Tag Archives: NFZ

Uzdrowienie służby zdrowia

Patrząc na pracę pewnej młodej lekarki, wpadłam na genialnie prosty sposób uzdrowienia służby zdrowia. Otóż ta młoda lekarka przyjmując chorych,  ani razu nie spojrzała nawet na pacjenta, bo i po co? Wszystko czego potrzebowała, miała przecież na ekranie komputera. Przepisała lekarstwa wcześniej stosowane, nie pytając o ich skuteczność. Wiadomo przecież, że to najważniejsze, na obniżenie cholesterolu jest nieodzowne.

Gdzie tkwi przyczyna obecnych strajków?

Polskę zalewa fala protestów i to taka, z jaką od kilku co najmniej lat nie mieliśmy do czynienia. Początek roku przyniósł protesty w służbie zdrowia. Wiele przychodni lekarskich było zamkniętych, ponieważ lekarze rodzinni nie godzili się na warunki proponowane im przez Narodowy Fundusz Zdrowia.

Profile z lajkiem i bez lajka

W pośredniakach profile, niemal jak na facebooku. Nie masz profilu w pośredniaku – nie pracujesz. Masz profil w pośredniaku – też nie pracujesz. To po co ten profil?

Politycy, więźniowie, służba zdrowia. Patologia kwitnie

Niedawno znajomy oznajmił mi, że reformę polskiej służby zdrowia należałoby zacząć od "eksterminacji konowałów". Nie zdążyłem go spytać czy aby skaleczył się w palec, a stwierdzono u niego marskość wątroby, czy też poszło o coś innego. Gdy emocje opadły obaj uznaliśmy, że problem tkwi jednak zupełnie gdzie indziej, a eksterminacja "konowałów" wszystkiego nie załatwi.
Póki co zatem, najwyższy personel "służby zdrowia" może spać spokojnie. Nie będziemy eksterminować. Jeśli coś należałoby poddać eksterminacji, to raczej nasz półświatek polityczno-biurokratyczny (piszę "półświatek", gdyż cała ta ferajna niewiele różni się od pospolitych bandytów, mafiozów i innych tego typu...). To on stworzył system, w którym zanim człowiek dostanie się do specjalisty to pięć razy może zdążyć umrzeć. System jest wyjątkowo perfidny ponieważ utrzymuje całą zbiurokratyzowaną państwową służbę zdrowia, a jednocześnie zmusza ludzi do korzystania z usług prywatnych praktyk. A zmusza w ten sposób, że niejeden pacjent, zanim doczeka się wizyty u specjalisty, będzie musiał odwiedzić tegoż samego specjalistę w jego gabinecie prywatnym, po której to wizycie wyjdzie z portfelem o 100 zł lżejszym. I wszystko byłoby pięknie i jak najbardziej OK, gdyby rzeczony pacjent jeszcze tego samego dnia mógł udać się do siedziby NFZ z wnioskiem o zwrot tych 100 zł. Niestety tak nie jest, dlatego ta forma prywatyzacji służby zdrowia, jaką stopniowo fundują nam nasi rządzący mafiozi, to perfidna kradzież, którą trudno popierać nawet zwolennikom wolnego rynku. Ale do meritum... Otóż jest w III RP - jak się okazuje - grupa obywateli, która nie musi czekać na wizytę u specjalisty pół roku albo i nierzadko dłużej. Nie, nie chodzi o polityczne "elyty", które mają wszystko na zawołanie. Ta grupa to ... więźniowie. Otóż Najwyższa Izba Kontroli przygotowała raport na temat dostępności opieki zdrowotnej w zakładach karnych. I co czytamy w jednym z fragmentów tego raportu? Okazuje się, że "(...) na specjalistyczne porady lekarskie udzielane w więziennych podmiotach leczniczych osadzeni oczekiwali przeważnie do 14 dni". Więzień to też człowiek. To nie ulega wątpliwości. Może, w wielu przypadkach, jest to nawet człowiek, który wymaga nie tylko oddania mu tego, co mu się należy, ale także pomocy. Czy jednak przywileje jakimi cieszą się w dzisiejszych czasach przeróżne "marginesy" życia społecznego nie idą zbyt daleko? Więzienie to - jak pamiętam z socjologii - instytucja totalna, zamknięta. Obowiązują w niej specyficzne reguły, zarówno personel jak i "pensjonariusze" poddawać się muszą określonym rygorom narzucanym odgórnie przez Lewiatana. Ale więzienie to też miejsce, gdzie skazańcy odbywają karę, gdzie mają odpokutować za przestępstwa popełnione poza jego murami. Więzień powinien odczuwać dotkliwość kary, nie żeby w ogóle odcinać go od wszystkiego, co przynależy ludziom na wolności, jednak by dostarczać mu tego we właściwych, odpowiadających poczuciu sprawiedliwości, proporcjach. Jednak dziś wszystko postawione jest na głowie. I czy - w związku z tym - od władzy, która ze sprawiedliwością ma niewiele wspólnego, można wymagać SPRAWIEDLIWOŚCI? Pamiętam przed laty, pan Stanisław Michalkiewicz tak komentował fakt zniesienia kary śmierci w III RP: "Szubienicznicy znieśli karę śmierci"... Czyż w tej sytuacji nie jest podobnie? Czy polityczne "elyty", mając świadomość tego, że wcześniej czy później same mogą stać się pensjonariuszami zakładów karnych, nie myślą już teraz o swojej przyszłości? Cwane bestie! Paweł Sztąberek Foto.: astrojawil.pl/arch_ptryb.htm

Jakie podatki płacimy w Polsce?

Pomijając, że wysokie, warto byłoby odpowiedzieć także na pytanie, jakiego rodzaju są to podatki. Bowiem wbrew mniej lub bardziej rozbudowanym nazwom mamy w Polsce tylko kilka rodzajów podatków, a biorąc pod uwagę, że chyba nazwa żadnego nie ma najmniejszego związku z rzeczywistym przedmiotem opodatkowania, warto wiedzieć, jakiego rodzaju aktywności stanowią źródło utrzymania rządu.
Ta wiedza może być bardzo przydatna podczas oglądania TV. Jako że w ciągu ostatnich 20 lata niemal wszystkie rządy w Polsce były i są zwolennikami podnoszenia podatków (czyli zabierania pieniędzy obywatelom) w celu wydawania ich na administrację urzędniczą (czyli na wzrost bezrobocia) oraz na "instrumenty stymulowania gospodarki" (czyli wzrost cen), praktyczna różnica sprowadza się do tego, komu i ile chcą zabrać. Przede wszystkim opodatkowana jest konsumpcja. Wysokość tego podatku (stawka podstawowa 23%) budzi naturalny sprzeciw, lecz jeśli wziąć pod uwagę, że praca opodatkowana jest co najmniej 63-procentowym podatkiem, nie sposób nie zauważyć, że rząd zachował się wyjątkowo wstrzemięźliwie w odniesieniu do konsumpcji. Niestety, marna to pociecha, bo niższy podatek nałożono na efekt bogactwa niż na jego źródło. To tak jakby zabrać komuś pieniądze na leczenie gangreny w nodze, żeby potem dać mu zniżkę na zakup protezy. Kilka słów o rodzajach wydatków. Na szczęście są tylko dwa – inwestycje i konsumpcja. Podział jest dychotomiczny, czyli zupełny (oba rodzaje wydatków stanowią wszystkie wydatki) i rozdzielny (każdy wydatek jest albo inwestycją, albo konsumpcją, nigdy jednym i drugim), więc wystarczy zdefiniować jeden rodzaj wydatku, żeby wiedzieć wszystko na temat obu. Inwestycja to taki zakup, który po uruchomieniu go pracą (czyli inwestycją w czystej postaci) ma przynieść podwójny przychód: raz – zwrócić zainwestowany kapitał, dwa – wynagrodzić wykonaną pracę. Oczywiście, z inwestycją wiąże się też ryzyko, czyli funkcja prawdopodobieństwa, że określona inwestycja w określonym czasie nie tylko nie pozwoli na wynagrodzenie pracy, ale nawet nie zwróci kapitału. A mówiąc po ludzku – na naszej pracy zarobi ktoś inny. Cóż, wszystko zostanie w rodzinie, tyle że w cudzej :) Nie istnieje inwestycja bez pracy, choć może istnieć praca bez inwestycji kapitałowej – np. siada facet na ulicy i śpiewa, a ludzie mu za to płacą (gdyby miał gitarę, można by mówić o wsparciu kapitałowym). Jednak we współczesnym świecie większość osób pracuje na stanowisku, w które zainwestował ktoś inny (pracodawca), kto nie pracuje sam, lecz właśnie kupuje pracę innej osoby (pracownika). Oczywiście, pracodawca też pracuje, ale nad tym, żeby znaleźć klienta na efekty pracy pracownika, tak żeby odzyskać zainwestowane pieniądze i zarobić na utrzymanie. To z tego względu bajania związkowców, lewactwa i pozostałej eko-pacyfistycznej zgrai, że to pracownik utrzymuje pracodawcę, są tylko… bajaniami. Spróbujcie kiedyś wyprodukować np. telewizor samą pracą, tj. bez zakupu urządzeń i elementów – jak wam się uda, proszę o pilny kontakt. Konsumpcja zatem jest wydatkiem "nie-inwestycją", a więc wydatkiem, do którego nie potrzeba dodawać żadnej pracy i który nie ma na celu czegokolwiek odtwarzać czy zwracać. Konsumpcja nie wiąże się z żadnym ryzykiem, bo nie ma na celu zysku. Tym bardziej konsumpcja zachowuje zawsze maksymalną 100-procentową płynność, bo w całości realizuje się w chwili zakupu. Konsumpcja jest wyłącznie efektem pracy – cudzej, bo jej efekty kupujemy, oraz własnej, bo jej efektami płacimy. Ale nigdy nie jest przyczyną pracy, bo transakcja konsumpcyjna kończy wszystkie procesy rynkowe, jakie doprowadziły do powstania jej przedmiotu. Konsumpcja nie generuje pracy, tak jak zjedzony posiłek nie tworzy kolejnego. A co powstaje po posiłku, wie każde dziecko. Podsumowując – konsumpcją jest np. zakup jedzenia dla cioci, mieszkania na własny użytek, złotej ozdoby do założenia w Sylwestra itp. Dla odmiany inwestycja to np. zakup jedzenia do prowadzonej przez siebie restauracji, mieszkania na wynajem, złotej ozdoby w celu odprzedaży itp. Prawda, że proste? Jak widać, o rodzaju wydatku decyduje cel, a nie przedmiot. Łatwo zauważyć, że opodatkowanie konsumpcji nie ma żadnych skutków dla nikogo poza nabywcą i sprzedawcą – bo albo cena będzie za wysoka, albo odpowiednia. W przypadku zaś opodatkowania inwestycji rezygnacja z wydatku ma podwójny skutek – nie tylko nie dojdzie do nabycia przedmiotu inwestycji, ale nie zostanie wykonana praca, bo nie będzie na czym pracować. Mówiąc obrazowo, nie każdą piosenkę można zaśpiewać bez gitary. W Polsce inwestycje kapitałowe nie są opodatkowane, podobnie jak nie są opodatkowane nieruchomości (śmieszny podateczek rolny czy od nieruchomości dotyczy wyłącznie areału – to jakby oceniać inteligencję po ciężarze mózgu). Opodatkowana natomiast jest czysta inwestycja, czyli praca. Jak to wygląda w praktyce? Przećwiczmy to na umowie o pracę – na tzw. minimum krajowe 1500zł oraz na średnią krajową – 3690zł. Z umowy na 1500zł pracownik otrzyma "na rękę" 1111,86zł. To jest podstawa opodatkowania. Dlaczego? Bo po pierwsze po prostu tyle dostaje pracownik na życie, więc to jest czysta cena jego pracy, a po drugie – dla pracodawcy jest o tyle obojętne, ile wynoszą podatki, a ile cena netto, bo nie ma wpływu na wysokość opodatkowania. Dla pracodawcy istnieje tylko koszt zakupu, zawsze ten sam bez względu na to, ile zabiera rząd. Najprościej można sprawdzić ten mechanizm na podatku konsumpcyjnym. W cenie produktu za 100zł z podstawową stawką cena wynosi 81,30zł, zaś podatek 18,70zł. A przecież stawka procentowa podatku to 23%, a nie 18,70%! Owe 23% liczy się od ceny netto, a 23% od 81,30zł to właśnie 18,70zł. Wracając do umowy – do 1111,86zł trzeba doliczyć: (1) 205,65zł podatku na państwowe emerytury (dla zmyłki zwanego składką ZUS), (2) 116,49zł podatku na państwowe usługi medyczne (zmyłkowo zwanego składką NFZ), (3) marne 66zł zaliczki na podatek od pracy (oficjalnie zwanego podatkiem dochodowym – stawka 5,93% od czystego dochodu, normalnie podatkowy raj na ziemi!), (4) drugą część podatku na emerytury państwowe – 272,85zł (znowu ZUS) oraz (5) 38,25zł podatku na to, że inni są bez pracy (ten podatek ma wdzięczne i długie nazwy z jakimiś funduszami w tytule). Dlaczego te wszystkie daniny nazywam podatkami? Bo z punktu widzenia teorii prawa podatkowego mają wszystkie cechy podatków – są przymusowe, bezzwrotne, płatne na rzecz państwa i niepowiązane z konkretnym świadczeniem wzajemnym. Jak kto nie wierzy, niech umówi w przychodzi NFZ wizytę do endokrynologa. Życzę powodzenia. I zdrowia – ono przyda się szczególnie. Jeśli ktoś liczył z kalkulatorem, to powinno mu wyjść nie 1500zł, ale 1811,10zł. Zgadza się – to nie błąd! To jest rzeczywisty koszt, który ponosi pracodawca. Jak łatwo policzyć, podatki o różnych nazwach wynoszą 699,24zł. Licząc od podstawy opodatkowania, te 699,24zł w stosunku do 1111,86zł daje 62,88%. Tyle wynosi w Polsce najniższy podatek od pracy. Dla średniej krajowej (formalnie 3690zł na umowie – kwota równie fikcyjna jak owe 1500zł) wartości wynoszą odpowiednio: cena netto pracy 2637,53zł, koszt zakupu pracy (cena płacona przez pracodawcę) to 4455,31zł, zaś haracz dla rządu (tzw. podatek) to 1817,78zł, czyli 68,91%. W efekcie, robiąc zakupy, które służą wyłącznie zaspokajaniu potrzeb, płacimy 23 grosze od każdej złotówki, jaką otrzymuje sprzedawca netto. Dokonując zaś inwestycji w tzw. kapitał ludzki, czyli tworząc miejsca pracy w celu bogacenia się, płacimy co najmniej 63 grosze od każdej złotówki zarobionej netto przez pracownika. Biorąc pod uwagę, że inwestycja wiąże się ponadto z ryzykiem, należy stwierdzić, że rząd wykonuje bardzo dużo wysiłku w zniechęcanie do zatrudnienia. Wynik 12,90% bezrobocia należy w tym kontekście uznać za umiarkowany sukces rządu. Ale nic to – już z racji samej podwyżki rządowej ceny pracy w 2013r. (minimalne krajowe wzrośnie z 1500zł na 1600zł, czyli realnie z 1811,10zł na 1931,84zł) można spodziewać się wzrostu bezrobocia o co najmniej punkt procentowy na 14%. Poza podatkiem od konsumpcji i od pracy mamy jeszcze podatek od prowadzenia większego biznesu (oficjalnie zwany CITem), czyli podatek od pracy o wyższym stopniu dokapitalizowania stanowiska, oraz podatek typu lotto metodą chybił-trafił, potocznie zwany akcyzą. Po prostu ustawodawca uznał, że niektóre wyroby – energia w postaci prądu, wódki i papierosów, oraz samochody, czyli źródło podatku drogowego potocznie zwanego mandatem karnym za przekroczenie prędkości, są zbyt tanie, a przez to zbyt łatwo dostępne. Dlatego podlegają dodatkowemu opodatkowaniu akcyzą. Ot, tak po prostu, żeby nam się od nadmiaru dobrobytu w dupie nie poprzewracało. Oprócz zasygnalizowanego już podatku-symbolu od szybkiej jazdy pozostałe podatki nie mają w Polsce większego znaczenia. Jak widać, główny nacisk opodatkowania jest kładziony na źródło bogactwa (praca), powód spotkań towarzyskich (wódka), zasilanie do konsoli i do srajfona (prąd) oraz na truciznę (papierosy). Gdyby nie praca, można by powiedzieć, że rząd opodatkowuje to, co bliskie jego sercu. A tak pozostaje smutna prawda, że rządowi po prostu zależy na tym, żebyśmy nie mieli pracy i byli biedni. Paweł Budrewicz Autor jest radcą prawnym i ekspertem Centrum im. Adama Smitha. Prowadzi bloga stopsocjalizmowi.pl

Chora Opieka Zdrowotna

Zastanówmy się znów, gdzie znika nasza wypłata. Tym razem zajmiemy się nie emeryturą Pana Mietka, ale jego zdrowiem. Składka zdrowotna wynosi obecnie 9%. Dzięki temu mamy do dyspozycji placówki NFZ w całym kraju. Nie musimy płacić, jak u prywatnych lekarzy… Ale chwila, coś tu nie gra! Kolejki, strajki, łapówki, a kto był w szpitalu zna warunki tam panujące.
Przyjrzyjmy się, jak wygląda publiczna opieka zdrowotna od strony finansowej. Jak już wspomniałem, składka wynosi 9%. Pan Mietek nie wybiera się na studia i rozpoczyna pracę w wieku 18 lat. Pracodawca oferuje mu 1000zł miesięcznie brutto. Oznacza to, że składka zdrowotna wyniesie 90zł miesięcznie, czyli 1080zł rocznie. Pan Mietek jest zdrowym młodzieńcem, więc bywa u lekarza tylko 3 razy w roku, raz zdarzyło mu się złamać rękę, na wakacjach drzazga wpadła mu do oka. Kto miał takie „przygody” wie, jak wygląda załatwianie ich u lekarza NFZ. Gdyby Pan Mietek mógł sam zdecydować, co zrobi ze składką mógłby wybrać na przykład pakiet zdrowotny w prywatnej firmie medycznej, który kosztuje 650zł rocznie, a wizyta u specjalisty 10zł w ramach tego pakietu. Wizyta w 24 godziny, bez kolejek, ładne, nowe gabinety, szeroki zakres opieki medycznej włącznie z hospitalizacją. I to wszystko dużo taniej, niż w NFZ. W wieku 45 lat Pan Mietek pracuje już na lepszym stanowisku, zarabia 3000zł brutto, ale jego zdrowie jest w nieco gorszym już stanie. Bywa u lekarza raz w miesiącu, musi leczyć się u okulisty, ma problemy z plecami i prostatą. Jego składka zdrowotna wynosi 3240zł. Leczenie w publicznych placówkach dodatkowo psuje jego zdrowie psychiczne, bo musi czekać w kolejkach, chodzić od lekarza do lekarza, wciąż prosząc o skierowania i badania. I znów, gdyby oddano mu do dyspozycji jego pieniądze ze składek, mógłby wykupić pakiet medyczny za niecałe 2700zł obejmujący to samo, co pakiet, na który Pana Mietka było stać, gdy był młodszy. Dodatkowo obejmuje między innymi kilka wizyt domowych rocznie, konsultacje u psychologa, psychiatry, seksuologa i kilku innych specjalistów, pakiet szczepień, rehabilitacje, opiekę stomatologiczną i wiele innych udogodnień. Pan Mietek może też rozważyć pakiety rodzinne, dla dzieci, dla seniora. Wszystko to jest dalece bardziej opłacalne niż usługi NFZ. Zachęcam każdego z czytelników do przejrzenia ofert różnych pakietów medycznych oraz wyliczenia sobie, ile płaci za opiekę NFZ. Niestety jednak Pan Mietek i każdy z nas musi płacić przymusową składkę za darmową (sic!) opiekę zdrowotną. Z ciekawostek: „W 1918 r. Związek Sowiecki stał się pierwszym krajem, który obiecał powszechny dostęp do opieki medycznej od kołyski aż do grobu. Miało się to stać poprzez całkowite upaństwowienie medycyny. Prawo do zdrowia stało się konstytucyjnym prawem obywateli sowieckich.” – mises.org Grzegorz Przyjemski Foto.: humorpage.pl

Pod znakiem Hipokrytesa…

W poprzednim felietonie Chore składki zdrowotne… pisałem o kuriozach finansowania publicznej opieki zdrowotnej w Polsce. W odpowiedzi pojawiło się sporo różnych głosów, ale jeden znamienny - mój lekarz rodzinny grozi podobno sądem, bo wziął bardzo do siebie określenie „urzędnik w białym kitlu” i poczuł się urażony („a przecież on jest lekarzem i… tak się stara wywiązywać z przysięgi Hipokratesa...”). Trudno - niech będzie proces, skoro już być musi ! Na sprawę zaproszę przedstawicieli mediów i przy okazji roztrząsania, czy pan doktor miał podstawy śmiertelnie się obrazić, odbędzie się też publiczna debata nad sensem całego systemu.
Pierwsza taka sprawa ! I to w mojej gromadzie !...” - jak z szerokim uśmiechem powiedziałby sołtys z „Samych swoich” (tyle, że nie o „kota” tu idzie...) Jeśli trzeba mogę jednak przeprosić, ale bynajmniej nie za „urzędnika”. Przeprosić mogę za napisanie, iż z mojej składki „pan doktor na początku każdego roku z góry otrzymuje wcale niemały połeć ”. No to... przepraszam, bo rzeczywiście - wcale nie jest to taki „niemały połeć”, ale jednak całkiem „mały”. A nawet nie „połeć ”, a „połetek” czy wręcz... „plasterek”, „plastrunio” – o, taki tyci!. Dokładnie wygląda to tak, że lekarze podstawowej opieki zdrowotnej (rodzinni) w ramach zawieranej umowy z NFZ mają przydzielaną tzw. stawkę kapitacyjną „od głowy” pacjenta (dosłownie: „pera capita” – „na głowę”) Aktualnie jest to... 8 zł miesięcznie (!). Oczywiście podlega ona pewnemu zróżnicowaniu o tzw. mnożniki - przede wszystkim w zależności od wieku pacjenta i czy ma ewentualnie cukrzycę, albo chory układ krążenia. Iloczyny pod ich wpływem naturalnie nie puchną nie wiadomo jak, bo mnożniki te wahają się zaledwie w granicach 1-3. W moim przedziale (50-latek) mnożnik wynosi 1, a zatem NFZ regularnie przekazuje po 8 zł co miesiąc na podstawową opiekę nad moim zdrowiem. Czy Wielce Czcigodne Towarzystwo kuma?.. Ja płacę rocznie kilka tysięcy złotych składki zdrowotnej (wystarczy teraz zerknąć do swoich PIT-ów), a ONI wycenili moje zdrowie na... 8 zł miesięcznie !!! ( Wasze w większości też !) A co z resztą?... Resztę oczywiście trzyma „pod pachą” pani Pachciarz w NFZ (a przedtem pan Paszkiewicz) i „ściumbli” na małe plasterki. Jeden - z góry na szpital – jak się Ulatowski położy, to żeby miał. A jak się nie położy – to będzie miała Kowalska, która się położy. Drugi – na stomatologów, jak zaryzykuje Ulatowski kruche plomby amalgamatowe - to żeby mu w gębie błyszczało. Trzeci na coś tam jeszcze. I tak kroją tę składkę na 101 różnych gównianych plasterków, z których innym może uda się coś schwycić, ale póki co - ja nie mam prawie nic. A jak już nawet kiedyś znalazłbym się w potrzebie (nie daj Bóg!) - to może się okazać, jak z tym pacjentem chorym na nowotwór, którego opisywałem w tamtym felietonie, a któremu wstrzymano chemię, bo jego przypadku… zapomniano (? ! ) umieścić na refundacyjnej liście – mimo, że wcześniej latami walił państwu do kabzy grube tysiące składki „na zdrowie”. A co robi pan doktor z moimi 8-mioma złotymi ?... Jak to, co? Zarządza nimi – np. płaci innym placówkom, gdy zleci im badanie mnie. Problem tylko w tym, że jego wynagrodzenie i odpłatność za zlecane badania - wtopiono w jedną pulę. Właśnie w tę stawkę kapitacyjną – jak jej nie wyda, to zostaje dla niego. To podobno, żeby współdzieląc los z pacjentem, miał z nim lepszy kontakt. No i dla lepszej gospodarności. Tak było w założeniach. A co jest w praktyce ?... Pan doktor, który np. potrafi się obrazić za „urzędnika” - choć w istocie stał się przedłużeniem „ramienia” NFZ-u - teraz zamienia się wręcz w wycwanionego magika jarmarcznego (takiego... „czarna przegrywa – czerwona wygrywa”!), albo wprost w pospolitego łapacza pcheł, który kombinuje - jak tu wyrwać z tych ośmiu złotych chociaż ze trzy, żeby zostało dla niego. Najlepiej - jeśli pacjent (tak, jak ja) po prostu długo nie przychodzi. Gorzej – jeśli „znowu przylazł” - to „może mu czego nie zlecić” ?.. Przeczekać – może się uda?... Albo w ostateczności dać skierowanie i podrzucić szpitalowi na oddział (szpital ma 52 zł za punkt) - niech go przebadają na swój koszt! Czy to ma coś wspólnego z przysięgą Hipokratesa? Może raczej „Hipokrytesa”?... Niech więc pan doktor honorowo obraża się za „urzędnika” na mnie – nie na NFZ. Niech wytacza mi proces w nadziei, że jest jeszcze bardziej lekarzem niż buchalterem. Czeka Chińczycy mają ciekawy kalendarz. Jest w nim rok tygrysa, rok smoka, albo małpy. My mamy rok… algorytmu. Chociaż małpy też mamy. Rok 2012 jest bowiem – jak zakomunikował portal rynekzdrowia.pl – trzecim rokiem obowiązywania algorytmu podziału środków na leczenie między województwa. Algorytmu wprowadzonego przez Ewę Kopacz, a kultywowanego obecnie przez Bartosza Arłukowicza. Dzięki temu tajemnemu wzorowi matematycznemu różnice między potrzebami i możliwościami pacjentów z różnych województw są niwelowane do jednego wspólnego poziomu. W 2012r. jest to poziom 1635 zł (rocznie!). Tylko, że statystycznie – to ja i koń mamy po trzy nogi… Zresztą rok 2012 będzie zarazem kolejnym rokiem bicia ludziom piany z mózgu za pośrednictwem różnych mediów, dzięki czemu spora część nadal wierzy np., że leczenie ma bezpłatnie. Oto choćby wspomniany portal rynekzdrowia.pl napisał np. we wstępie jednego z artykułów cyt. „Ministerstwo Zdrowia i NFZ zamierzają w przyszłym roku (2012) przeznaczyć na leczenie polskich pacjentów 61 530 024 tys. zł.” Akurat – nie podatnicy, tylko ministerstwo i NFZ łaskawie „zamierzają przeznaczyć” !. Chińczycy, u nas każdy rok jest rokiem lewiatana !!! W naszym systemie opieki zdrowotnej lekarze nie dokształcają się, żeby po prostu coraz lepiej leczyć pacjentów. Dokształcają się, żeby „wyrabiać punkty”. Szpitale też muszą „wyrabiać punkty” i dlatego np. „rozmnażają” dni pobytu pacjenta. Kiedyś widziałem karty informacyjne, z których wynikało, że pacjent leżał w dwóch szpitalach, odległych od siebie o 25 kilometrów, równocześnie. Jak powinien wyglądać ten system – nie będę się już rozwodził, jak poprzednio. Zrobił to choćby pan doktor Krzysztof Bukiel z OZZL jeszcze w 2008r, http://www.prawica.net/node/14713. Tekst nadal aktualny – brawo Panie Krzysztofie! A swoją drogą, gdyby udało się to wprowadzić – nie byłoby teraz protestu w sprawie recept. W poprzednim felietonie stwierdziłem, że obecny system oparty na redystrybucji jest zwyczajnie niemoralny i głupi. Oczywiście nie jest głupi dla urzędników z ministerstwa zdrowia, NFZ-u oraz lewackich polityków. To nie dziwi. Czy jest głupi - nie zastanawia się także emerytka i to też nie dziwi. Ona się cieszy, że w ogóle „coś” ma, skoro latami rabowano ją z pieniędzy, nie pozwalając przyzwoicie odłożyć na starość. Najbardziej jednak dziwi mnie, że ten system nie jest głupi dla niektórych prawicowców np. . na portalu prawica.net (gdzie wspomniany tekst był również publikowany), a nawet dla tutejszych pro-kapitalistów - zwłaszcza tych, co tam i tu namiętnie komentują (skoro akurat na takich portalach zadokowali się na dłużej, to chyba bardziej zwolennicy niż przeciwnicy ?..) Dziwni to "prawicowcy” i „pro-kapitaliści”, co jak Św. Trójcy bronią zdobyczy socjalizmu - lecznictwa za podatki, zamiast normalnych mechanizmów rynkowych - chociaż pozytywny stosunek do wolnego rynku powinien stanowić przecież jeden z głównych wyróżników ludzi deklarujących ów typ światopoglądu. Tomasz J. Ulatowski Blog Autora: http://www.e-ulatowski.pl

Chore składki zdrowotne…

(Redystrybucja dochodów jest zwykłym złodziejstwem i nie można jej pogodzić z żadną moralnością. – Leonard Liggio, Prezes Mont Pelerin Society) Ponieważ ostatnio moje zdrowie zazdrośnie zaczęło przypominać mi o swoich prawach, postanowiłem odwiedzić lekarza rodzinnego i chociaż ogólnie się przebadać. Wizyta jak najbardziej wskazana, choćby ze względów towarzyskich, bo widujemy się średnio raz na dwa lata i tylko przez chwilę - tyle, co na wypisanie L-4 w związku z przeziębieniem. Składkę zdrowotną płacę niewąską. Pan doktor, przy podpisywaniu kontraktu z NFZ-tem na początku każdego roku, z góry otrzymuje z niej też wcale niemały połeć. Pomyślałem zatem, że czas ją chociaż marginalnie wykorzystać.
Wystarczy zerknąć w PIT-a… Polak zarabiający do ręki 2500 zł, płaci co miesiąc za pośrednictwem ZUS-u na publiczne lecznictwo 271,23 zł tzw. składki zdrowotnej (3254,72 zł rocznie!). Ci, którzy poza etatem dla dorobienia dłubią dodatkowo jakąś działalność gospodarczą, płacą jeszcze jedną składkę zdrowotną - 254,55zł (minimum miesięczne narzucone przez ministerstwo finansów). Tak na marginesie - że ci ostatni płacą podwójnie, jest już w ogóle totalnym absurdem (Czy w razie potrzeby będą mieli do dyspozycji dwa łóżka szpitalne na raz, dwóch lekarzy i po dwie pielęgniarki?...) - więc może czas, by ktoś się wreszcie tym zajął?.. Mój pan doktor podczas wizyty zaordynował mi badania laboratoryjne. Ja zaś - jako, że wiekiem sięgam już pięćdziesiątki, a trąbi się naokoło o profilaktyce przeciwnowotworowej i że z uwagi na zachorowania w rodzinie jestem w grupie szczególnego ryzyka - zapragnąłem przy badaniach krwi dorzucenia jeszcze tzw. P.S.A. Jego poziom, jak wiadomo, pozwala ogólnie stwierdzić lub wykluczyć zmiany rakowe prostaty, zmory facetów po 40-tce. I tu niestety zaczęły się schody - badanie standardowe to i owszem, ale... bez P.S.A.! Usłyszałem bezpardonowe - „O nie - ja nie będę za pana płacił!”. Zapewne ktoś z czytających te słowa - niekoniecznie będący entuzjastą państwowego lecznictwa - zaraz zacząłby mnie pouczać; a że właściwie to pan doktor miał rację, bo P.S.A. to zleca specjalista urolog, a że przecież to oddzielny budżet i pewnie jeszcze inne ble-ble.. Zgoda - ale mnie chodzi o coś więcej niż nawet to nie zlecone PSA, które notabene kosztuje 30-40 zł. Otóż – dlaczego ja, oddając z góry na leczenie grube tysiące złotych rocznie, muszę - gdy przychodzi co do czego - wysłuchiwać od „urzędnika w białym kitlu”, że ON nie będzie ZA MNIE płacił (!) i w rezultacie mam potem chodzić od drzwi do drzwi, szukając swoich własnych pieniędzy?... Oto jest kwintesencja państwowego (bezpłatnego?) systemu opieki zdrowotnej! Dopóki nie przyjmiemy do wiadomości (wbrew ucieranym przez propagandę i powielanym przez nas samych pozorom), że leczenie (a to samo dotyczy nauczania!) jest takim samym rzemiosłem, jak naprawa dachu czy podzelowanie butów i że tu także musi normalnie funkcjonować rynek - dopóty w Polsce nic się pod tym względem nie poprawi.  Czy ktoś przystałby np. na propozycję płacenia hydraulikowi co miesiąc „kasy za friko”, że niby jak kiedyś pęknie rura na Wielkanoc, to będzie wtedy naprawiona gratis?... Zastanawiam się, czy naprawdę zrobiłbym sobie krzywdę własnymi pieniędzmi, gdybym – ZAMIAST potrącania obecnych tzw. składek zdrowotnych – sam płacił bezpośrednio do łapy „rzemieślnikom od zdrowia” (lekarzowi rodzinnemu, laboratorium, szpitalowi itp.) wtedy, kiedy naprawdę z nich korzystam?.. Mogłoby nie wystarczyć ?.. Słabość oddawanych przez nas pieniędzy w stosunku do realnych kosztów leczenia – to jeden ze skwapliwie uklepywanych w społeczeństwie mitów. Z analizy planu finansowego Narodowego Funduszu Zdrowia na koniec 2011 roku (już po grudniowej korekcie, czyli dostosowaniu tego planu do rzeczywistości) wynika, że w całym budżecie tej instytucji, stanowiącym 61,33 mld. zł. – aż 95%, czyli 58,4 mld zł, przypadało na pokrywane przez nią koszty świadczeń zdrowotnych. Wpływy z zapłaconych przez nas Funduszowi składek zdrowotnych wynosiły w tym czasie… 60,19 mld zł. Wychodzi zatem, że sami (i to jeszcze z okładem) finansujemy wszystko, co się na wspomniane „koszty świadczeń zdrowotnych” składa – m.in. całe lecznictwo szpitalne, opiekę podstawową i ambulatoryjną, transport i ratownictwo medyczne (pogotowie). Ba – nawet opiekę paliatywną i hospicja, rehabilitację, programy terapeutyczne i leczenie uzależnień, lecznictwo uzdrowiskowe oraz… osławioną refundację leków. Zwłaszcza z tej ostatniej pozycji wynika, że państwo „dopłacając” do cen droższych leków i tak nam łaski nie robi, bo i ta kwota (we wspomnianym budżecie 8,6 mld. zł) też się mieści w składce. A swoją drogą – ciekaw jestem, czy gdyby np. wciągnąć wodę destylowaną na refundacyjną listę leków, nie okazałoby się, że w następnych okresach będzie raptownie drożeć i wymagać coraz większych dotacji?... Różnica w budżecie NFZ-u, której akurat nie pokrywamy składką (ponad 1 mld zł) – to koszty własne utrzymania tego molocha, czyli głównie wynagrodzenia urzędników oraz amortyzacja posiadanego przez Fundusz majątku trwałego (budynki, wyposażenie, samochody) wraz z tzw. usługami obcymi (prąd, woda, ogrzewanie, obsługa bankowa). Nie pokrywamy także utrzymania drugiej instytucji, „dbającej” o stan naszej kondycji zdrowotnej, mianowicie Ministerstwa Zdrowia (koszt własny w 2011r. to 8,4 mld. zł). Ale – co ja mówię?!... Też pokrywamy – tyle, że w inny sposób, bo podatkami - np. PIT-em, VAT-em i akcyzą… Ani Sejm, ani bowiem rząd – na ten cel kapci na sprzedaż przecież nie szyją! Problemem nie są zatem koszty samego leczenia - problem stanowią podwieszeni pod nie urzędnicy. Rozumiem, że ci państwo z ministerstwa zdrowia i NFZ-u chcą gdzieś zarabiać, ale dlaczego akurat tam i akurat ja mam na to płacić?.. Jako znacznie lepiej wykształceni niż niejeden utrzymujący ich podatnik – z pożytkiem dla wszystkich poradziliby sobie gdzie indziej. (Ostatecznie – dać im nawet dożywotnio zasiłki bezrobotnych byleby się już w nic nie wtrącali! I tak byłoby kilka razy taniej niż przy obecnej średniej pensji takiego urzędnika, sięgającej 6.000 zł) Jak wynika z powyższego – pora poważnie zastanowić się nad sensem dotychczasowego (redystrybucyjnego) modelu finansowania ochrony zdrowia w naszym kraju. Zwłaszcza, że jest to model niesłychanie kosztowny. Koszty jego funkcjonowania (utrzymanie NFZ-u i Ministerstwa Zdrowia) w stosunku do sumy świadczeń zdrowotnych sięgają prawie 20% (same koszty poboru i ewidencjonowania składek zdrowotnych – to rocznie przeszło 111 milionów złotych!). Bez kontroli byłoby drożej ?.. Ale wysokie koszty funkcjonowania dotychczasowego systemu to jeszcze nie wszystko – o wiele gorszy bowiem jest fakt, że wraz z ich ciągłym wzrostem – płacący składki coraz mniej otrzymują w zamian. Składka „na zdrowie” coraz mniej przypomina typową składkę, a coraz bardziej – podatek (który, jak wiadomo nie musi wiązać się ze świadczeniem wzajemnym). Diabeł w tym, że w Polsce „rynek usług medycznych” tak naprawdę wciąż jest jedynie sloganem. W związku z tym trudno jest określić realny poziom cen leków, rzeczywiste koszty wielu zabiegów oraz zasadność wpływających na nie obciążeń, zadłużonych przecież publicznych placówek. Doświadczenie jednak uczy, że uwolnienie każdego rynku oraz oparcie go na bezpośrednich i swobodnych rozliczeniach „dostawca–odbiorca” – ogólnie stabilizuje ceny na rozsądnym dla stron poziomie. Logicznie rzecz biorąc układ pozbawiony zbędnych pośredników i nad-kontrolerów – których przecież za coś trzeba utrzymać – byłby układem tańszym. Obraz lekarzy i aptekarzy, szalejących z wysokimi cenami na wolnym rynku, jest po prostu niedorzeczny – każdemu „dostawcy” zależy przecież, aby mieć jak najwięcej odbiorców i doskonale zdaje sobie sprawę, że musi dopasować się do ich możliwości nabywczych. Inaczej zarobi konkurencja. Dobry przykład może stanowić, sprywatyzowany całkowicie na początku lat 90-tych, podobny rynek usług weterynaryjnych. Czy ceny na nim są niebotyczne albo ludzie ze swoimi zwierzętami zostali pozbawieni fachowej pomocy?.. Casus najdroższych zabiegów… „Wszystko w porządku – państwo przestaje potrącać nam na ubezpieczenie zdrowotne, płacimy sami tylko wtedy, kiedy faktycznie korzystamy, resztę chowamy do kieszeni – ale czy będziemy w stanie sfinansować np. przeszczep serca, leczenie złośliwych nowotworów itp.?..” W debatach na temat uwolnienia rynku świadczeń zdrowotnych pytanie to pada często jako kontrargument najcięższego kalibru. W odpowiedzi można jednak postawić inne, równie trudne – A czy teraz państwo zapewnia wszystkim, na czas i na odpowiednim poziomie dostęp do tych najbardziej skomplikowanych form pomocy?.. Parę miesięcy temu niemal wszystkie krajowe stacje telewizyjne donosiły o przypadku mężczyzny, którego praktycznie pozbawiono możliwości kontynuowania tzw. chemii, gdyż zabiegów na jego postać nowotworu nie przewidziano w refundacyjnym planie i przez to dalsza terapia stała się zbyt kosztowna. Urzędnicy bezradnie rozłożyli ręce. Państwo, zmuszając go latami do łożenia na tzw. „służbę zdrowia” - wyzuło zarazem z możliwości odłożenia brakującej teraz kwoty, nie proponując nic w zamian. Tym samym państwo nieoficjalnie, choć być może nieświadomie, wkroczyło już w obszary eutanazji. Przecież coraz częściej słyszymy także o różnych spontanicznych zbiórkach na leczenie za granicą kolejnych przypadłości, których nie ogarnia nasz system. Podstawową wadą „państwa opiekuńczego” jest nadprodukcja ludzi żyjących chwilą – pozbawionych wyobraźni, naiwnie ufnych i nie zabezpieczających swojej przyszłości. Takie polskie „jakoś to będzie”... W normalnym układzie - ludzie, zdani na siebie i świadomi różnych okoliczności - oszczędzają na tzw. „czarną godzinę” albo sięgają po dobrowolne ubezpieczenia (także medyczne). Co z najbiedniejszymi ?... Po pierwsze - skala ubóstwa w Polsce jest mimo wszystko zawyżona. Niemały odsetek wyciągających rękę o publiczną opiekę, potrafi w labiryncie naszej biurokracji zadziwiająco sprawnie pozałatwiać pieczątki do rozmaitych zaświadczeń o swojej nieporadności. Ciekawe, o ile wzrosłaby liczba beneficjentów pomocy społecznej, gdyby paczki i zapomogi stały się np. trzy razy obfitsze?... Ale O.K. – jeśli mimo wszystko upieracie się przy socjalizmie, ostatecznie pójdźmy na kompromis! Z tych paru tysięcy mojej rocznej składki zdrowotnej - oddam połowę na opiekę medyczną dla biednej staruszki, a w zamian - drugą zatrzymam w swoim portfelu. W takim układzie wreszcie będę mógł swobodnie dysponować chociaż połową kwoty na badania i leczenie, w odróżnieniu od sytuacji obecnej, gdzie owa „babcia” ma niewiele, ale za to ja – jak wynika z opisu na początku – nie mam prawie nic. Kto nie płaci ?... Jak podają nawet enefzetowskie statystyki - ze świadczeń zdrowotnych korzysta w Polsce przeszło 26 mln. osób, podczas gdy wszystkich uprawnionych jest ponad 37 mln. Stąd nasuwa się wniosek, że 11 mln. Polaków już leczy się wyłącznie prywatnie lub - co mniej prawdopodobne - mało choruje. Liczba ludności zawodowo czynnej oraz emerytów, czyli opłacających lub za których opłacana jest składka zdrowotna, wg danych z 2011r. sięgała zaledwie 25,4 mln. Jak wiadomo - do 2012r. grupę społeczną, nie opłacającą osobiście ubezpieczenia zdrowotnego, stanowili rolnicy. Jednak koszty wykorzystywanych przez nich świadczeń były pokrywane z budżetu państwa. Zgodnie z wprowadzonymi od lutego zmianami - rolnicy z gospodarstw obejmujących co najmniej 6 hektarów przeliczeniowych powierzchni, obowiązkowo rozpoczęli opłacanie składki za siebie i domowników po... 1 zł za każdy taki hektar miesięcznie (np. przy klasie IV gleb w II okręgu podatkowym, w gospodarstwie 10-hektarowym jest to 10 zł od osoby). Za rolników i ich rodziny z gospodarstw mniejszych wciąż będzie pokrywać budżet państwa. Nieco inaczej, ale też niezbyt srogo, rozlicza się tzw. działy specjalne produkcji rolnej. Tegoroczne zmiany w finansowaniu ochrony zdrowia rolników - wbrew założeniom - nie zmniejszą znacząco państwowej dotacji. Pomijając już symboliczną wysokość składek ustalonych dla większych gospodarstw, należy zauważyć, że gospodarstwa do 6 hektarów (nie płacące za siebie) stanowią 60% ogółu. Swoją drogą podejście rolników do kosztów (nie tylko leczenia), to rzecz charakterystyczna - bez zająknięcia wyjmują z portfela nawet po paręset złotych w prywatnych gabinetach u dentystów czy innych specjalistów, a zacisną nerwowo dłoń na widłach, gdyby chciano im podnieść składkę zdrowotną o kolejną złotówkę. Dlaczego? Proste - bo płacąc u lekarza wiedzą, że płacą za siebie oraz że „ręka w rękę” otrzymują w zamian coś konkretnego i ważnego. Składka zdrowotna – to dla nich po prostu... kolejny natrętny podatek. Trudno zresztą się dziwić (jak mawiał Say - nie ma dobrych podatków)... To kolejny argument za wprowadzeniem normalnej (bezpośredniej) odpłatności za leczenie dla wszystkich. Przykład ten znakomicie przy okazji pokazuje, że wiele problemów wsi  - to bardziej problemy na użytek kampanii wyborczej „chłopskich obrońców”, niż problemy samych chłopów. Mimo wszystko wciąż wierzę, że kiedyś finanse publiczne załamią się do tego stopnia, że zrozpaczony i doprowadzony do ostateczności rząd, powie bez kurtuazji społeczeństwu - Nie jesteśmy już w stanie dalej zajmować się waszymi emeryturami, leczeniem i edukacją. A spieprzajcie  w cholerę z tymi swoimi pieniędzmi i rządźcie się nimi sami ! I wtedy zacznie w końcu być normalnie, czego Państwu (oraz państwu!) i sobie serdecznie życzę. Tomasz J. Ulatowski Blog Autora www.e-ulatowski.pl   Ps. Okazuje się jednak, że kreatywność państwa podąża tymczasem w zupełnie innym kierunku. Rozważa się podniesienie obowiązkowej składki zdrowotnej w 2013r. nawet do poziomu 12. procent . Bardzo podobało mi się zasłyszane ostatnio powiedzenie Winstona Churchilla, cyt.; "Naród, który próbuje dojść do dobrobytu poprzez nakładanie kolejnych podatków na samego siebie - przypomina człowieka, który stoi w wiadrze i próbuje podnieść je za uchwyt"...

Operacja, czy amputacja? Historia Renaty Szot

Renata Szot mieszka w Tychach. W wyniku upadku doznała poważnego urazu stawu skokowego – wieloodłamowe złamanie (zamknięte) kości skokowej z podwichnięciem skokowo – piętowym oraz zerwanymi mięśniami i więzadłami. W trakcie pierwszej operacji stawy skokowy i podskokowy zostały zakażone bakterią enterococcus faecalis. Zakażenie najprawdopodobniej nie udało się usunąć podczas następnych operacji – lekarz operował jedynie stan ostry, niemniej nadal utrzymuje się odczyn zapalny. W ciągu trzech lat Renata Szot siedmiokrotnie trafiała na stół operacyjny. Dopiero podczas szóstej operacji podjęto rekonstrukcję mięśni i wiązadeł. Mimo przebytych operacji p. Renata nie odzyskała sprawności. Wciąż kuleje na lewą nogę i, jak pisze na swojej stronie „Każdy krok wiąże się z bólem, który praktycznie nigdy mnie nie opuszcza. Wiele wysiłku i samozaparcia kosztuje mnie zwykła codzienność...”. Codzienność, którą często przerywa ból tak silny, że konieczna jest hospitalizacja i kroplówka. Stan jej zdrowia ciągle się pogarsza. Przeciążenie prawej nogi wiąże się z dokuczającym kolanem oraz problemami z kręgosłupem (ma uszkodzony dysk na odcinku lędźwiowym oraz zmiany zwyrodnieniowe na odcinkach piersiowym i szyjnym). Szwajcarski ortopeda i twórca endoprotezy stawu skokowego, Beat Hintermann, w październiku 2011 r. postawił nie pozostawiającą złudzeń diagnozę, która brzmi jak wyrok: - skrócenie nogi (zmiany zwyrodnieniowe kości), - tworzenie się cyst wewnątrz kości skokowej, - zrosty stawów, - postępujące zwyrodnienie kości skokowej i piętowej (osteoporoza), - atrofia mięśni kończyny dolnej, - uszkodzenie nerwów, - stan zapalny stawu. Hintermann, jako jedyny zadeklarował się podjęcia operacji usunięcia cyst wewnątrzstawowych, rekonstrukcji uszkodzonych nerwów oraz usunięcia powikłań po poprzednich operacjach i dokonania przeszczepu kości. W Szwajcarii. Koszt operacji w ubiegłym roku został oszacowany na poziomie 11.200 CHF, niemniej zależy on od stanu, w jakim pacjentka trafi „na stół”. Do tego dochodzą jeszcze koszty przejazdu i pobytu w Szwajcarii oraz pełnej diagnostyki i rehabilitacji. Pani Renata nie ma pracy, choć bardzo by chciała pracować. Nie otrzymała żadnego odszkodowania (również od szpitala – zamierza złożyć skargę do Sądu) a ZUS odmówił jej przyznania świadczeń rentowych (sprawa trafiła do Sądu). W związku z brakiem środków do życia nie może też pokryć kosztów leków i rehabilitacji. Ostatnie dwutygodniowe leczenie związane z kłopotami z kręgosłupem to: 100 zł neurolog, 100 zł rehabilitant, 200 zł lekarstwa. Więc rezygnuje dokonując wyborów „mniejszego zła”. Możliwość przeprowadzenia operacji, która pozwoli p. Renacie wrócić do zdrowia i normalnego życia teoretycznie istnieje i w Polsce. W praktyce zależy to jednak wyłącznie od umiejętności lekarzy, do których w sytuacji p. Renaty można mieć pewne zastrzeżenia. Istnieje też możliwość refundacji operacji w Szwajcarii przez NFZ, ale po pierwsze – tylko do wysokości kosztów wykonania zabiegu w kraju (resztę pacjent pokrywa z własnej kieszeni), zaś po drugie – do uzyskania zgody potrzebny jest wniosek, podpisany przez polskiego lekarza o odpowiednich kwalifikacjach. Takowego jednak nie może uzyskać. Jak mówi z goryczą „jestem dobrym królikiem doświadczalnym”. Choć na ogół nie zbywa mi na fantazji, nie jestem w stanie sobie wyobrazić co p. Renata przechodzi żyjąc z wyrokiem „operacja albo amputacja”. Ona jednak się nie poddała - ma syna i jak mówi "ma dla kogo żyć". Walczy. Pomaga jej w tym Fundacja Słoneczko. Organizuje aukcje na portalu Allegro, na których wysprzedaje własny dobytek, choć jak zaznacza – kilka osób przekazało jej rzeczy przeznaczone na aukcje. Oprócz tego na swoim blogu informuje o np. nieodpłatnych warsztatach kaligrafii, gdzie osoby uczestniczące wpłacały darowizny na subkonto fundacji. Renacie można pomóc na kilka sposobów – poprzez: - bezpośrednie wpłaty na jej konto otwarte w fundacji pomagającej osobom niepełnosprawnym, - przekazanie 1% podatku, - zamieszczenie banera na innych stronach, - zamieszczenie apelu na stronach internetowych, umieszczenie plakatów przeznaczonych do druku wszędzie tam, gdzie tylko będzie to możliwe, - udział w aukcjach charytatywnych na portalu Allegro, - kliknięcie "lubię to" na facebooku i innych serwisach społecznościowych- dzieląc się linkiem ze znajomymi tak również można pomagać, - oraz wszelkie inne możliwe formy pomocy z Państwa strony. Na chwilę obecną p. Renacie udało się zgromadzić 15 tysięcy zł*. Wedle ostrożnych szacunków brakuje jeszcze 55 tysięcy zł. I na tym właściwie mógłbym skończyć ten wyjątkowo „suchy” jak na mnie tekst. W historii Renaty Szot poruszyła mnie jej niezwykła determinacja w walce z losem i czasem, którego ma coraz mniej. Być może wśród Czytelników są osoby, które zechcą wspomóc p. Renatę w jej walce. Może ktoś z Państwa zechce podzielić się tym tekstem ze znajomymi. Być może wreszcie, zechce przedrukować, na co od razu wyrażam zgodę (podanie autorstwa i źródła będzie mile widziane). Możemy wspomóc Ją w walce. W jaki sposób – to już zależy od Państwa. W sprawach kontaktu z Renatą Szot zapraszam na Jej stronę: http://pomozchodzic.pl/ *Już po opublikowaniu tekstu otrzymałem wiadomość od p. Renaty Szot o znacznej kwocie, która wpłynęła na jej konto. Obecnie ma już zgromadzone 46,039.62 zł na operację. Michał Nawrocki P.S. Serdecznie dziękuję p. Renacie Szot za pomoc w zredagowaniu powyższego tekstu. P.P.S. Mam nadzieję, że p. Renata mi wybaczy, ale pewne rzeczy są silniejsze ode mnie. Znając Jej historię nie mogę się bowiem powstrzymać od złośliwej refleksji: premier Tusk „rekonstruując” rząd po ubiegłorocznych wyborach Ewę Kopacz (eks Minister Zdrowia) uczynił Marszałkiem Sejmu, zaś Bartosza Arłukowicza (pełnomocnika premiera do spraw wykluczonych) zrobił Ministrem Zdrowia. A przecież na zdrowy rozum p. Arłukowicz powinien się zamienić miejscami z p. Kopacz, żeby ta, parafrazując „Kisiela”, zobaczyła, co narobiła.

Rozrywka, czyli bieg z przeszkodami – kolejne akty

Jakiś czas temu szczerze wkur... opisałem rozrywki, jakich dostarczyła Bliskiej Mi Osobie tak zwana służba zdrowia w ramach złamanego (z przemieszczeniem) nadgarstka. Niestety, życie dopisało kolejne akty, co gorsza pod dyktando defraudantów z NFZ i Ministerstwa Zdrowia. Pro publico bono – ciąg dalszy. Akt dziewiąty Kontrole co dwa tygodnie. Każdorazowo powtarza się szopka – zapisać się, w dniu kontroli zarejestrować, odczekać minimum dwie godziny na korytarzu; bo wszyscy pacjenci wpisywani są na jedną godzinę. Za którymś razem śliczny materiał genetyczny głębszą refleksją nie skażony źle podaje datę następnej wizyty, więc mamy dodatkowy ubaw im. posłanki Muchy. Każda kontrola wygląda do znudzenia tak samo – pogawędki z pacjentami sterczącymi w kolejce na korytarzu, prześwietlenie, opinia lekarza: wszystko dobrze. Akt dziesiąty Nadejszła wiekopomna chwila – zdjęcie gipsu. Najpierw kolejka do gabinetu po skierowanie do RTG, potem kolejka do RTG, znowu kolejka do gabinetu po skierowanie do pracownika zdejmującego gips, znowu prześwietlenie i z powrotem do gabinetu. I tu szok – przemieszczenie jest znaczne, możliwa duża utrata sprawności. Natychmiast kupić stabilizator i za tydzień na kolejną kontrolę. Stabilizator w przyszpitalnym sklepiku kosztuje ponad 200 złotych. Zapis na kontrolę to droga przez mękę. W końcu za specjalnym wstawiennictwem lekarza mniej śliczny materiał genetyczny itd. łaskawie dopisuje Bliską mi Osobę na marginesie. Akt jedenasty Kontrola ma przebieg standardowy: rejestracja, korytarz, czekanie... W końcu Bliska Mi Osoba wchodzi do gabinetu by po zastanawiająco krótkim czasie z niego wyjść. Znowu inny lekarz. Nabazgrał (właściwe określenie) skierowanie na rehabilitację. Kilka dni później, z dala od opisywanej placówki NFZ dowiedziałem się o przebiegu wizyty. Konował  (inaczej go nie nazwę, a litościwie pominę kilka soczystych przymiotników) po pytaniu czego Pani sobie życzy? stwierdził „najpierw sobie łamiecie kości, a potem narzekacie”. Bliska mi Osoba wiedziała, co robi nie powtarzając tego na korytarzu placówki. Choć jestem wyjątkowo spokojnym człowiekiem, kurdupel w kitlu miałby jak amen w pacierzu takie same obrażenia. Akt dwunasty Szpitale, przychodnie... Najbliższy termin za trzy miesiące. A rehabilitacja potrzebna na już! W końcu trafiamy do innej przychodni przyszpitalnej. Żadnych kolejek do okienka – numerek i spokojne oczekiwanie. Czysto, dziewczyny w recepcji uprzejme, życzliwe i kompetentne. Czas płynie szybko, nadchodzi połowa czerwca – termin wyznaczonej wizyty. Krótko, zwięźle i na temat. Wszystko w pełni profesjonalnie. Lekarka w gabinecie jest uprzejma i dokładna. Z ciekawością zapoznaje się z dostarczoną przez zapobiegliwą pacjentkę dokumentacją, zwłaszcza zdjęciami RTG. Konkluzja: to złamanie w ogóle nie zostało nastawione, bo tego nie da się nastawić ambulatoryjnie, jedynie operacyjnie, z założeniem drutów itd.; konowały zagipsowały po prostu złamaną rękę. Efekt – przemieszczenie prawego nadgarstka (u osoby praworęcznej!) we wszystkich możliwych kierunkach. Przepisana seria zabiegów, ale mogą się rozpocząć dopiero w lipcu. Banalny powód – wyczerpane limity i NFZ nie zwróci! Choć składki ściągane są skrupulatnie i regularnie. Akt trzynasty Bliską Mi Osobę wciąż dręczą pytania, kto i jak przep... płacone przez Nią przez całe, pracowite życie składki na ubezpieczenie zdrowotne. Szczególnie ostatnio, gdy otrzymała od NFZ imienne zaproszenie na badania mammograficzne. Komentarz do oferty był lakoniczny: a może by się zajęli leczeniem? Mój komentarz nie nadaje się do publikacji. Michał Nawrocki

Państwo niszczy małe apteki

Zgodnie z zasadą Miltona Friedmana najgorszym ze sposobów wydawania pieniędzy jest ten gdy ktoś wydaje nie swoje pieniądze na nie swoje potrzeby. Oto modelowy przykład. W imieniu państwa, Narodowy Fundusz Zdrowia  wydaje nie swoje pieniądze na nie swoje potrzeby (na podatników, obskubanych wcześniej z pieniędzy przez państwo). Gdyby ludzie sami dysponowali swoimi pieniędzmi byłyby to wydatki najbardziej trafione - rozsądne i oszczędne. Uczciwe państwo nie zajmowałoby się ani ubezpieczaniem obywateli, ani obrotem lekami,  w szczególności refundacją za leki dla ubezpieczonych pacjentów aptek. Niestety państwo tym się trudni i związane to jest z gigantycznym marnotrawieniem publicznego grosza. W NFZ nie starcza pieniędzy na leczenie w szpitalach i przychodniach lekarskich a jednocześnie trwoni się miliardy złotych na nieuzasadnione refundacje leków dla koncernów farmaceutycznych. Warto przeczytać: http://alfaomega.webnode.com/news/tadeusz-j-szuba-rynek-nazbyt-wolny/ Dzieje się to zgodnie z prawem (ustawą refundacyjną). Właściciele aptek, chcąc czy nie chcąc, muszą współpracować z państwem na rynku leków. Państwo poprzez radosną twórczość ustawodawczą niszczy jednych a nagradza drugich. Nieodpowiedzialne państwo zadecydowało w 2001 roku, że małe apteki - prywatne apteki rodzinne - muszą zniknąć z powierzchni polskiej ziemi. Obowiązująca wciąż ustawa refundacyjna zawiera zapis dyskryminujący małe podmioty gospodarcze działające na rynku detalicznym leków! Każda próba uratowania niesieciowych aptek jest skutecznie torpedowana przez koncerny farmaceutyczne - podstawowych beneficjentów ustawy z 2001 roku.  Uwagi Naczelnej Rady Aptekarskiej do  projektu ustawy refundacyjnej nie są traktowane poważnie w Ministerstwie Zdrowia. Nowa ustawa wprowadzająca sztywne ceny na leki refundowane przez państwo wejdzie w życie po "vacatio legis" od 1 stycznia 2012 roku, czyli po ostatecznym skasowaniu konkurencji aptek nienależących do koncernów farmaceutycznych. W dniu 7 listopada 2010 roku przedstawiciele samorządu aptekarskiego byli gośćmi Telewizji TRWAM i Radia Maryja http://www.radiomaryja.pl/audycje.php?id=23489 gdzie w programie oraz audycji "Rozmowy niedokończone" oceniali projekt ustawy o refundacji leków, środków spożywczych specjalnego przeznaczenia żywieniowego oraz wyrobów medycznych. Należą się wielkie podziękowania dla katolickich  mediów z Torunia, że chcą dostrzec i dostrzegły (i to już po raz któryś tam)  problem polskiej farmacji. Piotr Korzeniowski Foto. PSz/Prokapitalizm.pl

Jak Kuba Bogu tak Bóg Kubie Rozpruwaczowi, złodziejowi

Lekarka „pierwszego kontaktu” opłacana przez regularnie, co do dnia płacone składki zdrowotne orzekła, że konieczna jest wizyta u specjalisty w znanym szpitalu dla dzieci. Przejęci rodzice zabrali nowonarodzone cztery kilogramy radości i pojechali na wskazane miejsce. Tam po kilku godzinach czekania dowiedzieli się, że dziecko jest za małe i w sumie nie wiadomo czy chore więc „zrolowano” im dług jaki placówka ma wobec ich składek. Otrzymali wyznaczony termin wizyty – za dziewięć miesięcy. Czas i dziecko dotrwali do tego terminu, tyle, że dzień przed chłopiec miał prawie czterdzieści stopni gorączki. Zatroskana Matka zadzwoniła z prośba o przesunięcie o kilka dni wizyty – z racji nagłej sytuacji. Jej składkowa utrzymanka na etacie w placówce zdrowotnej odparła, że za półtora miesiąca. A nie da się wcześniej? – zapytała z nadzieją matka. Niech się pani cieszy! Normalnie byłoby na marzec. Ucieszyła się. Jej mąż mniej. Napisał pismo do utrzymywanego z ich składek NFZ, że przesuwa płatność kolejnej składki o dziewięć miesięcy i żeby spodziewali się kolejnego jej „zrolowania” o półtora miesiąca. I żeby się cieszyli, bo mógłby zrolować o pół roku w normalnych warunkach. Odpisali, że grozi mu zajęcie konta i w ogóle kryminał. Wieczorem nie mógł zasnąć. Zaczęły go nachodzić natrętne myśli „terrorystyczne” pro publico bono, by żyło się lepiej, wszystkim. Rano pojechał do dwóch ambasad odległych krajów. Inżynierów informatyków i laborantki mające pojęcie o mikrobiologii przyjmowali z radością. A jednak korciło go, aby oddać Kubie. Władającemu Kubie Rozpruwaczowi, złodziejowi i oszustowi. Wojciech Popiela Foto: www.nfz-szczecin.pl