Tag Archives: ministerstwo

Ministrów popierających zrzekanie się suwerenności powinien rozliczyć Trybunał Stanu

Odpowiedź na interpelację Posła na Sejm Józefa Brynkusa w temacie unieważnienia umowy definitywnej z Fiatem, odsłania gigantyczny zakres stosowania klauzuli zrzeczenie się suwerenności również w innych umowach gospodarczych!

W miejsce jednego ministerstwa dwa nowe

Beata Szydło, kandydatka PiS na premiera zapowiedziała szereg reform i złożyła kilka obietnic. Jedna z nich to 500 zł na każde dziecko w rodzinie. Ale to nie wszystko.

Lista produktów refundowanych

Wyobraźmy sobie, że jest rok 2020. Na czele polskiego rządu nadal stoi Donald Tusk, jako przewodniczący Polskiej Zjednoczonej Partii Obywatelskiej. Przez ten czas wprowadzono wiele głupich przepisów, ale najgłupszym okazało się być powołanie Ministerstwa Handlu. Szefem tego resortu został zasłużony ekonomista z PZPO, czyli Jan Vincent Rostowski. A oto efekty powołania tegoż ministerstwa:
Państwo polskie uznało, że w związku z coraz większą liczbą przestępstw gospodarczych dotychczasowy pełnomocnik ds. ochrony konsumentów już nie wystarczał. Trzeba było powołać nowe ministerstwo, które jak każde inne działałoby w imieniu nas wszystkich, czyli konsumentów. Tym samym państwo czuwa nad tym, by żaden polski obywatel nie został oszukany przez nieuczciwego kapitalistę, który myśli tylko o tym, w jaki sposób podstępnie oszukać klienta. Ministerstwo Handlu czuwa także nad tym, by ceny wszystkich podstawowych produktów spożywczych, przemysłowych i innych były na tyle niskie, tak aby każdego Polaka było na nie stać. To MH ustala ceny wszystkich produktów w imię walki z nieuczciwą konkurencją ze strony wrednych kapitalistów. Jak zawsze na początku nowego roku pojawiają się problemy i to nie tylko z listą leków refundowanych, ale i z listą innych produktów spożywczych, przemysłowych, którą przygotowuje Ministerstwo Handlu. Zawsze przed końcem starego roku pojawiają się kolejki w supermarketach, ale nie ze względu na poświąteczne promocje, ale ze względu na obawę wielu klientów, że zabraknie podstawowych produktów codziennego użytku. Co prawda nikt jeszcze z głodu nie umarł, ale lepiej dmuchać na zimne, bo nigdy nie wiadomo co będzie po nowym roku – mówią klienci, stojący przed jednym z supermarketów w centrum Warszawy. Problem oczywiście dotyczy całej Polski. Ludzie z niepokojem czekają na przyjście nowego roku. I stało się. Od rana media informują o problemach z kupnem podstawowych produktów. Niektórzy mimo mroźnej sylwestrowej nocy stali przed supermarketami, popijając musującego „szampana”. Klienci z niedowierzaniem obserwowali, co dzieje się od nowego roku. W związku z wprowadzoną na ostatnią chwilę przez Ministerstwo Handlu nową listą produktów refundowanych pojawiło się wiele zmian. Sporej części podstawowych produktów, do której Polacy się przyzwyczaili albo w ogóle nie ma, albo są bardzo drogie. Nie wszystkich stać na chleb za 100 zł, czy cukier po 150 zł za kg. Dlaczego rząd nie reaguje – grzmią poirytowani ludzie, szczególnie emeryci. Dlaczego minister Rostowski nie obniży tych cen, przecież jest w stanie interweniować! Na zwołanej przez ministra konferencji prasowej dziennikarze pytali, dlaczego nowa lista jest tak uboga w podstawowe produkty spożywcze. Przecież zapowiadał, że miało być taniej, a jest coraz drożej. Minister Rostowski tłumaczył, że nowa lista nie jest wcale taka zła. Co prawda wiele produktów musieliśmy wykreślić ze względu na to, że nie dogadaliśmy się z producentami, ale jest i kilka nowości, których wcześniej nie było. Minister handlu dał do zrozumienia, że obecna sytuacja spowodowana jest także zawirowaniami na rynkach europejskich. Taki wynegocjowaliśmy traktat na ostatnim szczycie ministrów handlu państw Unii Europejskiej i stąd te zmiany na liście – powiedział Rostowski. Słowa te oburzyły opozycję, a w szczególności Polską Partię Chrześcijańsko-Socjalistyczną, na której czele stoi jak zawsze Jarosław Kaczyński. To skandal, że polski rząd na szczycie w Brukseli nie wynegocjował dla Polski lepszej listy produktów refundowanych – powiedział Kaczyński i dodał, że z dniem dzisiejszym Polska straciła niepodległość, ponieważ o cenach podstawowych produktów decydują Niemcy i Francja. To skandal! Zwolennicy PPCH-S, a także fani „Klubu Gazety Antyrosyjskiej” wyszli na ulicę wielu polskich miast. Protesty nie ominęły też Krakowa. Tłum zgromadził się pod Wawelem, gdzie uczczono wielkiego Polaka, wielkiego obrońcę polskiej niepodległości śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Wypowiedź ministra Rostowskiego oburzyła także inne partie polityczne. Ruch Gejów i Lesbijek z Januszem Palikotem na czele zaprotestował przeciwko obecnej liście. Politycy tej partii dostrzegli, że na wspomnianej liście nie ma skutecznych środków antykoncepcyjnych. To absolutny skandal, premier Tusk i minister Rostowski kpią sobie z Polaków – powiedział szef RGiL i dodał, że każdy Polak ma prawo do relaksu ze swoją partnerką/partnerem po ciężkim dniu pracy. Ta lista godzi w podstawowe Prawa Człowieka. Pod hasłem wolnej miłości Palikot zaapelował do rządu, by jak najszybciej do obecnej listy dopisał odpowiednie środki antykoncepcyjne. Negatywny głos w sprawie nowej listy zabrała także Polska Partia Komunistyczna z Leszkiem Millerem na czele. W ten sposób ośmieszamy się przed resztą Europy – krytykował rząd szef PPK. Według niego nowa lista produktów refundowanych uderza przede wszystkim w emerytów, rencistów i osoby bezrobotne. Państwo musi się przecież troszczyć o tych najsłabszych, bo oni są dla Polskiej Partii Komunistycznej najważniejsi. Miller zapewniał swoich wyborców, że PPK zawsze wspierała i wspierać będzie ludzi pracy i bezrobotnych. Z umiarkowanym optymizmem o liście wypowiedziała się Polska Partia WSI. Wicepremier Waldemar Pawlak dał do zrozumienia, że należy w spokoju pozwolić tej ustawie wejść w życie i poczekać na rozwój sytuacji. Pawlak zaznaczył, że rozumie ten pierwszy szok Polaków, robiących zakupy od nowego roku. Jestem optymistą i myślę, że za kilka dni wielu z nas przyzwyczai się do tej listy i wszystko wróci do normy – powiedział szef PPWSI. *  *  * Czy można sobie wyobrazić, że za kilka lat tak będzie wyglądała Polska? Na razie widać, jak to działa za sprawą państwowej służby zdrowia, kiedy to ceny leków ustala minister zdrowia. Z tą chorą sytuacją mamy do czynienia co roku. A co się stanie, kiedy nasze władze z braku czasu zajmą się za podstawowe produkty codziennego użytku? Wtedy z pewnością pojawi się kolejny problem społeczny do rozwiązania. Polskie media już w noc sylwestrową na swoich paskach informacyjnych informowały widzów, że oprócz powitania nowego roku, zaczęła obowiązywać nowa lista leków refundowanych. Niedawno w porannym programie Polsat News redaktor Jarosław Gugała dziwił się lekarzom, że oni chcą rozmawiać z premierem o nowej liście leków refundowanych. Przekonywał on widzów, że przecież mamy wolny rynek i nikt nie ustala cen leków. Niestety redaktor Gugała myli się, ponieważ w przypadku cen leków nie mamy do czynienia z wolnym rynkiem tylko z widzimisię ministra zdrowia. To od niego i od jego porozumień z wybranymi firmami farmaceutycznymi zależy, jakie będą ceny leków. Strach pomyśleć, co by się stało, gdyby na serio rząd powołał Ministerstwo Handlu. Z pewnością powrócilibyśmy do dawnych czasów PRL-u, kiedy na półkach w sklepach była tylko musztarda i ocet. W takiej sytuacji aż się prosi, by zacytować znanego i lubianego pisarza Stefana Kisielewskiego, który stwierdził, że socjalizm to ustrój, w którym bohatersko rozwiązuje się problemy nieznane w żadnym innym ustroju. Mateusz Teska

Było 17, jest 18 – czyli „tanie państwo” według Platformy

Kolejny rząd, kolejna dusząca Polaków machina biurokratyczna. Administracja puchnie, zmuszając rząd do zwiększania poziomu państwowej redystrybucji majątku wypracowywanego bardzo ciężko przez Polaków. Dobrym wyznacznikiem stanu państwa, jest liczba ministerstw, których pracownicy zarządzają życiem gospodarczym i społecznym obywateli. Warszawskiemu lewiatanowi, decydującemu o tym, co jemy, co oglądamy w telewizji, czego się uczymy w szkołach, co budujemy na swojej prywatnej działce, wyrosła nowa macka.
Michał Boni, do tej pory bezrobotny minister, otrzymał w glorii i chwale nowy twór. Sprawa jest wagi najwyższej, bo dotyczy 600 tys. armii. Co prawda armia ta nie posiada karabinów, ale za to jest sześć razy liczniejsza od zawodowych żołnierzy! Biedny Jacek Cichocki nie byłby w stanie zapanować nad taką wielką grupą ludzi. Niezbędne stało się więc wydzielenie spod Ministerstwa Spraw Wewnętrznych odrębnego tworu - Ministerstwa Administracji. Potrzebny jeszcze jakiś patetyczny slogan. Co by tu wymyślić? Eureka! Cyfryzacja! Tak nowocześnie brzmi! Patriotycznie! Szkoda, że nie można było dołączyć takiego ministerstwa do Straży Praw z Konstytucji 3-maja. Grunt, że teraz można mówić o walce z biurokracją, poprzez tworzenie nowego ministerstwa zajmującego się cyfryzacją. Gigantyczny rząd centralny ma w Polsce długą tradycję. Ze świecą szukać po 1989 roku gabinetu, który obsadziłby mniej niż piętnaście stanowisk ministerialnych. Niezależnie od rządzącej ekipy, ministerstw nie ubywa, co więcej często tworzone są zupełnie absurdalne stanowiska, wyłącznie mające na celu dostarczyć nieco stołków partyjnych. Przykładem jest z pewnością wspomniane już Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji. Podobnie jednak było w trakcie rządów PiS. Wystarczy wymienić niesławne Ministerstwo Gospodarki Morskiej. Paradoksalnie najlepiej w tym zestawieniu wypada socjaldemokratyczny rząd Leszka Millera, składający się z piętnastu ministerstw. Charakteryzował się on też brakiem bezrobotnych ministrów, zwanych w nowomowie "ministrami bez teki". Piętnaście ministerstw to jednak nie jest powód do jakiejkolwiek dumy. W II Rzeczpospolitej było nieco lepiej. Co prawda pierwszy, socjalistyczny rząd Jędrzeja Moraczewskiego, składał się z piętnastu ministerstw (czyli Platforma jest bardziej socjalistyczna niż Polska Partia Socjalistyczna!). W dodatku liczył aż czterech "ministrów bez teki". Później jednak liczba ministerstw została znacząco ograniczona. Rząd "endeka" - Władysława Grabskiego, liczył w 1923 roku 12 ministerstw. Patrząc na składy kolejnych gabinetów (a tych w II RP zdecydowanie nie brakowało), nie znajdziemy jednak żadnego, który zadowoliłby się liczbą ministerstw mniejszą niż dziesięć. Do tylu stanowisk ograniczył swój rząd Felicjan Sławoj Składkowski w 1936 roku. Jednym ministerstwem zajął się osobiście, więc w napadzie dobrego humoru można uznać, że ministerstw było dziewięć. W tym zestawieniu nic nie przebije okresu I Rzeczpospolitej. O formalizacji rządu, możemy mówić dopiero w 1791 r., wraz z uchwaleniem Konstytucji 3-maja. Przyjął on formę Straży Praw. Ministerstw było pięć (sześć, jeśli doliczymy Komisję Edukacji Narodowej). Był to więc rząd minimum w pełnej krasie. Twórcy Konstytucji 3-maja uznali, że niezbędne było powołanie jedynie ministra spraw wewnętrznych, ministra spraw zagranicznych, ministra skarbu, ministra wojny i ministra policji. Nie było dane nam sprawdzić, jak taki rząd spisałby się w polskich warunkach. Patrząc na przykłady innych krajów z tego okresu (a także doświadczenia z poprzednich wieków), zaowocowałoby to zapewne rozkwitem Polski i uczyniłoby podwaliny pod odnowienie potęgi I RP. Widać idealnie, jaka przepaść dzieli III RP od jej protoplastki. Polscy politycy najwyraźniej biorą za wzór niechlubny przykład Komisji Europejskiej, która swoje centralne sterowanie gospodarcze i społeczne opiera na 25 komisjach oraz dodatkowym stanowisku poświęconym polityce zagranicznej. Pomijając już samą kwestię sensowności istnienia takiego organu, jak Komisja Europejska, znajdziemy tam potworki biurokratyczne pokroju komisarza ds. agendy cyfrowej, oddzielenie komisarza ds. podatków od komisarza ds. budżetu, czy powołanie komisarza ds. klimatu niezależnie od komisarza ds. ochrony środowiska. Wymieniać można bez końca, tzn. do momentu wymienienia wszystkich komisarzy. Donald Tusk musi więc utworzyć jeszcze co najmniej sześć stołków, żeby wyrównać średnią organu centralnego UE. Jak to często bywa w przypadku Polski, przykłady bierzemy nie od tych, co trzeba. Cud gospodarczy osiąga się dzięki państwu minimum, a nie państwu maksimum. "Ale to niemożliwie w dzisiejszych czasach!" - może wykrzyknąć niejeden. Zapewne w takim razie to, co stało się w Hongkongu jest czymś nierealnym? Jest fikcją? Mitem? Bajką? Bo jak inaczej można wytłumaczyć, że leseferystyczni brytyjscy gubernatorzy Hongkongu z zacofanej wioski stworzyli światową potęgę gospodarczą? Nie potrzebowali wcale rozległych terenów i dziesiątek milionów mieszkańców. Miało to w drugiej połowie XX-wieku, czyli bardzo niedawno! Brytyjczycy zdecydowali się przeprowadzić eksperyment, jak państwo minimum sprawdzi się we współczesnym świecie. Efekty okazały się oszałamiające. Szkoda tylko, że pod rządami chińskimi Hongkong ulega stopniowej degradacji. Nadal jest jednak swojego rodzaju wyspą, zajmującą pierwsze miejsca w niektórych rankingach wolności gospodarczej (np. tym prowadzonym przez Heritage Foundation). Zostawmy jednak Hongkong, bo przyprawia on zapewne większość polskich polityków o ból głowy. Wróćmy na nasze własne podwórko. Każdy z nas musi wziąć pod rozwagę, czy potrzebna nam tak rozbudowana biurokracja. Przecież funkcje większości ministerstw mogą z dużo lepszym skutkiem przejąć samorządy i sektor prywatny. Oba te podmioty znajdują się blisko społeczności lokalnych i znacznie lepiej znają ich potrzeby. Warto podkreślić, że sektor prywatny jest w stanie zaspokoić praktycznie każde potrzeby klientów. W dodatku robi to zawsze w dużo korzystniejszej relacji cena/jakość, niż odbywa się to w przypadku sektora publicznego (edukacja i służba zdrowia nie są tutaj wyjątkiem). Docelowo możliwe jest stworzenie rządu składającego się wyłącznie z pięciu, może sześciu ministerstw: spraw wewnętrznych, spraw zagranicznych, obrony narodowej, sprawiedliwości, finansów i połączonego ministerstwa infrastruktury oraz ochrony środowiska. Nie skończy się to anarchią. Wręcz przeciwnie, zapanuje większy i, co ważne, spontaniczny porządek. Liczba ministerstw jest zawsze pewnym wyznacznikiem, w którą stronę zmierzamy. Ta, w porównaniu z poprzednią kadencją Donalda Tuska, wzrosła. Oznacza to, że kierujemy statek w złą stronę. W obliczu kompromitacji i upadku obecnego modelu państwowości w różnych częściach świata, należy zwrócić się ku innym rozwiązaniom. Dorobek wielu wybitnych myślicieli czeka na wykorzystanie. Pozwolimy, żeby świat nam ponownie odskoczył o lata świetlne? Łukasz Stefaniak Foto. MN/Prokapitalizm.pl