Tag Archives: Michał Nawrocki

Stefan Oleszczuk: Wygrała antyrynkowa wizja samorządu

Stefan Oleszczuk, b. burmistrz Kamienia Pomorskiego, będzie jutro (8 IV) specjalnym gościem podczas gali wręczania nagród konkursu Magister PAFERE. Będzie mówił m.in. o tym, czy można być wolnorynkowcem w dzisiejszym samorządzie. Przypominamy wywiad Stefana Oleszczuka poświęcony właśnie sprawom samorządowym, jakiego udzielił naszemu portalowi w 2010 roku.

Spontan kontrolowany

„Potrzebne jest prawo” grzmią interwencjoniści niemal na każdym kroku domagając się kolejnych regulacji. A czy gdyby władza nie zagwarantowała im (i nam) prawa do swobody przekonań, wypowiedzi, zgromadzeń, to ludzie myśleliby i mówili tylko to, co im nakazano, dozwolono itp.? Podobno człowiek to istota rozumna. Tymczasem każde „prawo do” wprowadzane jest w jednym celu – kontroli. Bo przecież na straży każdego „prawa do” stoi urzędnik, paragraf, sąd, policjant itd. Innymi słowy – wprowadzanie kolejnych „praw do” oznacza de facto ograniczanie wolności jednostek. Piękny przykład na potwierdzenie powyższej tezy właśnie dostarcza nam MSWiA. Oto bowiem ministerstwo zajęło się regulowaniem (zgodnie z Konstytucją RP) kwestii przewidzianej w Konstytucji RP art. 57, o wolności organizowania zgromadzeń i uczestniczenia w nich. Regulacja będzie dotyczyć wszelkich zgromadzeń publicznych i... spontanicznych (sic!). „Spontan” ma być zgłoszony policji na 24 godziny przed. Mają być podane: dane organizatora (spontanu – he, he, he!), miejsce i cel zgromadzenia. Teoretycznie zakazać go nie można. Jeszcze, bo konieczność „zapewnienia bezpieczeństwa uczestnikom spotkania, które często prowokuje do zabrania głosu ich przeciwników” to idealny wytrych. Nie możemy zapewnić bezpieczeństwa, i po sprawie. Dalej, to gminy będą wyznaczać miejsca zgromadzeń publicznych. One też będą wydawać  zgodę na konkretne zgromadzenia kierując się „celami społecznymi” tychże. Jeżeli cel zgromadzenia jest „mało społeczny”, to nie będzie zgody. Tym samym to urzędnik będzie decydował, co wolno manifestować, a czego nie. Na razie nie wiadomo, jakie kary czekają uczestników nielegalnych zgromadzeń (tzn. nie zatwierdzonych urzędowo), a zwłaszcza „spontanów”, jak np. na Krakowskim Przedmieściu po 10 kwietnia 2010 r. Problem w tym, że właściwie nie wiadomo co rozumieć pod enigmatycznym określeniem „celów społecznych”. W oparciu o jakie podstawy moralne, o jaką wiedzę i jakie motywacje urzędnik będzie decydował, które cele są „bardzo”, a które „mało” społeczne? Zapewne wszystko będzie uznaniowo i po linii partii, bo przecież normą jest wymienianie najważniejszych urzędników samorządu terytorialnego po wyborach. Warto przywołać i zaproponować tutaj aktualizację innych zapisów wspomnianej wcześniej Konstytucji RP: - Art. 54 punkt 1. Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji. Pod warunkiem uzyskania urzędowej akceptacji. - Art. 25 punkt 2. Władze publiczne w Rzeczypospolitej Polskiej zachowują bezstronność w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych, zapewniając swobodę ich wyrażania w życiu publicznym. Pod warunkiem uzyskania urzędowej akceptacji. - Art. 32 punkt 2. Nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny. Chyba, że urzędnik stwierdzi „cel mało społeczny”. Wtedy wolno. Na przykład protestujących przeciwko rozrostowi biurokracji, fiskalizmowi, nepotyzmowi itp. Innymi słowy PRL – owskie hasło „program partii – programem narodu” (i już nigdy odwrotnie) teraz zostanie zaszczepione na gruncie swobody zgromadzeń. Na swobodę wypowiedzi i przekonań przyjdzie czas w następnym etapie. O swobodzie badań naukowych i publikacji wyników co nieco może opowiedzieć dr Sławomir Cenckiewicz. I tak kolejne „prawo do” oznacza ograniczenie wolności. Przy całkowitej aprobacie ludzi, którzy sami nie chcąc decydować o własnym losie demokratycznie decydują o losie innych, co pięknie wyartykułował Janusz Korwin – Mikke w Manifeście Normalności (polecam lekturę, choć nieco przygnębiająca). Michał Nawrocki

Sukces źródłem porażek

Polska gospodarka kwi..., kwi..., kwitnie oczywiście, o czym starali się nas przekonywać politycy z partii rządzącej oraz przychylne im niezależne media na okoliczność 1000 dni rządu Donalda Tuska. Doskonała kondycja polskiej gospodarki jest wynikiem między innymi „dyscypliny budżetowej” (z dorocznymi dziurami budżetowymi) i skutecznej walki z kryzysem (który wedle zapewnień tegoż rządu najpierw w ogóle nie istniał, potem miał Polskę ominąć, a kiedy doszedł – rząd powstrzymał się od zbytniej ingerencji). Kwestię przyjęcia euro pominięto milczeniem. Na znakomitą kondycję gospodarczą wpłynęło również efektywne wykorzystywanie funduszy unijnych, choć nie udało się ograniczyć biurokracji a próby deregulacji gospodarki, czyli ograniczenia biurokratycznych regulacji zakończyły się porażką. Czyżby naprawdę tak trudno było dostrzec związek pomiędzy sukcesem a porażkami? Tak zwane fundusze unijne, tak jak wszystkie formy redystrybucji, funkcjonują wedle pewnych niezmiennych prawideł i mają określone konsekwencje. Po pierwsze oznaczają fiskalizm, czyli masę przepisów i regulacji – komu, ile i na jakiej podstawie zabrać, żeby można potem hojną ręką rozdawać. Po wtóre – komu, ile i na co przyznawać? Znowu potrzeba regulacji. Po trzecie wreszcie – kontrola wykorzystania funduszy, do której również potrzeba przepisów wykonawczych. A na każdym etapie do wprowadzania w życie kolejnych regulacji potrzebna jest biurokracja, o czym świadczy zatrudnienie 60 tysięcy nowych urzędników za rządów ekipy, która onegdaj stręczyła wyborcom „tanie państwo”. Stąd prosty wniosek, że czym efektywniejsze wykorzystywanie funduszy unijnych, tym więcej biurokracji i urzędniczej kontroli nad gospodarką. Interwencjonizm pod postacią redystrybucji rodzi również inne konsekwencje, taktownie zbywane milczeniem przez entuzjastów dotowania gospodarki. W jego wyniku ludzie mają mniej pieniędzy, które mogliby samodzielnie inwestować. Pojawia się również zjawisko lobbingu na rzecz zamknięcia rynku dla jednych produktów (np. regulacja dotycząca krzywizny banana) tudzież przyłączenia do grupy dotowanej (np. wpisanie ślimaków jako ryb lądowych). Nieodmiennie w takich sytuacjach pojawia się pytanie, jak wyglądałaby gospodarka, gdyby  wysiłki na rzecz zdobycia funduszy skierowane zostały na rozwój poszczególnych przedsiębiorstw, zaciekle walczących o dotacje. I wreszcie chyba najważniejsze pytanie – jakie kwalifikacje i jakie motywacje mają politycy i urzędnicy, by decydować o rozwoju poszczególnych przedsiębiorstw a w konsekwencji – poszczególnych gałęzi gospodarki? Pośredniej odpowiedzi na to pytanie dostarcza teoria Miltona Friedmana o celowości wydawania pieniędzy, gdzie najmądrzej wydajemy własne pieniądze na własne potrzeby, a najgłupiej – cudze pieniądze na cudze potrzeby. Michał Nawrocki Rys.: Szymon Loduchowski

Czy można wrócić do standardu złota? – relacja z debaty

27 maja 2010 r. w zabudowaniach UW odbyła się debata „Standard złota – Święty Graal czy puszka Pandory?” współorganizowana przez Koło Naukowe im. Mirosława Dzielskiego oraz Instytut Misesa. W debacie udział wzięli: dr hab Robert Gwiazdowski (Centrum im. Adama Smitha), dr Mateusz Machaj (Instytut Misesa) oraz dr Waldemar Kozioł (Uniwersytet Warszawski). Dodatkowego „ognia” debacie zadawał zasiadły na widowni Jan Fijor. Niestety, tak zwana złośliwość rzeczy martwych, uniemożliwiła przedstawienie nie tylko dźwiękowego zapisu, ale nawet w znacznej mierze stenogramu debaty. Wszelako mając na uwadze zainteresowanie, jakie wzbudziła sama informacja na temat debaty pokusiłem się o zrelacjonowanie w formie zwartego tekstu myśli i twierdzeń Prelegentów, co mam nadzieję choć w części zrekompensuje Państwu brak dokładnego zapisu z ponad dwugodzinnej debaty. Odchodzenie od standardu złota w ekonomii światowej częściowo związane jest z wielkim kryzysem lat 30. ubiegłego wieku. Jako pierwsza zrezygnowała Anglia w marcu 1931 r., jako jedna z ostatnich – Polska w 1934 r. Po drugiej wojnie światowej nastąpiła dalsza ucieczka od standardu złota, co w jakiejś mierze przełożyło się na przyspieszony rozwój technologiczny w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, chociaż zarówno przed 1939 r. jak i po 1945 r. odchodzenie od standardu złota skutkowało deflacją. Wpływ, jaki wywarł na powojenną polską edukację ekonomiczną (i po części historyczną w zakresie historii gospodarczej) keynesista Oskar Lange sprawił, że obecnie standard złota jest praktycznie nieobecny w debacie akademickiej, wspominany humorystycznie bądź jako przeżytek dawnych czasów. Nieuczciwe jest mówienie o gospodarce bez uwzględnienia standardu złota, czy szerzej – pieniądza kruszcowego, nie tylko dlatego, że był pierwszym zinstytucjonalizowanym systemem finansowym w gospodarce światowej. Mówiąc bowiem o pieniądzu, mówimy de facto o towarze, będącym miernikiem wartości innych towarów. Trzeba przy tym pamiętać, że standard złota, jako pieniądza, nie został wymyślony jak pieniądz papierowy, ale wytworzony w toku celowej ewolucji wymiany dóbr, zaś nikt nie może powiedzieć, że proces ewolucji został zakończony. Warto wreszcie pamiętać, że standard złota nie jest jedynym  możliwym standardem. W historii rolę miernika wartości towarów (czyli pieniądza) odgrywały już np. sól, zboże czy ziarna kawy. Osobnym zagadnieniem jest błędne przekonanie o tożsamości standardu złota z wolnym rynkiem. Złote monety wszak nie wykluczają zamordyzmu czy biurokracji, choć przyczyniają się do jej ograniczenia. [caption id="attachment_9356" align="alignleft" width="300" caption="Dr W. Kozioł w rozmowie ze słuchaczem. Foto. MN"]Dr W. Kozioł w rozmowie ze słuchaczem. Foto. MN[/caption] Zasadniczą kwestią w przywróceniu standardu złota jest problem techniczny. Zasoby złota są bowiem ograniczone, przy czym spora ich część przeznaczana jest na biżuterię. Tymczasem w przypadku przywrócenia standardu złota nastąpiła by konieczność pokrycia w jakiś sposób całej masy zadrukowanego podobiznami prezydentów czy królów fiducjarnego i wirtualnego papieru. Osobną sprawą jest odpowiedź na pytanie kto ma dzisiaj złoto, choć nie można zaprzeczyć, że czym innym jest wprowadzanie parytetu złota, a czym innym inwestowanie w rynek złota. Standard złota jest nie do pogodzenia z obecnym systemem pieniądza fiducjarnego, w którym rządy i banki centralne nadmiernie zadłużają przyszłe pokolenia na poczet rozwoju gospodarczego. Położenie głównego nacisku na kreację pieniądza w perspektywie prowadzi do katastrofy obecnego systemu z jego dynamiką rozwoju, albowiem przedsiębiorczość w coraz większym stopniu zastępowana jest przez planowanie, będące wynikiem biurokratycznego promowania działań paraprywatnych. Rozważając zagadnienie zadłużenia państwa trzeba też pamiętać, że najczęściej mowa jest o długu oficjalnym (mającym wierzyciela), milczeniem zaś pomijana jest kwestia długu zadekretowanego (zobowiązań państwowych). Co ważniejsze – większość państwowego zadłużenia wykorzystywana jest na utrzymywanie nieefektywnej biurokracji. Wynika to również z faktu, że pojęcie zysku i start, czyli rachunku ekonomicznego w przypadku działalności państwa (finansowania z podatków oraz dekretowanych budżetów) jest błędem logicznym wobec braku racjonalnej kalkulacji ekonomicznej. Rzecz jasna ucieczka od fiducjarnego pieniądza jest coraz bardziej palącą koniecznością. Problem jednak, jak to zrobić mając na uwadze, że wprowadzenie standardu złota wobec jego ograniczonych zasobów oznacza redukcję wzrostu gospodarczego do podaży złotych monet. Nie da się też zbyć pytania, czy mit stałego, wysokiego poziomu wzrostu gospodarczego utrzymywany dzięki funkcjonowaniu pieniądza fiducjarnego jest naturalny, tym bardziej, że nie można zadłużać się w nieskończoność. Jak kapitalnie rzecz ujął R. Gwiazdowski – można się najeść wiagry czy naszprycować innymi specyfikami aby dokonywać „cudów”, tylko jak długo? I jakie będą finalne konsekwencje takiego postępowania? [caption id="attachment_9357" align="alignright" width="300" caption="Dr M. Machaj i dr hab R. Gwiazdowski. Foto. MN"]dr M. Machaj i dr hab R. Gwiazdowski[/caption] W XIX wieku system kruszcowy spełniał swe zadanie tylko, że ówczesne tempo przyrostu gospodarczego nie było tak silne jak obecnie. Dzisiejsze tempo wzrostu gospodarczego finansowane jest głównie kredytami, te zaś nie mogą istnieć bez oszczędności, czyli kapitału. Alokacja kapitału prywatnego oznacza przekazywanie przez instytucje finansowe zgromadzonego kapitału tym, którzy mają pomysł na działalność. Przedsiębiorca ryzykując może przeznaczyć swoje zadłużenie na rozwój, co oznacza, że to właśnie zgromadzony kapitał decyduje o produktywności gospodarki. Uzależnienie od mniejszej masy kredytu przy parytecie pieniądza kruszcowego oznacza wolniejsze tempo wzrostu gospodarczego, albowiem nie wszyscy dostaną kredyty, co jest często wysuwanym argumentem przeciw przywróceniu standardu złota. Tym niemniej poza zjawiskiem hiperinflacji w każdym systemie znajdzie się grupa, która nie otrzyma kredytu. W ocenie ryzyka kredytowego warunkiem przy standardzie złota jest istnienie oszczędności. W przypadku, jak obecnie, gdy państwo finansuje rozwój pieniądzem fiducjarnym, ów warunek zanika a o opłacalności inwestycji nie decyduje już rynek i ocena innych prywatnych czynników uczestniczących w rynku, którą bezskutecznie próbowano uśrednić przy pomocy algorytmów. Absurdalność nierealnego systemu oceny ryzyka kredytowego ujawniła się ostatnio w Grecji. Jedynym pomysłem na ratowanie Hellady, której już instytucje finansowe nie chcą pożyczać, jest udzielenie Grekom kredytów przez inne państwa i dopiero wtedy oni nie oddadzą. Paradoksalnie dzisiejsza Grecja jest jedynym państwem poważnie traktującym zagadnienie własnego zadłużenia, co potwierdza prawo Murphy'ego, iż człowiek zaczyna postępować racjonalnie gdy inne sposoby już zawiodły. We współczesnej gospodarce silna podaż pieniądza fiducjarnego przekłada się na rozwój technologiczny, będący motorem napędowym gospodarki. Nowe branże kreują nowe możliwości rozwojowe, nowych odbiorców itd. Niemożność zaspokojenia podaży pieniądza w przypadku standardu kruszcowego wobec jego ograniczonego zasobów oznacza konieczność jego pożyczania, pytanie na jakich warunkach? Paradoksalnie rozwój technologiczny i związany z nim wzrost gospodarczy przyczyniają się do zjawiska spadku cen (nowoczesne technologie pozwalają na wytwarzanie tańszych i lepszych towarów), co jest często wysuwanym argumentem przeciwko przywróceniu standardu kruszcu, gdyż podaż pieniądza uzależniona wtedy od masy pieniądza jest trudna do zaspokojenia. Taka zaś sytuacja przekłada się na stabilność gospodarczą. [caption id="attachment_9358" align="alignleft" width="300" caption="Dyskusja po zakończeniu debaty. Foto. MN"]Dyskusja po zakończeniu debaty. Foto. MN[/caption] Tak jak synonimem rozwoju gospodarczego stał się rozwój technologiczny, tak synonimem rynku jako takiego stały się tzw. rynki finansowe, handlujące papierami wartościowymi. Ich funkcjonowanie ściśle związane jest z pieniądzem fiducjarnym, dzięki któremu dobrobyt dnia dzisiejszego finansowany jest konsumpcją przyszłości. Rolowanie długów przerzucaniem ich na następne pokolenia (co jest ściśle związane z pomijaną dynamiką demograficzną), czyli faktycznie kreacja pieniądza poprzez redystrybucję, ma teoretycznie zapobiegać kryzysowi kapitalizmu – nadprodukcji. Zgodnie z definicją Keysa jak i Marksa kryzys nadprodukcji powstaje w wyniku alokacji kapitału jedynie tam, gdzie spodziewane są najwyższe zyski, w wyniku czego inne branże „kuleją”. Uczciwie trzeba przyznać, że w socjalizmie kryzys nadprodukcji się nie zdarzył, choć nie jest to najlepszy argument pro. Obrazowo sytuację finansowania dobrobytu dnia dzisiejszego konsumpcją przyszłości podsumował R. Gwiazdowski mówiąc, że postawiono wóz przed koniem, co przyczynia się do zawirowań na rynkach finansowych. Charakterystycznym przykładem jest uznawanie za niekorzystny dla sektora naftowego spadek cen ropy – podstawowego surowca. Firmy te tworzą plany finansowe w oparciu o dotychczasowe ceny, co przekłada się wymiernie na wysokość cen akcji i dywidendy. Innymi słowy możliwość zwiększenia produkcji i obniżenia ceny towaru jest dla nich – absurdalnie – niekorzystna. Warto na zakończenie zwrócić uwagę, że rynki finansowe polegają głównie na zmianie właścicieli instytucji finansowych, zarabiających część tego, co przedsiębiorcy są w stanie wytworzyć i zarobić w przyszłości. Problem w tym, że obecnie wartość instrumentów finansowych dwudziestokrotnie przekracza wartość pieniądza, przy czym tylko część owych instrumentów wykorzystywana jest do stymulacji i zabezpieczeń, reszta zaś – do spekulacji. Opracowanie i foto: Michał Nawrocki P.S. Zachęcam Państwa również do zapoznania się z relacją ze spotkania, autorstwa Konrada Rajcy.

Państwo jak teściowa

Mieczysław Wilczek niedawno zauważył, że w Polsce przepisy prawa konstruowane są pod kątem potencjalnych nadużyć. Aczkolwiek stwierdzenie to odnosiło się do sfery życia gospodarczego, to nie będzie nadużyciem rozciągnięcie go również na kwestie społeczne. W taki bowiem sposób należy potraktować nowelizację „Ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w Rodzinie”. Przesłanki do tego znajdujemy już w uzasadnieniu projektu nowelizacji, gdzie czytamy: Z diagnozy przeprowadzonej w 2007 r. dotyczącej skali zjawiska przemocy w rodzinie wynika, że problem przemocy w rodzinie jest zjawiskiem dostrzeganym w polskim społeczeństwie. Z uzyskanych danych wynika, że  dotyczy on średnio około połowy rodzin. Znaczny odsetek, bo prawie dwie trzecie (64%) Polaków zna w swoim otoczeniu, sąsiedztwie takie rodziny, o których słyszeli lub wiedzą, że dochodzi w nich do różnych form przemocy. Wprowadzanie nowelizacji prawa w oparciu o „diagnozy”, badające co ktoś „słyszał” to pomysł, delikatnie rzecz ujmując, idiotyczny, czego – mam nadzieję – tłumaczyć nie trzeba. Ale to nie jedyny absurd, jaki stał się kamieniem węgielnym inkryminowanej nowelizacji. Przede wszystkim bowiem autorzy skupili się wyłącznie na „przemocy w rodzinie” i możliwie szerokim jej definiowaniu, radośnie ignorując złożoność relacji wewnątrz rodziny jak i jej funkcji, zwłaszcza wychowawczej. Przede wszystkim odnosi się to do wychowania dzieci, gdzie wprawdzie różnica między katowaniem, znęcaniem, maltretowaniem czy gnębieniem a wychowaniem jest zasadnicza, to dla pewnego typu ludzi niewątpliwie trudna do pojęcia. Przyjrzyjmy się definicji „przemocy w rodzinie”, jaką wysmażył dzielnicowy Rewiru Dzielnicowych Komisariatu Policji Gdynia Śródmieście – Tomasz Pietrzak, autor Poradnika pracownika socjalnego „Przemoc w Rodzinie”, pokrywającego się swą wymową z projektem nowelizacji ustawy. Przemoc według niego to działanie  intencjonalne i skierowane przeciwko innym członkom rodziny. Przemoc jest zamierzonym działaniem, lub jego zaniechaniem, mającym na celu przejęcie całkowitej kontroli nad ofiarami. W obrębie tego autor rozróżnił różne rodzaje „przemocy”. Abstrahując od ewidentnych form o charakterze przestępczym (katowanie, gwałty itd.) spróbujmy wyliczyć te wyjątkowo intrygujące: narzucanie własnych poglądów, krytykowanie, kontrolowanie, ograniczanie kontaktów (przemoc psychiczna), krytykowanie zachowań seksualnych (przemoc seksualna), działanie mające na celu całkowite uzależnienie finansowe ofiary od sprawcy (przemoc ekonomiczna), wymuszanie lojalności (przemoc emocjonalna). Warto w tym miejscu odwołać się do pedagogiki czy psychologii, które wychowanie definiują jako wszelkie zamierzone działania w formie interakcji społecznych mające na celu wywołanie trwałych pożądanych zmian w osobowościach ludzi. Z kolei owe zmiany (mające na celu socjalizację) mają na celu osiągnięcie przez jednostkę zdolności do życia w społeczeństwie, uznania obowiązujących i akceptowanych norm zachowania, postępowania, prawa, obyczajów itp. Jednocześnie obie nauki podnoszą ogromny wpływ środowiska w procesie wychowawczym, rozróżniając trzy obszary: rodzinę, grupę rówieśniczą (podwórko, klasa itp.) i środki masowego przekazu (media, internet, literatura). Już na pierwszy rzut oka widać, że definicja „przemocy w rodzinie” nijak ma się zarówno do rzeczywistości, jak i nauki. Zacznijmy jednak po kolei. W myśl definicji Tomasza Pietrzaka już sam fakt zostania rodzicem oznacza popełnienie przestępstwa. Paradoks? Nie – przecież każde dziecko jest finansowo uzależnione od rodziców, nadto ustawodawstwo polskie zakazuje zatrudniania nieletnich. Ergo – płodząc dziecko podejmujesz  działanie mające na celu całkowite uzależnienie finansowe. Warto tutaj zastanowić się nad kwestią „kieszonkowego” – kto ma ustalać jego wysokość? Jak często ma być wypłacane? No i czy nie powinno być obłożone podatkiem od darowizny? Kolejna sprawa to „wymuszanie lojalności”. Jak definiuje termin Słownik języka Polskiego (PWN) lojalność to: postawa, postępowanie zgodne z przepisami prawa; prawomyślność, praworządność. I dalej czytamy: prawość, wierność, rzetelność w stosunkach z ludźmi. Innymi słowy jest to uznanie akceptowanych norm życia społecznego. No, ale jakżeż socjalizować, skoro nie tylko „wymuszanie lojalności” jest formą przemocy, ale nawet samo „narzucanie własnych poglądów”? Jak wychowywać, wskazując negatywne zachowania, skoro nie wolno ich krytykować? Jak w ogóle zdobyć informację o takowych, skoro nie wolno kontrolować? Jak uchronić dziecko przed negatywnym wpływem środowiska czy pedofilią, skoro nie wolno ograniczać kontaktów? Jak wreszcie nauczyć, że zaspokajanie choćby nie wiem jak perwersyjnych fantazji seksualnych wbrew zgody partnera/partnerki jest przestępstwem, skoro nie wolno „krytykować zachowań seksualnych”? Tego wszystkiego rzecz jasna ani poradnik, ani nowelizacja nie wyjaśniają. Całkowicie też zdają się nie dostrzegać negatywnych skutków wychowawczych w wyniku pozbawienia szkoły możliwości sankcji. O zjawisku przemocy w szkole, molestowaniu i znęcaniu się wśród uczniów powiedziano już wiele, o źródłach – nic. A przecież nowelizacja pozbawia sankcji wychowawczych również i rodzinę. Rzecz jasna najlepiej byłoby stosować wyłącznie nagrody (tzw. pozytywne wzmocnienie), ale za chwilę może się okazać, że brak nagrody jest formą przemocy. Oczywiście należy podkreślić, że wszelkie formy znęcania winny być surowo karane. Niemniej, jak słusznie zauważył Stanisław Michalkiewicz, prawo pozbawione sankcji nie spełni swej roli, zwłaszcza zaś w przypadku, gdy ewentualne sankcje nie spotykają sprawców. A dzieciaki szybko się uczą, że są bezkarne. Autorzy nowelizacji i poradników powinni o tym pomyśleć, inaczej będzie więcej pogrzebów ofiar nieletnich bandytów, jak chociażby zadźganego na Woli za „krytykę zachowania” warszawskiego policjanta. Miała rację Karolina Elbanowska (Stowarzyszenie Rzecznik Praw Rodziców), która stwierdziła, że państwo upodabnia się do złośliwej teściowej, która w niczym nie pomoże, ale wszędzie ingeruje i wszystko chce kontrolować. Od siebie dodam, że zaprezentowana kultura osobista orędowniczek nowelizacji w programie Jana Pospieszalskiego sprawia, że jakoś się nie dziwię treści ustawy. Jeżeli się czemuś dziwię, to brakowi zapisów o obowiązku uzyskania wydawanego przez urzędników pozwolenia na urodzenie i wychowywanie dzieci. Michał Nawrocki

Hyde Park im. „Roku 1984”

W piątek 5 lutego w kancelarii premiera Donalda Tuska odbędzie się debata na temat cenzury internetu, czyli tzw. indeksu zakazanych stron. Debata pod hasłem „Zapytaj premiera” została przygotowana przez blogera Macieja Budzicha. Informacje o zadawaniu pytania do premiera dostępne są na stronie http://zapytajpremiera.pl/ . Pytania można zadawać do północy środy 3 lutego. Warto tutaj zauważyć, że ponoć premier z uwagą śledzi pojawiające się w internecie komentarze na temat wprowadzenia „indeksu stron zakazanych”. A wiele wskazuje na to, że wirtualna literatura poświęcona zagadnieniu jest wyjątkowo obszerna. Tematyka cenzury internetu kilkakrotnie przewijała się na łamach portalu pro – Kapitalizm. Sporo miejsca problemowi poświęcił serwis prawniczy http://prawo.vagla.pl/ . Obok tego warto wspomnieć o zorganizowanej w Warszawie 23 stycznia 2010 r. manifestacji. Temat podejmowali zarówno zapaleńcy pokroju Martina Lechowicza jak i etatowi publicyści. Wszystko to świadczy o wadze problemu. Internet – niebezpodstawnie – postrzegany jest jako jeden z najważniejszych bastionów wolnego słowa. Z jednej strony objawia się owa wolność pojawiającymi się na portalach niewybrednymi komentarzami – w imię tolerancji – o wszelkie zło obwiniającymi PiS i prezydenta Kaczyńskiego, zadziwiająco jednorodnymi pod względem sformułowań, inwektyw, argumentacji i wniosków. Z drugiej – naprawdę olbrzymią ilością stron niepoprawnych politycznie, krytycznie oceniających sytuację. Dodajmy, że często będących cierniem w oku polityków, jak http://www.tuskwatch.pl/ czy znienawidzony (i tropiony) przez warszawską PO krytyczny wobec Hanny Gronkiewicz – Waltz serwis http://hgw-watch.pl/ . Ciekaw jestem, czy w tej debacie zostanie podniesiona pewna kwestia. Otóż projektowane prawo, dające praktycznie nieograniczoną swobodę państwu w blokowaniu niepoprawnych stron (niejasność uprawnień, kwestie odblokowania etc.) nakłada się na aspekt dotąd pomijany. Otóż jednym z celów UE, realizowanym za pieniądze podatników, jest budowa tzw. społeczeństwa informacyjnego. Istotną rolę odgrywa tu dostępność społeczeństwa do internetu, niedawno sprowadzona przez lewicę „ad absurdum” jako „prawo do internetu”. Innymi słowy społeczeństwo ma prawo do informacji dostępnych w internecie, ale jedynie tych, które zyskają odgórną aprobatę. Przypomina się tutaj pomysł Georga Orwell'a – w każdym domu telewizor, którego nie można wyłączyć ani wyciszyć, emitujący jedynie słuszne treści. Czy do tego faktycznie zmierzamy? Michał Nawrocki

Cenzura puściła?

Przyznam szczerze, że nieczęsto mam ostatnio okazję oglądać telewizję. Zresztą – mała strata, nawet czytanie streszczeń propozycji programowych kolejnych stacji może się okazać bolesne. Chociaż i tak mniej bolesne, niż oglądanie. Niemniej trzeba przyznać, że „polskie” produkcje na ogół dorównują poziomem zagranicznej pulpie „dla opornych”, a zdarza się, że ją znacznie przewyższają poziomem. Ale rzadko, niestety... No cóż – dzisiejsza polska kinematografia to albo produkcje zbyt ambitne, aby przyciągnąć masowego widza do kina, albo prymitywne „kalki”, bezmyślnie powielające obce wzorce. Szczególnie przykładem mogą tu być seriale – adaptacje obcych produkcji intrygują i śmieszą do momentu, gdy uświadomimy sobie, że są one jedynie lokalną wersją zagranicznego pomysłu. A wtedy już nietrudno o deprymujący wniosek, że pewne stereotypy (szczególnie negatywne) są powszechne niezależnie od szerokości geograficznej. Być może dlatego PRL – owski porucznik Borewicz, cieć Anioł czy warszawscy taksiarze, uwiecznieni w serialach, są dziś kultowi i niepowtarzalni. Na tle wszędobylskiego chłamu niezwykle pozytywnie wyróżnia się polski serial „Ranczo”. Szczerze mówiąc nie wiem, czy pomysł jest polski, czy też jest to adaptacja obcego wzorca. I mało mnie to obchodzi – wyszło kapitalnie. Są odcinki lepsze, są gorsze, ale zawsze z butów wyłazi nasza swojska słoma wywołując uśmiech bądź refleksję. Osobiście sądzę, że pomysł jest wybitnie krajowy – większość cudzoziemców raczej by nie zrozumiała specyficznego podejścia do rzeczywistości „ławeczkowej” ekipy spod sklepu. I wielu innych sytuacji. No bo czegóż tu nie ma? Są bliźniaki, toczące zażartą wojnę; jest policjant, do portretu którego mogłaby z powodzeniem pozować niejedna dzielnicowa i niejeden dzielnicowy; jest wójt – kombinator oraz gnida piarowiec... są wreszcie zwykli ludzie, mający wszystko wiadomo gdzie wobec konieczności przeżycia. Słowem – polska rzeczywistość w pigułce przeczyszczającej. Jest też lokalna wersja Kopciuszka, gdzie w wydaniu męskim (polityczna poprawność?) pędzi on bimber, którego za kołnierz nie wylewa, i ogólnie wiedzie żywot człowieka niecnotliwego. Do czasu, aż spotyka swoją księżniczkę z bajki, dysponującą twardą walutą i paszportem USA. Po co o tym piszę? Bo chciałbym zwrócić uwagę Czytelników na 47. odcinek tegoż serialu, zatytułowany „W samo południe”. Tytuł nieprzypadkowo nawiązuje do klasyki westernów. Do zapadłej miejscowości przyjeżdżają gangsterzy i zaczynają terroryzować mieszkańców oraz żądać pieniędzy „za ochronę”. W końcu mieszkańcy się jednoczą w oporze, wyciągają z różnych zakamarków nielegalnie posiadaną broń palną i spuszczają łobuzom tęgi łomot. Cała sytuacja opowiedziana wartko, barwnie i z humorem. Ale przecież to nic innego, jak uzasadnienie powszechnego dostępu do broni palnej! Szczerze wątpię, by jakikolwiek gangster zaczął swoją działalność nie wiedząc, czy w przypadkiem nie oberwie „kulki” od potencjalnej ofiary. W końcu, jak kiedyś trafnie zauważył R. A. Ziemkiewicz, pacyfizm rozbraja jedynie ofiary, nigdy przestępców. Inna sprawa, że można by wtedy zrewidować uprawnienia policji i straży miejskiej (których dewizą jest powtarzane jak zaklęcie „nic nie możemy zrobić”), a i uposażenie takoż. No, ale pomarzyć dobra rzecz... Dziwi mnie jednak, że taki odcinek nie tyle został nakręcony, ile wyemitowany. Czyżby cenzura przypadkowo puściła? Zresztą, może i nie przypadkowo, może to fragment większej całości? Na poniedziałek (1 lutego 2010 r.) o 20:20 program 1 TVP zapowiedział emisję kapitalnego dokumentu „Towarzysz generał”, poświęconego karierze wojskowo – politycznej W. Jaruzelskiego. Jakby coś na łączach siadło, to dokument można zobaczyć tu: http://www.youtube.com/watch?v=aCR_H9Bl2Cc (podzielony na 8 części). Michał Nawrocki

Sprzeciw o decydującym znaczeniu

Jak wiadomo, tzw. obietnice wyborcze w Polsce nie są żadnymi wiążącymi zobowiązaniami. Dzięki temu nazwy partii politycznych zmieniają się częściej niż osoby działaczy, którzy poglądów zmieniać nie muszą. Z drugiej strony psychologia społeczna twierdzi, że zdecydowana większość ludzi, nie wyłączając polityków zmieniających „barwy klubowe”, nie ma własnych poglądów, a jedynie klepie bezmyślnie to, co im inni suflują do wierzenia. Trudno się z tym nie zgodzić obserwując polaryzację kolejnych politycznych ekip, obejmujących rządy z nadania wyborców. Dodajmy zresztą, dla pamięci, że owe rządy obejmują w wyniku różnych obiecanek – cacanek, których z zasady nie realizują, co nie przeszkadza im w pobieraniu sowitych wynagrodzeń. No dobrze, ale skoro tak się sprawy mają, to właściwie według jakich zasad wyborcy dokonują skreśleń na kartach do głosowania? Najliczniejsza grupa czyni to nogami, czyli po prostu nie bierze udziału w wyborach zakładając na podstawie dotychczasowych doświadczeń, że to i tak nic nie zmieni. Na drugim biegunie znajduje się stosunkowo nieliczna grupa, która wyborów dokonuje świadomie i zgodnie z własnymi poglądami. Obok nich można umieścić również tych, którzy popierają ugrupowania polityczne niekoniecznie z przyczyn ideologicznych. Najciekawsza – i niestety najliczniejsza – jest jednak trzecia grupa wyborców, już pozbawiona złudzeń lecz nadal biorąca czynny udział w wyborach. Tyle, że swoją troskę o losy państwa wykazuje w dość niezwykły sposób – głosując przeciw. W ten sposób do władzy w 1995 r. doszedł Aleksander Kwaśniewski, gdyż Polacy mieli już dość polityki robionej „sikierkom” przez Najwybitniejszego Noblistę Wśród Stoczniowców – Lecha Wałęsę. Również młodzi, co to się SMS – ami skrzyknęli nie tyle głosowali za PO, ile bardziej przeciwko PiS. Gdyby bowiem rzeczywiście popierali pełen absurdów i sprzeczności program wyborczy PO (rzecz jasna tacy też byli), to dziś nawet najlepiej fabrykowane sondaże poparcia wyglądałby zupełnie inaczej. Ale to już inna sprawa. Zasadniczym problemem w przypadku tej grupy jest łatwość sterowania nią. Wiedzą o tym media i perfidnie wykorzystują tę wiedzę. Komiczny jest w tym fakt, że obiektywnie rzecz biorąc nie ma żadnej różnicy pomiędzy głosującymi pod dyktando „Gazety Wyborczej” czy „Radia Maryja”. Wiedzą o tym doskonale politycy, nagminnie identyfikujący się nie poprzez swoje poglądy i dokonania, ile poprzez negowanie poglądów i dokonań potencjalnych przeciwników politycznych. Inna sprawa, że brak realnych dokonań kolejnych ekip rządzących nie pozostawia im szerszego pola manewru. W ten sposób próbuje się wyeliminować z polityki dopiero w przeddzień wyborów Pawła Piskorskiego. Dlatego komisja do spraw nacisków w służbach specjalnych nieefektywnie ciągnie się w nieskończoność, podczas gdy komisja w sprawie tzw. afery hazardowej przebiega w iście ekspresowym tempie tyle, że miast cokolwiek wyjaśniać zajmuje się udowadnianiem, że inni byli gorsi. Można też stosować inną wersję tej metody. Oto 18 stycznia przypadkiem trafiłem na program Moniki Olejnik, która „poważnie dyskutowała” z byłym prezydentem, Lechem Wałęsą. Oszczędzę Czytelnikom relacji jego megalomanii, gdzie brawura językowa najdobitniej obrazuje stan intelektu. Z perspektywy osoby dobrze pamiętającej prezydenturę Lecha Wałęsy istotna wydaje się refleksja, że ta cała Platforma Obywatelska wcale nie jest taka najgorsza. Potem na szczęście przyszło otrzeźwienie. Zawsze jest wybór, nawet, jeśli wydaje się, że go nie ma. Sprzeciw w ostateczności można wyrazić wypisując na karcie do głosowania swoją opinię o kandydatach. Michał Nawrocki

Śliski temat

Nieoczekiwany sukces w walce z globalnym ociepleniem, którego to sukcesu skutki możemy oglądać na ulicach, najwyraźniej przerósł swoimi rozmiarami możliwości włodarzy. Dzięki temu całe społeczeństwo może się poczuć jak bohaterowie programu „Gwiazdy tańczą na lodzie”, wprawiając swe kończyny dolne w wymyślnej ekwilibrystyce na nieodśnieżonych chodnikach. Nie zapomniano również o kierowcach, dzięki czemu sport ekstremalny, jakim jest uprawiany powszechnie na polskich „drogach” survival, stał się jeszcze bardziej ekstremalny, tym bardziej, że najwyraźniej policyjne apele pozostania w domach oraz niekorzystania z samochodów do serca wzięli sobie pracownicy służb oczyszczania. Inna sprawa, że i tak na ogół stosują one taktykę „po co odśnieżać, skoro jeszcze pada?”, co pewnie jest wynikiem płacenia za podpisaną umowę a nie za wykonaną pracę. Wielka szkoda, że owej taktyki nie uwzględniono w systemie podatkowym.

Odśnieżanie odśnieżaniem, ale warto wspomnieć tutaj o tonach bezmyślnie sypanej na ulice soli. Nikogo nie obchodzi fakt, że dzięki niej buty rozlatują się po sezonie, samochody szybciej korodują itd. Podobnie jak fakt, że niezgarniana sól rani psie łapy, a kiedyś spłynie do rzek i wód gruntowych. Aż się prosi o pytanie gdzie są tzw. ekolodzy? Zapadli w sen zimowy, czy jak?

Optymistyczny pesymizm

Tradycją stycznia stało się podsumowywanie minionego i fantazjowanie o rozpoczynającym się roku – jaki będzie?. Jedni się martwią, że będzie gorzej, inni pocieszają, że gdyby być mogło to już by było. W moim subiektywnym odczuciu 2010 rok będzie naprawdę bardzo dobry. Dla publicystów na pewno. No i dla satyryków, jeśli rzecz jasna się odważą. Kryzys finansowy, który miał nas ominąć wprawdzie do nas doszedł, ale zaraz się skończył dzięki geniuszowi ekonomicznemu polskiego rządu, tylko co rusz pieniędzy brakuje, zapewne z powodu osiągniętego wzrostu gospodarczego.. Ponieważ w kieszeniach podatników coraz większe pustki, więc nie ma tam po co sięgać. Rozwiązaniem jest prywatyzacja (eufemizm na określenie sprzedaży cudzej własności), której tym razem patronuje minister Aleksander Grad. Najwyraźniej minister Boni wyleczył już u niego stoczniowy katar. Minister Grad niepomny czkawki, jaką Polsce odbijają się poprzednie masowe prywatyzacje planuje pójść na całość, sprzedając całe przedsiębiorstwa bądź pakiety kontrolne. Plany prywatyzacyjne ministra Grada zapowiadają nieliche emocje oraz gorące dyskusje. Pod przysłowiowy młotek pójść mają w całości bądź częściowo: sektor elektroenergetyczny, przemysł chemiczny, sektory finansowo – ubezpieczeniowy, wydobywczy i hutniczy, farmaceutyczny, budowlany, handlowy, uzdrowiskowy, maszynowo – metalowy, transportowy i „zbrojeniówka”, potrzebna kompanii reprezentacyjnej szumnie zwanej armią jak wrzód wiadomo gdzie. Ciekawe w tym jest to, że „liberałowie” zamiast otworzyć rynki dla inwestycji wyzbywają się tego, co mogłoby im zapewnić realną (poprzez konkurencję) kontrolę nad gospodarką. A swoją drogą to ciekawe, czy w planowanym na 2010 r. budżecie rząd uwzględnił wpływy z prywatyzacji, czy nie? Bo jeśli uwzględnił i skuteczny będzie jak zawsze... Trzeba też pamiętać, że rozpoczynający się rok przyniesie emocje w postaci wyborów prezydenckich i samorządowych. No, to się społeczeństwo nasłucha, jak to politycy dbają o wolność słowa, jakie to społeczeństwo jest ważne, dobre i kochane, jak wszyscy chcą mu zrobić dobrze i dlaczego dotąd im nie wyszło. Wszystko obliczone jest na to, że olśniony świetlanymi perspektywami lud zapomni o niespełnionych obietnicach i niewypełnianiu podstawowych powinności typu odśnieżanie chodników (a któż to wziął pieniądze za sprawdzenie?), czy sporadyczne przysypywanie udeptanym żwirkiem dziur i wystawianie rachunków za remont dróg. Może nawet znów Polacy będą kokietowani podatkiem liniowym przez to samo ugrupowanie, które w warunkach inflacji zamroziło progi podatkowe, limity ulg czy koszty uzyskania. Tylko inflacji nie zamroziło, w końcu wolny rynek. Wszystko to być może, albowiem dwadzieścia lat temu upadający komunizm twórczo transformował. W skrócie owa transformacja polegała na tym, że za PRL – u urzędnicy wszystkich szczebli (w tym obieralni) bezkarnie robili co chciała, a teraz co chcą, to robią bezkarnie. Nieważne, czy jest to jakiś lokalny urząd administracji samorządowej, czy też wyższego szczebla administracja państwowa, wypełnianie ustawowych obowiązków jest poniżej godności urzędników. Zresztą, czemu się dziwić, skoro przykład płynie z góry? W Polsce zobowiązania przedwyborcze nie mają żadnej wiążącej mocy prawnej, co w sytuacji, gdy politycy zyskują przywileje, władzę i dochody właśnie w wyniku złożenia podatnikom obietnic, bez trudu można określić jednoznacznie. Ale „strzeżonego Pan Bóg strzeże”, dzięki czemu społeczeństwo może pomarzyć o jakiejkolwiek odpowiedzialności za czyny i słowa rządzącej koalicji, zwłaszcza zaś o zwrocie niesłusznie pobranych pieniędzy z tytułu niedotrzymania zobowiązań wyborczych. Michał Nawrocki

Postępujący relatywizm

Z perspektywy czasu największym osiągnięciem socjalizmu wydaje się być upowszechnienie relatywizmu, według którego sprawiedliwość, etyka itd. są względne. Żądanie upaństwowienia majątku kapitalistów, będącego rzekomo wynikiem grabieżczego wyzysku robotników, rodziło paradoks „kradzież kradzionego nie jest kradzieżą”. Skoro bowiem majątek kapitalistów był efektem okradania robotników, to aby sprawiedliwości stało się zadość, należałoby zwrócić majątek prawowitym właścicielom czyli robotnikom, i to w zgodzie z zasadami prawa, które ową „kradzież” sankcjonowało. Tymczasem mienie kapitalistów przejmowało według tworzonych ad hoc przepisów państwo, które łamiąc zasadę niedziałania prawa wstecz pozbawiało majątku zarówno potencjalnych „złodziei” jak również ich „ofiary”. Legitymizacja prawna „upaństwowienia” stworzyła nowy rodzaj burżuazji – bonzów partyjnych, którzy swe znaczenie i majątek zawdzięczali nie pracy i zdolnościom, lecz przynależności partyjnej. Doprowadziło to w efekcie do zanegowania norm etycznych, gdyż zakwalifikowanie do klasy „kapitalistów”, których automatycznie można w majestacie prawa okraść, osądzało człowieka, a nie jego czyny. Jednocześnie też nastąpiła degeneracja roli pracy jako pozytywnej wartości decydującej o majątku i pozycji społecznej jednostki. Absurdalność relatywizowania wszystkiego rozpleniła się jak zaraza, stając się religią tzw. elit społecznych, zapewniających sobie tym samym bezkarność oraz apanaże nijak nie mające się do ich dokonań. Ukoronowaniem relatywizmu do roli nadrzędnego kryterium ocen stało się przyznanie pokojowej nagrody Nobla prezydentowi USA, Barackowi Obamie, który walczy o pokój, że aż się krew leje. Również i w Polsce relatywizm jako oficjalna „religia” ma się świetnie. Dzięki temu dowiadujemy się, że badanie przeszłości osób publicznych pokroju Lecha Wałęsy, Aleksandra Kwaśniewskiego, Wojciecha Jaruzelskiego czy Stefana Niesiołowskiego stanowi zamach na podstawy ustroju demokratycznego i jest przejawem skrajnej niesprawiedliwości, gdyż jak wieść gminna niesie, zatwierdzone „autorytety”  cokolwiek czynią – słusznie czynią. Kolejnym polem triumfu relatywizmu może okazać się afera z senatorem Piesiewiczem w roli głównej, która prawdopodobnie zakończy się podobnie jak sprawa posła Cezarego Atamańczuka. Za prowadzenie samochodu pod wpływem narkotyków, posiadanie narkotyków, ucieczkę przed policją oraz usiłowanie przekupstwa Atamańczuk został skazany na karę dwóch lat w zawieszeniu, grzywnę i zakaz prowadzenia pojazdów. Posłem pozostanie. Satyryczne kuriozum stanowi uzasadnienie wyroku „prywatnym” charakterem przestępstwa Cezarego Atamańczuka, który popełniając przestępstwo nie był jeszcze posłem. Dowcip cały polega na tym, że każde przestępstwo jest przecież działaniem prywatnym konkretnej osoby, zaś te, których dopuścił się „prywatnie” Cezary Atamańczuk są zazwyczaj surowo karane. No ale cóż, gdy relatywizm święci triumfy osądzane są osoby a nie czyny a neutralność państwa gwarantują różnorakie parytety. Źle to wróży na przyszłość. Źle też świadczy o społeczeństwie, które obojętnie godzi się na spychanie do roli obywateli drugiej kategorii. Michał Nawrocki Jako ilustrację wykorzystano fragment okładki do książki Roberto de Mattei - "Dyktatura relatywizmu", Wydawnictwo PROHIBITA 2009

Niestety, konsekwencje

Kiedy Komisja Europejska ogłosiła, że polskie stocznie mają zostać sprywatyzowane albo zlikwidowane stało się jasnym, że właśnie wydany został wyrok śmierci na polski przemysł stoczniowy. Logicznym bowiem był wniosek, że przy takim ultimatum nie znajdzie się żaden inwestor, który zechce się bawić w podpisywanie umów z rządem i związkami zawodowymi, skoro będzie miał możliwość wykupić polską konkurencję za bezcen i bez zobowiązań. W tej sytuacji rząd Donalda Tuska mógł jedynie robić dobrą minę do złej gry, co zresztą zrobił i nadal robi wciąż budząc nadzieję w ludziach przerażonych widmem bezrobocia. Protestującym we wtorek w Warszawie stoczniowcom nikt nie był uprzejmy powiedzieć, że ich obecna sytuacja nie jest żadnym kryzysem, tylko rezultatem przystąpienia Polski do UE na takich, a nie innych zasadach. A przecież ktoś się na to zgodził w referendum 2003 r., choć wielu ostrzegało, że zasady członkostwa Polski w UE są wyjątkowo dla RP niekorzystne. Do palących opony w bezsilnym proteście stoczniowców nie przyszedł też żaden eko – aktywista, żeby ich przekonać, że likwidacja przemysłu ciężkiego to przecież mniejsza emisja CO2, a to przecież dobrze. Na marginesie warto zadać pytanie, czy polski przemysł stoczniowy był, czy nie był uwzględniony w przyznanych Polsce limitach emisji CO2?