Tag Archives: LPR

Retoryczny stan wojenny

Zaczynający się polityczny sezon nie będzie okresem rozstrzygających wyborów – parlamentarnych, prezydenckich czy choćby samorządowych. Mimo to może przynieść istotne w dłuższej perspektywie zmiany na scenie politycznej. W najbliższych tygodniach przekonamy się, jak silna będzie dekompozycja obozu rządzącego, a także jaka będzie dynamika zmian w opozycji, wywołana lekcją lipcowych protestów. Jeżeli zarysowane latem zmiany nabiorą cech tendencji, mogą w istotny sposób wpłynąć także na wynik kluczowego sporu między PiS a resztą politycznego świata.

Prawica też potrafi wygrywać

W obliczu kolejnej wyborczej klęski polskiej prawicy, która po raz kolejny nie dostała się do parlamentu i uzyskała 1,06 % i 0,2 % poparcia, trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego znów przegrała? Dlaczego i tym razem nie udało się wpłynąć na wyborców, by oddali głos właśnie na nich? Oczywiście jedno z prawicowych ugrupowań ma prawo czuć się pokrzywdzone przez Państwową Komisję Wyborczą, ale nie zmienia to faktu, że nawet przy możliwości głosowania na tę formację w całym kraju, ich partia raczej nie przekroczyłaby progu 5 %.
W czasach nam współczesnych prawica nie ma dobrej prasy. Zarówno w Polsce, jak i na świecie. Dziś coraz częściej promuje się organizacje lewicowe, które domagają się praw dla gejów, lesbijek, a prawicę bardzo często postrzega się jako bojówkarzy, kiboli, neonazistów. Mimo takiej opinii, nie należy się zniechęcać. Prawica wbrew pozorom nie musi być na straconej pozycji. Nim przejdziemy do konkretów, ustalmy czym jest prawica. Charakteryzuje się przede wszystkim poszanowaniem dla własności prywatnej. Prawica jest liberalna pod względem gospodarczym i bardzo często konserwatywna pod względem światopoglądowym. Prawica szanuje prawo. Czy w dzisiejszych czasach można spotkać państwo, które realizuje wszystkie powyższe założenia? Raczej nie, ale niektóre ze wspomnianych postulatów są realizowane teraz – w XXI wieku. A więc wbrew pozorom w czasach dominacji lewicy można realizować prawicowe programy. Jak to zrobić? Przede wszystkim należy grać według takich zasad, jakie obecnie panują. Przyjrzyjmy się zatem, jak to robiło Stronnictwo Narodowe w okresie międzywojennym, do którego obecna polska prawica tak często się odwołuje. „Każda marka dana żydowi zwróci się przeciw Polsce!” A cóż to za nietolerancyjny slogan! Proszę sobie wyobrazić, że pochodzi on z endeckiej gazety „Kurier Poznański” z 4 stycznia 1922 r. Proszę sobie także wyobrazić, że ten „Kurier” był jak na owe czasy bardzo szanowaną gazetą, którą czytało wiele osób. Nic dziwnego, w końcu przedwojenna Wielkopolska była powszechnie uważana za bastion Narodowej Demokracji – największej polskiej organizacji prawicowej. A teraz proszę sobie wyobrazić, że ten slogan nagle pojawia się w najnowszym numerze np. „Rzeczpospolitej”. Czy gdyby takie sformułowania w „Rzepie” pojawiały się częściej, to gazeta zyskałaby nowych czytelników? Możliwe, że paru by zyskała, ale automatycznie straciłaby swoich dotychczasowych wielbicieli. W konsekwencji „Rz” przestałaby istnieć, bowiem nikt by jej nie kupował. Wnioski – polska prawica w dwudziestoleciu międzywojennym potrafiła dostosować się do warunków politycznych, jakie wtedy panowały. W Europie coraz częściej do władzy dochodzili ludzie, którzy za całą złą sytuację ekonomiczną obarczali Żydów. Stąd w wielu państwach ówczesnej Europy do władzy dochodziły ruchy narodowe głoszące, że tylko prawdziwi Włosi zapewnią dobrobyt Włochom, tylko prawdziwi Niemcy wyprowadzą państwo niemieckie z kryzysu, tylko Polacy zapewnią Polsce prawdziwą niepodległość. Tego typu hasła w okresie międzywojennym padały na podatny grunt. Społeczeństwo polskie to kupiło. Dowodem na to jest fakt, że Narodowa Demokracja do 1926 r. była największym polskim ugrupowaniem, a nawet po przejęciu władzy przez sanację była najpoważniejszą partią opozycyjną. Dziś jednak żadna szanująca się partia, która realnie myśli o przejęciu władzy nie może używać takiej retoryki, jaką używali endecy przed II wojną światową, ponieważ to były zupełnie inne czasy! W XXI wieku partia polityczna, która chce zdobyć władzę nie może mówić, że „każda [złotówka] dana żydowi zwróci się przeciw Polsce”, ponieważ w ten sposób nie zapewniłaby sobie dużej liczby sympatyków. Dziś ludzie słusznie, lub niesłusznie zostali „wytresowani” na tolerancyjnych. Nikt z nas nie organizuje np. bojkotu oglądania programów telewizyjnych Grupy ITI, mimo że prezesem tego Holdingu jest osoba narodowości żydowskiej. Oglądalność TVP nie spadła w żaden sposób, gdy jej prezesem w latach 2006-2007 także była osoba narodowości żydowskiej, która dodatkowo kiedyś była masonem! Dziś zdecydowana większość Polaków nie widzi w tym niczego złego, a więc głoszenie haseł antyżydowskich nikomu nie przyniesie żadnych korzyści. Jak to robi obecnie prawica? Współczesna polska prawica zachowuje się, jakby wszystkie rozumy pozjadała. Członkowie polskiej prawicy uważają się za inteligentnych ludzi, którzy najlepiej wiedzą, jak wyjść z kryzysu, znają odpowiedź na każdy nurtujący Polaków problem społeczny. Polska prawica ma program, ale nie umie go przekazać szaremu zwykłemu obywatelowi, który zazwyczaj jest głupi i nie rozumie niektórych mechanizmów ekonomicznych. Jednak to, że ludzie są głupcami nie oznacza, że należy wprost ich obrażać. Jeżeli znany polityk polskiej prawicy w oficjalnych wystąpieniach zaczyna mówić, że ich partia nie ma wysokiego poparcia społecznego, ponieważ większość wyborców jest idiotami i głosuje na socjalistów, to tym samym popełnia on polityczne samobójstwo. Jeżeli ta sama osoba zaczyna jeszcze kwestionować oficjalne zasady gry, czyli demokrację, to w ten sposób dyskwalifikuje siebie samego z dalszej rozgrywki, tak jak dyskwalifikuje się piłkarza, dając mu czerwoną kartkę, gdy nie przestrzega reguł gry. Nikt nie zastanawia się nad tym, czy demokracja jest słuszna, czy niesłuszna. Skoro są takie reguły gry, to należy je szanować! Obserwując poczynania polskiej prawicy stwierdzam, że ugrupowania te nie do końca dostosowują się do wymogów współczesności. Gdyby endecja w dwudziestoleciu międzywojennym obrażała wyborców, kwestionowała wybory demokratyczne, nigdy nie osiągnęłaby żadnego sukcesu politycznego. Im jednak się udało, mimo że także uważali się za prawicę i też mieli różne zdania na temat ówczesnego ustroju, ale nie mówili o tym głośno. Sukcesy polskiej prawicy w XXI wieku To nie prawda, że w XXI wieku prawica nie ma szans na zdobycie kapitału politycznego. Weźmy taką Ligę Polskich Rodzin, która w 2001 r. pojawiła się w polskim parlamencie. Partia ta osiągnęła wielki sukces nie tylko dzięki jasnemu programowi, ale także dzięki wsparciu ze strony niektórych mediów, w tamtym przypadku Radia Maryja. Ta sama rozgłośnia radiowa wspierała LPR w wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2004 r. Wówczas partia Romana Giertycha była jedyną silną partią prawicową, która sprzeciwiała się wejściu Polski do Unii Europejskiej. Dzięki temu, że Liga Polskich Rodzin nie miała wówczas praktycznie żadnej konkurencji, jeśli chodzi o elektorat uniosceptyczny, partia ta z powodzeniem dostała się do PE. Media o. Tadeusza Rydzyka były jeszcze przychylne dla LPR w 2005 r., dzięki czemu ich ugrupowanie osiągnęło lepszy wynik, niż w wyborach z 2001 r. Później jak wiadomo elektorat „radiomaryjny” przerzucił się na Prawo i Sprawiedliwość. Tym samym partia Romana Giertycha straciła na popularności i w 2007 r. ostatecznie wypadła z gry. Jednak przez 6 lat Liga była obecna w parlamencie, a nawet współrządziła państwem wraz z PiS-em i Samoobroną. Liga Polskich Rodzin dała prawdziwą lekcję dla partii wolnorynkowych. Proszę zwrócić uwagę na to, że LPR miała program, miała też zaplecze polityczne. LPR była wspierana przez media o. Rydzyka. Partia ta wykorzystała swoją sytuację – przekonała przeciwników UE. Oni to kupili i dali partii zwycięstwo. Tak, proszę państwa – właśnie tak dziś prowadzi się politykę. Trzeba znaleźć coś, co będą w stanie kupić wyborcy. Co to może być? Niemalże wszystko! Dla LPR-u była to niechęć do Unii Europejskiej. Dla partii lewicowych może to być wspieranie mniejszości seksualnych. A dla prawicy wolnorynkowej może to być kryzys światowy. Rady dla prawicy wolnorynkowej Czy można wierzyć w to, że po latach klęsk prawicy wolnorynkowej da się jej jeszcze raz spróbować wejść do wielkiej polityki? Jest takie przysłowie, że nie ma rzeczy niemożliwych. Skoro kiedyś Narodowej Demokracji udało się wywierać wpływ na polską politykę, skoro Liga Polskich Rodzin potrafiła wejść do polskiego i europejskiego parlamentu, to dlaczego nie mieliby tego zrobić ludzie o poglądach konserwatywno-liberalnych? Aby osiągnąć sukces wyborczy, trzeba przede wszystkim zaakceptować reguły gry, czyli demokrację. Należy mówić, że Polacy są wspaniałym i pracowitym narodem, który już nie raz wyciągał kraje Europy zachodniej z tarapatów. Prawica właśnie teraz, w obliczu kryzysu musi mówić o potrzebie uwolnienia przedsiębiorczości Polaków. Prawica musi przekonywać, że nie ma sensu angażować się w politykę Unii Europejskiej, ponieważ ona sama została zbudowana na kiepskich podstawach, o czym przekonujemy się, oglądając każdego dnia relacje telewizyjne z Grecji. Trzeba jeszcze stworzyć, lub uzyskać poparcie od ważnego, ogólnopolskiego medium, które byłoby w stanie promować idee wolnorynkowe, bo tylko dzięki silnej promocji mediów można coś osiągnąć. Narodowa Demokracja miała wiele gazet, jak choćby „Kuriera Poznańskiego”, Liga Polskich Rodzin miała media o. Tadeusza Rydzyka. Które z silnych i wpływowych mediów w Polsce byłoby w stanie poprzeć prawicę konserwatywno-liberalną? Wbrew pozorom są takie media, które mogłyby tę ideę rozpropagować. Polska prawica tyle mówi o powrocie do kapitalizmu, wolnego rynku, krytykując obecne partie władzy za to, że wprowadza socjalizm, nie zauważając tego, że ta tzw. „banda czworga” osiąga polityczne sukcesy, stosując metody kapitalizmu – partie te, podobnie jak sprzedawcy telefonów komórkowych próbują pokazać się ludziom z jak najlepszej strony, walczą o głos, konkurują ze sobą, zupełnie jak w dzikim kapitalizmie. Polska prawica, jeśli poważnie myśli o zdobyciu władzy, musi wciągnąć się w tę rywalizację. Musi po prostu się wyborcom sprzedać, pokazać z jak najlepszej strony. Przekazać swoje racje w taki sposób, aby ludzie to kupili. Nie może być tutaj mowy o żadnym lekceważeniu wyborców, czy demokracji. Tylko pokazując się z jak najlepszej strony ludziom i prezentując je we wpływowym medium można w tych warunkach, czyli w demokracji osiągnąć sukces polityczny. Nie ma innej możliwości, chyba że chce się dorwać do władzy metodami niedemokratycznymi, np. za pomocą wojska. Można próbować w ten sposób, ale będzie to bardzo ryzykowne. Jak na razie jednak demokracja w Polsce ma się dobrze, a więc trzeba zająć się zdobywaniem popularności wśród zwykłych Polaków. Mimo, że zdecydowałem się na krytykę znanych prawicowych polityków, a przede wszystkim Janusza Korwin-Mikkego, nie uważam, że jego dotychczasowa działalność miała jedynie wymiar destrukcyjny. Nie uważam także, że prezes Nowej Prawicy celowo obrażał ludzi, źle wypowiadał się na temat demokracji, by ośmieszyć ideały wolnorynkowe. Takich ludzi jak Korwina-Mikke, czy Stanisława Michalkiewicza uważam za prawdziwych prawicowych ideologów, którzy po prostu brzydzą się manipulacji, okłamywaniu ludzi w celu zdobycia władzy. Jest to oczywiście szlachetna postawa, ale raczej niedająca zwycięstwa w wyborach demokratycznych. Praca, jaką wykonali i nadal wykonują pomogła wielu ludziom, w tym także i mnie zaznajomić się z ideologią konserwatywno-liberalną. Udowodnili oni, że kapitalizm nie jest taki straszny, jak go socjaliści przedstawiają. Prawica wbrew pozorom potrafi wygrywać, nawet w demokracji. Trzeba się tylko do niej przystosować. Dlatego przy najbliższych wyborach parlamentarnych warto zmienić dotychczasową taktykę i stanąć w równej walce z innymi partiami, no chyba że za 4 lata już nie będzie demokracji. Mateusz Teska

Czy powstanie silny blok konserwatywno-wolnościowy?

Już po wyborach samorządowych. Partie i ruchy prawicowe, niezależnie czy reprezentujące stanowisko wolnościowe (Ruch Wyborców Janusza Korwin-Mikke, Unia Polityki Realnej), konserwatywne (Prawica Rzeczypospolitej) czy narodowe i narodowo-radykalne (Narodowe Odrodzenie Polski, Liga Polskich Rodzin) poniosły klęskę. I pomimo tego, że ogłosiły one sukces, to wynik w skali 1-2 procent sukcesem raczej nie jest i w najbliższym czasie zwycięstwa nie wróży. Aczkolwiek niektórzy lokalni liderzy i komitety wyborcze wyborców osiągnęli bardzo dobre wyniki. Chciałbym podzielić się pewną wizją, wizją silnego bloku konserwatywnego, patriotycznego i wolnorynkowego. Projekt tego bloku powstał wskutek połączenia różnych przemyśleń dotyczących obecnej sceny politycznej, wyborów i możliwych koalicji. Po pierwsze zastanawiałem się nad utworzeniem w skali województwa bloku różnych organizacji prawicowych z myślą o wyborach samorządowych w 2014. Po drugie doszły przemyślenia dotyczące wyborów parlamentarnych i wspólnego startu prawicy wolnorynkowej i konserwatywnej. Po trzecie: fakt łączenia się partii Wolność i Praworządność oraz Unii Polityki Realnej w jeden organizm i wypracowania jak najlepszej formy organizacyjnej dla nich. Po czwarte: została już podjęta próba przeszczepienia idei Tea Party na grunt polski. Spójrzmy najpierw jak wygląda obecna scena polityczna: Trzy główne partie zdominowały scenę polityczną. Jak widać w interesującym nas obszarze konserwatywno-wolnościowym (fioletowy kontur) nie ma żadnej silnej organizacji, lecz co najwyżej kilka partyjek i politycznych stowarzyszeń. Nie muszę chyba nikogo przekonywać do stworzenia właśnie silnego konserwatywno-wolnościowego ruchu. Prawo i Sprawiedliwość tylko odwołuje się do konserwatywnego i patriotycznego elektoratu, samemu nie będąc partią konserwatywną, podobnie jak Platforma Obywatelska odwołuje się do elektoratu wolnościowego. Skupmy się jednak na prawicy liberalnej (czarny, przerywany kontur) i konserwatywnej (kontur pomarańczowy). Wolność i Praworządność łączy się z Unią Polityki Realnej w jeden organizm polityczny. Ale czy partia jest rzeczywiście potrzebna? W moim odczuciu ruch wolnościowy winien opierać się na szesnastu wojewódzkich stowarzyszeniach wolnościowych rejestrowanych w KRS. To one (w przypadku samodzielnego startu ruchu wolnościowego) zajmowałyby się wyborami – zbiórką podpisów i rejestracją list. Lokalnie współpracowałyby z innymi organizacjami, a w przypadku wyborów samorządowych miałyby pełną niezależność. W skali kraju szesnaście stowarzyszeń razem z innymi stowarzyszeniami ogólnopolskimi (Stowarzyszenie KoLiber) i fundacjami (Centrum im. Adama Smitha, Instytut Misesa, Instytut Globalizacji) tworzyłoby związek stowarzyszeń o nazwie Partia Wolności. Stowarzyszenia mogą prowadzić działalność gospodarczą czego partie polityczne robić nie mogą. Dodatkowo część osób nie chce lub nie może należeć do partii politycznych, natomiast w stowarzyszeniu z chęcią działałaby. Jedynym mankamentem jest niemożliwość uzyskania subwencji z budżetu po przekroczeniu 3 proc., ale chyba nie to jest dla nas celem? W każdym bądź razie można powołać partię-wydmuszkę tylko do celów wyborczych. Trochę bardziej skomplikowana jest sytuacja na prawicy konserwatywnej. Oprócz istnienia partii Prawicy Rzeczypospolitej istnieje tutaj szereg dość aktywnie działających silnych organizacji konserwatywnych i katolickich. Możliwe, że forma związku stowarzyszeń winna już wystąpić na poziomie województwa. Niezależnie od tego tworzy się już Polska Tea Party, która ma mieć oblicze mocno konserwatywne i wolnościowe. Osobiście wolałbym widzieć tutaj taką samą strukturę jak dla ruchu wolnościowego. Stowarzyszenie czy też federacja może nosić nazwę Liga Konserwatywna. Oba obozy prawicowe „ogólnopolskie”: konserwatywny i liberalny winny lokalnie być połączone jednak w stowarzyszenia o zasięgu wojewódzkim, które nie tylko łączyłyby środowiska Prawicy Rzeczypospolitej, Unii Polityki Realnej, Wolności i Praworządności, ale i szereg różnych prawicowych organizacji i komitetów lokalnych, wliczając to stowarzyszenia XXI czy nawet część Stronnictwa Demokratycznego. Silny lokalny blok centroprawicowy może z powodzeniem startować w wyborach samorządowych. Cały powyższy projekt powstał właśnie głównie z myślą o kolejnych wyborach samorządowych w 2014. Obóz taki winien opierać się przede wszystkim na lokalnych liderach: uznanych i byłych samorządowcach, a nie nikomu nieznanych studentach i działaczach kanapowych partyjek, o których to ludziach nikt nigdy nie słyszał. Nawet dobry szyld nie zda egzaminu jeśli nie będzie lokalnych, rozpoznowalnych liderów. Owszem, w ostatnich wyborach szyld PO nie raz pomagał, ale też radnymi zostawali np. dziennikarze, czy rodziny posłów, a więc osoby już rozpoznawalne (a przynajmniej rozpoznawalne mieli nazwisko). Także sporo przedstawicieli zawodów do których ludzie mają zaufanie: nauczyciele i lekarze. To właśnie takich osób trzeba szukać. Następnie mamy wybory parlamentarne 2015. W skali kraju więc lokalne bloki centroprawicowy łączą się w jeden organizm – ale zbierać podpisy i wystawiać kandydatów nadal będą właśnie lokalne stowarzyszenia. Jaki to ma być organizm to kwestia dyskusyjna. Może to być proponowany wcześniej związek stowarzyszeń i fundacji. Może to być również partia polityczna. O ile w przypadku UPR/WiP czy prawicy konserwatywnej partia może nie być wskazana o tyle na tym poziomie – szerokiej koalicji ugrupowań prawicowych – mogłaby już występować. Teoretycznie można być tylko w jednej partii, więc nie będzie problemu, jeśli na prawicy wolnościowej i konserwatywnej powstaną proponowane wcześniej stowarzyszenia. Dodatkowo przedstawiciele tych środowisk będą uczestniczyć w nowym ugrupowaniu już zorganizowani i zdolni przeforsowywać własne pomysły, zarówno na szczeblu centralnym jak i lokalnym. Z kolei stowarzyszenie polityczne lub ich związek zamiast partii, może bez hipokryzji głosić hasła odpartyjnienia i odpolitycznienia kraju i samorządów, dodatkowo głosząc hasła decentralizacji samemu prezentuje decentralizację w formie swojej organizacji. W takim to bloku odnaleźć się mogą Janusz Korwin-Mikke, Marek Jurek, Rafał Ziemkiewicz, Wojciech Cejrowski i inni, jednakże jak wspomniałem struktura winna być oparta głównie na samorządowcach. Ruch ten nie może mieć jednego zdecydowanego lidera, lecz być ruchem zdecentralizowanym i posiadać wielu liderów, którzy będą lokalnie zdolni przekonywać ludzi i ciągnąć listy wyborcze. Blok ten nazwałem Liga Wolności. Przypadek Ruchu Społecznego AWS pokazuje, że konglomerat różnych drobnych organizacji (bo takim w 1997 był RS AWS, a nie partią) może w wyborach odnieść sukces. Musi to być jednak związek, w którym każdy znajdzie coś dla siebie, oprócz oczywiście rozpoznawalnych twarzy. Wspomniałem o wyborach 2015, gdyż wątpię, nawet zakładając, że wszyscy taki projekt zaakceptują i wyrażą chęci, aby udało się zorganizować taką strukturę w mniej niż rok. Bardziej prawdopodobne, że istniejące partie wyżej wspomniane wraz z jak największą ilością chętnych stowarzyszeń krajowych i lokalnych winny się porozumieć i stworzyć wspólny komitet prawicy, może mieć nawet nazwę Unia czy Przymierze Prawicy (Rzeczypospolitej). A bardzo dobrze jakby taki komitet tworzyć z PJN, która ma rozpoznawalnych posłów… A właśnie, PJN. Bardzo jednak możliwe, że taka silna, duża organizacja prawicowa, o której wyżej pisałem właśnie powstaje na naszych oczach. Na razie to tylko stowarzyszenie Polska Jest Najważniejsza, które, wydaje się, w najbliższym czasie ma stać się partią polityczną. Partią właśnie o profilu konserwatywnym i wolnościowym, co wynika  z deklaracji, a dodatkowo o zmienionej nazwie, która będzie bardziej marketingowa. I zapewne bardziej chwytliwa od nazwy „Unia Polityki Realnej – Wolność i Praworządność”. Partią, w której miejsce dla siebie mogą znaleźć zarówno członkowie Wolności i Praworządności, Prawicy Rzeczypospolitej czy Stronnictwa Demokratycznego. Dlatego też proponuję: twórzmy lokalne stowarzyszenia i zapisujmy się do nowych inicjatyw, aby móc tworzyć nową, silną prawicę. A jeśli już mają powstawać małe partie, zostawmy furtkę: niech będzie w statucie zapis o możliwości bycia członkiem innej partii. Od władz WiP, UPR i PR zależy czy jeśli nowe ugrupowanie odniesie sukces to oni odniosą go wraz z nimi, czy dalej będą ich zadowalać wyniki w wysokości paru procent. Zbigniew P. Majzner Foto. PSz/Prokapitalizm.pl Autor jest prezesem oddziału szczecińskiego partii Wolność i Praworządność

Co z tą Prawicą?

Jak bardzo polska prawica jest irytująca, denerwująca, wzbudzająca złość  w przeciętnym obywatelu naszego  kraju.  Obserwując prawą stronę polskiej sceny politycznej, odnosi się wrażenie, że są to ludzie wiecznie niezadowoleni,  nie posiadający żadnego dystansu do siebie i świata.  Niezdecydowany obywatel ma do wyboru na prawicy, popierać zwolenników wolnorynkowych idei, którzy noszą się jak mędrcy, prorocy  posiadający  wielką wiedzę, z której nikt nie chce korzystać i nikt ich nie rozumie. Stwarzają wrażenie ludzi oburzonych na taki stan rzeczy i obrażonych.  Drugą opcją na prawej stronie są to zwolennicy szeroko pojętych idei narodowo-chrześcijańskich, topiących się w polskim patosie, czujących się wiecznie niedocenianymi  przez resztę społeczeństwa.  To w konsekwencji tworzy mylne wyobrażenie o polskim społeczeństwie jaki budują sobie ludzie prawicy. Otóż prawica wierzy w ogromny potencjał oraz w ukrytą chęć otworzenia się naprawdę na każdego z obywateli państwa Polskiego.  Oczywiście w pełni się zgadzam z krytyką  obecnej sytuacji gospodarczo społecznej i politycznej naszego kraju jak i całej Europy, wyrażanej przez środowiska prawicowe w naszym kraju. Problem polega na tym, że prawica chcąc lub nie, musi zagrać w grę pod tytułem „demokracja” jeżeli chce urzeczywistnić swoje idee i  programy polityczne . Demokracja jest grą, w której zasady ustalił centrowo-lewicowy przeciwnik. Każda próba zmian tych zasad przez prawicę kończyła się porażką w wyborach, czy to samorządowych, parlamentarnych lub prezydenckich. Główną zasadą „demokracji” jest to, że liczy się jedynie forma a nie treść w debacie politycznej, do czego zostali przyzwyczajeni obywatele przez ostatnie 20 lat za pośrednictwem „obiektywnych” mediów. Prawica jest mało atrakcyjna dla niezdecydowanych obywateli, których jest blisko 50 %. Ludzie prawicy kojarzą się negatywnie, głównie z faszyzmem (za sprawą bardzo brutalnej kampanii „Gazety Wyborczej” oraz innych czasopism lewicowych), krzykactwem, wiecznym narzekaniem oraz z porażką. Ludzie podświadomie trzymają się silniejszego. Oto wszystko od centrum na lewo „polskiej myśli” politycznej ogłasza wszem i wobec, „patrzcie my jesteśmy tacy jak nasi zachodni sąsiedzi, patrzcie oni nas popierają w naszych poglądach, patrzcie ludzie, my jesteśmy z nowoczesną bogatą Europą Zachodnią, a wy z kim wolicie być?”. A obywatel polski tak naprawdę nie posiada żadnej alternatywy. Prawica neguje model zachodni państwa i wartości prezentowane przez te kraje. Jedyne do czego się może odnieść to doświadczenia z już odległej historii naszego kraju lub świata. Co gorsza, historia naszego kraju do roku 1950 włącznie została już mocno zmitologizowana przez lewicowe środowiska. Ludzie patrzą na tamtą Polskę jak na coś tak odległego, że aż nierealnego.  Uważają, że ta historia  nie zobowiązuje nas do zachowania żadnej ciągłości oraz czerpania z tamtych doświadczeń. Ludzie Prawicy cały czas snują jakieś teorie spiskowe o tym jak bardzo media się uwzięły na nich oraz jak dyskryminują i dyskredytują prawice w Polsce. Wciąż z upartością maniaka uświadamiają ludziom jakimi są kretynami, że dają się tak manipulować, że pozwalają na ograniczanie przez państwo swojej wolności. Ludzie nie chcą słyszeć po raz kolejny, że muszą wziąć na siebie odpowiedzialność za naprawę państwa. Ludzie oczekują, że to państwo weźmie odpowiedzialność na siebie za losy każdego obywatela, jego zdrowie, zabezpieczenie na starość itd. z wychowaniem potomstwa włącznie . Takie myślenie naszego społeczeństwa nie jest efektem przejść związanych z realnym socjalizmem, lecz odpowiedniej medialnej nagonki socjalistycznej od początków lat dziewięćdziesiątych. Polegała ona na ciągłym straszeniu biedą, bezdusznym kapitalizmem, przed którym państwo tylko może ochronić, straszeniu faszyzmem i klerem. Wzbudzanie ciągłego wstydu za samych siebie oraz wpajanie Polakom, że jeżeli nie przyjmiemy systemu wartości państw zachodnich, Unii Europejskiej to nie będziemy państwem demokratycznym, a wręcz przeciwnie - staniemy się zaściankiem cywilizowanego świata. Centro-lewicowe środowiska dokonały czegoś, czego nie potrafi w żaden sposób prawica. Otóż proszę zauważyć jak szybko i sprawnie organizacje centro-lewicowe jednoczą się pod wspólnymi hasłami. Wystarczy, że pojawią się na forum publicznym kwestie społeczne, typu związki partnerskie homoseksualistów, czy adopcji dzieci przez takie pary, aborcja, In vitro, religia w szkołach, ekologia, dochodzi do wspólnej mobilizacji wszystkich organizacji lewicowych. Wystarczy, że pojawi się pomysł przeprowadzenia jakiejś kampanii przeciw jakiemuś politykowi prawicowemu np. ministrowi Giertychowi, ponownie widzimy grupę tych samych organizacji. Jednocześnie każda z tych organizacji na co dzień pracuje na rzecz realizacji swoich postulatów.  Organizacje te są profesjonalnie przygotowane do działania na skale ogólnopolską. Doskonale orientują się w swoich prawach jako organizacje pożytku publicznego, przygotowani są od strony marketingowej a co najważniejsze starają się tworzyć dalekosiężne założenia na przyszłość. Nie będę wskazywał konkretnych organizacji ponieważ nie zależy mi na promowaniu żadnej z nich. Tymczasem polskie organizacje prawicowe gdzieś giną w szumie medialnym. Prawdą jest, że bardzo prężnie rozwijają się strony internetowe o tematyce prawicowej, lecz nie widać żadnych zdecydowanych działań promocyjnych poza siecią. Także prawdą jest, że media nie są przychylne prawicy, ale jest szereg ludzi ze świata publicznego, znanych, którzy deklarują swoje poparcie, co widać było chociażby na ostatnim pochodzie 11 listopada 2010 roku organizowanym przez Obóz Radykalno-Narodowy i Młodzież Wszechpolską. Podstawową zasadą dla każdego, kto chce zaistnieć w przestrzeni publicznej jest to, aby mówili o niej niezależnie od tego jak, dobrze czy źle, to jest bez znaczenia, byle mówili. Dlatego nie rozumiem głosów płynących chociażby z samej Unii Polityki Realnej, mówiących o negatywnym wpływie działalności Janusza Korwin-Mikkego na postrzeganie przez społeczeństwo prawicy konserwatywno-liberalnej. Oczywiście, jest to osoba bardzo kontrowersyjna, która jednocześnie jako jedyna jest rozpoznawalna w skali ogólnopolskiej, jako reprezentant i lider  prawicy konserwatywno-liberalnej. Trzeba wspomnieć także o osobie Pana Michalkiewicza, ale z całym szacunkiem, nie jest Pan Michalkiewicz aż tak wyrazisty.  To co jest najważniejsze w przypadku działalności JKM to elektorat, który posiada a raczej jego struktura. Są to głównie ludzie młodzi. JKM jest już pewnego rodzaju człowiekiem instytucją zakorzenioną  w świadomości społeczeństwa jako oddany ideolog, wariat z misją czy Don Kichot polskiej polityki. Ale nie jest kojarzony z korupcją, władzą a nawet chęcią posiadania tej władzy. Nikt nie znalazł się na prawicy, kto starałby się zagospodarować ten potencjał i tą markę jaką z całą pewnością jest Pan Mikke. JKM, zakładając chęć współpracy z jego strony, może zaistnieć w polskiej popkulturze i przyciągnąć dużą rzeszę młodych ludzi. Niestety pojawia się pewne „ale” przy kwestii współpracy. Największym grzechem JKM jest  brak dostatecznej determinacji i cierpliwości przy nawiązaniu współpracy z innymi działaczami prawicowych organizacji. Z drugiej strony polskiej prawicy mamy Jarosława Kaczyńskiego, który uważa się za jedynego lidera całej polskiej prawicy i dystansuje się od reszty środowiska prawicowego. Jarosław Kaczyński skupia wokół siebie starszy chrześcijański elektorat, a co najważniejsze bardzo zdyscyplinowany i zdeterminowany. Niestety podobnie jak JKM popełnia ten sam błąd, dzieląc zwolenników prawicy i nie wykazuje chęci współpracy z innymi organizacjami prawicowymi jak równy z równym. Nie postuluję o jakąś koalicję między partiami i środowiskami tych dwóch Panów. Ponieważ wydaje się to być mało prawdopodobne, biorąc pod uwagę charaktery obydwu. Jednak współpraca na rzecz pewnych jasno określonych wartości wyznawanych przez wszystkie organizacje i partie prawicowe powinna istnieć. Wówczas sytuacja wewnątrz polskiej prawicy ustabilizowałaby się oraz stałaby się bardziej klarowna dla potencjalnego wyborcy. Przede wszystkim stworzenie czegoś w rodzaju credo, uniwersalnego dla prawicy pozwoliłoby na rozpoczęcie współpracy edukacyjnej na rzecz społeczeństwa, opartej na wspólnie wyznawanych wartościach przez wszystkie organizacje. Uważam, że tylko inicjatywa tych dwóch liderów prawicowcy, przy jednoczesnym uwzględnieniu  innych grup prawicowych, takich jak Liga Polskich Rodzin, ONR, MW po Unię Polityki Realnej może zapoczątkować realne odrodzenie się prawicy w Polsce. Dziś polska prawica została zepchnięta do okopów na poziomie ok. 25 % poparcia dla Prawa i Sprawiedliwości i około 4-5% na UPR/JKM, plus jakieś dziesiąte procenta dla reszty anonimowej prawicy,  co w sumie daje bardzo dobry wynik. Jednak brak wspólnej inicjatywy i mobilizacji nigdy nie pozwoli na zmianę kierunku w jakim idzie państwo polskie, w kierunku upadku państwa suwerennego i niepodległego. Jan F. Ostoja Foto. Prokapitalizm.pl

Prawica po wyborach – zjednoczeniowe mity

Niedawno na portalu konserwatyzm.pl mieliśmy okazję przeczytać artykuł Adama Wielomskiego pt. „Prawica po wyborach prezydenckich”*, w którym Autor zastanawia się, czy Janusz Korwin-Mikke wykorzysta swój wynik wyborczy, by budować szeroki blok prawicowy. Zgadzam się z Autorem, że JKM stanął przed szansą objęcia przywództwa po prawej stronie sceny politycznej i budowy szerokiego porozumienia prawicowego, w którym po raz pierwszy w najnowszej historii Polski akcent padłby na potrzebę głębokich reform strukturalnych państwa. Pozostaję jednak sceptyczny co do możliwości powstania i realnej efektywności takiego porozumienia. I to bynajmniej nie brak chęci, ani sama osoba JKM jest tu przeszkodą. Nie mogę oczywiście wypowiadać się za pana Janusza, nie znam wszystkich jego planów politycznych. Mogę jednak wykazać pewne słabości rozważań Adama Wielomskiego. Adam Wielomski pisze o dwóch hipotetycznych scenariuszach. Pierwszy miałby polegać na konsolidacji i odbudowie podzielonego dziś obozu konserwatywno-liberalnego, drugi na budowie właśnie szerszego obozu prawicowego. I tu dwie uwagi wstępne: po pierwsze możliwych scenariuszy jest więcej, choćby podłączenie się i próba budowy „frakcji prawicowych” wewnątrz PiS lub PO (nie twierdzę, że to sensowne i właściwe, ani że w ogóle rozważane – ale czysto hipotetycznie możliwe); po drugie przedstawione przez Adama Wielomskiego scenariusze wcale się nie wykluczają. „Umocnienie hegemonii” w obozie konserwatywno-liberalnym może być wstępem (lub przebiegać równolegle) z budowaniem szerokiego obozu prawicowego. Po pierwsze – z kim? W Polsce za prawicowe uchodzą (lub też same się tak określają) również środowiska o poglądach lewicowych, a czasem wręcz skrajnie lewicowych. Przykładem może być choćby Kornel Morawiecki, człowiek mający piękną kartę z czasów walki z komuną i osobiście uczciwy. Przy okazji wyborów prezydenckich ujawnił on nieco swoje poglądy i okazało się, że zarówno w sferze gospodarczej, jak i społeczno-światopoglądowej są one mocno lewicowe. Spośród wszystkich kandydatów w ostatnich wyborach prezydenckich najbliżej mu do tow.Ziętka. „Prawica” to też część pierwotnej LPR o rodowodzie socjalno-związkowym i poglądach narodowo-bolszewickich, jak związkowy watażka Zygmunt Wrzodak czy orędownik złupienia Polaków monopolem cukrowym Gabriel Janowski. Nie kwestionuję broń Boże dobrych chęci tych panów, ich osobistej uczciwości ani też możliwości, że w pojedynczych sprawach mogą nawet mieć czasem słuszność. Nie potrafię sobie jednak wyobrazić konstruktywnej współpracy ze środowiskami tak bardzo odległymi programowo. Nie kwestionuję też zasług J.R.Nowaka w demaskowaniu kłamstw Grossa, ale polityka to walka o konkretne rozwiązania ustrojowe, a nie dywagacje o przekłamaniach historii. Jaki jest sens budowy wspólnej formacji politycznej z ludźmi, z którymi praktycznie w każdej sprawie mamy zdanie nawet nie tyle różne, co wręcz przeciwstawne? Śmiesznie musiałaby wyglądać kampania wyborcza, w której kandydaci jednego bloku udzielaliby skrajnie odmiennych odpowiedzi na te same pytania. Jeszcze śmieszniej byłoby w przyszłym Sejmie, kiedy posłowie tej samej listy głosowaliby zupełnie odwrotnie w przypadku każdej ustawy. Nie da się ustalić wspólnego mianownika między WiP/UPR i panami Janowskim, Wrzodakiem, Nowakiem czy Morawieckim, nie da się ustalić żadnego programu-minimum. Możemy oczywiście przyjąć wspólne hasło typu „żeby Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej”, ale nie ma absolutnie żadnej szansy, by wspólnie ten slogan wypełnić jakąkolwiek treścią. Osobiście uważam, że porozumienie UPR z częścią środowisk prawicowych ma sens ideowy. W szczególności środowisko stanowiące trzon dawnej LPR, być może PR Marka Jurka, część mitycznej „frakcji konserwatywnej” w PiS, a także niektórzy dawni członkowie UPR, obecnie w PO, zapewne dogadaliby się z nami (czyli WiP/UPR) w sprawach programowych. W końcu niektórzy posłowie „frakcji konserwatywnej” PiS to dawni członkowie UPR, podobnie jak część działaczy Ligi. Również sam Roman Giertych w 1993 startował z list UPR do Sejmu. Sam znam i cenię sporo działaczy LPR, a współpracę z nimi w wyborach 2007 wspominam pozytywnie. Poza tym, raz już udało się nam porozumieć, właśnie przed wyborami 2007. Zwracam też uwagę, że wówczas to LPR było podmiotem dominującym, z konieczności więc to my musieliśmy wykazać się większą elastycznością programową. Kłopot w tym, że potencjalni partnerzy też musieliby wyrazić taką wolę współpracy. Tymczasem dawni UPR-owcy w PiS i PO mają się najwyraźniej nieźle (w przeciwieństwie do idei, do których przywiązanie deklarują). Obóz Marka Jurka już złożył hołd lenny Kaczyńskiemu. LPR zaś będący najwyraźniej w stanie zupełnego rozkładu (o czym świadczy chociażby brak jakiejkolwiek aktywności w wyborach prezydenckich) sprawia wrażenie, jakby dążył do jakiegoś cichego porozumienia z PO (o czym może świadczyć chociażby przejście krakowskich radnych tej partii do klubu PO). Po drugie – po co? No dobrze, abstrahując od absurdu sojuszów ugrupowań programowo antagonistycznych, skupmy się na kwestiach taktycznych. Teoretycznie możliwe jest oczywiście stworzenie bloku wyborczego ugrupowań zupełnie różnych tylko i wyłącznie w celu osiągnięcia sukcesu wyborczego. Potem każdy idzie swoją drogą, nie próbujemy tworzyć wspólnego klubu w parlamencie (bo i po co?). Pomińmy śmieszność ewentualnej kampanii wyborczej w takiej sytuacji. Tak się jednak składa, że wspomniany antagonizm programowy wymienionych środowisk pozostaje w ścisłej korelacji z antagonizmem poglądów ich zwolenników. Zwykło się czasem uważać, że elektoraty ugrupowań działających w koalicji sumują się, a cały blok dostaje jeszcze „premię za zjednoczenie”. Niestety, wybory 2007 roku udowodniły, że często jest odwrotnie – przeciwstawne elektoraty, nawet relatywnie bliskich programowo partii, nie tylko się nie uzupełniają, ale wręcz wykluczają. Dla sporej części zwolenników UPR (a nawet części działaczy partii) nasz koalicyjny partner w wyborach 2007 to zbieranina „pobożnych socjalistów” i to wbrew oczywistym faktom mówiącym, że to LPR była w poprzedniej kadencji parlamentu najbardziej wolnorynkową formacją. Z kolei dla sporej części elektoratu LPR nasza strona to „liberalne” zło. Nie potrafiliśmy przekonać wyborców, że do siebie pasujemy. Wspólna lista otrzymała o wiele mniej głosów, niż każda z partii mogła oczekiwać samodzielnie. Dotychczasowi wyborcy LPR w większości przerzucili swoje poparcie na PiS, a większość zwolenników UPR została w domach. Projekt poniósł całkowitą klęskę. Doświadczenia zatem nie są zachęcające i nie sądzę, żeby sytuacja radykalnie się zmieniła. Nie wróżę sukcesu ewentualnej powtórce... Po trzecie – kiedy ? Przed nami wybory samorządowe i to na nich właśnie należy się obecnie skupić. W gminie, zwłaszcza małej, łatwiej jest zawierać koalicje ponad podziałami politycznymi. Tu nie liczy się stosunek do EU, aborcji, VAT – tymi sprawami samorząd się zwyczajnie nie zajmuje. Liczy się za to prywatyzacja mienia komunalnego, racjonalizacja finansowania oświaty, stan dróg miejskich itp. Teoretycznie zwolennik głębokiej integracji europejskiej i Traktatu Lizbońskiego, który jest naszym wrogiem w ogólnopolskiej polityce, może być naszym partnerem w gminie, jeżeli będzie zarazem zwolennikiem bonu oświatowego. I odwrotnie – ktoś, kto marnotrawi gminne pieniądze na budowę nikomu niepotrzebnych stadionów, może teoretycznie być naszym sojusznikiem w Sejmie w sprawach sprzeciwu wobec dyktatu EU. Chcę przez to powiedzieć, że w wyborach samorządowych sprawy lokalne mają zdecydowanie większe znaczenie, niż podziały polityczne na poziomie ogólnokrajowym. Wobec tego też kryteria doboru sojuszników są zupełnie inne, niż zwykły podział na „prawicę” i „lewicę”. Moim zdaniem to właśnie miasta i gminy są miejscem, gdzie nasz obóz mógłby poszukać szansy na dokonanie zmian w polskiej rzeczywistości. Wbrew pozorom w samorządzie można dużo zrobić. Jasno pokazuje to przykład Stefana Oleszczuka, legendarnego już upeerowskiego burmistrza Kamienia Pomorskiego, który całkowicie zmienił oblicze swojej gminy**. Do tego potrzeba jednak efektywnej koalicji. Stefan Oleszczuk nie został burmistrzem dlatego, że UPR wygrała w Kamieniu wybory, lecz dzięki porozumieniu z różnymi siłami. Chcąc zaistnieć w gminnej polityce potrzebne są koalicje efektywne, zapewniające udział w podziale mandatów radnych. W praktyce potrzeba do tego znacznie więcej głosów niż pozwalające teoretycznie pokonać próg wyborczy 5%. W Krakowie czy Warszawie jest to co najmniej 8-10 %. Nie widzę szansy na budowę jeszcze przed tymi wyborami ogólnopolskiego efektywnego prawicowego bloku, który miałby odnieść sukces. Oczywiście, nie wyklucza to takiego porozumienia w niektórych samorządach. Zasadniczo celem w wyborach do rad gmin i miast ma być otrzymanie mandatów, a środkiem zawarcie skutecznej koalicji. Możliwe, że w każdym samorządzie innej, ale generalnie w zdecydowanej większości przypadków nie widzę innego wyjścia, niż porozumienie z większymi partiami (PiS albo PO). Samodzielna lista do sejmików wojewódzkich ma sens, dając szansę na ogólnopolski czas antenowy, pokazanie się wyborcom, wypromowanie lokalnych liderów itp. Ale „szeroki blok samorządowy” prawicy w gminach, składający się z samego planktonu, który zdobędzie 2% głosów, to zwyczajne marnowanie sił i środków. Z pewnością nie stanowi to sensownej alternatywy dla porozumień samorządowych z dużymi partiami. Podsumowując – próby budowania szerokiego, trwałego, ogólnokrajowego porozumienia politycznego prawicy uważam w tej chwili za mało racjonalne i skazane na porażkę. Być może po wyborach samorządowych i po uporządkowanie sytuacji w łonie samego obozu konserwatywno-liberalnego będzie można wrócić do tematu. Nie znaczy to oczywiście, że odepchniemy bliskie nam programowo osoby i organizacje, które będą szukały porozumienia, ale nie liczyłbym na jakieś kompleksowe inicjatywy. Powyższym tekstem nie roszczę sobie pretensji do wypowiadania się w imieniu Janusza Korwin-Mikke, ani tym bardziej całego naszego środowiska, jego celem jest jedynie zwrócenie uwagi na słabości hurraoptymistycznych dążeń jednoczących „prawicę” z udziałem obozu konserwatywno-liberalnego. Tomasz Dalecki

Radio Maryja, radio PiS-u?

Radio Maryja, Telewizja Trwam i gazeta „Nasz Dziennik” należą do znanego wszystkim Ojca Tadeusza Rydzyka. Media te skierowane są przede wszystkim do polskich katolików. Według redaktora Adama Wielomskiego „…środowisko toruńskie było głęboko zanurzone w posoborowym katolicyzmie”. Pod względem politycznym media te do 2005 roku wspierały środowiska związane z Ligą Polskich Rodzin. Jednak pamiętnego roku wyborczego, kiedy to wybieraliśmy zarówno parlament, jak i prezydenta, media o. Rydzyka nagle poparły Prawo i Sprawiedliwość. Wielkie nadzieje i rozczarowania Kiedy stało się jasne, że PiS zbuduje koalicję parlamentarną nie z Platformą Obywatelską, ale z LPR – em i Samoobroną, uważałem, że teraz bracia Kaczyńscy razem z Andrzejem Lepperem i Romanem Giertychem przy pomocy tzw. „moherowych beretów” doprowadzą do wielkich przemian w Polsce i niebawem powstanie zupełnie nowy ustrój o nazwie IV Rzeczpospolita. Jakież było moje zdziwienie, kiedy to PiS nie poparł zmian w konstytucji by wzmocnić prawnie życie „od momentu poczęcia do naturalnej śmierci”. Już wtedy zacząłem podejrzewać ówczesną partię rządzącą o skłonności lewicowe, a nie prawicowe. Całe to zamieszanie, którego konsekwencją było wyjście kilku posłów PiS na czele z Markiem Jurkiem z partii Kaczyńskich ogromnie wzburzyło o. Tadeusza Rydzyka, ale później słyszałem na antenie Radia Maryja, jak jeden z ojców próbował usprawiedliwiać tych posłów ówczesnej partii rządzącej, którzy byli przeciwni zmianom w konstytucji. Kiedy w czerwcu 2007 r. prezydent Lech Kaczyński wynegocjował dla Polski nowy Traktat reformujący Unię Europejską, niemal wszystkie polskie media, a także te „toruńskie” uznały to za wielki sukces. Kiedy latem tego samego roku rozpadała się koalicja PiS – Samoobrona – LPR (ewidentnie z winy partii braci Kaczyńskich), media o. Tadeusza Rydzyka ostatecznie promowały Jarosława Kaczyńskiego i Zbigniewa Ziobrę, którzy walczyli z ogromnym „układem”, który wdarł się nawet do ich własnego rządu. Argumentacja byłego ministra sprawiedliwości o tym, że Janusz Kaczmarek i jego ludzie należą do układu, a on nic o tym nie wiedział była tak śmieszna, że nie warto takiej osobie wierzyć. Niestety w Radiu Maryja, Telewizji Trwam, czy w „Naszym Dzienniku” Zbigniew Ziobro był przedstawiany jako osoba nieskazitelna, wiarygodna. Szczególnym promotorem tej osoby w Radiu Maryja był Profesor Jerzy Robert Nowak, który uważał go za najlepszego ministra w rządzie Jarosława Kaczyńskiego. Nie zmieniał swego zdania, gdy wysuwano przeciwko niemu oskarżenia np. o nielegalnym podsłuchiwaniu członków własnego rządu nie tylko ze strony PO, czy Sojuszu Lewicy Demokratycznej, ale także ze strony współkoalicjantów z LPR i partii Leppera. Wspomniany profesor, związany od dawna ze środowiskiem toruńskim zaatakował w końcu Telewizję Polską, która jego zdaniem za słabo wspierała Prawo i Sprawiedliwość szczególnie w trakcie kampanii wyborczej w 2007 roku. No cóż. Nie chciałbym komentować tych wypowiedzi profesora Jerzego Roberta Nowaka, którego mimo wszystko cenię chociażby za wykrywanie kłamstw Jana Tomasza Grossa, dotyczących stosunków polsko – żydowskich, ale myślę, że jeśli ktoś oglądał TVP od momentu, gdy Andrzej Urbański został prezesem tejże telewizji, ten zauważył, że coraz więcej programów publicystycznych było robionych na zamówienie polityczne. Pamiętam np. słynną konferencję prasową prokuratora Jerzego Engelkinga, który próbował udowodnić, że to Janusz Kaczmarek doprowadził do powiadomienia Andrzeja Leppera o planowanej akcji Centralnego Biura Antykorupcyjnego w Ministerstwie Rolnictwa. Po emocjonującej konferencji na antenie TVP3 doszło do dyskusji na ten temat, a gośćmi zaproszonymi do studia byli: Dorota Kania (wtedy „Wprost”) i Tomasz Sakiewicz (Gazeta Polska). Dla osób, które znają się na polityce, nazwiska te mówią same za siebie. Zaproszone przez TVP3 osoby mają poglądy wybitnie PiS – owskie i oczywiście udowadniali widzom, że Kaczmarek jest winny. Więc jak można mówić, że TVP za słabo wspierała Kaczyńskich. Partia ta dzięki poparciu TVP, mediów ojca Tadeusza Rydzyka mogła z powodzeniem wygrać wybory w 2007 roku, tylko że tego po prostu nie chciała. Wierni PiS – owi Jeszcze za rządów Prawa i Sprawiedliwości w serwisach informacyjnych Radia Maryja, Telewizji Trwam i w „Naszym Dzienniku” można było zauważyć stałą tendencję. Zawsze pokazują oni w dobrym świetle PiS, niezależnie od tego, czy rzeczywiście mają oni rację. Na przykład po obejrzeniu wiadomości w TV Trwam można odnieść wrażenie, że tylko Prawo i Sprawiedliwość jest nadzieją dla Polski i musi jak najszybciej wrócić do władzy. Tylko osoby należące do PiS są patriotami, którzy walczą o Polską rację stanu. W związku z tym w ich wiadomościach nie padną słowa Lecha Kaczyńskiego, który uznaje Traktat lizboński za wielki sukces Polski. Wszyscy, a nawet środowisko tzw. „moherowych beretów” doskonale wiedzą, że to sam prezydent wynegocjował ten traktat, a w przemówieniu w Sejmie RP 1 kwietnia ubiegłego roku zachęcał wszystkich posłów do jego zaakceptowania. W tym roku podczas kampanii do Parlamentu Europejskiego było podobnie. Prof. Jerzy Robert Nowak i dr Krzysztof Kawęcki na antenie Radia Maryja przekonywali swych wiernych słuchaczy, by w zbliżających się wyborach zagłosowali na kandydatów z list Prawa i Sprawiedliwości. Było to już jedno wielkie oszustwo i okłamywanie tzw. „moherowych beretów”, że tylko PiS najlepiej będzie nas reprezentować w Parlamencie Europejskim. Na dzień dzisiejszy media o. Rydzyka nadal wierzą, że partia braci Kaczyńskich jeszcze się odrodzi i dojdzie do władzy. Czasami mam wrażenie, jakby pod względem politycznym ich świat zaczynał się i kończył na PiS – ie, tak jakby nie było dla Polski żadnej innej alternatywy. Jest Nadzieja Mimo tego wszystkiego, co przedstawiłem, nie popieram tej całej grupy osób, która dąży do zniszczenia tego wszystkiego, co osiągnął Ojciec Tadeusz Rydzyk. Mimo zmian, do jakich doszło w mediach „toruńskich” w 2005 roku, nie stały się one tak w całości PiS – owskie. Mimo wszystko zarówno w Radiu Maryja jak i w TV Trwam jest miejsce na spokojną modlitwę, są nadal audycje katolickie dla dzieci, młodzieży, małżonków, osób starszych. Wciąż w tych mediach można się zapoznawać z poglądami osób sceptycznie nastawionych do partii braci Kaczyńskich, jak np. Profesora Bogusława Wolniewicza, czy zwolennika liberalizmu Stanisława Michalkiewicza. Teraz to założyciel Radia Maryja musi podjąć tę ważną decyzję i ostatecznie zerwać z poparciem dla Prawa i Sprawiedliwości. Wielu zwolenników prawdziwej polskiej prawicy miało nadzieję, że stanie się to przed wyborami do europarlamentu. Tak się jednak nie stało, w wyniku czego ani Libertas, ani Unia Polityki Realnej, ani też Prawica Rzeczypospolitej nie przekroczyły 5 – procentowego progu wyborczego i nie dostały się do PE. Dostał się za to PiS i to dzięki m.in. kampanii, jaka prowadzona była na antenie Radia Maryja przez wspomnianych Prof. Jerzego Roberta Nowaka i dra Krzysztofa Kawęckiego. Gdyby tak te głosy tzw. „moherowych beretów” przeszły na te 3 wspomniane partie prawicowe, podbudowałoby to polską prawicę, która nabrałaby chęci do większego działania, a PiS – u w tym momencie już by zapewne nie było. A tak nie ma Libertasu, w UPR – ze dochodzi do kłótni między obecnym Prezesem Bolesławem Witczakiem a Januszem Korwin – Mikke. W sumie ze wszystkich tych trzech partii najlepiej wypadła Prawica RP i to jest okazja dla o. Rydzyka, by postawić na nich, a nie na pseudoprawicowy PiS. UPR też mogłaby skorzystać z propagowania wolnego rynku na antenie Radia Maryja. W końcu nie bez powodu Stanisław Michalkiewicz występuje tam na antenie, a gdyby jeszcze w promowanie UPR – u włączył się Prof. Bogusław Wolniewicz, to byłaby okazja dla całej prawicy wyjść z tego „podziemia” i zacząć mówić prawdę szerszej grupie ludzi. W tym roku wszystko już jest stracone, ale za rok mamy wybory samorządowe i prezydenckie. Trzeba to jak najlepiej wykorzystać, ale najpierw to środowisko toruńskie musi definitywnie zerwać z oszustami z Prawa i Sprawiedliwości. Mateusz Teska