Tag Archives: naród

Renke zasłużył na naszą pamięć!

Biografia Renkego to krok w kierunku przywracania pamięci o bohaterach – mówi Robert Rudnicki, autor książki Wiesław Ignacy Renke 1912-1944, w rozmowie z Pawłem Buczkowskim.

Michalkiewicz: Orban to polityk elastyczny, dba o interes własnego narodu

"Węgry były takim samym państwem jak Polska na początku tzw. transformacji ustrojowej. O wszystkim decydowali bezpieczniacy. Takie kraje jak nasz czy Węgry traktowane były jako pewien rodzaj żerowiska. Bezpieka zachowywała się jak okupant, na dodatek niepewny trwałości okupacji. Okupant, który myśli, że przez stulecia będzie panował, stara się okupowane terytorium jakoś urządzić. A okupant niepewny, bierze co się da i ucieka" - powiedział Stanisław Michalkiewicz podczas spotkania z mieszkańcami Bełchatowa w dniu 7 września br.

Ziemia jest płaska

Zdawać by się mogło, że przy takiej obfitości informacji wszelakich wystarczy umiejętnie dmuchnąć, żeby oddzielić ziarno od plew. Nic bardziej mylnego. Szukanie prawdy w gąszczu informacji i dezinformacji, to jak wędrowanie przez puszczę bez mapy, albo płynięcie przez ocean bez busoli. Ci, którym zależy na wpuszczaniu nas na bezdroża, chcą jednak czasami sprawdzić, jak daleko zabrnęliśmy. W tym celu wymyślają oczywiste absurdy typu – racje „zwolenników płaskiej ziemi” i patrzą ilu się na to „załapie”.

O odnowę moralną narodu polskiego

O odnowę moralną narodu polskiego - hasło pod którym w wielu miastach Polski odbywa się w pierwsze soboty miesiąca publiczny różaniec. Jeszcze, bo mimo pięknego początku inicjatywa ta jakoś nie znalazła właściwego wsparcia wśród naszych hierarchów. Szczytna i piękna idea.

Ziemkiewicz: Czy w Polsce mamy jeszcze naród?

Inicjatywa edukacyjno-formacyjna Otwarta Akademia w Skierniewicach zorganizowała debatę pt.: "Czy w Polsce mamy jeszcze NARÓD?" W dyskusji wzięli udział: publicysta i pisarz Rafał Ziemkiewicz oraz historyk kultury polskiej i teolog dr Jan Przybył.

Politycy na stadion! – a władza w ręce ludzi

"Nic się nie stało, Polacy nic się nie stało" – tą znaną z piłkarskich stadionów przyśpiewkę można by bez wahania przenieść do politycznego salonu, psutego od ćwierćwiecza przez nasze “elity” – co zawsze, choćby na wszelki wypadek, sugeruję brać w cudzysłów – a już w szczególności od dwóch kadencji przez zdegenerowane rządy Platformy Obywatelskiej.

Wczoraj, dziś i jutro Narodowej Myśli Wolnorynkowej

Z inicjatywy wrocławskiego oddziału Ruchu Wolności, przy współudziale pozostałych organizacji wchodzących w skład dolnośląskich struktur Ruchu Narodowego (MW, ONR) organizujemy wydarzenie, które będzie serią prelekcji pod jednym, spójnym hasłem: „Wczoraj, dziś i jutro Narodowej Myśli Wolnorynkowej”.
Na fundamencie międzywojennej idei narodowej gospodarki wolnorynkowej i dorobku naukowym najwybitniejszego jej przedstawiciela Romana Rybarskiego chcemy odnieść się do problemów ekonomicznych współczesnej Polski i dokonać próby określenia kierunku w którym powinien zmierzać Ruch Narodowy w kwestiach gospodarczych. Do udziału w imprezie w roli prelegentów zaprosiliśmy: Mariana Kowalskiego – członka Rady Decyzyjnej Ruchu Narodowego i jednego z liderów Ruchu Narodowego, Karola Skorka – działacza ONR, inicjatora akcji „Swój do swego po swoje” Marka Kułakowskiego – przewodniczącego Centrum Analiz stowarzyszenia KoLiber. Poniżej ramowy program prelekcji: „Myśl polityczna i ekonomiczna Romana Rybarskiego” – prelegent: K.Skorek „Idee Romana Rybarskiego, a współczesne problemy gospodarcze” – prelegent: M.Kułakowski „Wyzwania gospodarcze stojące przed Ruchem Narodowym” – prelegent: M.Kowalski Po każdym wystąpieniu będzie możliwość zadawania pytań prelegentom. Spotykamy się w sobotę 19.10, o godzinie 17.00, we wrocławskim klubie Tawerna (ul.Wróblewskiego 9). Portal Prokapitalizm.pl poleca wykład dr. Norberta Wójtowicza wygłoszony w 2010 roku podczas konferencji PAFERE Liberty Weekend w Krakowie. Temat "Roman Rybarski - życie i twórczość".

Dom rodzinny „nietolerancyjny”?

Szkoła ma „odrzucać negatywne stereotypy narodowościowe, często wyniesione z rodzinnego domu” – żądają w dezyderacie do MEN posłowie. Przyjęto go w dniu, w którym islamski ekstremista odciął żołnierzowi głowę maczetą.
Posłowie z sejmowej Komisji Mniejszości Narodowych i Etnicznych ponaglają MEN do szybszego wprowadzenia do polskich szkół „edukacji wielokulturowej”. Dezyderat w tej sprawie – przyjęty przez aklamację – trafił na biurko minister Krystyny Szumilas. Komisja wzywa resort, by „praktyka” edukacyjna i programy nauczania w szkołach pozwalały uczniom „odrzucać negatywne stereotypy narodowościowe, często wyniesione z rodzinnego domu”. W ocenie posłów, „uczniowie nie mają szansy uzyskać rzetelnej wiedzy o współmieszkańcach”, czyli przedstawicielach mniejszości narodowych zamieszkujących ich region. A Polska jako kraj „etnicznie homogeniczny” nie jest przygotowana na napływ fali imigrantów. Pod projektem podpisał się zastępca szefa komisji Ryszard Galla z mniejszości niemieckiej. – Postulaty, które pan Galla podnosi, powinien skierować pod adresem władz Republiki Federalnej Niemiec – komentuje poseł Dorota Arciszewska-Mielewczyk (PiS), członek komisji. I zaznacza, że mniejszość niemiecka za pośrednictwem posła Ryszarda Galli często w sposób agresywny, również podczas pobytu w Niemczech, wypowiada krzywdzące i niesprawiedliwe oceny na temat pozycji mniejszości narodowych w Polsce. W ocenie dr. Tomasza Strzałkowskiego, radnego powiatu opolskiego, problem podnoszony przez Gallę jest fikcyjny. – Uwrażliwianie Polaków na to, że mają tolerować Niemów, i sugerowanie, iż tym drugim dzieje się krzywda, jest zachowaniem niedopuszczalnym – podkreśla. Projekt komisji jest – jego zdaniem – swego rodzaju rozgrywką polityczną, którą próbują zainicjować działacze mniejszości niemieckiej. – Nie ma żadnych problemów, jeśli chodzi o codzienne funkcjonowanie osób pochodzenia niemieckiego z Polakami. Rodziny są wielokrotnie wymieszane, wspólnie pracują, żyją, chodzą do szkoły. Jeśli już coś zakłóca ten stan, to forsowanie np. dwujęzycznych tablic – dodaje radny. Pikanterii sprawie dodaje fakt, że projekt dezyderatu przyjęto przez aklamację, bo na sali nie było żadnego przedstawiciela prawicowej opozycji. Wiceszef komisji Marek Ast (PiS) absencję na posiedzeniu tłumaczy obecnością na sali plenarnej, gdzie odbywała się dyskusja nad poselskim projektem ustawy o Narodowym Programie Zatrudnienia. – Przyszedłem na drugą część posiedzenia komisji, bo byłem na sali plenarnej – wyjaśnia inny poseł PiS Grzegorz Matusiak. Podobnie tłumaczy się Jarosław Rusiecki, który wyjaśnia, że projekty wnoszone wspólnie przez prezydium są przyjmowane bez głosowania. Poseł Dorota Arciszewska-Mielewczyk była natomiast nieobecna, bo w tym samym czasie odbywało się posiedzenie Komisji Spraw Zagranicznych, na którym dyskutowano o relacjach polsko-niemieckich. Komisja podkreśla w dezyderacie, że szkolnictwo powszechne jest jednym z najważniejszych mechanizmów kształtowania postaw otwartości i tolerancji wobec osób przynależących do mniejszości narodowych, etnicznych i wyznaniowych, pozwala kształtować postawy do zgodnego współistnienia z przedstawicielami odmiennych kultur, „odrzucać negatywne stereotypy narodowościowe, często wyniesione z rodzinnego domu”. Dlatego uczeń powinien – zdaniem posłów mniejszości, PO i lewicy – „odkrywać kulturowe bogactwo jego regionu i miejscowości”, by „dostrzec wielokulturowość małej ojczyzny oraz rozwijać dialog z członkami mniejszości kulturowych w codziennych interakcjach”. Zdaniem posłów, „kolejne zmiany podstawy programowej zakładają konieczność uwzględnienia treści dotyczących mniejszości narodowych i etnicznych oraz kulturowego i wyznaniowego zróżnicowania regionu zamieszkania ucznia. Problemem jest jednak praktyka edukacyjna. W wielu szkołach pomija się te treści. Nawet w regionach, w których zamieszkują zwarte skupiska mniejszości, uczniowie nie mają szansy uzyskać rzetelnej wiedzy o współmieszkańcach” – oceniają posłowie z Komisji Mniejszości Narodowych i Etnicznych. – Jakby się przyjrzeć tego rodzaju dezyderatom, to jest tam wiele niebezpiecznych propozycji z punktu widzenia państwa polskiego. Bardzo często umniejsza się znaczenie ustawy o mniejszościach narodowych, którą przyjęliśmy, a która może być wzorem dla wielu państw. I nagle słyszę narzekania na to, że jest czegoś za mało, że ktoś jest niedoceniony, że jest za mało wielokulturowości. Nie zgadzam się z tym, bo w porównaniu z tym, w jaki sposób Polaków się traktuje w innych państwach, stosunek naszego państwa do mniejszości jest wzorowy – mówi poseł Dorota Arciszewska-Mielewczyk. Poseł Ryszard Galla, wybrany z listy Mniejszości Niemieckiej, jest przeciwnego zdania. Dlatego komisja wzywa ministerstwo edukacji do podjęcia działań, które „faktycznie wprowadzą edukację wielokulturową do szkół”, by dyrektorzy i nauczyciele nie rezygnowali z przekazywania uczniom wiedzy o mniejszościach kulturowych. W ocenie posłów, „konieczne jest uwrażliwienie kuratorów oświaty, rozwój systemu doskonalenia nauczycieli w tym zakresie, dbałość o to, żeby w podręcznikach pojawiały się odpowiednie treści”. Co jednak najciekawsze, „faktyczne wprowadzenie edukacji wielokulturowej” ma być niezbędne z punktu widzenia wyzwań stojących przed Polską, ponieważ „zwiększająca się liczba imigrantów, w tym z krajów bardzo różniących się kulturowo od Polski, będzie stawiała wielu obywateli polskich, wychowanych w silnie homogenicznym środowisku, przed trudnymi problemami”. W ocenie prof. Włodzimierza Bernackiego z sejmowej Komisji Edukacji, Nauki i Młodzieży, obecna ustawa o mniejszościach narodowych daje mniejszościom lepsze możliwości edukacyjne, jeśli chodzi o naukę ich historii i języka, niż młodym Polakom. – Ciągle mam wrażenie, że wracamy do budowania społeczeństwa stanowego, gdzie mniejszości zyskują dodatkowe gwarancje i przywileje. Dla mnie jest zupełnie niezrozumiałe, że fundamentem dla budowania tego modelu liberalnego stają się różne mniejszości, czy to narodowe, czy seksualne – tłumaczy poseł. Maciej Walaszczyk Foto.: Jan Bodakowski Tekst ukazał się w "Naszym Dzienniku" z 25 maja 2013 r.

Kapitalizm czy „wolność narodowa”? Jeszcze o Ruchu Narodowym

Artykuł Jerzego Wasiukiewicza "Ruch Narodowy otwarty na wolnościowców", opublikowany na naszym portalu wywołał polemiczne reakcję u kilku Czytelników, które warto - zdanie redakcji PROKAPA - w jakiś sposób wyróżnić. Uznaliśmy, że opublikowanie ich w części newsowej to najlepszy sposób. Oto polemika "Tadeusza" i Antoniego Padewskiego. Zapraszamy do lektury.
Tadeusz: Ma to pewne szanse powodzenia (tj. przejęcie władzy u „narodowców” przez wolnościowców), ale nie liczyłbym na to. Równie dobrze w taki sam sposób można ją przejąć w każdej obecnej w sejmie partii. Samo sformułowanie „ruch narodowy” już niesie ze sobą dużo informacji. Skoro jest narodowy, to powiązany z jakimś konkretnym (? oczekuję definicji) narodem. Skupia swoich członków nie w oparciu o jakieś idee, tylko o prymitywną podpuchę z XIX w. przypominającą plemienne powiązania. Skoro jakkolwiek definiowany „interes narodu” jest tu kluczowy, to automatycznie przy każdej możliwej konfrontacji przegra z nim wolność. Zatem nie będzie żadnej wolności prawdziwej, bez przymiotników, tylko co najwyżej „wolność narodowa”. Zupełnie jak ze sprawiedliwością i „sprawiedliwością społeczną”. Ile razy trzeba przerabiać takie najprostsze zadania z logiki, żeby wreszcie pewne rzeczy załapać? Prosto pisząc – kupy się to nie trzyma. Nie może. Może jedynie przynieść pozytywne efekty jako kłamstwo, czyli ruch wolnościowy przebrany za „narodowy”. Osobiście brzydzę się czymś takim. *  *  * Antoni Padewski: Do Tadeusza Naród to nie społeczeństwo tylko dawne pokolenia, obecne i na pewno twoje i moje dzieci, wnuki. Jaka definicja? Oczywiście wspólnota języka, kultury, historii, tradycji. Trzeba być ograniczonym żeby pojmować naród w sensie etnicznym. Naród można pojmować także w sensie politycznym np. w dawnej I RP – gente rutheni natione poloni. W polskim państwie narodowym każdy ma miejsce do życia, jeśli szanuje tradycje i obyczaje polskie zarówno społeczne jak i polityczne. Czy Murzyn, Wietnamczyk czy nawet Aborygen może być Polakiem? Oczywiście że tak. Było wielu wielkich Polaków pochodzenia ormiańskiego, gruzińskiego, żydowskiego. Dawniej w świecie mniej zglobalizowanym napływ ludności obcej rasowo był ograniczony. Dziś nie, ale nie ma powodu żeby traktować gorzej Polaka pochodzenia np. senegalskiego od Polaka pochodzenia np. tatarskiego. Zauważ że Tatarzy, Karaimi zachowali olbrzymią autonomię względem państwa, jednocześnie respektowali obyczaje, kulturę Polaków, Litwinów i Rusinów (szczególnie pod koniec I RP kulturę polską, która dominowała wśród szlachty, także kresowej) Co właściwie chciała endecja? (nie mylić z ruchami narodowo-radykalnymi). Chciała wielkiego, wolnego, odpowiedzialnego, praworządnego i bogatego Narodu. Nie tylko społeczeństwa, czyli nie samych pokoleń, które żyły pod koniec zaborów ale i następnych pokoleń daleko naprzód. Chciała żeby naród polski stał się pełnoprawnym narodem europejskim jak Francuzi czy Niemcy. Dmowski był wtedy bardzo jak byśmy to powiedzieli postępowy. Jak w świecie zachodnim dominował leseferyzm, to endecja miała takie oblicze, jak zaczął dominować w latach 30 interwencjonizm to doszło do rozłamu (przy nie małej pomocy polskiego wywiadu wojskowego, ruch narodowy nigdy nie miał szczęścia do agentury w swoich szeregach) na starych (Rybarski, Taylor także Heydel w jakiejś tam mierze), których można nazwać konserwatystami i młodych, którzy kierowali się tendencjami istniejącymi w całym świecie zachodnim, także USA za Roosevelta. Celem jest bogactwo narodu, nie liberalizm sam w sobie. Oczywiście najlepszą metodą osiągania bogactwa jest kapitalizm, to wiemy wszyscy i to nie podlega dyskusji. Ale czy obecni polscy „kapitaliści” czyli dawni biurokraci rodem z PRL, którzy jak przewidywał Trocki, doszli do wniosku że przedłużanie tamtego systemu dłużej się nie opłaca (zresztą i tak by dłużej nie przetrwał) i po prostu rozkradli własność państwa, czy oni czują jakieś duchowe powiązania z kulturą, tradycją polską? W prawdziwym kapitalizmie np. amerykańskim elita np. Rockefeller, jak by nie było robiła coś dla społeczeństwa (uniwersytety, szpitale, szkoły). A czy nasi „kapitaliści” (pisze w cudzysłowie ponieważ co z nich za kapitaliści jak większość z tego co mają to najpierw rozkradli a później rozmnożyli dzięki przywilejom, jakie gwarantuje im państwo) mówią o sobie: „Jestem Polakiem – więc mam obowiązki polskie: są one tym większe i tym silniej się do nich poczuwam, im wyższy przedstawiam typ człowieka.” Pan Kulczyk daje na muzeum Żydów polskich, w którym to będą piękne wystawy o tym jak to paliliśmy masowo Żydów w stodołach i to my jesteśmy winni Shoah. Zamiast ufundować stypendia na zagranicznych uczelniach, pod warunkiem że ukończywszy je wrócą do Polski i będą pracować u pana Kulczyka, pan Kulczyk woli poniżać naród polski. Oni nigdy nie pozwolą na przywrócenie nawet Ustawy Wilczka z 1988 r. Rabunek własności państwa został zalegalizowany w świetle prawa przez samo państwo, a raczej biurokrację, która nim sterowała, steruje i będzie raczej sterowała dalej. Czy człowiek praworządny i liberał może zgodzić się na pogwałcenie prawa naturalnego i odebranie im zalegalizowanej własności? Czy może nie odbierając im własności nałożyć pewne regulacje przez system prawny (państwo) aby Polacy mogli w jakiejś mierze konkurować z dawnymi kolaborantami sowieckimi, którzy robią z siebie teraz „Europejczyków”? Ale ta druga opcja także gwałciłaby ich prawo własności. Czy gdyby syn jakiegoś generała zamordował ci żonę, a sąd mimo niepodważalnych dowodów go uniewinnił to szukałbyś sprawiedliwości na własną rękę, gwałcąc praworządność? W naszej cywilizacji prawo musi wynikać z etyki, inaczej ludzie nie będą go szanować. Czy to co się działo od połowy lat 80 i trwa właściwie aż po dziś dzień godzi się z etyką? Jak pisał Rybarski w „Siła i prawo”, nie można wyobcować jednostki ze społeczeństwa ponieważ tedy mamy patologię (podawał przykład renegata, który ucieka przed wymiarem sprawiedliwości oraz pustelnika). Każda jednostka, normalny człowiek zawsze żyje w jakimś społeczeństwie i wchodzi w interakcje z innymi jednostkami. Tak tworzą się kultury i cywilizacje. Ja osobiście jako konserwatysta i kapitalista wstąpiłbym do tego ruchu narodowego. Nawet gdyby miał on na celu budowę takiej Szwecji tyle że katolickiej, bo jak by nie było naszym wspólnym, można powiedzieć narodowym interesem jest zmiana obecnego porządku i ładu, zniszczenia obecnego systemu, który powoduję że nasz naród, nie dość że nie może się bogacić to jeszcze zaczyna powoli wymierać. Już pomijam fakt że należy zmienić statu Polski, która jest kolonią korporacji (najnowszy iPhone prawie 3 razy droższy w przeliczeniu na dolary niż w USA, chemia, sprzęt AGD, RTV i inne, no nawet słodycze są tańsze w RFN niż w RP. U nas tańsze niż na Zachodzie są tylko kartofle). Tak wygląda wolny handel? Biały murzyn nad Wisłą ma płacić więcej za ten sam towar niż Francuz, Niemiec czy Amerykanin, przy dużo mniejszych zarobkach? Nie każdy jest cwaniakiem żeby kupować za granicą np. na ebay. Nawet JKM mówi że dla niego ważniejszy jest naród niż społeczeństwo. Apeluję do wszystkich liberałów, libertarian, ordoliberałów, kolibrów, kapitalistów, konserwatystów, monarchistów, republikanów żeby wstępowali do Ruchu Narodowego i nie pozwolili aby ruch ten miał dominujący charakter narodowo-radykalny ale żeby był podobny do dawnej endecji jeszcze zanim się zradykalizowała. Oraz żebyśmy tworzyli kadry i programy polityczne, gospodarcze, społeczne tak aby nie być skazanym na import „doradców” jak dawna Solidarność, którzy nas zdradzą przy kolejnym okrągłym stole. Antoni Padewski *  *  * Tadeusz: Pełne pomieszanie z poplątaniem Panie Padewski. Naprostowanie takiego natłoku myśli i wykazywanie po kolei błędów zajęłoby mi chyba naście stron. Wszystkie te błędy sprowadzają się jednak do jednego, tego co opisałem powyżej. Sam Pan zresztą się do tego przyznaje. Poświęci Pan wolność, czyli właśnie to co dokonałoby prawdziwej, jakościowej zmiany na ołtarzyku narodowości. Bo to co jest, ale „narodowsze” będzie lepsze. To, że wolność pozwala rozkwitnąć każdemu narodowi, z polskim włącznie chyba Pan zauważa. Mimo wszystko konsekwentnie woli Pan leczyć chorobę obrazkiem zdrowia niż lekarstwem. Będąc zmuszonym do wyboru – wolność albo narodowość – wybiera Pan to drugie jednocześnie zaprzepaszczając to! Moim zdaniem to poważny błąd. Podejrzewam, że JKM by się ze mną zgodził, ciekawe jak pozostali. Red.

Państwo i Ojczyzna

Ponieważ przyszło nam żyć w państwie, z którym nie identyfikuje się znaczna część Polaków, najwyższy czas by wszyscy zrozumieli, że istnieje zasadnicza różnica pomiędzy państwem a Ojczyzną. Jest to kwestia o tyle istotna, że spory odsetek tych, którzy z różnych przyczyn mogą mieć jak najbardziej uzasadnione pretensje do PAŃSTWA polskiego w jego obecnej postaci, swą złość i frustrację wylewa na POLSKĘ, która jest przecież (a przynajmniej być powinna) ich OJCZYZNĄ.
Nasze dzieje wyraźnie pokazują, że można mieć OJCZYZNĘ nie mając PAŃSTWA; że żyjąc w OJCZYŹNIE i dla niej pracując, można zarazem żyć w OBCYM tworze państwowym (zabory, okupacje) identyfikacja z którym jest równoznaczna z narodową apostazją, czyli – jak to dawniej określano – zaprzaństwem. Mieszając ze sobą różne kategorie, takie jak naród, ojczyzna czy państwo tworzymy zamęt semantyczny, który przekłada się na to co widzimy dziś: pomstowanie i wydziwianie na Polskę i totalny paraliż woli posiadania WŁASNEGO, suwerennego i niepodległego państwa. Własnego, to znaczy takiego, które stoi na straży suwerenności narodu, z którym naród się identyfikuje, z którego jest dumny i które uważa za dobro, na rzecz  którego warto pracować, ponosić wyrzeczenia, a nawet poświęcać życie... Zauważmy przy tym, że dziś mówi się i pisze prawie wyłącznie o suwerenności PAŃSTW, zupełnie nie zwracając uwagi na fakt, iż zewnętrznie suwerenne państwo (o ile takowe istnieją dziś w Europie) może (i często to czyni!) pozbawiać suwerenności naród, któremu powinno przecież służyć. Odrzucając wszelakie bałamutne i pokrętne „metafizyki państwa”, mówmy o KONKRETACH. Państwo, o ile nie jest formą patrimonium, czyli własnością panującego, jest niczym innym jak polityczną organizacją narodu. Jego agendy i służby, utrzymywane z pieniędzy podatników powinny zatem realizować cele ogólnonarodowe, bo przecież istnienie państwa  nie jest i nie może być celem samym w sobie. Tymczasem obserwujemy, jak państwo konsekwentnie przekształca się w organizację niezależną od narodu i systematycznie pozbawia suwerenności tych, którym powinno służyć. Naród, ów konstytucyjny SUWEREN, jest pozbawiany prawa do stanowienia o sobie, nie mówiąc już o postępującej inwigilacji coraz to większej liczby obywateli. Państwo NIE MOŻE mieć żadnego innego celu, jak tylko dobro jego obywateli. Nie może być soliterem wysysającym żywotne siły narodu i mnożącym nieustannie swe agendy przy jednoczesnym sprowadzaniu tegoż narodu do roli organizmu-żywiciela czy dojnej krowy. Takie państwo zamienia się w twór PASOŻYTUJĄCY na narodzie. Dlatego też tak ważną rzeczą jest to, byśmy dostrzegali różnice pomiędzy PAŃSTWEM a OJCZYZNĄ. Państwo jest (a przynajmniej być powinno) polityczną organizacją narodu, ojczyzna to określony zestaw idei, historia, kultura, język, obyczaj. Ojczyznę nosi się w sercu, niezależnie od tego, czy mieszka się na ojczystej ziemi, czy też daleko od niej. Jednakże ideałem zawsze podostaje OJCZYZNA kojarzona z OJCOWIZNĄ, z ziemią przodków. Jeśli państwo ma za zadanie stać na straży OJCZYZNY oraz dbać o dobro narodu, z którego mandatu istnieje i sprawuje swe funkcje, to nie sposób powstrzymać się od pytania: czy ktokolwiek będzie zainteresowany utrzymaniem państwa, którego nie identyfikuje z ojczyzną i narodem, albo które samo z OJCZYZNĄ i NARODEM się nie identyfikuje ? Państwa, które żyje SAMO DLA SIEBIE w imię słynnej zasady Jerzego Urbana „Rząd sam się wyżywi”? Posłużymy się w tym celu przykładem tak wyraźnym, tak dobrze ilustrującym różnicę pomiędzy PAŃSTWEM a OJCZYZNĄ, różnicę tak wyraźną, że tylko człowiek złej woli jej nie zauważy. I Rzeczpospolita była PAŃSTWEM, w którym osiemdziesiąt kilka procent  populacji stanowili chłopi. Byli oni mieszkańcami państwa o nazwie Rzeczpospolita, ale czy ten kraj był ich państwem? Czy był ich ojczyzną? Ojczyzna to pojęcie kojarzące się z ojcowizną, z własnością gruntową. Już w wieku XIX Karol Libelt zauważył związek pomiędzy własnością gruntową a patriotyzmem. Jaki interes miał wówczas chłop, by bronić państwa, w którym był on pozbawionym praw i własności niewolnikiem?  Czy takowe państwo mógł uznawać za swoje? Były to czasy, gdy naprawdę niewielu myślało o państwie w sposób abstrakcyjny. Szlachcic wyruszał na wojnę, bo jako pełnoprawny uczestnik życia politycznego i posiadacz majątku ziemskiego, bronił  nie jakiegoś abstrakcyjnego bytu z którym był związany faktem urodzenia, lecz konkretnej Ojczyzny, której częścią była JEGO OJCOWIZNA. W tym momencie dochodzimy do innej, jakże istotnej niegdyś kwestii: „MAŁEJ OJCZYZNY”. Szlachcic związany był przede wszystkim z  terytorium, jakie niekiedy od pokoleń zamieszkiwała jego rodzina. Województwa, ziemie, powiaty były MAŁYMI OJCZYZNAMI. Zanim zrodziły się nowożytne nacjonalizmy, myślano w dużej mierze kategoriami owych „małych ojczyzn”. Urodzony na Ukrainie polski szlachcic Bohdan Zaleski pisząc do Dionizji Poniatowskiej „My, Ukraińcy” miał na myśli nie przynależność etniczną (zamieszkującą te ziemie niepolską  ludność wyznania prawosławnego określano wówczas mianem Rusinów)  a właśnie ową „małą ojczyznę”. „Litwo, ojczyzno moja”, pisał Adam Mickiewicz, który po litewsku w ogóle nie mówił i w pełni identyfikował się z kulturą polską.  Szlachcic polski bronił zatem również i tego wszystkiego, co składało się na jego poczucie tożsamości: wiary, kultury, języka, sposobu życia. Krótko mówiąc - bronił kultury i cywilizacji z którą się identyfikował. Toczący przez wieki walki z wrogiem reprezentującym odmienny typ cywilizacji, polski szlachcic bronił swego państwa, gdyż było gwarancją jego pozycji społecznej, praw i przywilejów oraz stało na straży drogich mu wartości i zapewniało organizacje życia zbiorowego zgodną z jego oczekiwaniami, a więc postępował według zasady „COŚ ZA COŚ”. Pamiętajmy wszakże, że potrafił też, nawet zbrojnie, wystąpić przeciwko państwu, które czyniło zakusy na jego prawa i przywileje, czyli mówiąc językiem dzisiejszym – PRAWA NABYTE. Wbrew temu, co od dawna próbuje nam zasugerować demokratyczna propaganda, za swoje przywileje szlachta musiała płacić i to niemało. Udział w pospolitym ruszeniu oznaczał odbywanie kampanii wojennej na własny koszt. Warto pamiętać, że koń i uzbrojenie uczestnika pospolitego ruszenia to w zależności od jakości uzbrojenia i klasy konia  niejednokrotnie wartość rocznego dochodu z wioski. Jeśli dodamy do tego  koszty utrzymania służby, transportu zapasów żywności i uzbrojenia zapasowego, przekonamy się, że powiedzenie „szlachectwo zobowiązuje” dotyczyło również wymiernych, materialnych kosztów związanych z uprzywilejowaną pozycją społeczną. Zauważmy przy tym, że przez całe wieki mówiło się i pisało o MIŁOŚCI OJCZYZNY, która zawsze była czymś nadrzędnym wobec państwa. Przysięgi składano na PRAWA RZECZYPOSPOLITEJ, przy czym dotyczyło to w pierwszym rzędzie osoby panującego. Stąd też Pacta Conventa, określające obowiązki władcy wobec tych, którzy mu władzę powierzali. Wierność państwu nie była więc czymś  bezwarunkowym; umowa dotyczyła obydwu stron. Obywatel nie mógł być NIEWOLNIKIEM PAŃSTWA. I Rzeczpospolita była państwem społeczeństwa obywatelskiego, przy czym społeczeństwo stanowili ci, którzy brali czynny udział w życiu tego państwa i ponosili koszty jego utrzymania i obrony. Musimy jednak przez cały czas pamiętać o tym, że było to możliwe dzięki iście  niewolniczej pracy 90 % populacji, która ani narodem ani społeczeństwem nie była, choć to ona właśnie bezpośrednio wypracowywała bogactwo kraju. Nic więc dziwnego, że myśliciele i działacze społeczni wieku XIX budowę społeczeństwa obywatelskiego obejmującego szerokie rzesze ludności dotąd nieuprzywilejowanej  uzależniali od jej upodmiotowienia, którego podstawą miała być WŁASNOŚĆ GRUNTOWA, czyli chodziło o to, by ową ludność poprzez OJCOWIZNĘ związać z  OJCZYZNĄ. Choć nie każdy o tym wie, przez pierwsze kilkadziesiąt lat, właściwie do Powstania Listopadowego, ziemie polskie pod zaborem rosyjskim praktycznie nie odczuwały większych zmian. Szlachta nadal sprawowała urzędy ziemskie i dominowała w terenie, funkcjonowało polskie szkolnictwo, istniała polska armia i polski pieniądz. Tak chwalone przez wielu ignorantów „swobody” pod zaborem austriackim nastąpiły dopiero po przegranej przez austriackiego zaborcę bitwie pod Sadową (1866). Mało tego, przed wybuchem Powstania Listopadowego ucisk narodowościowy w cesarstwie austro - wegierskim połączony z intensywną germanizacją Galicji był o wiele dotkliwszy niż w zaborze rosyjskim. Represje ze strony Rosji, jakie nastąpiły po Powstaniu Listopadowym zmieniły wszystko: przyniosły ze sobą narzucanie obcego prawa, likwidacje polskiego wojska, szkolnictwa i pieniądza. Nastąpiły jednocześnie zmiany własnościowe, jako że liczne dobra skonfiskowane patriotom przeszły w obce ręce, skasowano wiele zgromadzeń zakonnych a wiele budynków kościelnych i poklasztornych przekazano Cerkwi prawosławnej bądź  przeznaczono na inne cele.  O wiele dotkliwsze ciosy spadły na kraj po upadku Powstania Styczniowego. Poza licznymi konfiskatami na szlachtę nałożono obowiązek potwierdzenia szlachectwa, co wiązało się z koniecznością przedstawienia stosownych dokumentów i wniesieniem opłaty, na którą nie stać było wielu niezamożnych rodzin szlachty zagrodowej czy bezrolnej. Wykazanie się stosownymi dokumentami okazało się sprawą równie trudną, co uiszczenie sumy pieniężnej. Przetaczające się przez rozległe wschodnie połaci kraju liczne wojny powodowały, że płonęły dwory i zamki a wraz z nimi rodzinne dokumenty. Brak wpisu powodował utratę praw stanowych, co miało dla żywiołu polskiego opłakane skutki. Ubogi szlachcic, po złożeniu tzw. „świadectwa ubóstwa” mógł kształcić synów na koszt rządu;  po utracie praw stanowych nie był w stanie posyłać ich do szkół. Straciwszy przywileje, młody szlachcic musiał odbywać wieloletnią służbę wojskową w zaborczej armii. Za deklasacją postępowały pauperyzacja i depolonizacja. Masy synów szlacheckich, pozbawione majątków i przywilejów stanu stworzyły warstwę, którą zaborcy ochrzcili mianem „inteligencji”. Szczególny udział w kształtowaniu nowego pojęcia ojczyzny miała Wielka Emigracja. Wraz z utratą OJCOWIZNY oraz „MAŁEJ OJCZYZNY”, OJCZYZNA stawała się coraz bardziej wartością ponadmaterialną Ludziom pozbawionym majątków został już tylko pewien przekazywany od pokoleń zestaw wartości oraz obszar kultury, a patriotyzm wiązał się przede wszystkim z ich obroną i kultywowaniem. Gdy oczekiwana przez pokolenia „Wojna narodów”  przyniosła ze sobą perspektywę odzyskania  materialnej OJCZYZNY i WŁASNEGO PAŃSTWA, do realizacji marzeń dziadów i ojców rzucili się przede wszystkim ludzie młodzi, wychowani w systemie wartości składających się na ideę polskości. O tym, jaką silę posiadała owa idea aż nadto dobitnie świadczą lata walk o granice  nowo odzyskanego państwa oraz przede wszystkim determinacja, jaką wykazały wszystkie warstwy społeczne odpierając sowiecką inwazję. Kolejna okupacja pociągnęła za sobą koniec tak krótko trwającego okresu cieszenia się własną państwowością, co jednak szybko zmieniło się w unikalny w skali światowej fenomen Państwa Podziemnego. Wszystko to ułatwiał fakt, że okupant był tym OBCYM i jakakolwiek identyfikacja z narzuconym systemem państwowym równała się zdradzie, w ostateczności karanej śmiercią. Pamiętajmy, że owo Państwo Podziemne łączyło w sobie zarówno ciągłość prawną, jak i przechowany przez 123 lata zaborów system wartości. Sytuacja, jaka wytworzyła się na ziemiach polskich z chwilą wkroczenia na nie Armii Czerwonej oraz zastępów rodzimego chowu renegatów sprawiła, że nosząc w sercach Ojczyznę, spora część Polaków nie identyfikowała się z PAŃSTWEM stworzonym w oparciu o moskiewskie bagnety i całkowicie zależnym od wschodniego Wielkiego Brata. W jeszcze gorszej sytuacji znalazły się setki tysięcy Rodaków pozostałych na terenach utraconych w rezultacie jałtańskiej zdrady. Żyjąc na OJCOWIŹNIE, gdzie niekiedy od setek lat żyli, pracowali i umierali ich przodkowie, ludzie ci, podobnie jak za czasów zaborów, zmuszeni byli (i są) żyć W OBCYM IM ORGANIZMIE PAŃSTWOWYM. Tym bardziej nasz szacunek należy się tym wszystkim, którzy pomimo jakże nie sprzyjających okoliczności nie wyrzekli się OJCZYZNY, czyli języka, kultury i IDEI polskości. Dotyczy to również milionów naszych Rodaków rozrzuconych po całym świecie wskutek emigracji „za chlebem” oraz zmuszonych do pozostania za granicami kraju w wyniku jałtańskiej zdrady „sojuszników”. Po roku 1989 odżyły nadzieje na stworzenie takiego państwa, które byłoby prawdziwie PAŃSTWEM POLSKIM, to znaczy było praktycznym ramieniem, służącym realizacji ideału polskości. Niestety, wkrótce okazało się, że znaczna część naszych rodaków nie jest bynajmniej zainteresowana budowaniem własnego, suwerennego państwa (i trzeba to WYRAŹNIE powiedzieć!) rzucając się w wir interesów i budowania indywidualnego dobrobytu a w końcu przedkładając „europejskość” nad polskość. Cóż, „młodzi wykształceni z wielkich miast” zapewne nie wiedzą, że w XV czy XVI w. jeśli chodzi o prawodawstwo czy urządzenia społeczne Polska była bardziej „europejska” niż np. Anglia, Francja czy Niemcy! Do tego doszła „Nocna zmiana”, która wyraźnie odsłoniła prawdziwe oblicze okragłostołowych „elit”, później  katastrofa smoleńska wręcz udowodniła, że część z nich nad interes państwa polskiego przedkłada jakieś (jakie? czyje?) interesy... Kwestia budowy NIEPODLEGŁEGO, SUWERENNEGO PAŃSTWA POLSKIEGO pozostaje zatem kwestią otwartą. Pytanie: czy chcemy mieć państwo, i to takie, które będziemy mogli z czystym sumieniem identyfikować z OJCZYZNĄ ? Dr  Jan Przybył Fot.: Nowe Państwo

W hołdzie przodkom. Póki pamiętamy

Biegł co sił w nogach przez zabarykadowaną ulicę. W rękach mocno trzymał zdobytego na wrogu Mausera, a na plecach dźwigał ciężki plecak z amunicją. Gdy rozległy się strzały z pistoletu automatycznego, bez zastanowienia padł brzuchem na chodnik. Oddychając ciężko, poprawił przepasany biało-czerwoną wstęgą hełm i podczołgał się za osłonę. Zaczął nasłuchiwać uważnie każdego dźwięku. Nie przeszkadzały mu w tym bezustanne grzmoty wybuchów i odległe pokrzykiwania ludzi – po dwudziestu dwóch dniach walk potrafił wyodrębnić odgłosy wymierzonych w niego strzałów. Teraz jednak poza grającą w tle kaskadą huków cała ulica tonęła w grobowej ciszy. Wiedział, że wróg również czeka cierpliwie z palcem przygotowanym na spuście. Nie mógł się wychylić, więc na wzór zalegających wokół trupów przez długie minuty trwał w całkowitym bezruchu. Usłyszał prędkie kroki odbijające się od fasad kamienic z prawej strony. Ktoś biegł przyboczną uliczką, stawał na moment, aby znów chybcikiem pokonać kilkanaście metrów brukowanej nawierzchni.
Gdy z niepokojem spojrzał w tamtym kierunku, serce w nim zamarło. Mały chłopiec, członek Szarych Szeregów, zmierzał wprost na linię strzału. Chciał krzyknąć do niego, ale na to było za późno. Krótka seria z MP40 podziurawiła drobne ciało harcerza i spokój tej jednej ulicy zburzyły przepełnione bólem skomlenia. Jęki okaleczonego chłopaka przez przeciągające się w nieskończoność sekundy rozdzierały jego serce. W końcu cały ten koszmar zakończył jeden wystrzał z niemieckiego Mausera. Nadal oparty plecami o osłonę spojrzał ponad dachy płonącej Warszawy. Po jego policzkach spłynęły łzy, lecz twarz ani trochę nie zmieniła surowego wyrazu. Potworności, które ujrzał w ogniu walk, zahartowały jego młodzieńczą duszę nie do poznania. Pierś roznosiła duma z powstańczych braci. Bóg, honor, Ojczyzna jak mantra rozbrzmiewało w głowie. Uciekł myślami ku szesnastoletniej siostrze, która zginęła w trakcie obrony Woli. Być może pisane mu było dołączyć do niej we wspólnej mogile? Oraz do ojca, który pięć lat wcześniej oddał życie na zachodnim froncie. Nie miał nic do stracenia. Jedynie matki zrobiło się żal – poczciwa kobieta mogła na zawsze utracić wszystkich bliskich, ale kosztem ich ofiary zyskać wolną Polskę. Odetchnął głęboko i podniósł się lekko na zgiętych kolanach. Od razu przypomniał sobie o wadze wypełnionego amunicją plecaka i związanego z nim zadania. Musiał dotrzeć do Arsenału Królewskiego, gdzie dzień i noc ginęli dzielni rodacy. Wziął w płuca głębszy wdech i zerwawszy się z miejsca, jak błyskawica popędził do następnej osłony. Jednak bezlitosny huk wystrzału rozerwał mu prawe ramię. Jego nogi poplątały się i z całym impetem runął na ziemię, ryjąc twarzą po kostce brukowej. Natychmiast poczuł metaliczny posmak krwi w ustach i skrajne odrętwienie w wykrwawiającym się barku. — Ich den Vogel abschiesse! — rozległ się radosny okrzyk za jego plecami. Swoje ostatnie myśli skierował ku Bogu. Gdyby mógł, przeżegnałby się na znak krzyża, jednak sparaliżowany bólem, musiał poprzestać na krótkiej modlitwie. Przed jego oczami stanęła zatroskana matka i ukochana siostra. Pożegnałby je, gdyby nie były zwykłymi majakami. Na koniec w jego uszach wyraźnie zadźwięczał Mazurek Dąbrowskiego dumnej i niepodległej Polski. — Gib mir! — krzyknął drugi SS-man trzymający w dłoniach czarny MP 40. Krótka seria urwała Mazurka na wersie: „Co nam obca przemoc wzięła”. Takie właśnie słowa wraz z ostatnim tchnieniem wypłynęły ze ściśniętego gardła warszawskiego powstańcy. Umarł dumny naród, który dla Ojczyzny przelał krew i na mogiły stawiał znicze. Niech żyje durny naród, który sprzedał swą Ojczyznę w unijnym plebiscycie Maciej Bukowski

Mobilizacja 2012!

Z naszej poczty... Przyjaciele! Historia nam przyspieszyła. Gdy w 2009 r. obejmowałem funkcję prezesa Młodzieży Wszechpolskiej, nastawiałem się „na długi marsz”, na stopniową, mozolną i, co tu dużo mówić, powolną budowę struktur MW, na spokojne wychowywanie nowego pokolenia narodowców. Przez ostanie 2.5 roku zarysowało się jednak coś, czego wcześniej nie przewidywałem. Zarysował się wyraźnie koniec pewnej epoki.
Koniec lat 90-tych Wiek XIX rozpoczął się kongresem w Wiedniu w 1815 r. i zakończył wraz z wybuchem I wojny światowej w 1914 r. Wiek XX, a w nim specyficzna, post-zimnowojenna epoka lat 90-tych, w znaczeniu politycznym zaczęła dobiegać końca dopiero teraz, na początku drugiej dekady trzeciego tysiąclecia. Proces ten odbywa się dosyć szybko i na wielu płaszczyznach. W sferze geopolityki jesteśmy w ostatnich latach świadkami stopniowego końca amerykańskiej globalnej hegemonii. Użyję oklepanego stwierdzenia, ale świat rzeczywiście staje się wielobiegunowy. Podobnie w Europie, trendy unifikacyjne w ramach brukselskiej unii, które zdawały się być nad wyraz mocne i nieuchronne, ulegają osłabieniu. Podejmowane dziś próby idące w kierunku konsolidacji i budowy federacji, rozbiją się o, istniejące wbrew politpoprawnym zaklęciom, dążenia i aspiracje narodów. Bierne społeczeństwo konsumentów W naszym społeczeństwie ostatnie 20 lat upłynęło pod znakiem dążenia do zaspokajania potrzeb konsumpcyjnych. Ciężko się dziwić, że po okresie beznadziei komunistycznej rzeczywistości Polacy chcieli zaznać życia lepszego, wygodniejszego, dostatniego. Pewien stopień zadowolenia udało się pod tym względem osiągnąć w latach 2005-2010. Wypchnięcie dwóch milionów ludzi za granicę, połączone z napływem dużej ilości pieniędzy w postaci kredytów zaciąganych przez państwo i indywidualnych konsumentów, dało części społeczeństwa poczucie złudnej „sytości”. Złudnej, bo, podobnie jak w epoce Gierka, opartej na złych fundamentach ekonomicznych i politycznych. Goniący za konsumpcją i oddający się „konsumowaniu” Polacy byli politycznie bierni i z łatwością wierzyli w lewicowo-liberalne opowieści, które dobrobyt utożsamiały z rezygnacją z suwerenności, tożsamości narodowej i akceptacją wszelkich patologii, jakich dopracowały się w minionych kilkudziesięciu latach społeczeństwa tzw. Zachodu. Wstrząsy i narodowe przebudzenie Trzeba sobie powiedzieć gorzką prawdę: żadne wstrząsy o charakterze ideowym, rozkład polskiej tożsamości, rozpad wspólnoty narodowej – żadne z tych zjawisk nie spowodowało przebudzenia się polskiego społeczeństwa. Katastrofa słabego państwa pod Smoleńskiem (bo tak należy interpretować zarówno samą tragedię, jak i to co się wokół niej dzieje) była impulsem chwilowym i w ostatecznym rozrachunku dosyć łatwo wypartym z masowej świadomości przez administrujących naszym krajem liberałów. Jedynym argumentem, który przemawia do większości Polaków, jest zasobność ich osobistego portfela. I prawda jest taka, że większość rodaków będzie nas chciała słuchać dopiero wtedy, gdy kryzys mocno uderzy właśnie w ten aspekt ich codziennego życia. Co powiedzieć Polakom Musimy nadchodzący czas dobrze wykorzystać. Oskarżenie obecnych elit o sprzedajność, uleganie obcym wpływom, brak troski o dobro państwa i narodu, oraz odsunięcie ich od władzy i rozliczenie z dotychczasowych „dokonań”, to jedno. Najważniejsze jest jednak inne zadanie: w czasie kryzysu musimy wpoić milionom Polaków podstawową zasadę, bez której stosowania nigdy nie będziemy silnym, niezależnym i bogatym narodem. Nasze społeczeństwo musi sobie uświadomić, że los każdej jednostki, jej osobiste szczęście i dobrobyt, uzależnione jest od siły i sprawności całej wspólnoty narodowej. Musimy Polaków na powrót uczynić taką właśnie wspólnotą. W oparciu o poczucie tożsamości, tradycję i dążenie do niezależności naszego państwa. Przez wpajanie ducha współpracy, ducha aktywizmu społecznego i przez naukę, że polityka to służba na rzecz realizacji interesu narodowego. Nadchodzi czas próby… Na wszystko co się dzieje w przestrzeni międzynarodowej patrzymy z poczuciem swoistego rozdwojenia. Trwający kryzys finansowy, którego apogeum możemy się dopiero spodziewać, uderzy w bardzo wielu Polaków. Uderzy w nasze rodziny, w ich poczucie materialnego bezpieczeństwa. Uderzy w gospodarkę naszego kraju, fatalnie zorganizowaną w ostatnim dwudziestoleciu w jedną wielką fabrykę „podwykonawców” w stosunku do gospodarek zachodnich. Będzie to niewątpliwie czas próby; dla nadszarpniętych lub całkowicie zerwanych więzi społecznych, dla wspólnot rodzinnych zbudowanych w oparciu o paradygmat materialistyczny. Wyjdziemy z niego, jako społeczeństwo, po raz kolejny poobijane. … i nadziei Wspomniane problemy nie mogą jednak przesłaniać horyzontu naszych planów i dążeń. Zbliżający się ciężki czas to zarazem rzadko trafiająca się okazja, by polski dom posprzątać i oprzeć na solidnych podstawach. Załamanie się porządku międzynarodowego stwarza nam szansę w podwójnym wymiarze: po pierwsze, ze względu na osłabienie możliwości oddziaływania Brukseli i Berlina, a po drugie, z powodu znacznego osłabienia wiarygodności „polskich elit” (nie tylko politycznych, ale również ekonomicznych i kulturalnych), które przyzwyczaiły się do roli posłusznych zarządców „polskiej prowincji”. Zmierzch roku 80 Nadchodzi również zmierzch pewnego pokolenia, które, jak trafnie zauważył jeden z publicystów, trzyma w Polsce władzę od mniej więcej 30 lat. Polityczne pokolenie roku 80, zarówno gdy mówimy o przedstawicielach komunistów, jak i solidarnościowców, powoli, ale konsekwentnie, odchodzi do historii. Olbrzymim szacunkiem darzymy wszystkich, którzy w narodowy ruch Solidarności zaangażowali się ze szczerym sercem, z wolą walki o wolną i sprawiedliwą Polskę; doceniamy wszystkie poświęcenia i ofiary. Jednak po politykach „roku 80-tego”, po fundatorach Republiki Okrągłego Stołu, twórcach rzeczpospolitej mniejszych i większych przekrętów, budowniczych państwa drobnych cwaniaczków, po nich wszystkich, od 30 lat kształtujących naszą rzeczywistość, płakać nie będziemy. Owszem, z ulgą i radością powitamy ich odejście, a wielu z całą surowością pociągniemy do odpowiedzialności. My, nowe pokolenie Jacy powinniśmy być my, przedstawiciele nowego pokolenia, które w najbliższych latach będzie walczyć o to, by odebrać władzę nad krajem jawnym zdrajcom, drobnym cwaniaczkom albo zwykłym nieudacznikom? Z pewnością musimy mieć poczucie własnej siły i wartości. Tylko poczucie takiej siły może wyzwolić nasz naród z wielorakich kompleksów, które bardzo silnie w nas tkwią. Naszym zadaniem jest uwolnić tkwiącą w narodzie energię i pokierować nią dla dobra wspólnego. Dlatego musimy być zorganizowani, rozważni i odpowiedzialni. Musimy mieć również świadomość, że walka jaką toczymy, wymaga od nas ofiarności i poświęcenia. Walkę naszą musimy toczyć nie dla zaspokojenia osobistych ambicji, nie dla próżnej chwały i nie dla osiągnięcia indywidualnych korzyści. Będąc dumnymi, znającymi swoją wartość Polakami, zawsze pamiętać musimy o osobistej pokorze. Zawsze musimy pamiętać, że nasza aktywność jest służbą. Jeśli w ten sposób będziemy działać, dobry Bóg z pewnością nam pobłogosławi. Pobłogosławi naszemu zwycięstwu. Robert Winnicki Foto. PSz/Prokapitalizm.pl