Tag Archives: NBP

Polska znów kupiła złoto!

Portal Bankier.pl wyliczył, że w ostatnim czasie, a dokładnie - we wrześniu br., skarbce Narodowego Banku Polskiego wzbogaciły się o 4,3 tony złota. Swoje wyliczenia portal opiera na danych opublikowanych przez sam NBP.

Czy PiS ujawni majątki, których nie chciał ujawnić rząd PO?

Janusz Wojciechowski, eurodeputowany Prawa i Sprawiedliwości, w ostatnich godzinach 2015 roku zapowiedział, że niebawem zgłoszony zostanie projekt ustawy wprowadzający jawność oświadczeń majątkowych. To dobre rozwiązanie zapewniające równość obywateli pełniących funkcje publiczne wobec prawa, wprowadzające większą przejrzystość życia publicznego i podwyższające standardy życia publicznego. Niestety, poprzednia próba ujawnienia oświadczeń majątkowych nie powiodła się.

Drastyczna podwyżka cen monet kolekcjonerskich w NBP!

W maju 2014 roku Narodowy Bank Polski zaprzestał emisji monet kolekcjonerskich o nominale 2.zł i podwyższył o 150% cenę nowych monet kolekcjonerskich, które będą odtąd o nominale 5.zł.

Euro dla Polski: tak czy nie?

Czy Polska powinna przystąpić do strefy euro? Raport poświęcony tej właśnie kwestii przygotowali eksperci Instytutu Misesa. Zawiera on zarówno pozytywy ewentualnego przyjęcia przez nasz kraj wspólnej waluty oraz jego negatywy.
Na wstępie autorzy raportu zauważają, że mimo wielu problemów z jakimi borykają się poszczególne kraje strefy euro, takie chociażby jak Grecja, Hiszpania czy Portugalia, dla pozostałych państw wspólna waluta nadal wydaje się ciekawym projektem. Również celem władz III RP jest - czytamy w raporcie - ostatecznie przyjęcie euro. Raport Instytutu Misesa składa się z kilku części. Pierwsza to prezentacja argumentów przeciwników wprowadzania Polski do strefy euro. Jak zauważają autorzy raportu, przeciwnicy wspólnej waluty podnoszą często argument o niemożności dostosowania europejskiej polityki pieniężnej do potrzeb polskiej gospodarki. Podkreśla się również kwestię utraty możliwości wpływania przez polskie organy na politykę EBC. Zdaniem przeciwników wstępowania Polski do strefy euro, niedopuszczalne jest aby kraj tracił wpływ na możliwość prowadzenia aktywnej polityki monetarnej celem chociażby pobudzenia wzrostu gospodarczego. Ważna rolę ma tu odgrywać krajowy bank centralny. Autorzy raportu nie do końca podzielają ten pogląd. Podkreślają, że równie dobrze a nawet lepiej gospodarka może się rozwijać bez banku centralnego w warunkach tzw. wolnej bankowości. Osiąganie takich celów, jak wzrost, stabilność cen, niska inflacja czy minimalne bezrobocie możliwe jest do uzyskania w warunkach, gdzie bank centralny nie istnieje. Autorzy raportu zdają się zatem kwestionować siłę tego argumentu przeciwników zastępowania złotówki euro. Także inne argumenty przeciwników euro nie do końca przekonują ekspertów Instytutu Misesa. Argument mówiący o tym, iż zarówno Polska jak i cała strefa euro nie tworzą tzw. optymalnego obszaru walutowego mógłby być słuszny o tyle, o ile w ogóle uznamy za słuszną teorię o optymalnych obszarach gospodarczych. Jeśli bowiem poddać ją można w wątpliwość, wówczas ten argument upada (w celu zapoznania się ze szczegółową analizą odsyłamy do raportu). Inny argument przeciwników euro, wśród których autorzy raportu wymieniają ekonomistów Andrzeja Kaźmierczaka i Eryka Łona, to utrata kontroli nad polityką fiskalną państwa. Chodzi m.in. o wymogi narzucane przez Traktat z Maastricht nakazujący państwom Unii Europejskiej utrzymywanie deficytu finansów publicznych na poziomie poniżej 3% PKB, oraz że ich dług publiczny powinien nie przekraczać 60% PKB. Eksperci Instytutu Misesa zauważają, że ta kwestia nie powinna jednak stanowić istotnego problemu ponieważ polskie prawo jest podobne i do tego zapisane jest w konstytucji. Ponadto "(...) zalecenia z Maastricht, przed którymi przestrzegają niektórzy polscy ekonomiści, były do tej pory przez wiele europejskich państw ignorowane i nie spotykało się to zazwyczaj ze zdecydowaną reakcją europejskich władz. Ten problem dostrzeżono także w Brukseli i dlatego zdecydowano się na wprowadzenie paktu fiskalnego, który lepiej dyscyplinowałby finanse państw Unii Europejskiej. Pytanie, czy okaże się on bardziej skuteczny od Paktu Stabilności i Wzrostu, jest jak na razie sprawą otwartą". Ważniejsze, zdaniem autorów raportu, jest pytanie, czy aktywna polityka fiskalna może być rzeczywiście dla Polski korzystna? Zarówno wzrost deficytu budżetowego, aktywną politykę państwa w kwestii zatrudnienia czy ogólny wzrost wydatków budżetowych uważają autorzy raportu za przedsięwzięcia raczej wątpliwe i dla gospodarki niekorzystne. W raporcie czytamy, iż pewne: "(...) czynniki produkcji nie są zatrudnione z konkretnych przyczyn – nikt nie chce zapłacić stawek za wynajem ich usług, jakich żądają właściciele. Mówiąc inaczej, przedsiębiorcy wyceniają produktywność tych czynników niżej niż ich posiadacze. Jeśli ktoś nie może wynająć swojej powierzchni biurowej, żądając określonej stawki za metr kwadratowy, to znaczy, że przedsiębiorcy nie widzą projektów, które byłyby zyskowne przy takiej cenie". Eksperci Instytutu Misesa podkreślają, że wydatki rządowe tej sytuacji nie zmienią – "nie sprawią, że stworzone zostaną rentowne projekty inwestycyjne – powstaną raczej projekty inwestycyjne, które nie mogły się utrzymać bez wsparcia państwa. Tym samym raczej zwiększy się, a nie zmniejszy, poziom niedostosowań". Poddając w wątpliwość sensowność polityki wydatków publicznych, tę część raportu kończy konkluzja, że "(...) ewentualne ograniczenia nałożone na politykę fiskalną w Polsce, wcale nie muszą być dla naszej gospodarki szkodliwe, trudno zaliczać je zatem do kosztów integracji ze strefą euro". Następnie raport poddaje analizie argumenty zwolenników przystąpienia Polski do strefy euro. Wśród nich są takie jak: eliminacja kosztów transakcyjnych, rozwój wymiany handlowej, obniżenie stóp procentowych i napływ inwestycji oraz ten, że integracja ze strefą euro wymusi reformy. Pierwszy z nich autorzy określają jako niezaprzeczalny i bez wątpienia korzystny dla międzynarodowego handlu. Jednak - jak podkreślają - te same korzyści osiągnie się wstępując do każdej innej unii walutowej i strefa euro nie ma tu nic do rzeczy. Wręcz w logice zwolenników rezygnacji ze złotówki forsujących argument o "kosztach transakcyjnych" widać pewną sprzeczność. Jeśli bowiem kontrolę nad finansami są oni gotowi przekazać EBC, to tak jakby kwestionowali kompetencje krajowego banku centralnego (w naszym przypadku NBP). Powinni być zatem przeciwni delegacji w przyszłości przedstawicieli NBP do EBC. O niczym takim nie ma jednak mowy. "Jeśli kłopot leży nie w ludziach, a w rozwiązaniach systemowych, to wówczas mogłoby wystarczyć skopiowanie tych ostatnich" - zauważają autorzy raportu. Zwracają oni jeszcze uwagę na polityzację gospodarek. Dodają jednocześnie, że ma ona miejsce tylko wówczas, gdy wolny rynek próbuje się zastąpić aktywna polityką państwa, uniemożliwiającą na przykład bankructwa "zbyt dużych by upaść". Autorzy raportu podkreślają, że choć możliwość zmniejszenia kosztów transakcyjnych jest dla gospodarki korzystna to jednak te same cele można osiągnąć bez wstępowania do strefy euro. "Możliwością zmniejszenia znaczenia kosztów transakcyjnych" - czytamy w raporcie - "niewymagającą wstępowania do strefy euro – a ze wszech miar korzystną, a która powinna być ze względów oczywistych priorytetem dla wszystkich rządów – jest (...) wzmocnienie polskiej gospodarki poprzez konsekwentną realizację reform uwalniających rynek. Koszty transakcyjne tracą znaczenie dla handlu choćby przez wzgląd na obecność bezpieczniejszych i tańszych dzięki efektom skali instrumentów ochrony przed ryzykiem walutowym. Taka sprawniejsza gospodarka mogłaby wolą swoich uczestników nadal przystąpić do strefy euro, gdyby było to korzystne, choć jej przedstawiciele przy stole negocjacyjnym startowaliby już z silniejszej pozycji". Omawiając dalej argumenty zwolenników wstąpienia Polski do unii walutowej, eksperci z Instytutu Misesa zauważają, że o ile unie walutowe bywają dla gospodarek korzystne, o tyle nie można zapomnieć, że strefa euro nie jest czystą unią monetarną, lecz częścią szerszego projektu, strukturą będącą tylko jednym z elementów bardzo rozbudowanej instytucji Unii Europejskiej. I tego faktu nie można tracić z oczu, gdy omawia się argumenty zwolenników wspólnej waluty euro. Konsekwencje przystąpienia do strefy euro mogą być bowiem różnej natury, nie tylko gospodarczej. Eksperci Instytutu Misesa zauważają, że skoro korzystne dla gospodarki mają być kryteria konwergencji, których spełnienie ma otworzyć drogę do eurozony, to równie dobrze można by je przyjąć bez konieczności wstępowania do strefy euro. Wystarczy tylko wola polityczna. "(...) argument o prowadzeniu zdrowej polityki monetarnej nie ma związku z przystąpieniem do strefy euro. Przestaje to zatem być argument za przyjęciem euro, a zaufanie inwestorów Polska może zdobyć (poza reformami) np. wpisując kryteria konwergencji do konstytucji" - czytamy w raporcie. Zwolennicy przyjęcia przez Polskę euro podkreślają niekiedy, że wymusi to na lokalnych politykach (i społeczeństwie) reform, których inaczej by nie podjęto. Autorzy raportu kwestionują jednak wagę tego argumentu twierdząc, że decyzję o przystąpieniu do strefy euro podejmują ci sami politycy, którzy mają być własną decyzją zmuszeni do przeprowadzenia wspomnianych reform. Ponadto nie wszystkie reformy mogą być dla Polski korzystne. Część z nich może być dla gospodarki wręcz szkodliwa. "Warto wymienić w tym kontekście przykłady kwot produkcyjnych, rygorystycznych regulacji dotyczących hodowli, produkcji żywności czy ograniczeń wynikających z polityki ochrony środowiska, takich jak ograniczenia emisji CO2, które są niezwykle kosztowne dla względnie słabo rozwiniętego i w dużym stopniu uzależnionego od węgla kraju. Tak głęboka ingerencja w swobodę działalności gospodarczej jest znaczącą przeszkodą dla potencjału rozwoju gospodarczego Polski" - czytamy w raporcie. Poważnym kontrargumentem obalającym nadmierny optymizm tych, co są za wejścia Polski do strefy euro jest obawa podzielenia losu Grecji czy Hiszpanii, gdzie przez lata nie przykładano wagi do dyscypliny budżetowej. W obecnych warunkach funkcjonowania UE jest to wielce prawdopodobne. "Jak pokazały niedawne wydarzenia, na czele ze zniesieniem ustawowego progu relacji długu publicznego do PKB, także polscy politycy są zarażeni wirusem nonszalancji wobec kwestii zadłużania obecnych i przyszłych pokoleń podatników. Natomiast politycy Unii Europejskiej, jak pokazują doświadczenia ostatnich lat, dbają raczej o unijny projekt polityczny niż powodzenie gospodarcze swoich krajów, stąd skłonni są raczej do tymczasowego zasypywania problemów strumieniami łatwych pieniędzy z EBC. Wykupując niewiarygodne obligacje rządów lub dokonując pośredniego bailoutu banków znajdujących się w kłopotach, nie pozwalają na ich bolesną, lecz krótkotrwałą i potrzebną z ekonomicznego punktu widzenia porażkę" - czytamy w raporcie. W dalszej części raportu omawiane są różnice w stosunku do waluty euro wewnątrz szkoły austriackiej (Philipp Bagus kontra Jesús Huerta de Soto) oraz porównanie polityk monetarnych Narodowego Banku Polskiego oraz Europejskiego Banku Centralnego. Wszystkich, którzy chcą się zapoznać ze szczegółami tej analizy odsyłamy do pełnej treści raportu Instytutu Misesa. Na koniec oddajmy głos autorom raportu, którzy tak oto podsumowują swój raport: "Wspólna waluta niesie ze sobą liczne korzyści dla osób i firm działających w ramach gospodarki rynkowej. Wspólny pieniądz ułatwia handel i inwestycje, co przyczynia się do stworzenia lepszego, bardziej wydajnego systemu podziału pracy. Żeby jednak ten potencjał wykorzystać w pełni wspólna waluta nie może iść w parze z politycznymi naleciałościami w postaci: nadmiernych regulacji gospodarki, inflacyjnej polityki pieniężnej, zwiększonej roli polityki fiskalnej. Wspólnota gospodarcza z jednym pieniądzem powinna charakteryzować się wspólnym rynkiem sprowadzającym się do likwidacji ceł, utrudnień przepływu towarów, usług i pracowników – opierać się na swobodzie ruchu transgranicznego i otwarciu się na handel z krajami spoza strefy. Niestety, strefa euro w dużej mierze nie spełnia tych wymagań i razem z przyjęciem euro państwa członkowskie strefy godzą się na wzmożoną regulację działań gospodarczych i uzależniają swój dobrobyt od dobrej woli urzędników z Frankfurtu i Brukseli. Alternatywa w postaci zachowania własnego banku centralnego też nie jest satysfakcjonująca. Narodowy Bank Polski wcale nie musi okazać się dla polskich obywateli instytucją bardziej godną zaufania niż Europejski Bank Centralny. Monopol złotego i NBP ma bardzo podobne szkodliwe konsekwencje dla gospodarki co monopol euro i EBC. Wszystkie korzyści z integracji walutowej da się osiągnąć bez angażowania się w polityczne, zbiurokratyzowane twory o ponadnarodowym zasięgu. Wymagałoby to jednak gruntownej przebudowy obecnego systemu bankowego w stronę radykalnej poprawy ochrony praw własności prywatnej i poszanowania wolności gospodarczej. Nie wydaje nam się jednak, by taka opcja była dana Polakom w najbliższym czasie". Paweł Sztąberek Czytaj cały raport "Czy Polska powinna przystąpić do strefy euro?" Za pafere.org

Belka widzi plusy dalszego zadłużania Polski

Jak informuje portal Money.pl prezes Narodowego Banku Polskiego, Marek Belka powiedział w jednym z wywiadów, iż zwiększenie deficytu budżetowego może być dla gospodarki korzystne z punktu widzenia makroekonomii. Odniósł się w ten sposób do planów rządu zmierzających do poluzowania tzw. progu ostrożnościowego i zwiększenia deficytu budżetowego.
"Wobec słabości gospodarki (cięcia) mogą mieć niedobry skutek dla PKB, dla bezrobocia itd. W związku z tym muszę powiedzieć, że z punktu widzenia makroekonomicznego zwiększenie deficytu, czyli zmniejszenie skali cięć, ma sens" - stwierdził Belka. Rząd Donalda Tuska, w związku z niższymi wpływami do budżetu niż zakładano, planuje zwiększyć deficyt budżetowy za 2013 rok o 16 mld zł. Cały deficyt wynosić ma - jak podaje rząd - 24 mld, jednak 8 mld rząd zamierza odzyskać poprzez dokonanie cięć w poszczególnych resortach. Prezes NBP nie traci dobrego humoru i przewiduje, że z kwartału na kwartał sytuacja gospodarcza Polski będzie się poprawiać, a "ludzie wrócą do sklepów, zwiększy się konsumpcja, co z kolei ożywi gospodarkę". Według prognoz NBP wzrost gospodarczy w Polsce w 2014 roku wynieść ma 2,4 proc. a w 2015 - 3 procent. Jeszcze niedawno prezes Belka dziwił się, że mamy do czynienia wysokim spadkiem produkcji przemysłowej i wzrostem bezrobocia, jakich on "nie przewidywał". Widać więc, jak należy traktować prognozy tego pana. P

Kino Ekonomicznego Niepokoju czyli wykuwanie nowego człowieka pod płaszczykiem edukacji

Telewizor Polski i Narodowa Kasa Pustych Pieniędzy postanowiły zrobić karierę filmową. W przypadku Telewizora to nic nowego – od lat zachwyca nas produkcją arcydzieł światowego formatu w rodzaju seriali "M jak mdłości" czy innego "Ku Klux Klanu".
Tym razem jednak Telewizor postawił na ambicję (skoro z Teatrem TV jakoś nie wychodzi). Razem z NBPem stworzyli serial "Spokojnie, to tylko ekonomia". Można zapytać, co w tym złego – w końcu chodzi o misję edukacyjną, do której w jakiejś mierze obie instytucje są powołane, choćby częściowo. Złego – nic, tylko szkoda, że bez sensu. To, co telewizorek szumnie nazywa ekonomią, nie ma z nią nic wspólnego. Jest to próba wmówienia ludziom pewnej ideologii, ukrywania rzeczywistych mechanizmów i przekonania obywateli, że uczestniczą w procesach, których nikt nie jest w stanie kontrolować ani im przeciwdziałać. Celem jest zatem wykucie nowego człowieka – biernego półgłówka, który pokornie przyjmie każdą dawkę opodatkowania w imię równości szans, integracji europejskiej oraz – rzecz jasna – bezpieczeństwa. W jednym z odcinków oglądamy ojca rodziny, który już wie, że kryzys jest zjawiskiem o charakterze kosmicznym, więc nawet nie ma sensu rozważać, skąd się bierze i dlaczego. Za to proponuje nam jedyną możliwą receptę, czyli pogodzenie się z obniżeniem standardu życia, prawdopodobnie w oczekiwaniu na wynik jedynie słusznego heroicznego wysiłku premiera w walce o jałmużnę z UE. Konieczna jest zatem rezygnacja z luksusów w rodzaju wyjścia do kina, a pralkę trzeba naprawić samemu, żeby oszczędzić. To wszystko jest podlane sosem kompletnej apatii i bierności. Z odcinka poświęconego euro możemy się dowiedzieć, że w zasadzie nic się nie zmieni. Kawa nadal będzie kosztować 3,50zł, czyli 1 euro (co jest kłamstwem, bo euro chodzi po 4zł, a za kawę na mieście płaci się 6-10zł), a pan Kazio naprawi samochód za te same pieniądze, tylko w innej walucie. W zasadzie cholera jedna wie, po co nam to euro. Oczywiście, oszczędzanie nie jest niczym złym, a posiadanie wspólnej waluty może eliminować problemy różnic kursowych, tyle że to w tym rzecz. Oszczędzanie to gromadzenie kapitału – wspólnym mianownikiem jest to, że są to pieniądze niewydane od razu, lecz pozostawione na dalszą przyszłość. Ostateczny cel wydatkowania tych pieniędzy może być różny, ale niech o tym zadecyduje ich właściciel – nam nic do tego. To, co pokazują w kretyńskim serialiku, nie ma jednak nic wspólnego z oszczędzaniem. Serialowy ojciec rodziny nie rezygnuje z pewnych zakupów, żeby zgromadzić pieniądze na cel innego wydatku, lecz wyłącznie dlatego że nie stać go na pokrycie wszystkich wydatków domu. Nie przyświeca mu zatem cel (zebranie pieniędzy na określony zakup), lecz zmusza go do działania przyczyna, która ma jedno imię: bieda. Ten facet nie myśli o tym, co sobie kupi za zaoszczędzone pieniądze, lecz o tym, jak uchronić rodzinę od finansowych tarapatów. Okay, co w tym złego? To, że widzimy jedynie rozpaczliwą walkę o zachowanie status quo, a nie widzimy źródła problemu. Oglądając serialik, można dojść do wniosku, że pewnego dnia w kraju mlekiem i miodem płynącym wydarzyło się straszne "coś" i ludzie zbiednieli. Szkoda, że serialik nie pokazuje tej ważniejszej strony rodzinnych finansów – nie wydatków, ale zarobków. W istocie wydatki, jakie są, takie są – jako wynik relacji podaży i popytu. A czy można zarabiać więcej? Złe pytanie – ten człowiek z serialu zarabia mało nie dlatego, że pracodawca płaci mu niewiele, ale dlatego że rząd zabiera mu dużo z jego wynagrodzenia. Gdyby serialik wkroczył do siedziby pracodawcy, moglibyśmy zobaczyć scenę, w której pracodawca wydaje 3000zł, z czego 1200zł musi oddać hienom z NKWD, a resztę 1800zł wypłaca pracownikowi. Czy gdyby nasz serialowy ojciec rodziny płacił o połowę mniejszy podatek od pracy i otrzymywał 2400zł (przy niezmienionym koszcie dla pracodawcy), musiałby "oszczędzać", rezygnując z kina albo pieprząc się samemu z naprawą pralki? W przypadku euro tym, czego serialik nie mówi, jest to, że ta waluta jest potwornie zadłużona – w stopniu, do którego złotówka nie zbliżyła się nawet na pół megaparseka. Grecja, Portugalia, Hiszpania, Włochy, a ostatnio także Francja – to kraje najbardziej dotknięte skutkami pseudo-gospodarki na kredyt, który teraz trzeba spłacić. I oni po prostu rozpaczliwie szukają frajera, który spłaci ich długi. Zamiast obniżyć podatki, zlikwidować kretyńskie regulacje i sprawić, żeby praca się opłacała, wolą kogoś ograbić. A jako że grono kandydatów do wydymania specjalnie duże nie jest, mamy realną szansę umieścić własny tyłek na tej smutnej liście. Propozycja, którą składają nam towarzysze radzieccy z Komisji Europejskiej, brzmi mniej więcej tak: "Wy, Polaczki, dorzucicie własną pracę i aktywa, żeby było z czego spłacać długi Greków, Hiszpanów i całej reszty, a w zamian zyskacie europejską świadomość i pełne uczestnictwo w wielkiej europejskiej rodzinie." Prawda, że człowiek sam się podrywa, żeby jak najszybciej wziąć udział w tym wielkim europejskim dziele? Niestety, zostaliśmy oszukani – zamiast wspólnej Europy, w której można bez granic inwestować, pracować i handlować, mamy biurokratycznego molocha, którym rządzą ludzie wybrani wyłącznie przez polityczne gremia i którzy zajmują się produkcją idiotycznych regulacji oraz fałszywych (pustych) pieniędzy. Niestety, są to prawdy niewygodne dla towarzyszy radzieckich z naszego rządu (wliczając w to agendę do drukowania szmalu pn. NBP). Niewygodne, bo ta odrażająca tłuszcza, która śmie domagać się godnego życia we własnym kraju, mogłaby wówczas wywieźć na taczkach towarzysza premiera i darmozjadów z Wiejskiej. A przecież helikopter jest tylko jeden i trudno byłoby pogodzić się z jego stratą. A tak wszystko zostaje po staremu – ludzie harują na to, żeby papa premier, niczym Słońce Narodu czy inny Geniusz Tatr, fruwał sobie nad Polską w helikopterku, podziwiając hołotę pracującą w polu. Może jeszcze kiedyś banany albo cukierki zacznie rozrzucać? Niestety, dopóki nie zmieni się system gospodarczy i podatkowy w Polsce, każdy następca obecnego asa przestworzy będzie kontynuował taką politykę. Błąd bowiem tkwi w założeniach systemowych, które generują biedę, bezrobocie i korupcję. Choć oficjalna propaganda powtarza, że system jest świetny, tylko ludzie nie dorośli. Proponuję zatem porównać Koreę Północną i Południową – czym, poza systemem, różnią się te kraje? Paweł Budrewicz Autor jest radcą prawnym i ekspertem Centrum im. Adama Smitha. Prowadzi bloga stopsocjalizmowi.pl

Jedno euro jest warte zaledwie 1 PLN w jednogroszówkach!

Inflacja za rządów Donalda Tuska osiągnęła już tak ogromne rozmiary, że wartość metalu w niektórych monetach jest znacznie większa, aniżeli nominał tych monet. NBP alarmuje, że za wybicie monety jednogroszowej już teraz płaci Mennicy aż 5 groszy za koszty metalu i robocizny, dlatego chce wycofać zarówno jedno jak i dwugroszówki z obiegu.
Pojawiły się już w internecie oferty sprzedaży jedno i dwugroszowych odpowiednio po 4 i po 8 groszy. Zatem na jednej monecie można teoretycznie zarobić 300%! Jak wiadomo NBP na razie skupuje tylko monety ze złota o nominale 100 zł i 200 zł. Tutaj przebicie jest większe, bo wynosi odpowiednio: za 100zł ze złota można dostać w NBP ponad 1000 PLN w papierze, a za monetę 200zł ponad 2000zł w banknotach. Miedź w ostatnich latach mocno drożeje i obecnie NBP musi płacić ok. 5 groszy za monetę jednogroszową, a za dwugroszówkę  jeszcze więcej. Prezes NBP dokonał kolejnej zapowiedzi - wycofania najniższych nominałów monet z obiegu, ale operacja ta nie powiodła się ze względów ustawowych i komercyjnych. Poznałem lokalnego złomiarza, który za część  sprzedawanego żelaza lub makulatury pobiera wypłatę w nominałach jedno-, dwu- i pięciogroszowych, a potem to wszystko chowa w słoikach. Twierdzi on, że już ma klienta z Niemiec, który mu zaproponował 10 euro za każde 1000 jednogroszówek, ale on mu nie sprzeda, bo czeka aż NBP zacznie skupować z rynku jednogroszówki, gdyż jeśli NBP płaci już po 5 groszy za każdą monetę, to 1000 groszy będzie więcej warte niż 10 euro! Moim zdaniem NBP powinien już teraz zacząć skupować jednogroszówki po 4 grosze, bo będą z tego co najmniej trzy korzyści: 1. NBP zaoszczędzi co najmniej 1 grosz na zakupie każdej monety. 2.Skupując jednogroszówki i dwugroszówki na wolnym rynku NBP zapobiegnie możliwości nielegalnego wywozu tych monet do Niemiec i innych krajów, w których już teraz rośnie popyt na te monety. 3 .Polacy będą mogli legalnie zarabiać na sprzedaży monet jedno- i dwugroszowych do NBP. Rajmund Pollak

Ułatwienie przez utrudnienie

Tym razem za ułatwianie życia społeczeństwu wziął się Narodowy Bank Polski przedstawiając „projekt zmian ustawowych, który umożliwiłby zaokrąglanie płatności do pięciu groszy”. Ogólnie idea jest następująca – przy płatnościach gotówką ceny w sklepach będą zaokrąglane w górę lub w dół: „Rachunki kończące się na 1 i 2 grosze oraz 6 i 7 groszy byłby zaokrąglane w dół, końcówki 3 i 4 grosze oraz 8 i 9 groszy – w górę”. Przy czym zmiany te nie będą dotyczyć transakcji bezgotówkowych.
Ponieważ w Polsce opodatkowane jest już praktycznie wszystko, wypada więc zapytać, jak będą wyglądać rozliczenia VAT – u przy takim zaokrąglaniu? W końcu, w odróżnieniu od przywoływanych w ramach przykładu Czech, mamy aż trzy stawki tego podatku. Robiąc zakupy płacimy kilka stawek podatku, więc jeżeli zaokrąglenie będzie w górę, to według jakiej stawki kwota zaokrąglona zostanie opodatkowana? Bo że zostanie, to pewne. A znowuż jeżeli będzie w dół – to samo pytanie, jak zostanie rozliczony VAT? Warto też przypomnieć, że ceny w sklepach nie biorą się z powietrza, w odróżnieniu od np. rządowych prognoz budżetowych. To wypadkowa kosztów, podatków i zysku przedsiębiorcy. Jeżeli więc sklep będzie mieć więcej zaokrągleń w dół, to przedsiębiorca będzie mieć mniejsze obroty, a tym samym – mniejszy zysk, który mógłby normalnie zainwestować w rozwój firmy. Wreszcie – dlaczego klient płacący gotówką ma być dyskryminowany / uprzywilejowany względem płacącego „kartą”? No i wreszcie – jak to będą wykazywać kasy fiskalne? Czy spece z NBP od gospodarki też o tym pomyśleli? Michał Nawrocki

Złoto na cenzurowanym? NBP rusza z kontrolami

Jak podaje dziennik "Rzeczpospolita", Narodowy Bank Polski rozpoczyna właśnie serie kontroli firm handlujących w Polsce złotem. Na cenzurowanym mają być takie m.in. firmy jak Mennica Wrocławska, grupy Mennice Krajowe oraz firmy Inwestycje Alternatywne Profit. NBP tłumaczy te kontrole rzekomą współpracą tych firm z Amber Gold i z Marcinem P. Wiceprezes Mennicy Wrocławskiej, Piotr Wojda jednak temu zaprzecza: "Nigdy nie mieliśmy żadnych kontaktów handlowych z Amber Gold, prezes Marcin P. dementował te informacje. NBP może nas skontrolować w każdej chwili, działamy transparentnie" - mówi dla "Rz". Kontrole rozpoczęły się już ponoć w Łodzi i w Zielonej Górze. Ich zakres może być bardzo szeroki. Kontrolerzy mogą sprawdzać np. rejestry dewizowe, zażądać stanu rachunków czy pokazania, jak firma przechowuje kruszce. P

Burdello bum – bum?

Jacques Delors komentując kryzys w strefie euro stwierdził, że „euro od początku było naznaczone konstrukcyjnymi wadami; złe wykonanie nie dyskwalifikuje jednak pomysłu jako takiego”, gdyż wady konstrukcyjne wadami, ale „kryzys zadłużenia nie świadczy o tym, że idea wspólnej waluty jako taka była zła, lecz o tym, że została niewłaściwie zrealizowana przez polityków nadzorujących jej wprowadzenie".
Ciekawe, czy p. Delors miał kiedyś okazję jeździć samochodem z wadami konstrukcyjnymi? Kontynuując zaś motoryzacyjną paralelę trzeba dodać, że w przypadku auta z wadami konstrukcyjnymi nawet najlepszy kierowca wcześniej czy później się rozbije. A że „kierowcy”, czyli politycy, ostatnio są wyjątkowo odporni na rzeczywistość, więc i zapewne z tym całym ratowaniem eruolandu wyjdzie jak zawsze. Zwłaszcza, gdy wziąć pod uwagę, iż wedle oficjalnych  danych korupcja w UE to koszt około 120 miliardów euro rocznie. Korupcja zaś, jak wiadomo, pojawia się wszędzie tam, gdzie politycy i urzędnicy mają za dużo do powiedzenia. Wszystko to nie przeszkadza polskiemu rządowi, wbrew wcześniejszym wyrokom polskiego Trybunału Konstytucyjnego, sięgać do rezerw walutowych NBP by wyłożyć 6 miliardów 270 milionów euro pożyczki dla MFW. Warto w tym momencie zwrócić uwagę na demagogię ministra Rostowskiego J. V., który tak argumentuje „honorową” konieczność wyłożenia kasy dla międzynarodowych banksterów: „proszę pamiętać, że gdyby sytuacja była trudna w Polsce, i my byśmy pociągnęli tą dużo większą kwotę, 30 mld dolarów, do których mam prawo w MFW”. Urocze, prawda? O tym, że chodzi tutaj o tzw. elastyczną linię kredytową MFW (FCL IMF), za dostęp do której polski rząd (czytaj: podatnik”) płaci, to już p. minister nie wspomniał. Warto przypomnieć, że gdy FCL IMF dla Polski wynosiła 20 mld USD, to koszty dostępu oscylowały w okolicach 60 milionów USD rocznie. Czy zatem, skoro p. Rostowski zestawia te dwie formy pożyczek jako równoważne, to należy przez to rozumieć, że teraz MFW będzie płacić Polsce za samą możliwość pożyczenia pieniędzy z NBP? No i wreszcie – jak w kontekście równoważności tych pożyczek rozumieć słowa p. Rostowskiego, że „jeżeli jakaś część tych pieniędzy była pociągnięta, mielibyśmy prawo zwrócić się z prośbą o to, żeby tamte pieniądze zwrócić do Narodowego Banku Polskiego”? Czy oznacza to, iż warunki spłaty takie jak termin i odsetki w przypadku pożyczki z NBP do MFW nie zostały ustalone? I tak zamiast obiecywanych we wrześniu i październiku 300 miliardów euro mających trafić do Polski jak w starym dowcipie okazuje się, że miliardy – owszem, tylko popłyną w drugą stronę. Do tego jeszcze trzeba doliczyć skutki „przedsiębiorczości” polskich urzędników, którzy w godzinach pracy dodatkowo angażowali się w różne projekty unijne, dzięki czemu za pracę wykonywaną w ramach służbowych obowiązków pobierali dodatkowo wynagrodzenie ze środków unijnych. Rekordzista w ten sposób zarobił 109 tysięcy PLN, a w przypadku stwierdzenia podwójnego finansowania UE żąda zwrotu kasy. Rzecz jasna struktury unijne nie będą się bawić ze ściganiem poszczególnych cwaniaków, tylko zwrócą się z roszczeniami do rządu. Tym samym zapłacą podatnicy. Można by rzec, iż Drodzy Przywódcy Taniego Państwa III RP Ludowej „udają Greka”. Tyle czasu wmawiali nam, iż kryzys to nam „może skoczyć” i w ogóle – „żyjemy na zielonej wyspie”, czyli takiej Irlandii na miarę naszych możliwości. Swoją drogą warto zauważyć, że już w 2003 r. wiadome było, iż Grecy dążąc do wstąpienia do strefy euro podawali dane „z kapelusza”, zaś sam Joseph Stiglitz jeszcze na początku 2010 r. przekonywał, że Grecja ma się dobrze i żaden kryzys zadłużenia jej nie grozi. Podobnie w Polsce – niby „zielona wyspa” i wszystko cacy, a tu od 1 stycznia 2012 czekają nas podwyżki. Niestety cen. Zdrożeją między innymi prąd, olej napędowy, gaz... Ponieważ cały przemysł chemiczny, a zwłaszcza produkcja nawozów sztucznych, opiera się właśnie na gazie, zaś olej napędowy dotychczas był tańszy i wydajniejszy, więc większość transportu kołowego, czyli najpowszechniejszego w Polsce, opierała się właśnie na dieslach. Dla większości Polaków oznacza to wzrost kosztów utrzymania; dla przedsiębiorców – spadek konsumpcji. W rezultacie zaś dalszą pauperyzację społeczeństwa. Aby jednak nie kończyć 2011 roku i nie zaczynać 2012 nazbyt pesymistycznie warto wskazać na pewne pozytywne wydarzenie – na Węgrzech rządzący Fidesz przeprowadził nowelizację Konstytucji uznającą Węgierską Partię Socjalistyczną, następczynię Węgierskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej, ergo spadkobierczynię „zbrodniczego reżimu komunistycznego”, za organizację przestępczą. Na uwagę zasługuje treść zapisu, w myśl którego „ustrój państwowy nie może zostać oparty na zbrodniach reżimu komunistycznego" a „organizacja przestępcza powinna ponieść odpowiedzialność za eliminację demokratycznej opozycji i eksterminację narodu węgierskiego". W przypadku naszej PZPR i „sierotek” po niej lista grzechów do odpokutowania niewątpliwie też jest obszerna. Parlament też mamy. Mówicie, że to nie możliwe, że taki kawał nie przejdzie? A gdzie ten Pan, który w październiku zapowiadał drugi Budapeszt w Warszawie? Bo inicjatywę ustawodawczą on sam jak i jego ugrupowanie mają. Michał Nawrocki

Bubel czy premedytacja?

Od kilku lat daje się zauważyć dość niezwykły trend. Większość satyryków i kabareciarzy jak ognia unika tematyki działań obecnej ekipy rządzącej. Najwyraźniej nie wytrzymali konkurencji z politykami. Wymiękli, jak mawiają „młodzi, wykształceni” itd. Jedynie nieliczni (np. Jan Pietrzak) trzymają fason. Z drugiej strony ciężko im się dziwić, skoro pojawiają się pomysły na miarę projektu zmian Konstytucji RP, sygnowanego podpisem aktualnego lokatora Pałacu Namiestnikowskiego. Wpisuje ona na przykład do ustawy zasadniczej UE i zasadę pomocniczości. A gdzie NATO, gdzie ONZ i inne organizacje, do których Polska należy? No i jeszcze zasada pomocniczości, zgodnie z którą Unia (na mocy Traktatu z Maastricht) ma prawo ingerować w sprawy, z którymi państwo członkowskie nie jest sobie w stanie samo poradzić. Na przykład bankrutujący socjal strefy euro. Aż się prosi o zestawienie z nowelizacją Konstytucji PRL z 10 lutego 1976 r., wpisującą „przyjaźń i współpracę z ZSRR” i innymi państwami „obozu socjalistycznego”. Do kategorii kuriozów należy zaliczyć zapisy o czynnym i biernym prawie wyborczym obywateli polskich w ramach Parlamentu Europejskiego, czy „prawo wychoda” z Unii. Jako że te kwestie regulują traktaty, będące podstawą funkcjonowania UE, a polskie władze nie mają nic do powiedzenia w tej kwestii, powstaje pytanie po co wprowadzać takie zapisy? W sumie równie dobrze można zapisać, że Polski nie obejmują swym działaniem kryzysy gospodarcze. Plany wprowadzenia Polski do strefy euro, choć jeszcze nie spełniono kryteriów konwergencji, już dziś dalekowzrocznych wizjonerów skłoniły do zmian konstytucyjnych zapisów o NBP, który pozostając centralnym bankiem państwa będzie odtąd należeć do Europejskiego Systemu Banków Centralnych (art. 227, ust. 1). Ciekawe to, skoro artykuł 282 ust. 1 Traktatu o Funkcjonowaniu UE jasno definiuje, że „EBC i krajowe banki centralne tworzą ESBC”. Ani słowa o „należeniu do”, czyli faktycznie własności. Jest to tym ważniejsze, że zgodnie z zapisami w proponowanej nowelizacji NBP (a więc właściwie ESBC) „zapewnia stabilność cen”. Istna reaktywacja centralnego sterowania, dzięki której społeczna gospodarka rynkowa będzie bardziej „społeczna” niż „rynkowa”. Warto też, skoro już omawiamy planowaną rolę NBP, zwrócić uwagę, że nowelizacja wykreśla z artykułu 203 ust. 1 obecnej Konstytucji (określającego zakres podmiotów kontrolowanych przez NIK) NBP, i wprowadza następujący zapis (art. 227, ust. 2) „NIK kontroluje działalność NBP z punktu widzenia legalności, gospodarności, celowości i rzetelności w zakresie, w jakim nie dotyczy to realizowania zadań i wykonywania kompetencji określonych w Traktatach stanowiących podstawę UE”. Skoro NBP będzie należeć do ESBC, „realizować zadania i wykonywać kompetencje określone w Traktatach”,  to co będzie kontrolować NIK? Unię Europejską? Szukać starych śledzi z minister Piterą? Zwłaszcza, że Prezes NBP po nowelizacji art. 198 ust. 1 nie będzie odpowiadał przed Trybunałem Stanu za „naruszenie Konstytucji lub ustawy, w związku z zajmowanym stanowiskiem lub w zakresie swojego urzędowania”. Więc jaki sens będą miały owe kontrole NIK – u? Ale to tak na marginesie. Proponowany w nowelizacji Rozdział Xa Konstytucji RP reguluje członkostwo Polski w UE. I tu zaczyna się robić naprawdę ciekawie. Otóż artykuł 227b stwierdza, że „RP może przekazać UE kompetencje organów władzy państwowej w niektórych sprawach” w drodze sejmowych uchwał i ustaw (dalej opis jak to przekazanie ma wyglądać plus moje ulubione zastrzeżenie „ustawą lub referendum”, tak na wypadek gdyby „przypadkowe społeczeństwo” miało akurat inne zdanie niż oświecone elity). Wszystko jest fajnie, dopóki nie zapoznamy się z proponowanym w nowelizacji artykułem 227h ust. 2, który stwierdza, że „Sejm i Senat wykonują kompetencje powierzone parlamentom narodowym w Traktatach stanowiących podstawę UE w zakresach i formach określonych w tych Traktatach”. To w końcu kto komu przekazuje kompetencje, hę? Zwłaszcza, że jak czytamy w uzasadnieniu nowelizacji związanej z wejściem Traktatu z Lizbony, który „przyczynił się do radykalnego umocnienia roli parlamentów narodowych w odniesieniu do spraw UE”. W czym zatem przejawia się to „radykalne umocnienie” - w tym, że parlamentom narodowym UE „powierzyła kompetencje”, czy że mogą je z powrotem przekazać UE? A może chodzi o to, że od wejścia w życie nowelizacji „Rada Ministrów wnosi do Sejmu projekt ustawy wykonującej prawo UE” (art. 227i ust. 1), czyli pokornie wprowadza na powierzonym odcinku to, co mądrzejsi nakazali? Możliwe też, że chodzi jednak o to, iż zgodnie z art. 227h ust. 1 nowelizacji „Rada Ministrów prowadzi politykę RP w UE”, która przesyła jej zadania do wykonania? Wszystko to byłoby naprawdę śmieszne, gdyby nie fakt, że to nie żarty. I tylko jedno mnie zastanawia – to zwykły bubel (żeby nie postawić dosadniejszych zarzutów pod adresem autorów), czy działanie z premedytacją? Michał Nawrocki

Bubel czy premedytacja?

Ku autentycznej kopii dobrobytu

Kolejnym, do kolekcji, wielkim sukcesem rządu jest dostęp do Elastycznej Linii Kredytowej (FCL) Międzynarodowego Funduszu Walutowego (IMF). Minister Jacek Rostowski zaciera ręce z zadowolenia - „ten dostęp w bardzo znaczący sposób ustabilizuje wahania kursowe złotego”. Brak takowego dostępu stwarzał „zagrożenia dla bezpieczeństwa gospodarczego naszego kraju”. A tak zagrożenia ustąpiły, no i jeszcze „powiększyły się” i zostały „zabezpieczone” polskie rezerwy walutowe. Dysponentem środków z FCL w wysokości ok. 20 miliardów USD będzie rząd, który ma też ponieść koszty obsługi dostępu, w wysokości około 60 milionów USD.  I tylko agencje ratingowe nie podzielają optymizmu ministra finansów, strasząc obniżeniem ratingu Polski. No, ale tym to sobie większość głowy nie zaprząta, bo w końcu kogo obchodzą jakieś ratingi i ich wymowa? Czyż to nie piękne? Rzecz jasna jako przykład przysłowiowego wciskania kitu społeczeństwu. Po pierwsze bowiem jest jasne, że rząd osobiście nie poniesie ani grosza kosztów obsługi, tylko złupi na ten cel podatników. Po wtóre polskie rezerwy walutowe bynajmniej dzięki dostępowi do FCL IMF nie ulegną „zwiększeniu” ani „zabezpieczeniu”. Raz, że możliwość pożyczenia pieniędzy nigdy nie zwiększa ich ilości w kieszeni. Dwa, że długi trzeba spłacać, i to z odsetkami. Trzy, że do spłaty kredytu zapewne posłużą waluty i skądś je trzeba będzie wziąć. Cztery, że w przypadku skorzystania z FCL koszty spadną na podatników, którzy w walutach nie zarabiają. Ale jest sukces, jest pięknie i Polacy mogą swobodnie obżerać się grillowaną pseudo – kiełbachą i zapijać piwskiem. Gospodarka jest bezpieczna. A może jednak nie? Skoro bowiem rząd gotów jest płacić 60 milionów dolarów za samą możliwość ekspresowego zadłużenia „w razie jakby co”, to łatwo o wniosek, że gospodarka wzorem systemu emerytalnego robi pod siebie bokami. W normalnym kraju widmo katastrofy finansowej trzeźwi polityków „państwa opiekuńczego” i skłania ku przeprowadzeniu koniecznych reform. Myślę, że uwolnienie gospodarki spod wszechwładzy demokratycznego państwa prawa, realizującego zasady sprawiedliwości społecznej, lepiej wpłynie zarówno na kurs złotego, jak i zniweluje zagrożenia gospodarcze dla naszego kraju. Lepiej, niż jakakolwiek linia kredytowa, na stan finansów i gospodarki polskiej wpłynąłby zakaz uchwalania budżetu z deficytem, co postuluje KoLiber. [caption id="attachment_10252" align="alignleft" width="237" caption="Foto: NBP/MN"]100pln_autentycznakopia[/caption] W państwie socjalistycznym jest to niemożliwe. Dlatego wychodząc na przeciw palącym potrzebom finansowym oraz mając na uwadze polskie realia, postuluję legalizację wytwarzania i posługiwania się „autentycznymi kopiami” prawnych środków płatniczych, zwyczajowo emitowanych przez NBP. Precedens już jest, i to nie jeden. W tym miesiącu PKW zalegalizowało nieprawidłowe zaświadczenia o prawie do głosowania. GUS straszy wliczaniem szarej strefy do PKB, co jako dobry pomysł może się przyjąć nie tylko w sferze statystyki. A polska prokuratura śledztwo w sprawie katastrofy smoleńskiej, w której zginęli najwyżsi polscy urzędnicy państwowi i dowódcy wojskowi, prowadzi na podstawie „autentycznych kopi” zapisów czarnych skrzynek. I tak oto rysuje się przed nami świetlana droga do państwa socjalistycznego dobrobytu. A przynajmniej jego (tzn. dobrobytu) socjalistycznej „autentycznej kopii”. Michał Nawrocki Foto: novakeo.com