Tag Archives: kontrola

Ziemkiewicz: Mamy wzorzec sanacyjny wiary w zarządzanie, wiary w nadzór, wiary w kontrolę

Kiedy w XIX wieku kraje zachodnioeuropejskie odkrywały dobrodziejstwa wolnego rynku, kiedy tam utworzył się stan trzeci, który odsuwał na bok arystokrację, kiedy się okazało, że spryt, przedsiębiorczość i zaradność ważniejsze są niż to, co się odziedziczyło itp., to my zastanawialiśmy się czy się bić, czy się nie bić - twierdzi Rafał Ziemkiewicz w wypowiedzi dla TV PAFERE.

Centralna Baza Rachunków – kolejny krok w stronę totalnej kontroli

Ministerstwo Finansów przesłało do konsultacji publicznych projekt ustawy o Centralnej Bazie Rachunków. Nowe prawo znacznie ułatwi organom państwa kontrolowanie, gdzie obywatele gromadzą swoje oszczędności. Instrument ten może przyczynić się do zwiększenia bezpieczeństwa, stwarza jednak zarazem potężne ryzyko nadużyć – uważa mec. Adam Kempa, ekspert Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego ds. prawa gospodarczego.

To opary z Brukseli grożą rakiem

Rozbójnicy socjalni z Unii Europejskiej, którzy wszystko chcą dotować i na wszystkim mieć nadzór biurokratyczny wymyślili jakiś czas temu żeby zakazać zjadania swoim niewolnikom europejskim, w ramach demokracji i praw człowieka, wędlin wędzonych dymem.

Unia Europejska domaga się rejestracji portfeli Bitcoin

Kiedy świat obiega kolejna informacja o wysokości kursu najbardziej rozpoznawalnej kryptowaluty jaką jest Bitcoin (stan na 31.07 to 2441zł za BTC), okazuje się że system blokowy czyli Blockchain można wykorzystać do coraz większej ilości przedsięwzięć.

Przyjdzie nikowiec

Pracowałem kiedyś w firmie państwowej, siermiężnej i monolitycznej jak dzieła Lenina. Ku mojemu zdziwieniu największym demonem, który prześladował pracowników tej instytucji był nikowiec, czyli inspektor NIKu. "Przyjdzie nikowiec i…"
I nigdy się nie dowiedziałem, co się stanie. Ale podobno byli tacy, którzy się dowiedzieli i wciąż tego żałują. To chyba dobrze, prawda? Nie, nie dobrze. A wręcz do du...y. Trochę bez echa, bo w cieniu zawieszenia progu ostrożnościowego finansów publicznych, przeszedł wybór Prezesa Najwyższej Izby Kontroli. A szkoda, bo była okazja powiedzieć parę słów na temat tej instytucji – po co nam ona i jak działa. NIK produkuje czasem fajne raporty. Na jeden z nich powoływałem się przy okazji posta na temat podatku od przekroczenia prędkości, potocznie zwanego mandatem. Wskazywałem wówczas, że po przebadaniu całej dekady 2000-2010 NIK doszedł do wniosku, że głównym źródłem zagrożeń w ruchu drogowym jest brak odpowiedniej infrastruktury, zła jakość istniejącej infrastruktury oraz zła organizacja ruchu. Inne przyczyny miały mniejsze znaczenie. Prędkości (jak również jazdy pod wpływem alkoholu czy narkotyków) raport nie wymieniał. Bo te czynniki nie miały większego znaczenia. Mało kto wie o tym raporcie, bo działania komunikacyjno-medialne NIKu po prostu nie istnieją, a rządowi tak raport jest potrzeby jak dziura w moście. Jak by miał Vincent stawiać fotoradary, opierając się na takich ustaleniach? Ech, niepoważni faceci w tym NIKu pracują. Te raporty NIK to nawet coś sensownego – szkoda, że nikt tego nie czyta. Po co nam zatem NIK? Świetne pytanie. Jego odpowiednik w Wielkiej Brytanii – National Audit Office, czyli Krajowa Izba Audytowa – zajmuje się zasadniczo jednym najważniejszym zadaniem. To zadanie to ulepszanie sposobów wydawania tzw. pieniędzy publicznych. Publicznych, czyli podatnika. Rząd bowiem nie ma innych pieniędzy niż te, które wcześniej zabrał obywatelom. Siłą rzeczy rząd ma skłonność do rozrzutności (bo wydaje cudze). Rolą NAO jest patrzenie rządowi na ręce, ale nie po to, aby karać i piętnować, ale – jak to w audycie bywa – znaleźć błędy i dziury w procedurach i w postępowaniu urzędników, które generują ryzyko marnotrawstwa. Celem jest pomóc decydentom w optymalizacji redystrybucji. Działania NAO nie są zatem ukierunkowane na represję, ale na wsparcie zarządzania. Polski NIK to przede wszystkim straszak. Ma być dyscyplina finansów publicznych. Jak jej nie ma, to trzeba ustalić winnego i ukarać. Proste jak myśl tow. Lenina. Jakie są tego efekty? Nie trzeba daleko szukać. Jednym z zadań NIK jest kontrola wykonania budżetu państwa i przedstawienie sprawozdania Sejmowi. To wydarzenie, raptem sprzed dwóch tygodni, też przeszło bez echa. I szkoda, bo warto by było wiedzieć, jak NIK ocenia wykonanie budżetu. A ocenia… pozytywnie! Tak, tak – komisarze ludowi RP (tzw. rząd) od lat zadłużają nas, Polaków, wydając nasze pieniądze na prawo i lewo. Z roku na rok dług rośnie, a jedynym rozwiązaniem towarzyszy jest zaciąganie kolejnych długów. Mówiąc po ludzku, ten dług to po prostu podatek, tyle że płacony w przyszłości – albo bezpośrednio, albo pod postacią inflacji. To ma być zatem kontrola? Zamiast bić na alarm – rząd okrada obywateli!, NIK głaszcze po główce Najlepszego Piłkarza Wśród Premierów i Najlepszego Ministra Finansów Europy Środkowo-Wschodniej, tłumacząc ich działania kryzysem, złą sytuacją, spowolnieniem gospodarczym i tak dalej pierdu-śmierdu w tym sosie. Zamiast wołać, że rząd zabiera za dużo pieniędzy, a nawet tego, co zabiera, nie potrafi sensownie wydać, NIK podkreśla, że rząd nie ma innego wyjścia jak dalej się zadłużać. I bada jedynie, czy rząd działa zgodnie z przepisami. Tymi samymi, które mu Sejm wedle życzenia zawiesza. Byłoby śmiesznie, gdyby nie było tak smutno. Problem tkwi w patologii polskiego systemu parlamentarnego. Otóż, i polskiego Prezesa NIK, i brytyjskiego Generalnego Audytora, wybiera Sejm (Izba Gmin). Idea jest taka, że jeśli NIK/NAO ma patrzeć na to, jak rząd wydaje pieniądze, musi być instytucją niezależną od rządu. W czym więc problem? W tym, że członkowie Izby Gmin pochodzą z wyborów większościowych w jednomandatowych okręgach wyborczych, czyli deputowani są odpowiedzialni przed wyborcami. Tymczasem nasi posłowie zawdzięczają siedzisko, na którym umieszczają cztery litery, układom z szefem partii (po niemiecku führer). Głosują zatem nie tak jak obiecali wyborcom, ale tak jak oczekuje tego ów führer, a wyborców mają w dupie. W skrajnie jaskrawej postaci widać to było podczas głosowania w Sejmie nad progiem ostrożonościowym. Tylko trzech łamistrajków zagłosowało inaczej niż chciał miłościwie nam panujący Donald I. Reszta wykazała się właściwą świadomością klasową. Nowemu Prezesowi NIK z całego serca życzę, aby w wolnej chwili uświadomił sobie, że za jego robotę płacą mu z mojej forsy. Mógłby zatem czasem zainteresować się tym, czy rząd okrada mnie w granicach przyzwoitości, czy już te granice przekracza. Okazji do wykazania się będzie sporo. Paweł Budrewicz Autor jest radcą prawnym i ekspertem Centrum im. Adama Smitha. Prowadzi bloga stopsocjalizmowi.pl

Seks jako narzędzie społecznej kontroli

Rewolucja seksualna trwa. Nie ma wątpliwości ten, kto śledzi doniesienia medialne chociażby na temat walki o „małżeństwa” homoseksualne, prawo do aborcji czy o wprowadzenie seksedukacji do szkół już od najmłodszych lat.

Kto dba o bezpieczny seks?

Agenci tej instytucji mogą przyjść o każdej porze dnia i nocy. Nie zatrzyma ich żadna przepustka, żadna ochrona, regulamin czy bramka. Nie można ich zatrzymać ani poddać rewizji. Jeśli zażądają dokumentów, to wszystkich. Jeśli powiedzą, że chcą wejść tam, gdzie przechowuje się tajemnice, trzeba będzie ich wpuścić. Każdy, do kogo się zwrócą, musi udzielić im wyjaśnień. Mogą rozkazywać, żądać, nakazywać. A odmowa jest przestępstwem zagrożonym do trzech lat pozbawienia wolności.
O kim mowa? Czy to NKWD? Gestapo? UB? Nie – to PIPa, czyli Państwowa Inspekcja Pracy. W socjalistycznym państwie rząd szczególną troską otacza pracę i ludzi pracy, podczas gdy w kapitalizmie państwo chroni wyzyskiwaczy. To prawda stara jak historia ruchu robotniczego. Nie zamierzam polemizować z utrwalonym poglądem myśli postępowej części ludzkości, więc nie zwrócę uwagi na to, że skoro w socjalizmie nie ma już wyzyskiwaczy, to i nie za bardzo jest przed kim chronić ludzi pracy. Jest to argument oparty o logikę, a więc bezbronny i całkowicie pozbawiony szans w starciu z jedynie słuszną ideologią socjalistyczną. Tak czy owak ustrój Polski oparty jest na zasadzie ingerencji rządu w stosunki pomiędzy pracownikami i pracodawcami. Powodem istnienia inspekcji pracy jest nie tylko kompletna niewydolność wymiaru sprawiedliwości, ale głębokie przekonanie, że "państwo wie lepiej". Co prawda jeśli facet ma ogródek do skopania i zatrudnia w tym celu ogrodnika, to logika podpowiada, że to on i ogrodnik najlepiej wiedzą, na jakich warunkach uzgodnić ten interes, jaka cena za tę robotę opłaca się obu stronom, ile to zajmie czasu itd. Tyle że logika to instrument skompromitowany w państwie socjalistycznym, więc to nie tędy droga. Czy zatem w socjalizmie facet od ogródka i ogrodnik to półgłówki, którzy nie potrafią zliczyć do dziesięciu i ustalić, czym grzebać w ziemi, żeby robota miała ręce i nogi? Nie, to nie to. Choć co prawda tylko rząd wie, jakie są normy spulchniania gleby, wskaźniki wydajności walenia motyką w ziemię i warunki nasłonecznienia ogródka, to dopuszcza się, że dwóch dorosłych facetów jest w stanie zrobić tak prosty biznes jak skopanie ogródka. Tym, co spędza sen z powiek rządowym specjalistom od wszystkiego, jest możliwość, że właściciel ogródka bezecnie wykorzysta ogrodnika. I nie chodzi o seks – na razie rząd nie reguluje jeszcze długości trwania gry wstępnej ani minimalnej ilości ruchów podczas penetracji. Chodzi o coś daleko poważniejszego – o to, że właściciel może naruszyć prawa ogrodnika. Jakie to mogą być prawa? Skostniałe narzędzie imperialistycznej burżuazji potocznie zwane logiką sugeruje, że właścicielowi ogródka zależy na dobrze zrobionej pracy, a ogrodnikowi na uczciwej zapłacie. Tak jednak było do czasów Rewolucji Październikowej, kiedy to masy pracujące obaliły logikę i porządek. Od tej pory z każdym rokiem na znaczeniu zyskują szkolenia w zakresie bezpiecznych i higienicznych warunków pracy, reguły niedyskryminacji, fundusz wczasowy, rola związków zawodowych, odprawy, płaca minimalna itp. Na straży większości tych zdobyczy socjalizmu stoi PIPa. Teoretycznie stoi, bo obecnie działa praktycznie wyłącznie w reakcji na skargę pracownika, któremu dzieje się krzywda. Ale za to jak już się PIPa zjawi, przed pracodawcą otworzy się zupełnie nowy świat – świat postępowań mandatowych PIPy. Za co można dostać PIPowy mandat? Za brak przeszkolenia siebie i pracownika. Należy bowiem samemu być przeszkolonym, żeby móc przeszkolić pracownika w celu zajęcia przez niego stanowiska pracy przy… komputerze. Bo człowiek, który potrafi w domu nie powiesić się przypadkowo na kablu od myszy, po przyjściu do biura staje się półgłówkiem, który już pierwszego dnia zwichnie sobie staw nadgarstka od walenia w klawiaturę. Za brak przeszkolenia pracownika w zakresie korzystania z kibla. Jeśli w tym przybytku stoi płyn do czyszczenia toalet, to nie można dopuścić pracownika do pracy bez instrukcji, aby tego płynu nie wypił. Inaczej ani chybi go wychleje i wypali sobie struny głosowe. Wizja faceta wchodzącego do sracza, żeby wziąć potężny łyk płynu do czyszczenia muszli, mogła przyjść do głowy tylko dwóm kategoriom szaleńców – twórcom niskobudżetowych splatter-horrorów oraz polskiemu ustawodawcy. Pozostałe zaburzenia dają się leczyć. Za niewydanie świadectwa pracy. To taki dokument – coś jak świadectwo homologacji telefonu komórkowego – dzięki któremu zakład pracy "przejmujący" pracownika jest w stanie samodzielnie obliczyć ilość przysługującego urlopu i dowiedzieć się, że to pracownikowi wypowiedziano umowę, a nie na odwrót. Wydanie świadectwa pracy w terminie jest równie kluczowym obowiązkiem jak zameldowanie się w miejscu pobytu. Po prostu bez rejestracji rzeczywistość nie istnieje. Za brak oświadczeń o niedyskryminacji. Nawet jeśli się ma jednego pracownika, trzeba takie oświadczenie wziąć. Co prawda mając jednego pracownika, po prostu nie ma wobec kogo go dyskryminować, ale obowiązek to obowiązek. Mamy równouprawnienie, równe traktowanie, zakaz mobbingu i co tam jeszcze, więc papier musi być. Nawet jeśli jest bez sensu. Za niewymiarową teczkę akt osobowych. Wzór opracowano w latach 40-tych i jest to dobry wzór (inaczej by go nie opracowano, prawda?). Teczka zawiera podział na różne ważne kwestie, ma odpowiednie wymiary i w ogóle jest fajna. Kto takiej nie ma, narusza obowiązki pracownicze. Mandat może wynosić nawet parę tysięcy złotych. I niech niezadowolony pracodawca nie narzeka, bo górna granica to trzydzieści tysięcy. Choć po zapowiedziach budżetu państwa na 2013r., w którym różnego rodzaju kary mają przynieść około 20 mld złotych wpływów, należy się raczej spodziewać propozycji mandatowych w górnych granicach. Ale nie ma co narzekać – NKWD czy Gestapo mogło zastrzelić kułaka czy wroga rasy. Jest zatem widoczny postęp. I do tego służy PIPa. Żeby o nas dbać, zgodnie z przekonaniem, że "państwo wie lepiej". W rozumieniu rządu obywatel to kretyn, który zaraz po przyjściu do roboty wychleje płyn do mycia kibli czy udławi się myszą komputerową. Fakt, że ten sam facio czy babeczka potrafią nie zabić się czy nie okaleczyć w domu, gdzie mają jeszcze do dyspozycji wrzątek, komplet noży czy maszynkę do golenia, jest mało przekonujący. Dom to dom, a robota to robota. W robocie człowiek durnieje i jeśli nie zatroszczy się o niego PIPa, to marnie skończy. To dlatego inspektorzy PIPy mają tak szerokie uprawnienia – żeby nic nie ukryło się ich czujnemu spojrzeniu i żeby żadna tajemnica nie chroniła wyzyskiwacza i burżuja. A wszystko w trosce o głupawych obywateli, którzy bez światłych wskazówek państwa nie potrafią zrobić niczego sensownego. Zgodnie z tytułem miało być o seksie. I było. Była i PIPa, i ustawowe pierd...nie. Pierd...nie, czyli seks. Ale za to bezpieczny. Jak wszystko w naszym nadwiślańskim raju na ziemi. Paweł Budrewicz Autor jest radcą prawnym i ekspertem Centrum im. Adama Smitha. Prowadzi bloga stopsocjalizmowi.pl

Złoto na cenzurowanym? NBP rusza z kontrolami

Jak podaje dziennik "Rzeczpospolita", Narodowy Bank Polski rozpoczyna właśnie serie kontroli firm handlujących w Polsce złotem. Na cenzurowanym mają być takie m.in. firmy jak Mennica Wrocławska, grupy Mennice Krajowe oraz firmy Inwestycje Alternatywne Profit. NBP tłumaczy te kontrole rzekomą współpracą tych firm z Amber Gold i z Marcinem P. Wiceprezes Mennicy Wrocławskiej, Piotr Wojda jednak temu zaprzecza: "Nigdy nie mieliśmy żadnych kontaktów handlowych z Amber Gold, prezes Marcin P. dementował te informacje. NBP może nas skontrolować w każdej chwili, działamy transparentnie" - mówi dla "Rz". Kontrole rozpoczęły się już ponoć w Łodzi i w Zielonej Górze. Ich zakres może być bardzo szeroki. Kontrolerzy mogą sprawdzać np. rejestry dewizowe, zażądać stanu rachunków czy pokazania, jak firma przechowuje kruszce. P

Kronika postępującego totalitaryzmu

Socjaliści wszelkiej maści (nie wyłączając ichtiolowej), wszelkich kolorów i odcieni, jak mantrę od lat powtarzają, że „kapitalizm zbankrutował”. Jednocześnie z uporem godnym lepszej sprawy nie chcą zauważyć, że socjalizm też zbankrutował, dosłownie i w przenośni. I wciąż uszczęśliwiają „lud pracujący miast i wsi”. Przegląd ostatnich wydarzeń pokazuje dobitnie, że socjaliści nie tylko się nie poddają, ale intensyfikują swoje działania zmierzające do budowy socjalistycznego raju na ziemi. Szkopuł w tym, że główną przeszkodą w realizacji utopii jest wszelka wolność, z wolnością słowa na czele.
Po licznych próbach wprowadzenia cenzury internetu, np. pod pretekstem walki z pornografią dziecięcą, choć jednocześnie prowadzą walkę o „godne warunki bytowe więźniów” i łagodzenie sankcji kodeksu karnego, socjaliści znowu wzięli się za walkę z wolnością słowa. Tym razem pod pretekstem „ochrony praw autorskich” pojawił się dokument znany jako ACTA. Tego, że porozumienie owo wprowadza „formalne i nieformalne (sic!) zespoły” o nieokreślonych źródłach finansowania oraz represje w przypadku „podejrzenia podejrzenia” i „bez wysłuchania drugiej strony”, jakoś media tzw. głównego nurtu nie wyłapały. Podobnie jak innych „kwiatków”, takich jak brak jednoznacznej definicji „własności intelektualnej”. O jednoznacznie totalitarnym sposobie „negocjowania” i wprowadzania „porozumienia” nie wspominając, choć polski rząd zarzekał się, że „walczył o jawność negocjacji ACTA”, czemu przeczą wyciekające dokumenty. Gdy Polskę ogarnęła fala protestów „internautów” (a może raczej obywateli?), sprawę bagatelizowano i próbowano zdyskredytować protestujących, a gdy to się nie udało – spróbowano przykryć rzecz kłamstwami  i propagandą. Minister Boni M. twierdził, że wszyscy już podpisali, więc i Polska musi; jednocześnie uspokajał bajając coś o dołączeniu klauzul do gotowego porozumienia. Jak się okazało – z prawdą było mu nie po drodze. Wspierał go w tym zresztą minister Zdrojewski B. Ponieważ nic to nie dało, premier Tusk D. rozpoczął „konsultacje”, ale dopiero po podpisaniu porozumienia, co zostało słusznie odebrane, jako jedna wielka lipa. W końcu, pod naciskiem opadających słupków sondażowych premier zapowiedział w piątek (17 lutego) wysłanie listu do premierów krajów UE, w których rządzą ugrupowania zrzeszone w Europejskiej Partii Ludowej, by nie przyjmować ACTA. I znów wpadka, bo okazało się, że kilka dni wcześniej szef EPL w PE, Francuz Joseph Daul oświadczył, że EurParLud nie poprze porozumienia, co zapewne zostało wcześniej skonsultowane z szefami rządów. Kolejny pomysł ograniczenia wolności słowa spalił na panewce, ponownie dzięki wolności słowa w internecie. Ponieważ awantura o ACTA zaczęła się Polsce, więc polski rząd podjął kroki zaradcze. Chodzi o projekt zmian w ustawie o świadczeniu usług drogą elektroniczną oraz zmian w kodeksie cywilnym. Nowe przepisy mają umożliwić urzędnikom blokowanie i dostęp do bezprawnych informacji. Szczególnie niebezpiecznie wygląda zapis, mówiący o „informacjach które naruszają prawa lub przedmiot działalności uprawnionego, do których dostęp powinien zostać zablokowany” w wyniku „braku autoryzacji” lub „niezgodności z prawdą”. Centrala, czyli Parlament Europejski, również nie próżnuje i cichcem usiłuje wprowadzić restrykcyjne zapisy kontroli towarów importowanych. Przygotowywane rozporządzenie daje Służbie Celnej możliwość kontrolowania małych paczek spoza UE i niszczenia ich bez wyroku sądu, jeśli celnicy uznają, że zawartość to podróbki. Szczególnie kuriozalne jest tutaj rozciągnięcie odpowiedzialności za zawartość paczek na przewoźników i kurierów. W Norwegii Ministerstwo Rodziny, Dzieci i Spraw Socjalnych (sic!) pod przewodnictwem Auduna Lisbakkena  postuluje  wprowadzenie nowych kryteriów oceny dobrego samopoczucia dzieci. Jeśli urzędnik uzna, że przebywające na terenie Norwegii dziecko jest niezadowolone, zostanie ono odebrane rodzicom. Jak uzasadnia Lisbakken „Rodzice nie powinni zakładać, że jest to ich życie prywatne. W przeciwnym razie, w jaki sposób społeczeństwo, które ma na celu ochronę dzieci, ma być informowane o nieprawidłowościach?". Nie bez powodu piszę o skandynawskich pomysłach, albowiem stają się one wzorem regulacji przygotowanej przez Światową Organizację Zdrowia (WHO), walczącej ze szkodliwością alkoholu. I tak już w kwietniu może się okazać, że alkohol będzie można kupić wyłącznie w państwowych sklepach, zlokalizowanych na obrzeżach miast i otwartych tylko przez osiem godzin dziennie. Przygotowany przez WHO dokument zaakceptowały wszystkie kraje UE, w tym polskie Ministerstwo Zdrowia, które nie ma żadnych zastrzeżeń. Jak wiadomo nie ma tak dobrego pomysłu, którego nie można by wyrzucić do kosza. Niestety, najwyraźniej nie ma też takiej głupoty, której nie próbowano by wprowadzić w imię „wyższych racji”, dzięki czemu stalinowska maksyma o kontroli jako dowodzie zaufania odradza się w wyjątkowo parszywym wydaniu. Michał Nawrocki Fot.: Strona Prokapitalistyczna

Chip zdradzi wszystko

Nowoczesny totalitaryzm nie potrzebuje już wielkiej ilości tajnych agentów ani rozbudowanej siatki donosicieli, a nawet tajne służby więcej czasu spędzają przy komputerach, aniżeli w terenie. Infiltracja, kontrola i obserwacja nie wymaga już od tajnej policji chowania się za krzakami, ani chodzenia ukradkiem krok w krok za nieprawomyślnymi obywatelami, bo w dużych miastach jest już tyle kamer, że każdy mieszkaniec jest widoczny jak na dłoni. Inwigilacja i podsłuchy rozmów, jak wykazały skandale w przeróżnych krajach, to dla służb specjalnych powszednia rozrywka, a w razie czego zawsze można załatwić billingi. Kontrola przebiega nie tylko za pośrednictwem tajnych oraz mundurowych służb, ale również poprzez tzw. ankiety i dane statystyczne. Unia Europejska wymyśliła już nawet obrączkowanie krów i świń, aby nie tylko każdy człowiek ale również każde zwierzę podlegało czujnej obserwacji urzędników unijnych. Ludzi wprawdzie nie udało się jeszcze biurokratom z Brukseli poobrączkować, ale wymyślono inne rozwiązanie, czyli chipy. Umiłowanie wolności jest jeszcze zbyt duże i niewielu pozwoli sobie wszczepić chipa z danymi personalnymi pod ucho, a poza tym na razie to tylko przestępcom wolno nakładać tzw. obrączki, aby kontrolować ich ruchy na wolności. Wymyślono zatem dla niewinnych obywateli obrączkowanie dobrowolne w postaci chipów w dowodach osobistych. Reklamowane to jest w publicznych mediach jako wymóg unijny dla…”usprawnienia swobodnego przepływu osób” i …. „udogodnienie” dla obywateli, którzy znajdą się za granicą własnego kraju . Ja rozumiem, że warto wpisać do dowodu osobistego własną grupę krwi, ale po co komuś z obcych służb ma być potrzebny nr NIP, kopia źrenicy oka, albo zakodowany podpis elektroniczny? Co kogoś obcego może obchodzić wykształcenie właściciela dowodu osobistego albo aktualne miejsce jego pracy ? itd. itp. Naładowanie dowodu osobistego zbyt wielką ilością danych stanowić będzie nie lada atrakcje dla oszustów i pospolitych złodziei. Nie ma kodów, których nie można złamać. Obecnie, gdy ktoś ukradł dowód osobisty, to przy próbie wyłudzenia pożyczki w banku nieraz wpadał przez nieznajomość podpisu. Jeśli podpis elektroniczny będzie w chipie dowodu osobistego, to taki oszust będzie mógł kupić nawet samochód na kredyt na konto…. właściciela dowodu. Już teraz latami toczą się procesy w sądach o oddalenie roszczeń banków, lub sklepów, które nie dość dokładnie sprawdzały tożsamość klienta, a prawowici właściciele dowodów mogą się bronić tylko na podstawie wykazania fałszerstwa podpisu na umowie kredytowej. Gdy ten podpis będzie tylko elektroniczny i w dodatku w chipie dowodu osobistego, to wykazać bezzasadność roszczeń będzie o wiele trudniej. Nie będę pisał o atrakcyjności takich chipów dla obcych służb specjalnych, bo skopiowanie chipu i późniejsze jego rozkodowanie da więcej informacji o danej osobie aniżeli lata żmudnych operacji szpiegowskich. Warto zdawać sobie sprawę z tego, że już teraz zarówno Izba Skarbowa, Urząd Podatkowy jak i Policja i Prokuratura mają po dokonaniu pewnych zabiegów formalnych dostęp do: - operacji dokonywanych kartami płatniczymi lub kredytowymi - numerów naszych telefonów komórkowych i stacjonarnych - numerów naszych kont bankowych - zapisów kamer miejskich - danych personalnych Formalnie nikt ze służb specjalnych ani podatkowych nie ma jeszcze natomiast swobodnego dostępu do: - kartotek w przychodniach i szpitalach - numerów PIN i podpisów elektronicznych - dokumentacji w szkołach i wyższych uczelniach - kodu genetycznego i wielu innych informacji ściśle osobistych. Jeżeli ktoś sam dobrowolnie ujawni te dane i zostaną one wprowadzone do chipu w dowodzie osobistym, to naraża sam siebie na przeniknięcie tych informacji do osób trzecich, zupełnie do tego niepowołanych. Zaufanie do Głównego Urzędu Statystycznego też powinno być traktowane mocno z rezerwą, bo jeśli ktoś , kto dał swoim urzędnikom wielkie premie, apeluje do nas abyśmy sami, w sposób elektroniczny ujawniali dla celów statystycznych wiele swoich danych, to trzeba się zastanowić kto i ile chce znowu na naszych danych zarobić? Jeżeli UE nie ma do nas zaufania i chce nas „zachipować”, to my tym bardziej nie ufajmy urzędnikom z Brukseli. Rajmund Pollak  

Czas apokalipsy

Moja żona zaczytująca się tego lata w opowiadaniach Andrzeja Pilipiuka, dała mi do przeczytania pewną lapidarną perełkę. W opowiadaniu do biura pewnej firmy wchodzi starzejący się ateista. Skusił go szyld: "Ubezpieczenia przed życiem wiecznym". W środku sprzedawca informuje go o warunkach: Za 20 euro można wykuć polisę. Jeśli życie wieczne nie istnieje, klient traci tylko tę kwotę. Jeśli jednak istnieje i po duszę nieszczęśnika przyjdzie diabeł, nie będzie mógł jej posiąść, gdyż właścicielem duszy po śmieci klienta staje się firma. Ateista przemyślał sprawę, wygrzebał pieniądze i podpisał umowę. Całość kończy się refleksją szefostwa firmy obserwującego scenę za pośrednictwem ukrytej kamery: - "Zawsze kantowaliśmy klientów, ale nigdy tak na chama. Do tej pory ludzie podpisywali cyrografy, a my im za to płaciliśmy... Choć, oczywiście, wszystko potem i tak wracało do nas. A teraz nie dość, że zdobywamy dusze, to jeszcze bierzemy za to niezły grosz"* - powiedział w zadumie Lucyfer do Belzebuba. Kończą się wakacje. Lato mamy jednak nadal upalne. Wszelkie możliwe akweny większe od kilkumetrowej kałuży stały się więc dla milionów rodaków obiektami strategicznymi. A więc wyszli na brzegi rzek, rowów, jezior, stawów i morza roznegliżowani rodacy. Na wielu z nich „nowa świecka tradycja”: tatuaż. Jakaż to wspaniała galeria kiczu i bezguścia przetoczyła się przed moimi oczami! Ileż litrów farby wkłuli sobie Polacy pod skórę za własne pieniądze przez ostatnie lata? Jeszcze dwie dekady temu obsługa basenu usuwała z niego za posiadanie malunków na ciele, dekadę temu tatuaż bulwersował, teraz już nikt nie zwraca na niego uwagi. Dwie dekady więc wystarczyły aby „to coś” z obrzydliwego znaku rozpoznawczego kryminalistów, stało się aktem powszechnego pożądania. Mamy przy okazji pokaz popkulturowego bezguścia. Jeżdżą takimi samymi samochodami, jedzą to samo ścierwo, ale dlaczego chcą mieć wytatuowane na naszych piersiach, ramionach czy plecach te same ohydztwo? A przecież za to cierpienie nakłuwania ciała, rodacy płacą własnymi pieniądzmi! To moda i pranie mózgu powoduje, że ludzie szpecą nimi po dni ostatnie swe ziemskie powłoki. Ale co tam tatuaże. Prawie każdy z nas, bez zbędnych protestów i płacąc za to, nosi przy sobie urządzenie szpiegowskie pozwalające nie tylko na podsłuchiwanie, ale także dokładne określenie naszej przestrzennej pozycji. Chodzi oczywiście o telefon komórkowy. Ale postęp idzie do przodu. Szwedzi mają wprowadzić całkowity zakaz stosowania gotówki, podobno taki zakaz w ograniczonej formie wprowadzili Włosi. Co najciekawsze inicjatywy te, poprzedzone wieloletnią akcją propagandową (pewnie podobną do tej jaką u nas przeprowadzono przed naszym członkostwem w UE), mają spore poparcie społeczne. Wszystko oczywiście po to, aby zlikwidować przestępczość i walczyć z terroryzmem. Padnie mały handel, ale co tam. Wzrośnie ściągalność podatków, bo każda operacja będzie ewidencjonowana. Tak więc ludziom można wmówić dosłownie wszystko. Wszystko może być uznane za normę. Trzeba mieć tylko media i dużo czasu. A jak zostanie wprowadzone zaczipowanie? Z pewnością ludzie będą ustawiać się w kolejkach po swój czip. To będzie także efekt długotrwałej i wyrafinowanej akcji propagandowej. Gwiazdy muzyki i filmu będą demonstracyjnie prezentować swe blizny po wszczepieniu „identyfikatora”. Pretekst się znajdzie zawsze. Chociażby to, że będą tam zapisane nasze dane medyczne na wypadek trafienia do szpitala. Bo to dla naszego dobra! W sklepach będą stworzone pewnie specjalne, bezobsługowe i bezkolejkowe kasy dla tych, „co będą już to mieli”. Bo przecież sprzężenie czipa z kartą płatniczą to błahostka. Będzie wygonie, funkcjonalnie i nawet przy plaży w trakcie prezentacji tatuaży, będzie można kupić piwo nie mając portfela. Przecież to wszytko dla naszej wygody i naszego szczęścia! Apokalipsa św. Jana mówi: „Potem ujrzałem inną Bestię, wychodzącą z ziemi: miała dwa rogi podobne do rogów Baranka, a mówiła jak Smok. (...) I sprawia, że wszyscy: mali i wielcy, bogaci i biedni, wolni i niewolnicy otrzymują znamię na prawą rękę lub na czoło i że nikt nie może kupić ni sprzedać, kto nie ma znamienia - imienia Bestii lub liczby jej imienia. Tu jest [potrzebna] mądrość. Kto ma rozum, niech liczbę Bestii przeliczy: liczba ta bowiem człowieka. A liczba jego: sześćset sześćdziesiąt sześć.” (Ap 13,11;16-18) Adam Kalicki *Andrzej Pilipiuk opowiadanie:"Parszywe czasy", zbiór pt. "2586 kroków". Wydawnictwo "Fabryka słów", Lublin 2007r. s. 141. Foto: Chris Niedenthal

Imperatyw kontroli

Centralną zagadką etatyzmu, a tym samym najpoważniejszym intelektualnym wyzwaniem, jakie stoi przed każdym przyjacielem wolności, jest kwestia streszczająca się w pytaniu: dlaczego etatyzm bezspornie zawładnął światem, skoro jest to stanowisko zarówno niemoralne, oparte na niemożliwej do uzasadnienia przemocy, jak i ekonomicznie niewydajne? Na to pytanie istnieje wiele odpowiedzi pomysłowych, ale nieadekwatnych. Odnosząc się do kilku z nich, w tekście niniejszym chciałbym naszkicować pewną nową perspektywę, która, być może, pozwoli rzucić choć mdłe światło na kilka odnośnych, a dotychczas niewyjaśnionych zagadnień. Jedną ze zbyt prostych i zdecydowanie niewystarczających jest odpowiedź wskazująca na rolę aparatu propagandy, w tym koncesjonowanych mediów oraz upaństwowionego szkolnictwa. Owszem, rzeczony aparat pełni rolę ważną w ugruntowywaniu etatyzmu w świadomości społecznej oraz neutralizowaniu alternatyw poprzez psucie i bakierowanie pojęć, ale nie wyjaśnia swojej własnej żywotności. Dlaczego wielkie masy ludzkie pozwoliły stosunkowo niedużej grupie o mentalności despotyczno-pasożytniczej na założenie sobie tego rodzaju ideologicznego kagańca? Po istotach będących z natury rzeczy niezależnymi podmiotami można by przecież oczekiwać większego oporu. Innymi słowy, można by oczekiwać, że etatyzm i przywiązanie do ładu naturalnego rozprzestrzenią się w świecie w co najmniej równych proporcjach. Nieprzekonująca jest też odpowiedź, zgodnie z którą agresja i przemoc stanowią zawsze ścieżkę szybszą, łatwiejszą i korzystniejszą. Może szybszą, ale niekoniecznie mniej ryzykowną. Może łatwiejszą i korzystniejszą, ale tylko w krótkiej perspektywie. Agresor może czerpać niezaprzeczalne zyski z agresji, ale niewątpliwe straty przyniesie mu zantagonizowanie całego otoczenia. Innymi słowy, optymalnym środowiskiem nie jest dla niego dżungla, w której każdy czyha na każdego, nawet wśród członków tej samej grupy rozbójniczej. Wierzący w mit hobbesowski odpowiedzieliby, że właśnie to jest powodem tryumfu etatyzmu – dżunglę zastępuje wymuszony pałką i łańcuchem ład. Bardziej wyrobieni wiedzą jednak, że scedowanie możliwości inicjacji przemocy w ręce monopolu nie tylko nie likwiduje dżungli, ale też pogłębia panującą w niej dzikość i brutalność – bo oto z plemienia drapieżników wyłaniani są arcy-drapieżnicy, rugujący wszelkie możliwości naturalnej obrony poprzez rozbrojenie swych poddanych, a także obciążający tychże poddanych kosztami wszystkich swych agresywnych działań. Inną sprawą jest to, że również pomniejsi, „prywatni” agresorzy w dalszym ciągu prosperują w etatystycznej dżungli, gdyż ich liczna obecność w społeczeństwie jest dla rządzących agresorów głównym pretekstem dla nakładania na swych poddanych coraz większych danin (przeznaczanych – nie trzeba dodawać – na „wzmacnianie bezpieczeństwa” i „walkę z przestępczością”). Dlaczego zatem żyjemy w etatystycznej puszczy, wyrosłej na glebie, mówiąc całkowicie literalnie, „najgorszego z możliwych ustrojów”? Jak wiadomo, szacunek dla praw własności, swobodna konkurencja oraz malejąca preferencja czasowa, pociągająca za sobą budowanie struktury kapitałowej, będą w ujęciu długofalowym służyły wszystkim, włączając jednostki o umysłowości pasożytniczej i kryminalnej. Dlatego nawet ci ostatni nie powinni mieć interesu w dławieniu powyższych zjawisk w zarodku, co jednak odbywało się przez wieki, z drobnymi tylko w skali historycznej przerwami. Co więcej, nawet w gruncie rzeczy samolubne i niezorientowane masy powinny zachowywać świadomość, iż minimum uczciwej pracy w systemie swobody działania zapewni im w nie natychmiastowej, ale też nie bardzo odległej perspektywie dobrobyt wielokrotnie przekraczający to, na co mogą liczyć wskutek stworzenia wielkoskalowych systemów redystrybucyjnych, czyli wskutek gremialnego zaproszenia do podziału (rzadkich i szybko wyczerpujących się) łupów. Nie jest wreszcie tak, że w wyżej wspomnianych masach drzemie zła wola, czynna chęć szkodzenia drugiemu i rutynowego podstawiania mu nogi – skąd zatem tak rozpowszechnione wśród zasadniczo niezdeprawowanych osób poparcie dla etatyzmu? Na ławie oskarżonych, obok sobkowskiej natury ludzkiej, propagandowego tumanienia, „życiowej krótkowzroczności” oraz szeroko rozpowszechnionej, a rzekomo nieuleczalnej ekonomicznej ignorancji (których winę sam uważam tylko za częściową, a nawet niekonieczną), chciałbym posadzić kolejnego winowajcę – ten element natury ludzkiej, który nazwałbym „imperatywem kontroli”. Imperatyw kontroli opisałbym jako naturalną skłonność większości ludzi do wyrażania aprobaty względem kontrolowania cudzych poczynań oraz do samodzielnego uprawiania podobnej praktyki. Co ważne, nie musi być to oczywiście kontrola fizyczna – najczęściej jest to kontrola wizualna czy, szerzej, informacyjna. Prawdopodobnie najpospolitszymi przykładami rzeczonego zjawiska są wścibstwo i plotkarstwo. Wielkie rzesze ludzkie lubią zaglądać w cudze żywota – zarówno w te należące do znajdujących się za miedzą sąsiadów, jak i w te należące do tzw. „osób publicznych” i ikon kultury masowej. Dla imperatywu kontroli znamienne jest to, że podległe mu osoby w coraz mniejszym stopniu zajmują się sobą i tym, co wystarczałoby do zaspokojenia ich własnych potrzeb, a w coraz większym stopniu tym, jakie potrzeby – i jakie możliwości ich zaspokojenia – znajdują się w zasięgu innych. Nie jest to więc zjawisko, które powinniśmy wiązać ze wspomnianym wcześniej egoizmem, gdyż wzorcowy egoista nie dba o życie innych i nie interesuje się nim, toteż wcale nie musi mieć jakichkolwiek zapędów kontrolerskich. Jak słusznie wskazał w „Mentalności antykapitalistycznej” Ludwig von Mises, podstawowym źródłem tego, co nazwałem imperatywem kontroli jest zazdrość i zawiść, nierzadko połączona z obłudną racjonalizacją, zgodnie z którą lepsza pozycja jednych wynika z oszukańczego zawłaszczenia sobie tego, co (z bliżej nieokreślonych powodów) należało się drugim. Siła rzeczonej racjonalizacji jest często tak wielka, że racjonalizujący istotnie zaczynają wierzyć, że wyższy poziom życia innych nie jest zasłużoną nagrodą za pracowitość i przedsiębiorczość, albo nawet efektem pomyślnego losu, lecz nieuczciwie zdobytym przywilejem, który powinien być udziałem wszystkich. Apetyt rośnie w miarę jedzenia, zwłaszcza, gdy to inni jedzą, a my oblizujemy się za szybą restauracji. Ale – mimo wszystko – nawet najbardziej pokrętna i dwulicowa racjonalizacja nie jest zazwyczaj w stanie zlikwidować w danej osobie poczucia, że odebranie „uprzywilejowanym” ich własności przemocą byłoby rzeczą bądź to nikczemną i nielicującą z ludzką godnością, bądź to rzeczą niebezpieczną i grożącą społecznym ostracyzmem. Dlatego kontrolę wizualną czy informacyjną najłatwiej przekształcić w kontrolę fizyczną cedując zadanie jej stworzenia na siły zewnętrzne, najlepiej działające z ramienia bytu bezosobowego i de facto bezpańskiego. Żadne inne instytucje nie nadają się lepiej do podobnej cesji, niż instytucje demokracji przedstawicielskiej. Pozwalają one zawistnej i pożądliwej jednostce zlać swoją własną zawiść i pożądliwość z tą wyrażaną przez miliony innych, a następnie wykuć z niej system redystrybucyjny rękami tych, których nie można już nazwać rabusiami wynajętymi przez Leniwieckiego celem zagrabienia zasobów Skrzętnickiego, tylko egzekutorami Woli Ludu. I wówczas znikają wszelkie wyrzuty sumienia czy strach przez ostracyzmem – czynami rozbójniczymi i grabieżczymi (zwanymi odtąd czynami naprawczymi) nie kala się już żadna konkretna osoba, a jedynie wielki, kolektywny byt urojony, którego cieleśni przedstawiciele są już wyłącznie narzędziami sprawiedliwości dziejowej. Procesu dopełnia daleko posunięta rytualizacja działań rzeczonego bytu oraz towarzysząca jej neosemantyzacja, które sprawiają, że jednoznaczna identyfikacja agresji, przemocy, przymusu, złodziejstwa i zniewolenia (a co dopiero likwidacja tych zjawisk) staje się nieporównanie trudniejsza, niż wcześniej. W tym miejscu należy zadać pytanie: skąd bierze się wspomniana zazdrość, zawiść i skłonność do porównywania się z innymi, powiązana z pragnieniem położenia ręki na cudzej własności? To oczywiście wielkie i trudne pytanie. Być może rolę grają tu względy ewolucyjne – dostrzegając, iż inni cieszą się wyższym poziomem życia, a tym samym większymi szansami na pomyślne przekazanie swych genów w przyszłość, w wielu budzi się naturalna ochota, aby w najdogodniejszy sposób zdobyć podobne szanse, choćby nawet przez siłowe odebranie ich innym. Możliwe też, że pewne znaczenie ma w tym kontekście zmysł terytorialny, podpowiadający, że lepiej wyposażone „terytorium” sąsiada stwarza potencjalne zagrożenie dla naszego własnego, które, będąc dużo uboższym, zostałoby niechybnie wchłonięte w razie ewentualnej konfrontacji. A może przyczyny powinniśmy upatrywać raczej w naszym szczególnym statusie bytów obdarzonych wolą, ambicją i miłością własną? Takie wyjaśnienie zdaje się sugerować opowieść o grzechu pierworodnym: pamiętajmy, że Ewa zerwała zakazany owoc celem pofolgowania swej informacyjnej zaborczości, nie mogąc znieść myśli, że Pan Bóg wie coś, czego nie wie ona i jej mąż. Imperatyw kontroli zdaje się być zatem najstarszą i najgroźniejszą przywarą człowieka. Na koniec warto jednak zastanowić się, co mogłoby doprowadzić do uniwersalnego zaniknięcia tej przywary. Bo to, że możliwy jest jej zanik w skali jednostkowej czy nawet grupowej, nie ulega jakiejkolwiek wątpliwości – zwolennikami wolności i członkami stronnictw wolnościowych stajemy się przecież właśnie w wyniku zwalczenia w sobie rzeczonej słabości. Jedna, optymistyczna odpowiedź mogłaby brzmieć: rozwiązaniem jest edukacja, rzetelna i niezanieczyszczona etatystyczną indoktrynacją. Taka, jaką w coraz większej skali i w coraz większym zakresie oferuje Internet, bezgraniczny obszar informacyjnej swobody, nie znający widma akredytacji i cenzury. Ja jednak, o ile jestem jak najlepszej myśli co do rosnącego i intelektualnie zbawczego wpływu globalnej sieci, nie wierzę, że edukacja jest w stanie masowo unicestwić to, co zakodowane jest w ludzkiej naturze. Nie wszyscy rodzimy się z potencjałem zrozumienia pewnych rzeczy, i obawiam się, że tego nic nigdy nie zmieni. Myślę za to, że zagładę imperatywu kontroli przyniesie ostatecznie dalszy rozwój technologii obronnej. Dysponujemy już dziś zarówno technologiami totalnego zniszczenia (broń jądrowa), jak i pewnymi sposobami obrony przed totalnym zniszczeniem (wyrzutnie antyrakietowe, schrony atomowe). Nie dysponujemy wciąż natomiast skutecznymi metodami obrony osobistej, jednostkowej. Feralna zasada „nec Hercules contra plures” wciąż sprawia, że pokojowo nastawiona jednostka nie jest w stanie efektywnie przeciwstawić się zmasowanemu naporowi etatystycznego aparatu przemocy. Wyobraźmy sobie jednak, czerpiąc przykłady choćby z najbardziej przechodzonych scenariuszy fantastyczno-naukowych, że wynaleziony zostaje wytwornik osobistego pola ochronnego, nieprzenikalnego dla jakichkolwiek znanych człowiekowi sił (na myśl przychodzi monolit z „Odysei Kosmicznej 2001”, ale również eksperymenty Nikoli Tesli). Choć na dziś dzień fikcyjny, nie jest to scenariusz logicznie niemożliwy. Rozpowszechnienie się takiego wynalazku doprowadziłoby de facto do ostatecznego zaniku wykonalności rozwiązań przemocowych, tak jak rozpowszechnienie się Internetu doprowadziło do zaniku wykonalności rozwiązań cenzorskich. Jedynymi alternatywami stałyby się wówczas: zabarykadowanie się w swej niezniszczalnej skorupie i powrót do siermiężnej samowystarczalności albo dobrowolna i kontraktowa kooperacja, oparta na podziale pracy, swobodnej konkurencji i nieskrępowanej przedsiębiorczości. To natomiast, jaki kształt nadaliby owemu systemowi dobrowolnej współpracy zwolennicy alternatywy drugiej, pozostaje kwestią otwartą – kluczową zmianą byłoby to, że imperatyw kontroli nie zostałby może wyrugowany z natury ludzkiej, ale stałby się w ogromnej mierze bezsilny, i czczym wysiłkiem byłyby dalsze próby kultywowania opartych na nim praktyk. Pesymistyczna odpowiedź do powyższego scenariusza mogłaby brzmieć: globalny woluntaryzm trwałby tak długo, jak długo po jednym rewolucyjnym wynalazku nie pojawiłby się kolejny, niwelujący działanie pierwszego. Jak powyżej – taki rozwój wydarzeń również nie jest logicznie niemożliwy. Ale nawet mając na uwadze rozmaite czarne prognozy nie powinniśmy zapominać, że ostateczny ton powyższych spekulacji jest pozytywny – wyłaniający się z nich wniosek brzmi bowiem: „logika nie protestuje, a doświadczenie historyczne jest wręcz przychylne tezie, że owoce ludzkiego rozumu są nieraz w stanie wziąć w ryzy owoce ludzkich przywar”. I z tym pozytywnym wnioskiem chciałbym pozostawić wszystkich przyjaciół wolności. Jakub Bożydar Wiśniewski