywać się drogami podziemnymi, poza formalnymi strukturami edukacyjnymi. Pocieszające jest jedynie to, że za to kształcenie podziemne nie grożą jeszcze kary, jak pod zaborami. Wydaje się jednak, że takie eksperymenty są już wdrażane m.in. w "opiekuńczym raju" skandynawskim. Gdzie jest granica? Łukasz Stefaniak