Tag Archives: Lawrence W. Reed

List Otwarty do etatystów na całym świecie

Wiem, wiem. Już sprzeciwiacie się mojemu listowi. Nie podoba się Wam etykietka "etatyści". Nie uważacie się za czcicieli rządu; uważacie raczej, że po prostu chcecie pomóc ludziom korzystając ze swojego ulubionego rządowego środka w celu osiągnięcia zwykle bardzo zacnego celu. Mówicie, że "etatyzm" jest zbyt mocnym terminem i o zabarwieniu pejoratywnym, który sugeruje jakiś nieracjonalny związek z państwem.

O złych manierach na współczesnych uczelniach

W czwartek 20 kwietnia w stanie Kolorado padał śnieg. Dla ludzi w Kolorado śnieg w kwietniu nie jest niezwykłym zjawiskiem, jeżeli „śnieżynki” są na zewnątrz. Ale w tym przypadku „śnieżynki” (ang. snowflakes, w tym kontekście: osoby skrajnie radykalne, nietolerancyjne) pojawiły się na uniwersyteckiej auli, co — jak się okazuje — także nie jest niezwykłym zjawiskiem.

Wielkie mity na temat Wielkiego Kryzysu

Dawne mity związane z wielkim kryzysem nie umarły. W dalszym ciągu pojawiają się one w podręcznikach ekonomii i nauk politycznych. Poza sporadycznymi tylko wyjątkami można tam znaleźć sformułowanie największego mitu XX wieku. Brzmi ono następująco: Odpowiedzialny za wielki kryzys był kapitalizm oraz wolnorynkowa ekonomia i dopiero interwencja rządu spowodowała uzdrowienie amerykańskiej gospodarki.

O siedmiu błędach ekonomicznych

Skoro ekonomia jest nauką to dlaczego na sześciu ekonomistów każdy ma inną wizję polityki? Przecież nauka kojarzy się z czymś precyzyjnym, ścisłym, jak np. matematyka, chemia czy fizyka.

Nowozelandzka „rewolucja”

"Teraz kiedy ustawodawcy i dobroczyńcy nałożyli na społeczeństwo już tak wiele tak nieefektywnych systemów, wreszcie mogą skończyć, gdzie powinni byli zacząć: niechaj odrzucą wszelkie systemy i spróbują wolności..." Frederic Bastiat, 1850 Dla wytworzenia dóbr materialnych oraz osiągnięcia osobistego spełnienia wolność ekonomiczna jest niezastąpiona. Wpływa ona na te wszystkie zjawiska niezwykle pozytywnie. Żaden z krajów nie udowodnił tego w bardziej przekonywujący sposób aniżeli malutka, lecz przepiękna Nowa Zelandia. Historia dramatycznej, trwającej 12 lat, transformacji tego wyspiarskiego kraju powinna zostać wykrzyczana wniebogłosy. Usytuowana na południowym Pacyfiku, w połowie drogi pomiędzy równikiem a biegunem południowym - Nowa Zelandia jest krajem wielkości 2/3 stanu Kalifornia. 3,5-milionowa ludność zamieszkuje dwie główne wyspy i cały szereg rozproszonych po Oceanie malutkich wysepek. Nowozelandczycy znani jako Kiwi - są dumni ze swego długiego dziedzictwa jako kolonii brytyjskiej, która uzyskała pełną autonomię w 1931 roku. W 1950 roku Nowa Zelandia plasowała się na liście jako jeden z najbogatszych krajów świata - z relatywnie wolną gospodarką oraz silną protekcją przedsiębiorczości i własności. Wtedy to, pod rosnącym wpływem idei państwa opiekuńczego, które kwitły w Brytanii, Stanach i większej części zachodniego świata - Nowa Zelandia wzięła ostry zakręt w lewo. Kolejne 20 lat przyniosło "Kiwi" socjalizm - żniwo wielkiego rządu i ekonomicznego niepokoju. Nowozelandczycy poczuli się ofiarami wygórowanych ceł, masowych rolnych dotacji, olbrzymiego długu publicznego, chronicznych deficytów budżetowych, rosnącej inflacji, 66-cio procentowego podatku dochodowego oraz rozbudowanego państwa opiekuńczego. W tamtych latach rząd centralny był zaangażowany w praktycznie każdy aspekt życia ekonomicznego. Zmonopolizował on kolej, telekomunikację i biznes elektryczny. Jedyną rzeczą, która kwitła w latach 1975-83 było bezrobocie, podatki i wydatki rządu. W obliczu niekończącej się listy programów państwowych, niespełniających swojego zadania i zaglądającej w oczy ruiny ekonomicznej, w 1984 roku nowozelandzcy politycy zaangażowali się w coś, co Organizacja Ekonomicznej Kooperacji nazwała "najobszerniejszym programem liberalizacji ekonomicznej, kiedykolwiek przedsięwziętym w rozwiniętym kraju". Wszelkie dotacje rolnicze zostały wstrzymane w ciągu dwóch lat. Cła zostały obcięte o 2/3 prawie natychmiastowo i w miarę upływu czasu były ciągle zmniejszane. Dziś, przeciętna nowozelandzka stopa ceł wynosi 3,2 procent - co w rzeczywistości oznacza jednostronny wolny handel. W gruncie rzeczy, ponad 90 procent wszystkich importowanych towarów wkracza do kraju kompletnie wolnych od jakiegokolwiek kontyngentu, cła czy innych restrykcji. Podatki zostały gwałtownie obcięte. Górna granica wynosi obecnie 33 procent, czyli połowę tego co było w czasie, gdy motłoch wielkiego rządu znajdował się u władzy. Przeciętny podatek dochodowy wynosi obecnie 21,5 procent. W ogóle natomiast nie istnieje podatek od majątku i podatek obrotowy. Od 1984 roku rząd nowozelandzki zaangażował swoje wysiłki w masową prywatyzację sprzedając 22 państwowe przedsiębiorstwa. Największym sukcesem okazała się sprzedaż Telecom NZ. Przed prywatyzacją firma ta chełpiła się zatrudnieniem 26 500 pracowników, z których większość nie wykonywała żadnej pracy. Wyszczuplona, zmodernizowana i w prywatnych rękach firma ta zatrudnia obecnie 9 300 pracowników i po raz pierwszy współzawodniczy z takimi firmami jak MCI i Bell South (telefony komórkowe). Kraj nie doświadczył jakiegoś koszmaru związanego z transformacją branży komunikacyjnej; przyszedł raczej z przestarzałej technologii do 97-mio procentowego systemu cyfrowego - zajmującego drugie miejsce w świecie według the World Competitiveness Report. Telecom NZ nie jest już tworem wysysającym ze skarbu państwa, wręcz przeciwnie - Telecom NZ płaci podatki. W 1984 roku siła robocza w sektorze publicznym sięgała 88 000 zatrudnionych. W 1996 roku, po najbardziej radykalnej redukcji rządu liczba ta spadła poniżej 36 000 (59-cio procentowa redukcja). Gdy Ministerstwo Transportu było w posiadaniu i zarządzało wszystkim, począwszy od portów do krajowych linii lotniczych, zatrudniało 4 500 pracowników. Dziś cały jego personel zajmuje odpowiednik dwóch pięter typowego biurowca. Regulacje rządowe zostały również usunięte z krajowego systemu bankowego. Dziś, nawet zagraniczne banki są mile widziane. Amerykanie, którzy przyzwyczaili się do tego, że rząd gwarantuje im depozyt bankowy mogą poczuć się zszokowani na wieść, że w Nowej Zelandii rząd centralny nie narzuca żadnego ubezpieczenia depozytowego. W zamian za to banki zapewniają publiczne ujawnienie ich stanu finansowego oraz ubezpieczenie na otwartym rynku. Założenie nowego interesu w Nowej Zelandii jest bardzo łatwe, a to za sprawą niewielu konsekwentnie stosowanych regulacji. Regulacje środowiskowe, tak jak i regulacje bezpieczeństwa są czasami uciążliwe, ale są one kompensowane przez niskie podatki i przyjazny interesom klimat gospodarczy. Szczególnie uderzające jest to, co Nowozelandczycy zrobili, aby zmienić politykę pracy. William Eggers z Reason Foundation określa to jako "najbardziej agresywne i daleko idące deregulacje rynku pracy w świecie". Obowiązkowa przynależność związkowa została zniesiona, tak jak i monopole związkowe nad rynkami pracy. Pozbawieni szczególnych przywilejów, które kiedyś pozwalały im na szantaż ekonomiczny, dziś związkowcy posiadają taki sam status, jak każda inna prywatna, ochotnicza organizacja. Kilka miesięcy temu ambasador Nowej Zelandii w USA powiedział zebranym na The Heritage Foundation w Waszyngtonie, że wszystkie te dramatyczne zmiany przyniosły ekonomiczne korzyści. Budżet narodowy jest zrównoważony, inflacja jest nieszkodliwa, rozwój ekonomiczny postępuje naprzód od 4 do 6 procent rocznie. Eggers zawiadamia, że po prywatyzacji portów i kolei, koszty przewozu towarów spadły aż o 50 procent. Pomogło to zrekompensować utratę dotacji dla rolników, którzy obecnie są jednymi z najbardziej konkurencyjnych w świecie. Ostatnie wybory przyniosły znowu zmiany w rządzie, ale większość obserwatorów wierzy w to, że polityczny consensus wolnorynkowych rozwiązań został zbyt głęboko zakorzeniony, by mógł zostać łatwo odwrócony. W rzeczy samej jedyna partia, która otwarcie występowała przeciwko temu, co Nowozelandczycy nazywają "rewolucją" zebrała nędzne 12 procent głosów. Leży tu głęboka nauka: wielki rząd wysysa życie z gospodarki. Wolna przedsiębiorczość jest w stanie naprawić tę szkodę. Politycy na całym świecie mogą się wiele nauczyć z przykładu Nowej Zelandii. Lawrence W. Reed tłum. Agnieszka Łaska (artykuł pochodzi z drugiej połowy lat 90-tych XX wieku. Pierwsze polskie tłumaczenie ukazało się na Stronie Prokapitalistycznej w 2001 roku) (Tekst publikujemy za zgodą The Foundation for Economic Education) Inne artykuły Lawrence’a W. Reeda na stronie “ProKapitalizm”: Czy istnieje niekorzystny bilans handlowy? W obronie wolności List Otwarty do etatystów na całym świecie “Bogactwo i dochody rozłożone są zbyt nierówno”

Wielkie mity na temat Wielkiego Kryzysu

Dawne mity związane z wielkim kryzysem nie umarły. W dalszym ciągu pojawiają się one w podręcznikach ekonomii i nauk politycznych. Poza sporadycznymi tylko wyjątkami można tam znaleźć sformułowanie największego mitu XX wieku. Brzmi ono następująco: Odpowiedzialny za wielki kryzys był kapitalizm oraz wolnorynkowa ekonomia i dopiero interwencja rządu spowodowała uzdrowienie amerykańskiej gospodarki. W niniejszym eseju będącym fragmentem książki zatytułowanej Wielkie mity na temat Wielkiego Kryzysu, Lawrence W. Reed, obala mit zbawiennej roli polityki New Dealu jako remedium na kryzys. Patrząc na dzisiejsze zakusy rządzących, którzy chcą doprowadzić do ogólnoświatowego programu wyjścia z kryzysu, tekst może być wielce pouczający. Nowy Ład W 1932 roku Franklin Delano Roosevelt wygrał wybory prezydenckie, uzyskawszy 472 głosy elektorskie w porównaniu do zaledwie 59 głosów, jakie zebrał urzędujący Herbert Hoover. Program wyborczy Partii Demokratycznej, na której czele stał Roosevelt, głosił: "Uważamy, że program wyborczy partii to umowa z ludem, i jej warunków partia, której powierzono władzę, ma wiernie przestrzegać". Partia domagała się 25-procentowej redukcji wydatków federalnych, zrównoważonego budżetu, racjonalnego obrotu złotem, "aby zapobiec wszelkiemu ryzyku", wycofania się rządu z obszarów, które przynależą raczej przedsiębiorstwom prywatnym, a także położenia kresu "ekstrawagancjom" programów Hoovera w zakresie polityki rolnej. Oto co obiecał kandydat na prezydenta, Roosevelt. Ale nie ma to wiele wspólnego z tym, czego późniejszy prezydent Roosevelt rzeczywiście dokonał. Kiedy Roosevelt został zaprzysiężony w dniu 4 marca 1933 roku, Waszyngton był pełen zarówno obaw, jak i optymizmu - obaw, że gospodarka może nie zostać uzdrowiona, zaś optymizmu, ponieważ ufano, iż właśnie nowy i stanowczy prezydent będzie w stanie dokonać zmian. Humorysta Will Rogers uchwycił powszechne odczucia wobec Roosevelta, kiedy ten powołał nową administrację: "Cały kraj jest z nim, właśnie dlatego, że on coś robi. Gdyby spalił Kapitol, wszyscy wiwatowalibyśmy, mówiąc, cóż, przynajmniej udało nam się jakoś wywołać pożar". "Nie ma czego się bać, z wyjątkiem samego strachu" Roosevelt w istocie dał początek zmianom, ale prawdopodobnie nie takich zmian kraj się spodziewał, udzielając mu kredytu zaufania w postaci wyboru na urząd prezydenta. Niefortunnie rozpoczął prezydenturę, potępiając w przemówieniu inauguracyjnym wielki kryzys za "niegodziwych handlarzy walutami". Nie powiedział nic na temat niegospodarności FED i niewiele o szaleństwach Kongresu, które przyczyniły się do pogłębienia problemów. W rezultacie zaś jego działań gospodarka pogrążyła się w kryzysie na resztę dekady. Adaptując zręcznie wypowiedź XIX-wiecznego pisarza Henry'ego Davida Thoreau, Roosevelt powiedział w swoim przemówieniu: "Nie mamy się czego bać, z wyjątkiem samego strachu". Jednakże, jak wyjaśnia dr Hans Sennholz z Groove City College, prawdziwy powód do strachu Amerykanie mieli w postaci polityki Franklina Delano Roosevelta: "W czasie pierwszych 100 dni swojej prezydentury mocno się wahał w kwestii regulacji dochodów. Zamiast usunąć wzniesione przez swoich poprzedników bariery dla dobrej koniunktury, sam zbudował nowe. Zagroził integralności dolara amerykańskiego w wyniku ilościowych wzrostów i spadków. Przejął należące do ludzi zasoby złota, a następnie zdewaluował dolara o 40 procent." Dyrektor biura budżetu państwa, Lewis W. Douglas, sfrustrowany i rozgniewany tym, że Roosevelt tak szybko i gruntownie zaprzestał realizowania programu partii, z którym startował do wyborów, podał się do dymisji zaledwie po roku pełnienia urzędu. W maju 1935 roku na Uniwersytecie Harvarda Douglas powiedział jasno, że Ameryka staje w obliczu doniosłego wyboru: "Czy wybierzemy podporządkowanie się nas samych - tego wielkiego kraju - despotyzmowi biurokracji, kontrolowaniu każdego naszego działania, zniszczeniu równości, którą osiągnęliśmy, wreszcie zredukowaniu nas do położenia zubożałych niewolników państwa? Czy też będziemy uparcie trwać przy wolnościach, o które człowiek walczył przez ponad tysiąc lat? Ważne jest, by zrozumieć wielkość problemu, jawiącego się przed nami. (...) Jeżeli nie wybierzemy bezwzględnej, despotycznej biurokracji, kontrolującej nasze życie, niweczącej rozwój, obniżającej standard życia (...) wówczas stanie się jasne, że funkcja rządu federalnego w warunkach demokracji ma polegać na ograniczeniu swojej aktywności do tych obszarów, których demokracja dotyczy, na przykład obrony narodowej, utrzymywania prawa i porządku, ochrony prawa i własności, zapobiegania nieuczciwości i (...) ochrony społeczeństwa przed (...) partykularnymi interesami poszczególnych środowisk." Nowy Ład od podstaw Kiedy 4 marca 1933 roku nowy prezydent objął urząd, kryzys zdążył już mocno dotknąć system bankowy. Działanie Roosevelta mające na celu zamknięcie banków i ogłoszenie w dniu 6 marca ogólnokrajowego "urlopu od bankowości" (banking holiday), który zakończył się całkowicie dopiero dziewięć dni później, jest ciągle przywoływane przez jego apologetów jako rozstrzygający i niezbędny ruch. Friedman i Schwartz jednakże wyjaśniają, że to rzekome lekarstwo było "gorsze niż choroba". Taryfy celne nałożone przez ustawę Smoota-Hawleya oraz niegodziwość opartej na wyzysku polityki monetarnej, prowadzonej przez FED, to główni winowajcy odpowiedzialni za powstanie warunków, które dały Rooseveltowi pretekst do tymczasowego pozbawienia deponentów ich pieniędzy, zaś urlop dla banków nie wpłynął na zmianę tych podstawowych zasad. "Ponad 5 tysięcy banków, które działały w momencie ogłoszenia "urlopu", nie otworzyło ponownie swoich podwojów po jego zakończeniu, a ponad 2 tysiące z nich nie zrobiły tego już nigdy" - donoszą Friedman i Schwartz. Ekonomista Jim Powell z Cato Institute wydał w 2003 roku rewelacyjną książkę na temat wielkiego kryzysu gospodarczego, zatytułowaną How Roosevelt and His New Deal Prolonged the Great Depression. Autor pokazuje, że "Prawie wszystkie upadłe banki stanowe przestrzegały praw systemu bankowego", czyli praw, które zakazywały bankom otwierania nowych filii i tym samym różnicowania swoich ofert oraz zmniejszania ryzyka. Powell pisze: "Chociaż Stany Zjednoczone ze swymi prawami systemu bankowego zanotowały upadłość tysięcy banków, to w Kanadzie, gdzie pozwolono bankom na rozszerzanie ich działalności, nie upadł ani jeden bank..." Co ciekawe, krytycy kapitalizmu, którzy uwielbiają winą za wielki kryzys obarczać rynek, nigdy nie wspominają o tym fakcie. Kongres najpierw udzielił prezydentowi władzy do przejęcia prywatnych zasobów złota należących do amerykańskich obywateli, a następnie do odgórnego ustalenia ceny złota. Pewnego ranka Roosevelt, jedząc śniadanie w łóżku, zdecydował wraz z sekretarzem skarbu państwa o zmianie stosunku złota do banknotów dolarowych. Po oszacowaniu swoich możliwości Roosevelt ustanowił 21-procentową podwyżkę cen, ponieważ "to szczęśliwa liczba". Morgenthau w swoim pamiętniku napisał: "Gdyby ktoś wiedział, w jaki sposób w rzeczywistości ustalamy cenę złota poprzez kombinację szczęśliwych liczb, sądzę, że byłby przerażony". W 1933 roku Roosevelt własnoręcznie storpedował konferencję ekonomiczną w Londynie, zwołaną na wniosek innych znaczących krajów w celu obniżenia wysokości taryf celnych i przywrócenia parytetu złota. Do wczesnych lat trzydziestych XX wieku Waszyngton wraz ze swoim beztroskim bankiem centralnym starli na miazgę standard złota. Odrzucenie parytetu złota przez Roosevelta usunęło większość pozostałych czynników hamujących nieograniczoną ekspansję pieniądza i kredytów, co kraj w późniejszych latach przypłacił deprecjacją waluty. Senator Carter Glass ujął to dobrze, kiedy na początku 1933 roku ostrzegał Roosevelta: "To hańba, sir. Ten potężny rząd, mocny dzięki zasobom złota, łamie swoje obietnice dotyczące wypłacania owego złota wdowom i sierotom, którym sprzedał obligacje rządowe z zobowiązaniem zapłaty złotą monetą po aktualnym kursie wartości. Łamie obietnicę wykupienia rządowych banknotów przy pomocy złotych monet po aktualnym kursie ich wartości. To hańba, sir". Roosevelt przejął krajowe złoto, a także przywrócił sprzedaż alkoholu w amerykańskich barach i innych lokalach publicznych. W drugą niedzielę pobytu w Białym Domu napomknął przy kolacji: "Sądzę, że teraz czas na piwo". Tej samej nocy naszkicował wstępną wersję adresowanej do Kongresu notatki z prośbą o zakończenie prohibicji. Biały Dom we wtorek zaaprobował uchylenie przepisu, w czwartek Senat poprawkę uchwalił, zaś przed upływem roku ratyfikowało ją dość stanów, aby dwudziesta pierwsza poprawka stała się częścią Konstytucji. Jeden z obserwatorów, komentując ten zadziwiający zwrot wydarzeń, zauważył, że z dwóch ludzi idących ulicą na początku 1933 roku - z których jeden miał złotą monetę w kieszeni, a drugi butelkę whisky pod płaszczem - człowiek z monetą był uczciwym obywatelem, ten z whisky zaś przestępcą. Rok później sprawa wyglądała dokładnie odwrotnie. W pierwszym roku Nowego Ładu Roosevelt zaproponował, by przeznaczyć na wydatki 10 miliardów dolarów, podczas gdy dochody wynosiły zaledwie 3 miliardy dolarów. Pomiędzy rokiem 1933 a 1936 wydatki rządowe zwiększyły się o ponad 83 procent. Federalny dług gwałtownie wzrósł o 73 procent. Franklin Delano Roosevelt namówił Kongres do powołania w 1935 roku rządowej agencji ubezpieczenia społecznego, Social Security Administration, oraz do ustanowienia w 1938 roku po raz pierwszy w kraju prawa do pełnej pensji minimalnej. Podczas gdy do dzisiaj ogół społeczeństwa wyraża pełne uznanie za te dwa posunięcia, wielu ekonomistów ma inny punkt widzenia. Prawo do pensji minimalnej wypiera z rynku pracy wiele osób niedoświadczonych, młodych, niewykwalifikowanych i społecznie upośledzonych. (Na przykład uchwalone w 1933 roku, jako część innej ustawy, klauzule płacy minimalnej spowodowały wyrzucenie z pracy około pół miliona czarnoskórych). Natomiast współczesne badania i oceny ujawniają, że agencja Social Security stała się tak strasznym i długotrwałym ubezpieczeniowym koszmarem, że albo będzie musiała zostać sprywatyzowana, albo i tak już wysokie podatki, potrzebne do utrzymywania jej na powierzchni, będą musiały wzrosnąć do kosmicznych rozmiarów. Roosevelt przeprowadził uchwalenie Ustawy o pomocy rolnikom (Agricultural Adjustment Act, AAA), która ściągała z przetwórców rolnych nowy podatek, a następnie używała tego dochodu do nadzorowania masowego niszczenia wartościowych upraw i uboju bydła. Federalni przedstawiciele nadzorowali ponury spektakl niszczenia poprzez przyoranie zupełnie dobrych pól z uprawą bawełny, pszenicy i kukurydzy (trzeba było nakłaniać muły do tratowania plonów; przyuczono je przecież, by szły pomiędzy zagonami). Zdrowe bydło, owce i świnie były wybijane i grzebane w masowych dołach. Minister rolnictwa Henry Wallach osobiście wydał rozkaz uboju sześciu milionów prosiąt, zanim urosną do rozmiaru dorosłych świń. Po raz pierwszy administracja płaciła też rolnikom za to, aby nie podejmowali pracy. Nawet gdyby AAA pomogła rolnikom, zmniejszając dostawy i podnosząc ceny, mogłaby to zrobić jedynie kosztem milionów innych ludzi, którzy musieli płacić te ceny albo zadowalać się mniejszą ilością jedzenia. Lawrence W. Reed Powyższy tekst jest fragmentem książki Lawrence W. Reeda - "Wielkie mity na temat Wielkiego Kryzysu", Wydawnictwo PROHIBITA, Warszawa 2009. Książkę można zamówić na www.multibook.pl (Publikacja za zgodą wydawcy) Księgarnia internetowa

Politycy zabiją rynek

W dzisiejszym "Dzienniku Polska the Times" ukazał się wywiad z prezydentem Foundation for Economic Education, Lawrence W. Reedem. Poniżej publikujemy jego fragmenty... Część ekspertów przekonuje, że najgorszy kryzys jest już za nami, inni - że przed. Czy to jest prawda? Fatalna wręcz polityka ekonomiczna rządu amerykańskiego prowadzi nas z deszczu pod rynnę. Subsydiowanie upadłych przedsiębiorstw i zapobieganie likwidacji nierentownych firm przyczyniłoby się do oczyszczenia rynku. Tymczasem następuje zupełnie odwrotna sytuacja. A konkretniej? Stany Zjednoczone dziś podobne są do kogoś, kto za dużo wypił na imprezie. A potem dostaje kaca. Odczuwa go dopiero rano, ale prawdziwe spustoszenie dokonało się w jego organizmie, gdy miał dobrą zabawę. I gdybym miał go leczyć, to na pewno nie radziłbym mu się ponownie upijać. Tymczasem bank centralny dokładnie tak robi z naszą gospodarką. Podaje zabójczy drink w postaci monetarnego i kredytowej. To skutek zezwolenia państwu na mieszanie się w gospodarkę. Powróci czkawka? Dokładnie. Gospodarka wydobrzeje do końca tego roku, a w 2010 i 2011 roku będzie się miała nawet całkiem dobrze. Ale za tę obecną politykę będziemy musieli zapłacić. Plany ratowania gospodarki kosztowały amerykańskich podatników setki miliardy dolarów. Podobno koszt jest dwa razy wyższy niż wydatki USA podczas drugiej wojny światowej i w Wietnamie razem wziętych. Odbieranie cudzych pieniędzy jako recepta na wyjście z kryzysu jest sposobem dziecinnym, żeby nie powiedzieć - najbardziej infantylnym, jaki można sobie wyobrazić. Im więcej wspomagasz, tym bardziej zachęcasz do ubiegania się o dotację, a zatem sankcjonujesz sam fakt udzielania przez państwo pomocy. Koszta tej niedorzecznej wręcz polityki będą jednak wzrastać do czasu aż Amerykanie sami zdecydują, że mają już jej dość i dokonają zasadniczych zmian w trakcie wyborów. Niedawne protesty społeczne wydają się wskazywać, że tolerancja podatników jest już u granic wytrzymałości. Czy dostrzega Pan zatem jakiekolwiek pozytywy obecnej polityki antykryzysowej USA? Tak, oczywiście. Jesteśmy świadkami największego eksperymentu centralnego planowania w całej historii naszego państwa. Kiedy ten projekt poniesie fiasko, będzie to kluczowy moment. Nastąpi nowe otwarcie i to jest szansa dla nas. W międzyczasie mamy jednak okazję tłumaczyć te szaleństwa, gdyż okres kryzysu powoduje, że ludzie bardziej niż zwykle są żądni prawdy i faktów. (...) Niektórzy twierdzą, że w tej niemal beznadziejnej sytuacji potrzebna jest interwencja państwa. Nic nie może być dalsze od prawdy. Strzeżmy się przed takimi politykami, przed ekspertami, którzy zgłaszają takie pretensje. Bowiem próbują oni wykorzystać kryzys jako pretekst do zwiększenia ich władzy. Administracja Obamy jednak wydaje się próbować przekonać Amerykanów, że dopłaty dla dłużników, wykup firm, a nie wolny rynek, są remedium na kryzys. Jedno jest pewne. Ten rząd nie przekona Amerykanów do socjalizmu. Takiej możliwości po prostu nie ma. Idea, że garstka ludzi jest w stanie skutecznie zarządzać, dzielić, wytwarzać i kontrolować 300-milionową gospodarkę jest niedorzeczna. Osiągnięcie potęgi gospodarczej jest możliwe tylko w warunkach wolności gospodarczej. Niedawne protesty Amerykanów na ulicach amerykańskich miast i miasteczek pokazują, że wyczerpuje się tolerancja podatników dla tej bezmyślnej polityki Waszyngtonu. Rozmawiał: Paweł Toboła-Pertkiewicz Na polskim rynku ukazała się niedawno książka L. W. Reeda - "Wielkie mity Wielkiego Kryzysu" (Prohibita, 2009). Można ją zamówić na Multibook.pl

Dzieci w czasie rewolucji przemysłowej

Jedną z mniej znanych kwestii dotyczących kapitalizmu jest praca dzieci w fabrykach podczas rewolucji przemysłowej w Anglii. W oczach socjalistów, komunistów czy innych wrogów kapitalizmu dzieci postrzegane są jako jego ofiary. I jest to fałszywy osąd. Rewolucja przemysłowa, która najwcześniej rozpoczęła się właśnie w Anglii (ok. 1770-1830) oznaczała przewrót związany z powstaniem przemysłu fabrycznego. Wiązał się on ze zmianami technologicznymi, ekonomicznymi oraz społecznymi. Zastąpienie pracy ręcznej przez maszyny (technologia prymitywna wyparta przez nowoczesną) spowodowało masową produkcję takich samych wyrobów. Należy wspomnieć, że wiele wynalazków, które się wówczas pojawiły stworzyło wielu edukowanych domowo geniuszy. Podczas tej rewolucji dzieci rzeczywiście pracowały, jednak żeby poznać ich prawdziwą sytucję, a także zrozumieć źródła antykapitalistycznego mitu, należy poznać temat w detalach. Tak radzi zresztą Lawrence W. Reed, znany polskim czytelnikom Strony Prokapitalistycznej, prezes Mackinac Center for Public Policy, który napisał co najmniej dwa teksty na temat oceny sytuacji dzieci podczas rewolucji przemysłowej ( "Child Labor and the British Industrial Revolution" i "Misreading the Industrial Revolution"). Wśród innych osób próbujących naświetlić prawdziwy obraz tamtych czasów jest także mi.In historyk Robert Hessen, ekonomista Ludwig von Mises czy profesor Thomas Ashton z London School of Economics. Dzieci pilnują maszyn i zmieniają nici Jeśli chodzi o sytuacją poszczególnych dzieci w czasie rewolucji to należy przyznać, że była ona zła. Była także zła i przed rewolucją. Także z powodu tego, że musiały ciężko pracować w warunkach dalekich od bycia idealnymi, szczególnie z dziesiejszego punktu widzenia. Ale przede wszystkim z powodu wszechogarniającej biedy. Aby ocenić czy te warunki były takie straszne w fabrykach należy poznać typy ich pracy i zrozumieć jak pracowały one przed rewolucją przemysłową. Większość prac, które wykonywały dzieci nie były aż tak ciężkie i trudne jak sobie niektórzy wyobrażają. Polegały one na przykład na pilnowaniu maszyn przędzalniczych albo wymianie zerwanych nici. Prawdą jest jednak, że trwały one wiele godzin. Jeśli wyobrazimy sobie, że wiele z tych dzieci (tzw. free labour) pracowało przy obecności swoich rodziców, przyznamy, że większość normalnych rodziców nie pozwoliłaby, aby ich dzieci wykonywały pracę zupełnie ponad ich siły i możliwości. Podobnie powinniśmy zdać sobie sprawę, że większość rodziców nie pozwoliłaby na pracę swoich dzieci w warunkach nie do zaakceptowania. Nie ma przecież powodu myśleć, że tamtejsi rodzice byli sadystami czy że nie kochali swoich dzieci, mimo że dziecko zapewne miało wtedy troszeczkę inną wartość (było ich więcej, śmiertelność dużo wyższa). Jak pisze brytyjski historyk E. R Thompson, generalnie krytyczny wobec systemu fabryk: "to całkowita prawda, że rodzice nie tylko potrzebowali zarobków swoich dzieci, a także oczekiwali od nich, aby pracowały" . Wielu z pisarzy rozświetliło idylliczny obraz rodziny przed rewolucją przemysłową, jednak czy należy za takową uznać pracę w źle oświetlonej chatce, słabo wentylowanej, a do tego źle zbudowanej?- jak retorycznie pyta historyk Robert Hessen w "The Effects Of The Industrial Rewoluction on Women and Children" (w Ayn Rand "Capitalism: the Unknown Ideal"). W takich właśnie warunkach odbywała się praca chałupnicza przed rewolucją (np. obróbka wełny), w której dzieci miały oczywiście swój udział. Także M. Doroty George dodaje w "England In Transition: Life and Work In the Eigteenth Century", że monotonna praca tkacza, polegająca na ręcznym poruszaniu czółenkiem do przodu i do tyłu przez długie godziny wcale nie spodobałaby się entuzjaście pracy ręcznej, jeśli miałby ją wykonywać sam osobiście. W porówaniu z tą prymitywną metodą obsługiwanie maszyny nie wydaje się aż takie złe. W czasach rewolucji przemysłowej były oczywiście i gorsze prace. Rządowe dzieci z przytułków Do takich prac należała praca przy czyszczeniu kominów- niebezpieczna, brudna i trwająca wiele godzin (12, 15 godzin przez 6 dni w tygodniu). Jednak ten typ pracy wykonywały głównie sieroty (np. siedmioletnie), dzieci opuszczone przez rodziców, będące pod pieczą urzędników "opieki społecznej", po prostu dzieci z londyńskich przytułków (parish apprentice). Dotyczyła więc pewnego typu dzieci, dla których los był niestety szczególnie okrutny, ale nie powinien być uznany za reprezentatywny. Co więcej, ta praca istniała przez rewolucją przemysłową, do tego wcale nie była związana z systemem fabryk. Na tych właśnie dzieciach, których - należy to podkreślić, los był straszny, skupiają się krytycy pracy dzieci w fabrykach. Do nich należą np. J. L. i Barbara Hammond, którzy na ten temat poświęcili wiele książek. Dlatego kiedy mówimy o losie pracujących dzieci w czasach rewolucji należy rozgraniczyć te, które pracowały wraz z rodzicami (free labour) i te, którymi rodzice z różnych względów się nie zajmowali (parish apprentice). To rozróżnienie zrobili właśnie Hammondowie, nie przejmując się zbytnio konsekwencjami, które z tego wynikały. Kiedy np. wspomina się liczbę dwóch trzecich pracujących dzieci z 1150 wszystkich pracujących w zakładach przędzalniczych (nie w fabrykach) w Derbyshire w 1789 r. , chodzi tu właśnie o te biedne sieroty. Po roku 1789 r.- jak pisze profesor Asthon w "The Industrial Revolution" - proporcje pracujących dzieci były mniejsze, do tego jeszcze mniejsze właśnie w fabrykach. Na ten detal dotyczący pracujących sierot, który został wykorzystany właśnie w propagandzie antykapitalistycznej zwrócił uwagę historyk Robert Hessen. Dlaczego młodzi pracowali? Prawdą jest, że dzieci pracowały w fabrykach. Jednak profesor T. S. Ashton pisze, że proporcja bardzo młodych była w fabrykach dużo niższa w porównaniu z zakładami przędzalniczymi (gdzie pracowały wspomniane "parish apprentice"). Dla przykładu, podaje on, że w 1816 r. w fabryce Samuela Grega na 252 wszystkich pracowników, 17% miało mniej niż 10 lat, a niecałe 30% powyżej 18. W innej fabryce, M'Connela i Kennedy'ego na 1020 pracujących było tylko 3% poniżej 10 lat, a 52% powyżej 18-tu. W sprawie wieku pracujących wypowiedział się dr. Andrew Ure, cytowany przez Ashtona, który przyznał, że zatrudnianie młodych było koniecznością także w powodu tego, że starsi nie byli w stanie zrozumieć obsługi nowoczesnych maszyn. Do zrelatywizowania wieku pracujących dzieci przyczynia się także John Lock, który pomaga zrozumieć jak małe dzieci pracowały przed rewolucją przemysłową. Locke, cytowany przez Hessena, napisał w 1697 r. (w raporcie dla Board of Trade), że pracujący mężczyzna i jego żona o dobrej kondycji fizycznej mogą utrzymać nie więcej niż dwoje dzieci i zalecił, aby wszystkie dzieci powyżej trzech lat (sic!) były nauczane jak zarobić na własne utrzymanie przędąc. Takie dzieci, przebywające w szkołach zawodowych miałyby według Locka otrzymywać jedzenie w zamian za swoją pracę. Według niego, w swoich domach i tak rzadko otrzymywały coś więcej niż chleb i wodę, i to i tak w niedostatecznych ilościach. Dlatego, jak słusznie pisze profesor Ludwig von Mises w "Human Action" obarczanie fabryk za wyrwanie kobiet z kuchni i dzieci od zabawy jest przekręceniem faktów. Kobiety te nie miały z czego gotować, ani czym nakarmić tych dzieci- pisze profesor von Mises. "Te dzieci były wynędzniałe i głodne. Ich jedynym schronieniem była fabryka, która uratowała ich od śmierci głodowej". Raport Sadlera Ile w całym temacie jest propagandy pokazuje także sławny raport Michaela Sadlera, (członek parlamentu) z 1832 r. On także porusza temat pracy dzieci w fabrykach. Raport ten jest pełen tendencyjnych pytań i sfabrykowanych odpowiedzi "wyzyskiwanych" robotników. Ten pseudodokument stał się niestety źródłem cytatów dla innych antykapitalistycznych historyków, a także źródłem "wiedzy" dla studentów ekonomii na świecie. W rzeczywistości są to zmanipulowane i sfałszowane dane, które miały służyć do politycznego celu przegłosowania ustawy regulującej warunki pracy i ograniczającej ją do 10. godzin (W. H. Hutt, "The Factory System of the Early Nineteenth Century," in E A. Hayek, Capitalism and the Historians"). Fałszywość tego dokumentu potwierdził nawet Fryderyk Engels w swojej książce "Położenie klasy robotniczej w Anglii" wskazując na manipulacje polityczne przeciwników systemu fabrycznego. Warunki pracy Warunki pracy i higieny były nienajlepsze w fabrykach, ale takie były też przed rewolucją . Najlepsze były w fabrykach największych i nowszych. Factory Acts (Ustawy Fabryczne) wydane pomiędzy 1819 i 1846 r. nakładały znaczne ograniczenia fabrykantow w kwestii zatrudniania dzieci. Właściciele dużych fabryk, w który kontrole inspektorów odbywały się najczęściej często decydowali nie zatrudniać dzieci w ogóle. Było to wynikiem pokrętnego pokrętnego ciągle zmieniającego się prawa.W konsekwencji tego dzieci i młodzi ludzie, którzy musieli pracować w tych fabrykach, aby przetrwać zostali zmuszeni do szukania pracy w mniejszych, bardziej oddalonych fabrykach (czy innych zakładach), gdzie inspektorom nie chciało się dostać. Tam oczywiście warunki pracy były gorsze, ale i tak nie było to najgorsze wyjście. Innym rozwiązaniem była praca na roli, albo- jak pisze profesor Ludwig von Mises w "Human Action"- wałęsanie się po ulicach czy prostytucja. Jeśli zdamy sobie sprawę, że wiele rodzin celowo udawało się z małych mieścin czy wiosek do miast (głównie do Londynu), aby pracować w fabrykach całymi rodzinami, takie krótkowzroczne regulacje należy uznać za cios w plecy rodzin walczącym o przetrwanie. Sytuacja dzieci po rewolucji Ocenę rewolucji z punktu widzenia losu dzieci ułatwi także porównanie danych statystycznych dotyczących śmiertelności i liczby populacji. Robert Hessen (powołując się na dane z "Health, Wealth and Population In The Early Days Of The Industrial Revolution, 1760-1815 Mabel C. Buer) pisze, że w 1750 r. populacja Anglii liczyła sześć mln. ludzi, zaś w 1800 - dziewięć, dwanaście w 1820 i w końcu w 1831 r. czternaście. Ta eksplozja demograficzna nie była związana z żadnym wzrostem urodzin- jak pisze profesor Ashton, ani z napływem ludności do Anglii. Ludzie rozmnażali się jak przed rewolucją, ale nie umierali jak przed nią. W okresie tym nastąpił nagły procentowy wzrost liczby ludzi bardzo młodych i dzieci. W przedrewolucyjnych latach 1730-49 liczba dzieci, które nie dożywały nawet pięciu lat wynosiła 74,5 %, za to w okresie 1810-29 spadła do 31,8%. Dzieci, które nie dożyłyby nawet tych pięciu lat, miały teraz szansę na przetrwanie. Obie te dane, dotyczące wzrostu populacji i gwałtownego spadku śmiertelności u dzieci kładą kłam antykapitalistycznej propagandzie, która obwinia kapitalizm za pastwienie się nad dziećmi i zamęczanie ludzi pracą na śmierć. Kto jest za co odpowiedzialny? Dlatego przy szukaniu winowajców za złą sytuację niektórych dzieci, skazanie ich na śmierć głodową, życie na ulicy czy prostytucję należy wskazać krótkowzrocznych urzędników, którzy praktycznie uniemożliwili im szansę na przetrwanie zabraniając bardzo młodym pracy w fabryce. Straszny los sierot pokazuje także jak "państwo" opiekowało się dziećmi posyłając je do nagorszej pracy przy czyszczeniu kominów w zamian za utrzymanie. "Państwo" nie tyle posyłało je do pracy, co nawet płaciło fabrykantom, aby je do pracy przyjmowali (np. George Courtauld - właściciel przędzalni jedwabiu otrzymywał 5 funtów za każde dziecko w trakcie pierwszego roku i kolejne 5 w następnym w ramach kontraktu z przytułkiem). Aby warunki pracy się poprawiły i żeby dzieci nie musiały wcale pracować nie potrzebne były jednak rządowe regulacje. Praca dzieci została wyeliminowana wtedy, kiedy produktywność rodziców rodziców ich zarobki wystarczyły na utrzymanie rodziny. Dobroczyńcami dzieci nie byli wcale politycy, ani inspektorzy fabryczni, ale właściciele fabryk. I ci ostatni wcale nie zawsze byli tacy najgorsi i starali się odpowiedzialnie zająć sierotami, ale o tym w detalach w następnym odcinku. Natalia Dueholm

Paweł Sztąberek: Nie stać nas na socjalizm

Nie ulega wątpliwości, że zakres wolności ekonomicznej oraz wysokość podatków to najważniejsze czynniki rozwoju gospodarczego danego kraju. Większe efekty w dziedzinie tworzenia dobrobytu osiągnęły te państwa, w których gospodarka w przeważającym stopniu znajdowała się w rękach prywatnych, a podatki były niskie. Spełnienie pierwszego warunku sprzyja wzrostowi odpowiedzialności ludzi za posiadane przez nich dobra materialne, drugi natomiast wyzwala w jednostkach większy zapał do pracy, inwestowania i oszczędzania, sprzyja nowatorstwu. Niedawne spory o przyszłość polskiego systemu podatkowego pokazały, że wśród naszych elit politycznych, tak naprawdę niewiele jest osób, które rozumiałyby te proste prawdy. Nagonka ze strony m.in. prominentnych działaczy AWS-u na wicepremiera Leszka Balcerowicza jest najlepszym dowodem na ciągłe istnienie spustoszeń jakie komunizm pozostawił w umysłach wielu dzisiejszych "prawicowców". Argumenty klasowe Zgłoszona przez ministra finansów propozycja uproszczenia systemu podatkowego i zastąpienia progresywnego podatku dochodowego podatkiem liniowym, o stawce jednakowej dla wszystkich, nie doczekała się merytorycznej dyskusji w kręgach jego oponentów. Inna sprawa, że również sam pomysłodawca nie był profesjonalnie przygotowany na odpieranie wszystkich zarzutów płynących ze strony swoich krytyków. Często pojawiający się argument, używany m.in. przez ministra Jerzego Kropiwnickiego, że podatku liniowego nie ma nigdzie poza Estonią, był w gruncie rzeczy mało przekonujący. Nie spotkał się on jednak z natychmiastową ripostą wicepremiera Balcerowicza, tłumaczącą jakie skutki dla estońskiej gospodarki przyniósł obowiązujący tam system podatkowy. Jeśli zaś prawdziwe są liczne doniesienia prasowe, Estonia należy do najszybciej rozwijających się państw spośród byłych republik radzieckich. Szkoda, że minister finansów, lansując podatek liniowy, nie oparł się na tym przykładzie. Argumentacja przeciwników podatku liniowego nakierowana była bardziej na wywołanie wśród opinii publicznej emocji niechętnych zmianom podatkowym, niż na sprowokowanie rozsądnej refleksji. Były to argumenty o zabarwieniu klasowym, odwołujące się do starej marksistowsko-leninowskiej metody działania, polegającej na antagonizowaniu biednych przeciwko bogatym. "Balcerowicz chce przeprowadzić zamach stanu w gospodarce i bogatych uczynić bogatszymi, a biednych biedniejszymi" - twierdzono wielokrotnie. Wstyd, że część "prawicy" wykazała się w tej kwestii niezrozumiałą troską o pielęgnowanie komunistycznej spuścizny. Socjalizm kosztuje Publiczne radio wyemitowało niedawno audycję publicystyczną, w której znani przedstawiciele wiodących stronnictw politycznych dyskutowali o podatkach. Niezwykła zgodność jaką w tej sprawie prezentowali politycy, skrajnie, wydawałoby się, odmiennych ideowo ugrupowań, wprawiła mnie w osłupienie. Gdy jeden z liderów Ruchu Patriotycznego "Ojczyzna" zauważył, że nie ma dowodów na to, iż obniżenie podatków sprzyja rozwojowi gospodarki, dzielnie wtórował mu w tym przedstawiciel SLD, oznajmiając wręcz, że jest wprost przeciwnie, że im podatki wyższe, tym gospodarka bardziej kwitnie. Niestety, żaden z przedstawicieli "prawicy" nie zaprotestował, gdy postkomunista podał przykład Szwecji, jako najlepiej prosperującego państwa Europy. Najlepiej prosperującego właśnie dzięki - jak się wyraził - wysokim podatkom. W czasach PRL-u Szwecja stanowiła dla wielu Polaków cel wymarzonej emigracji. Nie tylko dlatego, że leżała stosunkowo blisko, ale także dlatego, że o panującym w niej dobrobycie i przepychu krążyły legendy. Mówiono: "Tam to dopiero panuje socjalizm, nie to co u nas". Wielu naszych rodaków ryzykowało życie, by móc posmakować tego raju. Ale cóż - socjalizm kosztuje. System, w którym samotna matka, czy też bezrobotny, całe życie przebumelować mogą na różnego rodzaju zasiłkach, wcześniej czy później musi zacząć się chwiać. Podatnicy przestają wytrzymywać koszta niezbędne do dalszego utrzymywania tego systemu. By szwedzka gospodarka mogła stać się konkurencyjna na światowych rynkach, państwo musi stopniowo obniżać koszta swojego funkcjonowania. Niezbędna jest więc redukcja wydatków publicznych i obniżenie podatków. Tamtejsi politycy zaczynają zdawać sobie z tego sprawę. Szwecję stać jednak na to, by móc odchodzić od socjalizmu powoli, Polska natomiast potrzebuje bardziej zdecydowanych działań. Trudno dziś znaleźć kraj, który podjąłby się misji całościowego zerwania z drążącym wiele państw, lewicowym odchyłem w gospodarce i tym samym przystąpiłby do budowania dobrobytu opierając się na prostych, sprawdzonych w przeszłości zasadach. Wiadomo już wszak, że z tworzeniem bogactwa nieodłącznie związane są: dominujący rodzaj własności oraz wysokość obowiązujących podatków. Tam gdzie więcej jest gospodarki prywatnej i gdzie niższe są podatki, rozwój ekonomiczny jest bardziej dynamiczny, a społeczeństwo bogaci się o wiele szybciej. Myliłby się jednak ten, kto sądzi, że nie ma takiego kraju, który odważył odwołać się do tych prostych prawd. Przykład płynie z wyspy Kilkanaście lat temu zrozumieli to politycy, którzy doszli do władzy w Nowej Zelandii. W latach 50-tych ta niewielka wyspa należała do czołówki gospodarczej świata. Modne jednak wówczas na zachodzie Europy i w Stanach Zjednoczonych programy "państwa opiekuńczego" oraz interwencjonizm państwa w gospodarkę wycisnęły swe piętno również na Nowej Zelandii. Przez kolejnych 20 lat dominacji ideii socjalistycznych i protekcjonistycznych, poważnie skurczyły się obszary ekonomicznej wolności. Podatek dochodowy wzrósł do 66 procent, rodzima produkcja stała się niezwykle kosztowna, a cła osiągnęły taki pułap, że niczego nie opłacało się importować. Mieszkańcy wyspy skazani byli na coraz droższe i gorsze jakościowo produkty. Kraj stanął na krawędzi kryzysu. Dopiero w 1984 roku do władzy doszli ludzie, którzy wiedzieli co trzeba zrobić, by uniknąć katastrofy i wyprowadzić kraj na prostą. Wstrzymano wszelkie dotacje rolnicze, drastycznie obniżono cła i - co bardzo ważne - radykalnie obcięto wszystkie podatki, tak, że górna granica obciążeń podatkowych spadła do 33 procent. Od razu też rozpoczęto prowadzoną na szeroką skalę akcję prywatyzacji deficytowych państwowych firm. Udane prywatyzacje, m.in. wielkiego molocha telekomunikacyjnego "Telecom NZ", doprowadziły do redukcji biurokracji. Nie tylko więc obniżono znacząco koszta funkcjonowania państwa, ale spowodowano, że sprywatyzowane firmy dziś same płacą podatki. A rolnictwo? Mimo że pozbawione dotacji, uchodzi za jedno z najbardziej konkurencyjnych na świecie. Nowa Zelandia, dzięki konsekwentnej polityce gospodarczej swojego rządu znów weszła do grona najlepiej rozwijających się państw świata. Lawrence W. Reed napisał kilka lat temu, że historia trwającej 12 lat transformacji Nowej Zelandii "powinna zostać wykrzyczana w niebogłosy". Trudno odmówić mu racji. Krótkowzroczna "prawica" Przykład Nowej Zelandii pokazuje, co bardziej opłaca się czynić krajom, które, tak jak Polska, z powodu kilkudziesięciu lat komunizmu, cierpią na ekonomicznie zapóźnienie. Strat wyprodukowanych przez niemal pół wieku panowania gospodarki centralnie sterowanej nie odrobi się stosując nadmierny fiskalizm i protekcjonizm. Szwecja dnia dzisiejszego, wbrew temu co twierdzi przytoczony wcześniej polityk lewicy i czemu zdają się przytakiwać co niektórzy przedstawiciele "prawicy", nie jest dobrym krajem do naśladowania. W obecnej sytuacji o wiele więcej można się nauczyć od Nowej Zelandii. Obniżenie podatków i zwiększanie obszarów wolności ekonomicznej, odchodzenie od zbędnego koncesjonowania i innych form limitowania wolnej przedsiębiorczości to najlepsze, co dla Polski można by w chwili obecnej uczynić. Krytykowanie przez liczne środowiska "prawicy" niektórych rozsądnych skądinąd propozycji wicepremiera Leszka Balcerowicza tylko dlatego, że jest on liderem Unii Wolności, jest krótkowzroczne i powoduje trudne do odrobienia szkody w, nie wyleczonej jeszcze ze skazy komunizmu, świadomości Polaków. Od doraźnych politycznych sympatii czy antypatii o wiele ważniejsza jest przyszłość Polski. A ukrócenie nadmiernego fiskalizmu i likwidacja przepisów krępujących wolną przedsiębiorczość leży w jak najbardziej żywotnym interesie naszego kraju. Muszą to zrozumieć również ci politycy, którzy w działalności swojej odwołują się do wartości prawicowych, a którzy stanowią liczną reprezentację obecnego rządu. Paweł Sztąberek