Tag Archives: Milton Friedman

Milton Friedman a czynnik ludzki

16 listopada 2006 roku, przeżywszy 94 lata odszedł od nas na zawsze wielki szermierz wolności. Milton Friedman - ekonomista, myśliciel moralny. Jego praca i życie zasługują na szczególną uwagę.

Jak polski ekonomista zainspirował chiński cud gospodarczy

W tworzeniu planu reform gospodarczych po odejściu od komunizmu w 1979 r. Chińczykom pomagał polski ekonomista Włodzimierz Brus – wynika z wydanej w USA książki „Unlikely Partners. Chinese Reformers, Western Economists and the Making of Global China” autorstwa Juliana Gerwitza.

Polscy biskupi i uchodźcy

W ubiegłym tygodniu po zakończeniu 373. Zebrania Plenarnego Episkopatu ogłoszono, że Caritas Polska podejmie się zorganizowania korytarza humanitarnego dla uchodźców z krajów ogarniętych wojną na Bliskim Wschodzie. Byłby to zorganizowane przeloty dla małych grup osób najbardziej potrzebujących pomocy z obozów dla uchodźców, by nie ryzykowali przeprawy przez morze.

O tym jak Wilsonem chciano bronić Friedmana

Wśród naukowców, zwłaszcza pośród biologów i psychologów, obserwuje się ostatnimi czasy tendencję do biologizowania każdego przejawu ludzkiej aktywności i zachowania. A że w biologii obowiązuje paradygmat darwinowski toteż wszelkie dywagacje na ten temat ujmuje się w kategoriach ewolucyjnych adaptacji.

Zdobycze socjalne częścią dobrobytu narodu?

Niedawno otrzymałem list z taką właśnie ciekawą opinią sugerującą, że zachód jest mocno rozwinięty, ponieważ wprowadził w życie socjalne pomysły. Żeby zrozumieć, o co chodzi w rozwoju gospodarczym, trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, skąd on się w ogóle bierze.

Zekonomizować masy

Krytykowanie kapitalizmu, który rzekomo z samej istoty opiera się na chciwości i idącej z nią w parze niemoralności, stało się najbardziej lotną odmianą populizmu. Lwia część społeczeństwa nie rozumie jednak co tak naprawdę konstytuuje będący jego podstawą „wolny rynek”. Mimo to, wini go za wszelkie ekonomiczne klęski, obecny kryzys oraz „niskie” zarobki. I jest to paradygmat naprawdę bardzo szkodliwy.
Z czego to wynika? Dlaczego Polacy tak często lżą kapitalizm? Źródło takich zachowań leży u podłoża kultury, która kształtowała się w nas – jako narodzie - przez cały okres trwania PRL-u. Wciąż uważamy, że „wszyscy mamy równe żołądki”, a wolny rynek w połączeniu z napędzającą się dzięki niemu globalizacją tworzy coraz większe wyrwy w dochodach, i nie potrafimy tego zaakceptować. Oczywiście patrząc z perspektywy ludzi, dla których kapitalizm „się nie sprawdził”, bo nie udało im się najzwyczajniej wzbogacić. Czy to z powodu pecha, czy z braku umiejętności. Z drugiej strony, to właśnie wywiedzione z Oświecenia idee wolności gospodarczej dały upust naszej „bizantyjskiej kulturze”. Rzesze Polaków, wbrew Michael’owi Moore’owi, uważają kapitalizm za prawdziwe love story i trudno im się dziwić. Właśnie dzięki niemu mogli efektywniej spożytkować swoją nieprzeciętną wiedzę i zdolności. Mówiąc krótko, osiągnąć sukces, za który zostali sowicie wynagrodzeni. „Sprawiedliwość społeczna” Jak ujął to w możliwie najbardziej przekonujący sposób odnosząc się do największych umysłów w historii ludzkości Milton Friedman: - Ich osiągnięcia były pochodną geniuszu osobowości lub twardych i niekonwencjonalnych poglądów kwitnących w klimacie społecznym akceptującym różnorodność i nietuzinkowość. Nie pochodną wykorzystywania słabszych, którzy w darwinistycznym wyścigu znajdowali się na z góry przegranych pozycjach, a dokładnie odwrotnie – czyniąc to w ich interesie. Antycypując przyszłą podaż, której emanacją są zawsze przyszłe, czekające na zaspokojenie ludzkie potrzeby i zachcianki. Kłopot w tym, że aby spojrzeć na to z tej strony – a nie z perspektywy tych, którzy na kapitalizm patrzą jak na sumę zysków i strat, a w ludziach zarabiających ponadprzeciętnie widzą wyzyskiwaczy i oszustów – trzeba by opuścić pewien wykreowany przez socjalistyczną inżynierię społeczną paradygmat „sprawiedliwości społecznej”. Swego rodzaju egocentryczny sposób myślenia, ukazujący „kapitalistę” jako tego znienawidzonego prywaciarza żerującego na masach pracujących. Prawda jest jednak taka, że to właśnie ta jednostka, a nie masy pracujące tworzą wartość dodaną dla całego społeczeństwa. To dzięki takim osobom – odnosząc się do analizy Roberta Gordona – nasza cywilizacja doznała trzech wielkich rewolucji, które odpowiadały niemal za cały rozwój zachodniej cywilizacji (rewolucji technologicznej 1750 roku związanej z maszynami tkackimi oraz transportem oceanicznym, rewolucji przemysłowej przełomu XIX i XX w. oraz rewolucji technologicznej, której początek datowany jest na rok 1960). Na kursach podstaw ekonomii naucza się, że środkami produkcji są: ziemia, kapitał i praca. Zgoda. Tym jednak, co „robi różnicę”, daje ogółowi pewien awantaż na przyszłość i przyczynia się do rozwoju cywilizacji, a co za tym idzie szybkiego wzrostu gospodarczego, jest kapitał ludzki. A mówiąc ściślej, to co wypływa z ludzkiego umysłu i serca, oraz zmienia materię wokół niego, omijając przy tym zastane szablony, tworząc nowe, lepsze szablony, które będą wykorzystywane przez ludzi do czasu kolejnego bardziej wydajnego pomysłu. Natomiast co do wyzyskiwania pracowników i wspomnianego marksistowskiego paradygmatu: już Joseph Schumpeter starał się wskazać, że kapitaliści to nie „łowcy kapitału, ile zakładnicy kapitału”, tj. żeby zdobyć kapitał, muszą najpierw pewien kapitał zainwestować. Muszą zasiać, żeby zebrać. Dawać, żeby zabrać… Polacy jednak wciąż nie chcą przyjąć tego do wiadomości. Antyteza chciwości Co gorsza, nie nauczyli się myśleć długofalowo i z rozmachem, co dla tworzenia „wartości dodanej” stanowi swoiste conditio sine qua non. Perspektywicznego myślenia najlepiej uczy zaś wolny rynek, którego w Polsce po prostu zabrakło. Dwadzieścia lat nie wystarczyło, by zaaklimatyzować się w nowej skomplikowanej rzeczywistości. O tym wszystkim w wywiadzie udzielonym niegdyś "Forbesowi" szalenie ciekawie opowiada prof. Jacek Kochanowicz, kierownik Katedry Historii Gospodarczej UW. "W Polsce nie było dwóch typów instytucji, które zmodernizowały najpierw Europę, a potem Amerykę, tj. kapitalizmu i państwa. [...] W XIX wieku szlachta uważała kupczyków za gorszy gatunek ludzi. Niechętni mu byli romantycy. Po II wojnie światowej większość była za socjalizmem demokratycznym i socjalistyczną gospodarką rynkową. Nawet Solidarność była tylko za rynkiem, ale nie za prywatną własnością". Słowem NSZZ walczyły o „socjalizm z ludzką twarzą”. "Międzywojenny [natomiast] okazał się za krótki, żeby nowoczesnego państwa porządnie się nauczyć". To dlatego Polacy nie inwestują, nie mają bladego pojęcia o rynkach i możliwościach pomnażania kapitału, co między innymi miało swój wpływ na sprawę Amber Gold. Wracając jednak do myśli przewodniej, kapitalizm - przede wszystkim (z góry przepraszam za niebywały wręcz truizm) - nie jest dla leni. Pracowitość to jego synergia i podstawowy fundament. Oczywiście możemy sobie mniemać, że jesteśmy wyjątkowi i coś po prostu nam „się należy”. Wolny rynek nie toleruje jednak wywiedzionych z socjalizmu roszczeniowych postaw. Jak pisał Adam Smith – to zresztą najbardziej znany cytat z mistrza - stopa życiowa zależy od "umiejętności, sprawności i znawstwa, z jakim swą pracę zazwyczaj wykonywa". By stawać w rynkowe szranki trzeba się nieustannie doskonalić. I właśnie Schumpeterowska twórcza destrukcja jest najważniejszym przesłaniem kapitalizmu. To bowiem innowacyjność pcha świat naprzód. Dzięki niej ludzie są w stanie nawzajem zaspokajać swoje potrzeby. Na tym też polega moralna podstawa ustroju opartego ma wolnej konkurencji i prawie własności i nie ma w tym nic niegodziwego. To antyteza chciwości! (Mówiąc nawiasem koncepcja „niewidzialnej ręki” nie odnosiła się w swym założeniu do, jak się powszechnie sądzi, samorzutnego mechanizmu sterującego rynkiem. Stanowiła – mówiąc językiem współczesnym - koncepcję społecznej odpowiedzialności biznesu). Awangarda postępu Dzięki wolnemu rynkowi co rusz powstają bardziej skomplikowane wynalazki, które napędzają wzrost gospodarczy. Konkurencja jest zaś wyłącznie katalizatorem tego prorozwojowego procesu. Jak wskazuje Alan Greenspan "problem w tym, że dynamika stojąca za kapitalizmem (…) ściera się z ludzkim pragnieniem stabilizacji i pewności". Rzecz prosta, im większy poziom konkurencji, tym większy stres dla uczestników rynku. Im większa rywalizacja, tym większy postęp technologiczny, coraz bardziej efektywna eksploracja przeróżnych nisz, a co za tym idzie częstsza zmiana technologii i urządzeń, do których obsługi potrzeba coraz lepiej wykwalifikowanych pracowników, którzy oczywiście, ze względu na nienadążającą podaż, są odpowiednio coraz lepiej opłacani. A w rezultacie – coraz powszechniej występujące poczucie niesprawiedliwej dystrybucji dóbr. Pole do popisu mają tutaj wszelkiej maści socjaliści i reprezentowane przez nich stronnictwa, które mimo że tytułują się mianem nowoczesnych lub „modernizacyjnych”, dawno wypadły z awangardy postępu, zapominając że dziś ich grupa docelowego elektoratu, czyli wielkoprzemysłowi robotnicy, dzięki wolnemu rynkowi korzystają z imponującej siatki bezpieczeństwa w postaci bardzo wysokich odpraw czy prawa do akcji prywatyzowanych przedsiębiorstw. Innymi środowiskami, będącymi w dużo gorszej kondycji, dajmy na to takimi jak taksówkarze czy pracownicy dyskontów, lewica z kolei po prostu omieszkała się zainteresować, pozostawiając ich związkom zawodowym, a więc produktom… kapitalizmu właśnie. Czyżby ludziom, którzy po całych dniach dyskutują o problemach klasy robotniczej a nie potrafią odróżnić młotka od hebla, zabrakło altruizmu? Pozostawmy to do oceny każdemu czytelnikowi z osobna. Ekonomizacja mas My zaś poprzestańmy na dość banalnej konkluzji. W polskiej debacie publicznej  szeroko rozumiana ekonomia zajęła ostatnio poczesne miejsce. I bardzo dobrze. Problem w tym, że jeśli nie wyjdziemy z roszczeniowego paradygmatu „sprawiedliwości społecznej”, chwytliwe, odmieniane przez wszystkie możliwe przypadki słowa polityków o wtórnym podziale dóbr dalej będą budziły pozytywne reakcje wśród większości wyborców. Jedynym sposobem na opuszczenie tego destrukcyjnego sposobu myślenia jest zaś ekonomizacja mas - coś na kształt idei „polityzacji mas” - którą osiągnąć można wyłącznie dzięki pracy u podstaw, „organicznikowstwie” niezależnych ekonomistów polegającym na zwiększaniu społecznej wiedzy na temat ekonomii i jej podstawowych praw. Tylko na jej skutek, za jakiś czas, głównym tematem debat gospodarczych w Polsce może być już nie redystrybucja dochodów a przywilejów...  Michał Wołangiewicz Foto.: PSz/Prokapitalizm.pl Tekst ukazał się pierwotnie w oficjalnym magazynie Uniwersytetu Wrocławskiego „Uniwersal.info”

Dlaczego krytykujemy Pinocheta a nie Allende?

Na wstępie musimy sobie wyjaśnić, kto przede wszystkim krytykuje Augusta Pinocheta, byłego dyktatora Chile. Mianowicie są to miłośnicy lewicowego sposobu myślenia, są to miłośnicy gospodarki centralnie sterowanej, czyli gospodarki, która swój „złoty wiek” miała przez 50 lat komunizmu za Żelazną Kurtyną i która przez cały ten okres ledwo dyszała, wreszcie upadając na początku lat 90 ubiegłego wieku.
Dlaczego krytykuje się Pinocheta a nie Allende? Bo w dzisiejszym świecie zdominowanym przez komunistów, socjalistów i socjaldemokratów wszelkiej maści i odcieni trudno jest krytykować lewaka, a tym był przecież Allende. Warto przypomnieć, że prezydentem Chile został z ramienia Unidad Popular, tj. Frontu Jedności Ludowej. Czym się „zasłużył” dla kraju? Nacjonalizacją przemysłu, reformami na wzór socjalistyczny, zresztą nie ma w tym nic dziwnego, w końcu jego poczynania wspomagane finansowo były przez partie komunistyczne, marksistowskie i socjaldemokratyczne z całego świata. Co wyszło z tego lewicowego chilijskiego eksperymentu? Wystarczy spojrzeć na statystyki PKB Per capita, które od początku lat `70 wieku XX (Allende objął urząd prezydenta Chile w roku 1970) zaczęły drastycznie lecieć w dół... ...co więc złego zrobił Pinochet, że to mówi się o nim, a nie o Allende niszczącym gospodarkę, a poprzez to dewastującym bogactwo zwykłych mieszkańców kraju? Ano to, że obalił Allende. Zgrzeszył tym, że poprzez pucz wojskowy obalił jaśnie panującego legalnego prezydenta, na którego de facto w 1970 roku zagłosowała „aż” 1/3 ludności kraju (Allende miał 36,2%, Alessandri 34,9%, Radomiro Tomic 27,8%). Nie miał więc nawet „demokratycznej” większości, nie poparła go większość społeczeństwa, a tylko trzecia jego część... Ale najważniejszym grzechem Augusto Pinocheta było to, że wprowadził w Chile gospodarkę wolnorynkową opartą o teorie Miltona Friedmana (zresztą noblisty w dziedzinie ekonomii). Jego grzeszkami było to, że zmniejszał podatki, dokonał reprywatyzacji, czyli oddał ludziom ich majątki i biznesy ukradzione przez Allende, zlikwidował niedobory na rynku detalicznym (mające miejsce za czasów jaśnie oświeconego Allende), a poprzez te działania zwiększył dochód narodowy brutto, w samych tylko latach 1973 – 1980 (wedle danych MFW) o 35%!!! Jakie są efekty długiej, dewastatorskiej i bezwzględnej (w oczach lewaków) polityki Pinocheta? Takie, że Chile według Rankingu Wolności Gospodarczej z 2007 roku jest jedenastą liberalną gospodarką świata, z wcale nie tak małym wzrostem gospodarczym w roku 2010 ustanowionym na około 4,5 – 5,5%. W latach 2009-2010 inflacja tego kraju oscylowała w okolicach 1,6 – 1,7%, bezrobocie zaś sięgało 8,2 – 9,7%. Jak to się ma do cudnej gospodarki III RP, zarządzanej przez same wybitności ekonomiczne, takie jak Marek Belka, Jan Antony Vincent-Rostowski (vel. Jacek Rostowski), czy Grzegorz Kołodko? Na to pytanie możecie odpowiedzieć sobie sami. *  *  * A tak, tak... możecie mi wypomnieć, że zapomniałem powiedzieć o tym, że Pinochet był mordercą. Wszak jego tajna policja DINA miała torturować i mordować wielu członków chilijskiego społeczeństwa. Nie popieram tego, potępiam to. Tylko jak można krytykować człowieka, przeciwko któremu zeznało 35.000 rzekomo więzionych i torturowanych osób (co stanowi ok. 0,2% wszystkich mieszkańców państwa), w większości przeciwników liberalnych i wolnościowych poglądów głoszonych przez Pinocheta, czyli de facto przeciwników wolności... mając jednocześnie na piersi koszulkę z Leninem i Stalinem, z których sam tylko szanowny Iosif Wissarionowicz Dżugaszwili (ps. Stalin) w ciągu jednej czystki w Armii Czerwonej pozbył się ok. 30.000 oficerów, zaprowadził w latach 1929-1934 przymusową kolektywizację, wysyłając przy tym do łagrów ok. 2 mln chłopów (z czego wkrótce zmarło 1,8 mln), a w ostateczności w wyniku tzw. Wielkiego Głodu na Ukrainie zmarło kolejnych 6-7 mln, już nie wspomnę o dziesiątkach milionów wymordowanych za sprawą polityki Stalina w latach II wojny światowej i po niej. Ale racja, szanowni Czytelnicy, Stalin mówił prawdę: „jedna śmierć to tragedia, milion to statystyka”. Statystyki są tak beznamiętne, tak bezuczuciowe, że stanowią jedynie jakiś tam wskaźnik na papierze, niczym inflacja, czy PKB. Więc co tam miliony ludzi świadczących swoją śmiercią przeciw lewicowej polityce, liczy się te kilkadziesiąt tysięcy, którzy naskoczą na polityka kojarzonego z wolnością gospodarczą... Oleg Siewierny

Dywersyjne subwencje

Na podstawie obserwacji działań polityków i ekonomistów zakładam, że nie oglądają oni serialu „Dr House”. W przeciwnym razie wiedzieliby, że objawy to jedno, ale ważniejsza w leczeniu chorób jest ich etiologia. Taki wniosek nasuwa się przy obserwacji porażek kolejnych bailoutów trawionej kryzysem Grecji. Dzięki temu zresztą możliwe jest prowadzenie lewackiej propagandy w stylu „na Wall Street zbankrutował kapitalizm a w Grecji zbankrutował neoliberalny spisek”, co poniekąd może wyjaśniać konsekwentne ignorowanie kwestii źródeł greckiego kryzysu.
Zmowę milczenia tudzież potok bredni przełamał minister greckiej gospodarki, Michalis Chrisochoidis, tak mówiąc o roli unijnych subwencji w gospodarczym upadku Hellady: „Niewłaściwie wykorzystane subwencje UE przyczyniły się do obecnego kryzysu gospodarczego w Grecji […] Wszystko szło na konsumpcję. Rezultat był taki, że ci, którzy coś produkowali, zamykali swoje zakłady i zakładali firmy importowe, bo na tym dało się zarobić […] Przez dwa dziesięciolecia zniszczyliśmy naszą bazę produkcyjną, nasz przemysł i tym samym możliwości eksportowe”. Pan Chrisochoidis nie powiedział jednak najważniejszego. Unijne subwencje są przyznawane na konkretne cele i szczegółowo rozliczane. Nieważne, czy są to cele gospodarcze, czy społeczne. To brukselscy urzędnicy decydują ile i na co funduszy przeznaczone zostanie w ramach subwencji. Wniosek z tego, że to unijna biurokracja jest odpowiedzialna za zniszczenie greckiej gospodarki. Szczerze wątpię, czy obrońcy urzędniczej eurodyktatury znają twierdzenie Miltona Friedmana, że najgłupiej wydawane są cudze pieniądze na cudze potrzeby. A przecież do tego sprowadzają się tak zachwalane subwencje, będące faktycznie najzwyklejszą pod słońcem redystrybucją. Przypadek Grecji potwierdza  zarazem twierdzenia o szkodliwości redystrybucji oraz nadmiaru urzędniczej kontroli i wszelkich form ingerencji w gospodarkę. Pojawia się jednak pytanie, na ile dewastacja greckiej gospodarki była „wypadkiem przy pracy”, a na ile działaniem celowym? Jeżeli bowiem dzięki subwencjom import stał się bardziej opłacalny niż produkcja, chociaż do cen towarów importowanych trzeba doliczyć koszty transportu, oznacza to, że mamy do czynienia z eliminacją lokalnej konkurencji. Czyli czystym zyskiem eksporterów. Warto zapamiętać słowa greckiego ministra, gdyż od lat jesteśmy karmieni propagandą, jak to unijne fundusze rozwijają polską gospodarkę i w ogóle, że Polska jest liderem w pozyskiwaniu unijnych funduszy. Tyle, że pod względem dochodów dziwnym trafem Polacy plasują się w gronie europejskie biedoty. Michał Nawrocki

Roman Kluska: Demokracja totalitarna

"Nasz Dziennik" z 2 lipca 2011 roku publikuje ciekawy wywiad z przedsiębiorcą Romanem Kluską. Założyciel "Optimusa" mówi w nim m.in . o tym kiedy w III RP istniał wolny rynek i czym jest dzisiejszy system gospodarczy. Najbardziej szkodzący przedsiębiorczości w Polsce czynnik to - zdaniem Kluski - przeregulowanie państwa przez złe prawo: "To ono właśnie rodzi korupcję, zwiększa koszty państwa, a przez to potęguje ubożenie obywateli. Dziesiątki tysięcy przepisów wzajemnie sprzecznych, wymagających w dodatku od obywateli spełnienia różnych warunków tworzą właśnie taką sytuację. Tylko na takich przepisach mogą żerować patologiczne struktury, a gospodarka staje się coraz bardziej od nich uzależniona. Złe prawo niszczy też sumienie, bo często karze za czynienie dobra. Wystarczy tu podać przykład przedsiębiorców, przeciwko którym stosowano wysokie sankcje karne za przekazanie niesprzedanego pieczywa ubogim". Roman Kluska mówi także o swojej roli za rządów PiS-u. Wspomina tzw. pakiet Kluski: "...nic z nich nie zostało wprowadzone. Były to raczej próby zawracania kijem Wisły niż rzeczywiste działania. Laureat Nagrody Nobla Milton Friedman napisał, że w żadnym kraju na świecie nie da się wprowadzić istotnych zmian odbiurokratyzowania gospodarki, jeśli nie zrobi się tego podczas pierwszych 100 dni funkcjonowania nowego rządu. Potem każdą władzę tak wciąga machina biurokratyczna, że nie jest w stanie przeprowadzić żadnej faktycznej reformy". Zanany przedsiębiorca odnosi się również do pytań o firmę, którą zakładał, do Optimusa: "Gdyby firma cały czas funkcjonowała w warunkach z początku lat 90., gdy w Polsce działał system rynkowy, to Optimus byłby prawdziwą potęgą. Ale firma, która chce działać uczciwie, w warunkach spętanej biurokracją gospodarki nie radzi sobie dobrze. Dlatego przed Optimusem nie było świetlanej przyszłości w coraz bardziej biurokratyzującej się gospodarce." I dalej: "...zniknięcie [Optimusa - przyp. red] będzie pewnym symbolem naszych czasów, bo z każdym rokiem w Polsce trudniej jest prowadzić działalność gospodarczą. Największe sukcesy Optimusa, gdy mogliśmy rywalizować niemal z każdą firmą na świecie, gdy zawieraliśmy na równych prawach (50/50 proc.) joint venture z koncernem Lockheed Martin, jedną z najważniejszych firm na świecie, to czasy niemal książkowego, wolnego rynku w Polsce. Ale niestety ten system szybko się skończył. Państwo zaczęło drobiazgowo regulować kolejne dziedziny życia i gospodarki. Sukces zaczął stawać się zależny nie od solidnej pracy, ale od relacji z władzą, która udziela zezwoleń, koncesji, itp. Tymczasem, jak wskazał już Ojciec Święty Jan Paweł II, jeśli państwo chce wszystko uregulować, tak jak to robi w ciągu ostatnich 20 lat, wchodząc niemal w rolę Pana Boga, to niedługo pod piękną nazwą "demokracja" powstanie nowy totalitaryzm". Na pytanie o drążące współczesne państwa opiekuńcze choroby, Roman Kluska odpowiada: "Ogromne zadłużenie i całkowita niewydolność to właśnie cechy tak pomyślanego ustroju, który pod chwytliwym hasłem państwa opiekuńczego usiłuje zajmować się wszystkim, a nie radzi sobie z niczym. Ale są w Europie kraje, które zrywają z taką polityką: m.in. Wielka Brytania i Węgry. To one mają szansę być w przyszłości przykładami zdrowej gospodarki. Inne idą w kierunku Grecji i Hiszpanii". Roman Kluska tłumaczy również dlaczego dobrze jest być w Polsce rolnikiem: "...rolnicy są dzisiaj ostatnimi w miarę wolnymi ludźmi. Tylko rolnik nie może być obecnie zniszczony przez urząd skarbowy, tak jak każdy inny przedsiębiorca. I tylko rolnik ma w miarę logiczny system opodatkowania, tzn. podatek rolny, który uniemożliwia ingerencję urzędników skarbowych. Dlatego dziś chce się wprowadzić podatek dochodowy także dla tej grupy ludzi. Wcale nie chodzi o to, że rolnicy płacą niskie podatki. Gdyby tak było, wystarczyłoby podnieść podatek rolny. Chodzi o to, żeby także rolników wciągnąć do aparatu podatkowego zniewolenia urzędniczego. Bowiem kwestia płacenia podatku dochodowego w dużej mierze zależy od widzimisię urzędników". Czytaj cały wywiad z Romanem Kluską...

MEN kradnie bony?

Platforma Obywatelska przygotowuje prace nad wprowadzeniem bonu oświatowego do systemu edukacji w Polsce. Już na początku swojego urzędowania Katarzyna Hall zapowiadała, że ministerstwo wprowadzi bony w 2011 roku. Do tej pory jednak prace nad tym postulatem nie ruszyły z miejsca. Bon oświatowy jest sztandarowym postulatem, który do debaty publicznej w Polsce został wprowadzony przez Unię Polityki Realnej. Współczesna koncepcja "bonów" datowana jest na lata pięćdziesiąte XX wieku, kiedy to laureat Nagrody Nobla z dziedziny ekonomii, Milton Friedman zaproponował reformę systemu edukacji. Wprowadzenie "bonów" to pobudzenie konkurencji, podniesienie jakość zarządzania oraz poziomu nauczania w szkołach publicznych. - Naszym zdaniem zgłoszenie tego pomysłu w tej chwili to typowe dla rządu Platformy "bicie piany" – podkreśla Bolesław Witczak. Platforma obiecywała wprowadzenie "bonów" podczas kampanii wyborczej. Dlaczego minister Hall sięga po ten pomysł dopiero teraz? Wiadomo przecież, że postulat z góry skazany jest na niepowodzenie. W parlamencie nie ma większości dla tego pomysłu, przeciwny jest np. koalicyjny PSL. "Bonów" nie popierają nauczycielskie związki zawodowe. Nie wierzę w uczciwe intencje pani minister”– dodaje prezes Witczak.

Zmarła adwokatka wolności

We wtorek, 18 sierpnia 2009 roku, zmarła Rose Friedman, żona światowej klasy ekonomisty, laureata Nagrody Nobla prof. Miltona Friedmana. Miała 98 lat i w raz z mężem stanowiła najbardziej zasłużoną dla promocji wolności, wolego rynku i wolnego wyboru parę świata. Byli małżeństwem przez 68 lat. Rose zostanie zapamiętana jako utalentowana ekonomistka i wpływowy adwokat wolności na świecie. Szczególnie silne było oddziaływanie jej opinii w latach 80-tych w Stanach Zjednoczonych. Jej największym dziełem był opublikowany w 1980 roku „Wolny wybór”, napisanym wspólnie z prof. Miltonem Friedmanem oraz współudział w stworzeniu 10 odcinków serialu o tym samym tytule dla telewizji PBS. Książka przez tygodnie była bestsellerem w USA i wywarła ogromny wpływ na publiczne rozumienie wolności.  Odegrała także ogromną rolę w odrodzeniu wiary w wolność w USA i na świecie. K.R.

Podatki mają konsekwencje

O przyczynach koniecznej reformy systemu podatkowego  Parafrazując tytuł książki Richarda M. Weaver'a "Ideas Have Consequences" można powiedzieć, że podatki, jak idee, też mają swoje konsekwencje. Istnieje związek przyczynowo-skutkowy między filozofią społeczną i głoszonymi hasłami politycznymi, a sposobem funkcjonowania społeczeństwa, zachowaniami poszczególnych jego członków i całych grup społecznych oraz stanem gospodarki. Jeśli głosimy jakąś ideę, to nie możemy się dziwić skutkom, które ona wywołuje. Z kolei każdy podatek wywiera bezpośredni wpływ na alokację zasobów w gospodarce i jest źródłem tak zwanego efektu akcyzowego. Jeżeli coś opodatkowujemy, to, z definicji, tego czegoś jest mniej. Gdy opodatkowujemy dochód, mamy mniejszy dochód, o czym przekonuje się każdy, kto bezpośrednio rozlicza się z fiskusem, a czego mogą nie odczuwać jedynie osoby, za które podatki płaci zakład pracy lub ZUS. Gdy opodatkowujemy oszczędności to też jest ich mniej - a w konsekwencji ilość kapitału dostępnego na rynku jest mniejsza. Państwo zabiera podatnikom tę część dochodów, która mogłaby zostać przez nich zaoszczędzona i przeznaczona na finansowanie rozwoju gospodarczego. Zaś rząd, który przechwytuje pieniądze podatników, kieruje się w swoich decyzjach najczęściej kryteriami politycznymi i finansuje te przedsięwzięcia, które mają szanse uzyskać największy poklask klienteli wyborczej, rokując największą "polityczną stopę zwrotu". Gdy bezpośrednio opodatkowujemy kapitał, też jest go mniej, albowiem kapitał wybiera takie miejsca inwestycji, w których fiskus nie jest nadmiernie zachłanny, a spodziewane zyski są najwyższe. Jak zmniejsza się ilość kapitału, którym można finansować inwestycje, to ilość inwestycji zostaje ograniczona. Mniejsze inwestycje z kolei to zmniejszenie ilości pracy dostępnej na rynku. Gdy dodatkowo opodatkowujemy tę pracę, bezpośrednio, czy w jakiś sposób pośredni (składki na ZUS), stawką dochodzącą w skrajnych przypadkach do 100% wysokości zarobków netto, to tej pracy jest jeszcze mniej. Jak jest mniej pracy, to bezrobocie jest większe, a w konsekwencji mniejszy jest popyt wewnętrzny. Jeśli równocześnie opodatkowujemy konsumpcję (VAT, cło akcyza), to popyt zmniejsza się jeszcze bardziej. W konsekwencji zmniejsza się produkcja, na którą brakuje zapotrzebowania, a zatem zmniejsza się jeszcze bardziej zapotrzebowanie na siłę roboczą i jeszcze bardziej rośnie bezrobocie. Tempo wzrostu gospodarczego maleje. Dochody budżetu spadają, a pogarszająca się sytuacja rodzi presję społeczną na zwiększenie wydatków socjalnych - a więc wydatki budżetu rosną. Rośnie też deficyt budżetowy, którego sfinansowanie pochłania coraz większą część i tak zbyt niskich oszczędności. To sprawia, że mimo spadającej inflacji stopy procentowe są nadal wysokie - koło przyczyn i skutków się zamyka, stagnacja gospodarcza przybiera na sile. Podatki mają bowiem konsekwencje. Zły podatek od nieruchomości był przyczyną secesji Niderlandów od Hiszpanii w XVI wieku, a obecnie jest przyczyną upadku centrów wielu miast amerykańskich. Złe podatki były też przyczyną "tej osobliwej łatwości z jaką mahometanie dokonali swoich zdobyczy" - jak pisał Monteskiusz. "W miejsce nieustannych udręczeń, jakie wymyśliła chciwość cesarzy, ludy spotykały się z daniną prostą, łatwą do płacenia i do ściągania: wolej im było podlegać barbarzyńcom, niż skażonemu rządowi." Wszystkie rządy, zarówno te despotyczne, jak i obecnie demokratyczne, pomijają długofalowe konsekwencje podejmowanych przez siebie decyzji. Henry Hazlitt w wydanej w roku 1946, wielokrotnie wznawianej i tłumaczonej na kilkanaście języków, książce "Ekonomia w jednej lekcji" postawił słynną tezę, że powodem błędów w ekonomii są z jednej strony wewnętrzne trudności samego przedmiotu, ale "po tysiąckroć pomnaża je działanie czynnika, który nie odgrywa roli w, na przykład, fizyce, matematyce czy medycynie - jest nim specjalne zaangażowanie ze strony egoistycznych interesów". Uzupełnia je drugi czynnik, którym jest "trwała skłonność ludzi, by widzieć tylko bezpośrednie skutki danej polityki, jakie przynosi ona konkretnej grupie, zaniedbywać zaś badanie odległych jej skutków - nie tylko dla danej grupy, ale dla wszystkich". Błąd ten polega więc na pomijaniu wtórnych konsekwencji. Tragedia zaś polega na tym, że "już dziś cierpimy z powodu długoterminowych skutków programów podejmowanych w odległej czy bliskiej przeszłości. Dzień dzisiejszy, to jutro, które wczoraj lekceważyli źli ekonomiści". Twierdzenia te odnoszą się co prawda do teorii ekonomicznych, ale z równym powodzeniem można je zastosować do oceny różnych koncepcji podatkowych, których autorzy, podobnie jak ekonomiści, występując w służbie różnych grup interesów, lansują różne koncepcje podatkowe, abstrahując od ich długofalowych skutków dla całej gospodarki. Jak twierdzi Hazlitt, "na każdy dolar, wydawany na inwestycje rządowe przypada dolar odbierany podatnikom (...) Jeżeli rząd buduje most to widzimy ludzi zatrudnionych przy jego budowie, widzimy postępy ich pracy (...) Ale są inne rzeczy, których nie widzimy, ponieważ - niestety - nie pozwolono im powstać (...) Opodatkowanie na cele publicznego budownictwa niszczy w innych gałęziach gospodarki tyle miejsc pracy, ile tworzy w budownictwie. Przynosi także skutek w postaci prywatnych domów, których się nie buduje". Podobny pogląd wypowiada Milton Friedman. Jego zdaniem, "jakkolwiek by rząd nie zdobywał pieniędzy, które wydaje, to towary i usługi które kupuje lub które kupowane są przez ludzi, którym rząd przekazuje pieniądze, nie mogą być skutkiem tego użyte w innym celu". Dlatego Hazlitt konkluduje: "musimy podjąć specjalny wysiłek wyobraźni - a wydaje się, że zdolni są do niego nieliczni - aby przyjrzeć się drugiej stronie zapisów księgowych". Amerykanie ten wysiłek już podjęli. W słowie wstępnym do członków Narodowej Komisji do spraw Wzrostu Gospodarczego i Reformy Podatkowej (National Commission on Economic Growth and Tax Reform) powołanej przez 104 Kongres Stanów Zjednoczonych lider większości republikańskiej w Senacie Bob Dole i Przewodniczący Izby Reprezentantów Newt Gingrich przypomnieli słynne historyczne słowa, że "opodatkowanie bez przedstawicielstwa jest tyranią", które pomogły wzniecić rewolucję w Ameryce ponad dwa wieki temu, dodając, "że u progu XXI wieku Amerykanie patrzą na system podatkowy, którego złożoność i stawki podatkowe ustawicznie wzrastają i dochodzą do wniosku, że możliwość opodatkowania z udziałem przedstawicieli narodu również nie była zbyt dobrym pomysłem". Jack Kemp, Przewodniczący tej Komisji podkreślił, że jednym z celów jakie przyświecały jej pracom było to, aby "poinformować cały świat, w szczególności nowo powstające demokracje, że celem polityki podatkowej jest wzrost dochodu, a nie redystrybucja dobrobytu". Te "nowo powstające demokracje" to przecież także Polska. Inny członek Komisji, John Gardner zauważył, że "w przełomowych momentach historii pojawiają się ożywiające wybuchy energii i motywacji, nadzieja, zapał i wyobrażenia, które pozwalają ludziom uwolnić się z więzów, które normalnie krępują ich pełne możliwości. Drzwi są otwarte, a uwięziony w klatce orzeł wznosi się w powietrze. Ten orzeł, symbol naszego narodu, reprezentuje duch kreatywności, talenty i aspiracje. Zadaniem tej Komisji i zamierzeniem naszych zaleceń jest otworzenie drzwi i pomoc w uwolnieniu orła w każdym z nas". Warto podkreślić, że orzeł jest także symbolem polskiego narodu i też powinniśmy pozwolić mu polecieć. Dr Robert Gwiazdowski robert.gwiazdowski@adam-smith.pl (tekst opublikowany na SP w 2002 roku) * * * Czytaj także: Dzień Wolności Podatkowej - Manifest Podatkowy Prof. Tadeusz Tyszka - Reakcje ludzi na wysokie podatki