Tag Archives: kontrola

Bądź czujny! „Sygnaliści” już działają – „PTAK” na celowniku

Portal Forsal.pl informuje o kontroli skarbówki w Centrum Handlowym "PTAK" w Rzgowie, Głuchowie i Tuszynie. Miejsca takie jak te, siłą rzeczy są przedmiotem częstych kontroli, jednak teraz wygląda to ponoć jak nalot.

Czy Roman Kluska dorobił się następców? Kolejna firma do zniszczenia

Co ma zrobić firma, której majątek w wysokości 33 mln zł został zajęty przez organa kontrolne i nie jest zwracany, mimo korzystnych dla firmy wyroków sądu? Niestety - ogłasza upadłość.

Media, czyli o oddzielaniu ziarna od plew

Wszelka ludzka aktywność bierze się z myśli i uczuć, dlatego tak wiele wysiłku poświęca się na oddziaływanie na ludzką świadomość i emocje. Przymus fizyczny zawsze rodzi opór, a jego zwalczanie jest kosztowne i mało skuteczne. Oddziaływanie ideologiczne i propagandowe przynosi znacznie lepsze i trwalsze rezultaty, bez konieczności utrzymywania licznych sił policyjnych.

Ziemkiewicz: Mamy wzorzec sanacyjny wiary w zarządzanie, wiary w nadzór, wiary w kontrolę

Kiedy w XIX wieku kraje zachodnioeuropejskie odkrywały dobrodziejstwa wolnego rynku, kiedy tam utworzył się stan trzeci, który odsuwał na bok arystokrację, kiedy się okazało, że spryt, przedsiębiorczość i zaradność ważniejsze są niż to, co się odziedziczyło itp., to my zastanawialiśmy się czy się bić, czy się nie bić - twierdzi Rafał Ziemkiewicz w wypowiedzi dla TV PAFERE.

Centralna Baza Rachunków – kolejny krok w stronę totalnej kontroli

Ministerstwo Finansów przesłało do konsultacji publicznych projekt ustawy o Centralnej Bazie Rachunków. Nowe prawo znacznie ułatwi organom państwa kontrolowanie, gdzie obywatele gromadzą swoje oszczędności. Instrument ten może przyczynić się do zwiększenia bezpieczeństwa, stwarza jednak zarazem potężne ryzyko nadużyć – uważa mec. Adam Kempa, ekspert Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego ds. prawa gospodarczego.

To opary z Brukseli grożą rakiem

Rozbójnicy socjalni z Unii Europejskiej, którzy wszystko chcą dotować i na wszystkim mieć nadzór biurokratyczny wymyślili jakiś czas temu żeby zakazać zjadania swoim niewolnikom europejskim, w ramach demokracji i praw człowieka, wędlin wędzonych dymem.

Unia Europejska domaga się rejestracji portfeli Bitcoin

Kiedy świat obiega kolejna informacja o wysokości kursu najbardziej rozpoznawalnej kryptowaluty jaką jest Bitcoin (stan na 31.07 to 2441zł za BTC), okazuje się że system blokowy czyli Blockchain można wykorzystać do coraz większej ilości przedsięwzięć.

Przyjdzie nikowiec

Pracowałem kiedyś w firmie państwowej, siermiężnej i monolitycznej jak dzieła Lenina. Ku mojemu zdziwieniu największym demonem, który prześladował pracowników tej instytucji był nikowiec, czyli inspektor NIKu. "Przyjdzie nikowiec i…"
I nigdy się nie dowiedziałem, co się stanie. Ale podobno byli tacy, którzy się dowiedzieli i wciąż tego żałują. To chyba dobrze, prawda? Nie, nie dobrze. A wręcz do du...y. Trochę bez echa, bo w cieniu zawieszenia progu ostrożnościowego finansów publicznych, przeszedł wybór Prezesa Najwyższej Izby Kontroli. A szkoda, bo była okazja powiedzieć parę słów na temat tej instytucji – po co nam ona i jak działa. NIK produkuje czasem fajne raporty. Na jeden z nich powoływałem się przy okazji posta na temat podatku od przekroczenia prędkości, potocznie zwanego mandatem. Wskazywałem wówczas, że po przebadaniu całej dekady 2000-2010 NIK doszedł do wniosku, że głównym źródłem zagrożeń w ruchu drogowym jest brak odpowiedniej infrastruktury, zła jakość istniejącej infrastruktury oraz zła organizacja ruchu. Inne przyczyny miały mniejsze znaczenie. Prędkości (jak również jazdy pod wpływem alkoholu czy narkotyków) raport nie wymieniał. Bo te czynniki nie miały większego znaczenia. Mało kto wie o tym raporcie, bo działania komunikacyjno-medialne NIKu po prostu nie istnieją, a rządowi tak raport jest potrzeby jak dziura w moście. Jak by miał Vincent stawiać fotoradary, opierając się na takich ustaleniach? Ech, niepoważni faceci w tym NIKu pracują. Te raporty NIK to nawet coś sensownego – szkoda, że nikt tego nie czyta. Po co nam zatem NIK? Świetne pytanie. Jego odpowiednik w Wielkiej Brytanii – National Audit Office, czyli Krajowa Izba Audytowa – zajmuje się zasadniczo jednym najważniejszym zadaniem. To zadanie to ulepszanie sposobów wydawania tzw. pieniędzy publicznych. Publicznych, czyli podatnika. Rząd bowiem nie ma innych pieniędzy niż te, które wcześniej zabrał obywatelom. Siłą rzeczy rząd ma skłonność do rozrzutności (bo wydaje cudze). Rolą NAO jest patrzenie rządowi na ręce, ale nie po to, aby karać i piętnować, ale – jak to w audycie bywa – znaleźć błędy i dziury w procedurach i w postępowaniu urzędników, które generują ryzyko marnotrawstwa. Celem jest pomóc decydentom w optymalizacji redystrybucji. Działania NAO nie są zatem ukierunkowane na represję, ale na wsparcie zarządzania. Polski NIK to przede wszystkim straszak. Ma być dyscyplina finansów publicznych. Jak jej nie ma, to trzeba ustalić winnego i ukarać. Proste jak myśl tow. Lenina. Jakie są tego efekty? Nie trzeba daleko szukać. Jednym z zadań NIK jest kontrola wykonania budżetu państwa i przedstawienie sprawozdania Sejmowi. To wydarzenie, raptem sprzed dwóch tygodni, też przeszło bez echa. I szkoda, bo warto by było wiedzieć, jak NIK ocenia wykonanie budżetu. A ocenia… pozytywnie! Tak, tak – komisarze ludowi RP (tzw. rząd) od lat zadłużają nas, Polaków, wydając nasze pieniądze na prawo i lewo. Z roku na rok dług rośnie, a jedynym rozwiązaniem towarzyszy jest zaciąganie kolejnych długów. Mówiąc po ludzku, ten dług to po prostu podatek, tyle że płacony w przyszłości – albo bezpośrednio, albo pod postacią inflacji. To ma być zatem kontrola? Zamiast bić na alarm – rząd okrada obywateli!, NIK głaszcze po główce Najlepszego Piłkarza Wśród Premierów i Najlepszego Ministra Finansów Europy Środkowo-Wschodniej, tłumacząc ich działania kryzysem, złą sytuacją, spowolnieniem gospodarczym i tak dalej pierdu-śmierdu w tym sosie. Zamiast wołać, że rząd zabiera za dużo pieniędzy, a nawet tego, co zabiera, nie potrafi sensownie wydać, NIK podkreśla, że rząd nie ma innego wyjścia jak dalej się zadłużać. I bada jedynie, czy rząd działa zgodnie z przepisami. Tymi samymi, które mu Sejm wedle życzenia zawiesza. Byłoby śmiesznie, gdyby nie było tak smutno. Problem tkwi w patologii polskiego systemu parlamentarnego. Otóż, i polskiego Prezesa NIK, i brytyjskiego Generalnego Audytora, wybiera Sejm (Izba Gmin). Idea jest taka, że jeśli NIK/NAO ma patrzeć na to, jak rząd wydaje pieniądze, musi być instytucją niezależną od rządu. W czym więc problem? W tym, że członkowie Izby Gmin pochodzą z wyborów większościowych w jednomandatowych okręgach wyborczych, czyli deputowani są odpowiedzialni przed wyborcami. Tymczasem nasi posłowie zawdzięczają siedzisko, na którym umieszczają cztery litery, układom z szefem partii (po niemiecku führer). Głosują zatem nie tak jak obiecali wyborcom, ale tak jak oczekuje tego ów führer, a wyborców mają w dupie. W skrajnie jaskrawej postaci widać to było podczas głosowania w Sejmie nad progiem ostrożonościowym. Tylko trzech łamistrajków zagłosowało inaczej niż chciał miłościwie nam panujący Donald I. Reszta wykazała się właściwą świadomością klasową. Nowemu Prezesowi NIK z całego serca życzę, aby w wolnej chwili uświadomił sobie, że za jego robotę płacą mu z mojej forsy. Mógłby zatem czasem zainteresować się tym, czy rząd okrada mnie w granicach przyzwoitości, czy już te granice przekracza. Okazji do wykazania się będzie sporo. Paweł Budrewicz Autor jest radcą prawnym i ekspertem Centrum im. Adama Smitha. Prowadzi bloga stopsocjalizmowi.pl

Seks jako narzędzie społecznej kontroli

Rewolucja seksualna trwa. Nie ma wątpliwości ten, kto śledzi doniesienia medialne chociażby na temat walki o „małżeństwa” homoseksualne, prawo do aborcji czy o wprowadzenie seksedukacji do szkół już od najmłodszych lat.

Kto dba o bezpieczny seks?

Agenci tej instytucji mogą przyjść o każdej porze dnia i nocy. Nie zatrzyma ich żadna przepustka, żadna ochrona, regulamin czy bramka. Nie można ich zatrzymać ani poddać rewizji. Jeśli zażądają dokumentów, to wszystkich. Jeśli powiedzą, że chcą wejść tam, gdzie przechowuje się tajemnice, trzeba będzie ich wpuścić. Każdy, do kogo się zwrócą, musi udzielić im wyjaśnień. Mogą rozkazywać, żądać, nakazywać. A odmowa jest przestępstwem zagrożonym do trzech lat pozbawienia wolności.
O kim mowa? Czy to NKWD? Gestapo? UB? Nie – to PIPa, czyli Państwowa Inspekcja Pracy. W socjalistycznym państwie rząd szczególną troską otacza pracę i ludzi pracy, podczas gdy w kapitalizmie państwo chroni wyzyskiwaczy. To prawda stara jak historia ruchu robotniczego. Nie zamierzam polemizować z utrwalonym poglądem myśli postępowej części ludzkości, więc nie zwrócę uwagi na to, że skoro w socjalizmie nie ma już wyzyskiwaczy, to i nie za bardzo jest przed kim chronić ludzi pracy. Jest to argument oparty o logikę, a więc bezbronny i całkowicie pozbawiony szans w starciu z jedynie słuszną ideologią socjalistyczną. Tak czy owak ustrój Polski oparty jest na zasadzie ingerencji rządu w stosunki pomiędzy pracownikami i pracodawcami. Powodem istnienia inspekcji pracy jest nie tylko kompletna niewydolność wymiaru sprawiedliwości, ale głębokie przekonanie, że "państwo wie lepiej". Co prawda jeśli facet ma ogródek do skopania i zatrudnia w tym celu ogrodnika, to logika podpowiada, że to on i ogrodnik najlepiej wiedzą, na jakich warunkach uzgodnić ten interes, jaka cena za tę robotę opłaca się obu stronom, ile to zajmie czasu itd. Tyle że logika to instrument skompromitowany w państwie socjalistycznym, więc to nie tędy droga. Czy zatem w socjalizmie facet od ogródka i ogrodnik to półgłówki, którzy nie potrafią zliczyć do dziesięciu i ustalić, czym grzebać w ziemi, żeby robota miała ręce i nogi? Nie, to nie to. Choć co prawda tylko rząd wie, jakie są normy spulchniania gleby, wskaźniki wydajności walenia motyką w ziemię i warunki nasłonecznienia ogródka, to dopuszcza się, że dwóch dorosłych facetów jest w stanie zrobić tak prosty biznes jak skopanie ogródka. Tym, co spędza sen z powiek rządowym specjalistom od wszystkiego, jest możliwość, że właściciel ogródka bezecnie wykorzysta ogrodnika. I nie chodzi o seks – na razie rząd nie reguluje jeszcze długości trwania gry wstępnej ani minimalnej ilości ruchów podczas penetracji. Chodzi o coś daleko poważniejszego – o to, że właściciel może naruszyć prawa ogrodnika. Jakie to mogą być prawa? Skostniałe narzędzie imperialistycznej burżuazji potocznie zwane logiką sugeruje, że właścicielowi ogródka zależy na dobrze zrobionej pracy, a ogrodnikowi na uczciwej zapłacie. Tak jednak było do czasów Rewolucji Październikowej, kiedy to masy pracujące obaliły logikę i porządek. Od tej pory z każdym rokiem na znaczeniu zyskują szkolenia w zakresie bezpiecznych i higienicznych warunków pracy, reguły niedyskryminacji, fundusz wczasowy, rola związków zawodowych, odprawy, płaca minimalna itp. Na straży większości tych zdobyczy socjalizmu stoi PIPa. Teoretycznie stoi, bo obecnie działa praktycznie wyłącznie w reakcji na skargę pracownika, któremu dzieje się krzywda. Ale za to jak już się PIPa zjawi, przed pracodawcą otworzy się zupełnie nowy świat – świat postępowań mandatowych PIPy. Za co można dostać PIPowy mandat? Za brak przeszkolenia siebie i pracownika. Należy bowiem samemu być przeszkolonym, żeby móc przeszkolić pracownika w celu zajęcia przez niego stanowiska pracy przy… komputerze. Bo człowiek, który potrafi w domu nie powiesić się przypadkowo na kablu od myszy, po przyjściu do biura staje się półgłówkiem, który już pierwszego dnia zwichnie sobie staw nadgarstka od walenia w klawiaturę. Za brak przeszkolenia pracownika w zakresie korzystania z kibla. Jeśli w tym przybytku stoi płyn do czyszczenia toalet, to nie można dopuścić pracownika do pracy bez instrukcji, aby tego płynu nie wypił. Inaczej ani chybi go wychleje i wypali sobie struny głosowe. Wizja faceta wchodzącego do sracza, żeby wziąć potężny łyk płynu do czyszczenia muszli, mogła przyjść do głowy tylko dwóm kategoriom szaleńców – twórcom niskobudżetowych splatter-horrorów oraz polskiemu ustawodawcy. Pozostałe zaburzenia dają się leczyć. Za niewydanie świadectwa pracy. To taki dokument – coś jak świadectwo homologacji telefonu komórkowego – dzięki któremu zakład pracy "przejmujący" pracownika jest w stanie samodzielnie obliczyć ilość przysługującego urlopu i dowiedzieć się, że to pracownikowi wypowiedziano umowę, a nie na odwrót. Wydanie świadectwa pracy w terminie jest równie kluczowym obowiązkiem jak zameldowanie się w miejscu pobytu. Po prostu bez rejestracji rzeczywistość nie istnieje. Za brak oświadczeń o niedyskryminacji. Nawet jeśli się ma jednego pracownika, trzeba takie oświadczenie wziąć. Co prawda mając jednego pracownika, po prostu nie ma wobec kogo go dyskryminować, ale obowiązek to obowiązek. Mamy równouprawnienie, równe traktowanie, zakaz mobbingu i co tam jeszcze, więc papier musi być. Nawet jeśli jest bez sensu. Za niewymiarową teczkę akt osobowych. Wzór opracowano w latach 40-tych i jest to dobry wzór (inaczej by go nie opracowano, prawda?). Teczka zawiera podział na różne ważne kwestie, ma odpowiednie wymiary i w ogóle jest fajna. Kto takiej nie ma, narusza obowiązki pracownicze. Mandat może wynosić nawet parę tysięcy złotych. I niech niezadowolony pracodawca nie narzeka, bo górna granica to trzydzieści tysięcy. Choć po zapowiedziach budżetu państwa na 2013r., w którym różnego rodzaju kary mają przynieść około 20 mld złotych wpływów, należy się raczej spodziewać propozycji mandatowych w górnych granicach. Ale nie ma co narzekać – NKWD czy Gestapo mogło zastrzelić kułaka czy wroga rasy. Jest zatem widoczny postęp. I do tego służy PIPa. Żeby o nas dbać, zgodnie z przekonaniem, że "państwo wie lepiej". W rozumieniu rządu obywatel to kretyn, który zaraz po przyjściu do roboty wychleje płyn do mycia kibli czy udławi się myszą komputerową. Fakt, że ten sam facio czy babeczka potrafią nie zabić się czy nie okaleczyć w domu, gdzie mają jeszcze do dyspozycji wrzątek, komplet noży czy maszynkę do golenia, jest mało przekonujący. Dom to dom, a robota to robota. W robocie człowiek durnieje i jeśli nie zatroszczy się o niego PIPa, to marnie skończy. To dlatego inspektorzy PIPy mają tak szerokie uprawnienia – żeby nic nie ukryło się ich czujnemu spojrzeniu i żeby żadna tajemnica nie chroniła wyzyskiwacza i burżuja. A wszystko w trosce o głupawych obywateli, którzy bez światłych wskazówek państwa nie potrafią zrobić niczego sensownego. Zgodnie z tytułem miało być o seksie. I było. Była i PIPa, i ustawowe pierd...nie. Pierd...nie, czyli seks. Ale za to bezpieczny. Jak wszystko w naszym nadwiślańskim raju na ziemi. Paweł Budrewicz Autor jest radcą prawnym i ekspertem Centrum im. Adama Smitha. Prowadzi bloga stopsocjalizmowi.pl

Złoto na cenzurowanym? NBP rusza z kontrolami

Jak podaje dziennik "Rzeczpospolita", Narodowy Bank Polski rozpoczyna właśnie serie kontroli firm handlujących w Polsce złotem. Na cenzurowanym mają być takie m.in. firmy jak Mennica Wrocławska, grupy Mennice Krajowe oraz firmy Inwestycje Alternatywne Profit. NBP tłumaczy te kontrole rzekomą współpracą tych firm z Amber Gold i z Marcinem P. Wiceprezes Mennicy Wrocławskiej, Piotr Wojda jednak temu zaprzecza: "Nigdy nie mieliśmy żadnych kontaktów handlowych z Amber Gold, prezes Marcin P. dementował te informacje. NBP może nas skontrolować w każdej chwili, działamy transparentnie" - mówi dla "Rz". Kontrole rozpoczęły się już ponoć w Łodzi i w Zielonej Górze. Ich zakres może być bardzo szeroki. Kontrolerzy mogą sprawdzać np. rejestry dewizowe, zażądać stanu rachunków czy pokazania, jak firma przechowuje kruszce. P

Kronika postępującego totalitaryzmu

Socjaliści wszelkiej maści (nie wyłączając ichtiolowej), wszelkich kolorów i odcieni, jak mantrę od lat powtarzają, że „kapitalizm zbankrutował”. Jednocześnie z uporem godnym lepszej sprawy nie chcą zauważyć, że socjalizm też zbankrutował, dosłownie i w przenośni. I wciąż uszczęśliwiają „lud pracujący miast i wsi”. Przegląd ostatnich wydarzeń pokazuje dobitnie, że socjaliści nie tylko się nie poddają, ale intensyfikują swoje działania zmierzające do budowy socjalistycznego raju na ziemi. Szkopuł w tym, że główną przeszkodą w realizacji utopii jest wszelka wolność, z wolnością słowa na czele.
Po licznych próbach wprowadzenia cenzury internetu, np. pod pretekstem walki z pornografią dziecięcą, choć jednocześnie prowadzą walkę o „godne warunki bytowe więźniów” i łagodzenie sankcji kodeksu karnego, socjaliści znowu wzięli się za walkę z wolnością słowa. Tym razem pod pretekstem „ochrony praw autorskich” pojawił się dokument znany jako ACTA. Tego, że porozumienie owo wprowadza „formalne i nieformalne (sic!) zespoły” o nieokreślonych źródłach finansowania oraz represje w przypadku „podejrzenia podejrzenia” i „bez wysłuchania drugiej strony”, jakoś media tzw. głównego nurtu nie wyłapały. Podobnie jak innych „kwiatków”, takich jak brak jednoznacznej definicji „własności intelektualnej”. O jednoznacznie totalitarnym sposobie „negocjowania” i wprowadzania „porozumienia” nie wspominając, choć polski rząd zarzekał się, że „walczył o jawność negocjacji ACTA”, czemu przeczą wyciekające dokumenty. Gdy Polskę ogarnęła fala protestów „internautów” (a może raczej obywateli?), sprawę bagatelizowano i próbowano zdyskredytować protestujących, a gdy to się nie udało – spróbowano przykryć rzecz kłamstwami  i propagandą. Minister Boni M. twierdził, że wszyscy już podpisali, więc i Polska musi; jednocześnie uspokajał bajając coś o dołączeniu klauzul do gotowego porozumienia. Jak się okazało – z prawdą było mu nie po drodze. Wspierał go w tym zresztą minister Zdrojewski B. Ponieważ nic to nie dało, premier Tusk D. rozpoczął „konsultacje”, ale dopiero po podpisaniu porozumienia, co zostało słusznie odebrane, jako jedna wielka lipa. W końcu, pod naciskiem opadających słupków sondażowych premier zapowiedział w piątek (17 lutego) wysłanie listu do premierów krajów UE, w których rządzą ugrupowania zrzeszone w Europejskiej Partii Ludowej, by nie przyjmować ACTA. I znów wpadka, bo okazało się, że kilka dni wcześniej szef EPL w PE, Francuz Joseph Daul oświadczył, że EurParLud nie poprze porozumienia, co zapewne zostało wcześniej skonsultowane z szefami rządów. Kolejny pomysł ograniczenia wolności słowa spalił na panewce, ponownie dzięki wolności słowa w internecie. Ponieważ awantura o ACTA zaczęła się Polsce, więc polski rząd podjął kroki zaradcze. Chodzi o projekt zmian w ustawie o świadczeniu usług drogą elektroniczną oraz zmian w kodeksie cywilnym. Nowe przepisy mają umożliwić urzędnikom blokowanie i dostęp do bezprawnych informacji. Szczególnie niebezpiecznie wygląda zapis, mówiący o „informacjach które naruszają prawa lub przedmiot działalności uprawnionego, do których dostęp powinien zostać zablokowany” w wyniku „braku autoryzacji” lub „niezgodności z prawdą”. Centrala, czyli Parlament Europejski, również nie próżnuje i cichcem usiłuje wprowadzić restrykcyjne zapisy kontroli towarów importowanych. Przygotowywane rozporządzenie daje Służbie Celnej możliwość kontrolowania małych paczek spoza UE i niszczenia ich bez wyroku sądu, jeśli celnicy uznają, że zawartość to podróbki. Szczególnie kuriozalne jest tutaj rozciągnięcie odpowiedzialności za zawartość paczek na przewoźników i kurierów. W Norwegii Ministerstwo Rodziny, Dzieci i Spraw Socjalnych (sic!) pod przewodnictwem Auduna Lisbakkena  postuluje  wprowadzenie nowych kryteriów oceny dobrego samopoczucia dzieci. Jeśli urzędnik uzna, że przebywające na terenie Norwegii dziecko jest niezadowolone, zostanie ono odebrane rodzicom. Jak uzasadnia Lisbakken „Rodzice nie powinni zakładać, że jest to ich życie prywatne. W przeciwnym razie, w jaki sposób społeczeństwo, które ma na celu ochronę dzieci, ma być informowane o nieprawidłowościach?". Nie bez powodu piszę o skandynawskich pomysłach, albowiem stają się one wzorem regulacji przygotowanej przez Światową Organizację Zdrowia (WHO), walczącej ze szkodliwością alkoholu. I tak już w kwietniu może się okazać, że alkohol będzie można kupić wyłącznie w państwowych sklepach, zlokalizowanych na obrzeżach miast i otwartych tylko przez osiem godzin dziennie. Przygotowany przez WHO dokument zaakceptowały wszystkie kraje UE, w tym polskie Ministerstwo Zdrowia, które nie ma żadnych zastrzeżeń. Jak wiadomo nie ma tak dobrego pomysłu, którego nie można by wyrzucić do kosza. Niestety, najwyraźniej nie ma też takiej głupoty, której nie próbowano by wprowadzić w imię „wyższych racji”, dzięki czemu stalinowska maksyma o kontroli jako dowodzie zaufania odradza się w wyjątkowo parszywym wydaniu. Michał Nawrocki Fot.: Strona Prokapitalistyczna